niedziela, 23 października 2016

Bonus - #5

                Weszłam do salonu, przeglądając pocztę, którą znalazłam w naszej skrzynce. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy natrafiłam na ładnie zdobioną, kremową kopertę. Luke zerknął na mnie z zaciekawieniem, wychylając się zza ekranu laptopa. Odrzuciłam resztę korespondencji na stół, szybko otwierając tą jedną konkretną kopertę.
- Co to jest?
- Zaproszenie na ślub – powiedziałam, wyciągając kartę. – Grace wychodzi za mąż!
- Kto?
               Uniosłam jedną brew, patrząc na blondyna z niedowierzaniem. Luke zagryzł wargę, rozglądając się po pokoju, jakby szukał kogokolwiek, kto mógłby mu w tym momencie pomóc. Problem był taki, że byliśmy w domu sami, więc nie miał kto go uratować, podpowiadając kim była tajemnicza Grace.
- Ja rozumiem, że starość…
- Nie jestem, aż tak stary!
- Skleroza i te sprawy, ale jak możesz nie wiedzie, kim jest Grace?!
- Już wiem! – rzucił, pstrykając palcami. – To jedna z córek Masona! On za dużo ich ma. Gubię się, która jest która.
- A pamiętasz chociaż, kogo trzymałeś do chrztu?
- Oczywiście – rzucił, prychając dodatkowo pod nosem. – Vanessę.
- Akurat to ci się udało. Dobrze pamiętasz.
- Grace jest starsza od Vanessy czy młodsza?
- Starsza.
- Ale nie jest najstarsza?
- Najstarsza jest Margaret.
- A najmłodsza?
- Ellie – odpowiedziałam, nadal uważnie go obserwując.
- I teraz wszystko jasne. Od tego cię mam, kochanie. Jesteś idealną rodzinną encyklopedią. Pod tym względem wiesz wszystko. – Zmrużyłam na niego oczy, podchodząc bliżej. – Co? Skarbie? – Podskoczył i skrzywił się, kiedy uderzyłam go w ramię. – Ała!
- Nie udawaj, że cię to bolało.
- Jak za starych dobrych czasów – odparł, obejmując mnie w pasie.
- Nic się nie zmieniłeś.

***
                Zamrugałam, chcąc pozbyć się łez, które nagromadziły się w moich oczach. I tak dwie z nich zdołały zmoczyć mi policzki. Przetarłam je szybko dłonią,  a potem po raz kolejny objęłam Alana. Naprawdę nie chciałam go puszczać na studia. Chciałam, by został z nami na zawsze. Wiedziałam jednak, że nie mogę go zatrzymać. Mój najmłodszy syn wyjeżdżał, a ja już czułam, jak cholernie zaczynam za nim tęsknić. Zresztą, nie tylko za nim. To pożegnanie przypomniało mi te momenty, kiedy to na studia wybierał się Aiden, a potem Abbie. Teraz wszystkie dzieciaki weszły w dorosłe życie, a ja poczułam, że ja i Luke nie jesteśmy im już tak mocno potrzebni, jak kiedyś. I to bolało.
- Mamo – powiedział ze śmiechem blondyn, kiedy pocałowałam go szybko w czoło. – Ja wrócę. Szybko się zobaczymy.
- Teraz to już w ogóle w domu będzie strasznie cicho – odparłam, starając się bardziej nie rozkleić. – To niesprawiedliwie. Z drugiej strony jestem tak bardzo z ciebie dumna, synku.
- Muszę jechać.
- Trzymaj się, geniuszu – powiedział Luke, obejmując swoje najmłodsze dziecko. – Dzwoń.
- Będę.
- Daj znać, jak dojedziesz – dodałam, kiwając głową.
- Oczywiście. Do zobaczenia.
-Trzymaj się, kochanie! – zawołałam za nim, obserwując to, jak podchodzi do swojego samochodu. Pomachał po raz ostatni, a potem wsiadł do środka. – Luke, weź coś zrób! – Hemmings spojrzał na mnie, jak na kretynkę. – Nie chcę, by moje wszystkie dzieci wyniosły się z domu.
- Ale zobacz, jaki teraz będzie spokój. – Zacisnęłam usta, a następnie odwróciłam się. Blondyn odskoczył, kiedy uniosłam rękę, by uderzyć go w ramię. – Nie udało ci się – rzucił rozbawiony.
- Jak mogłeś coś takiego w ogóle powiedzieć – mruknęłam, przybierając nadąsaną pozę. Luke zaśmiał się, a potem objął mnie ramieniem. Alan zdążył odjechać, więc nie było sensu byśmy nadal stali na progu, dlatego weszliśmy razem do domu.
- Wiesz dobrze, że żartowałem – pociągnął Luke, kiedy zauważył, że nadal jestem na niego wkurzona. – Zresztą, Alan nigdy nie był z tych głośnych dzieciaków. To Abbie i Aiden nadrabiali za niego.
- Tak… Ta dwójka czasami była poza kontrolą. Ale i tak za tym tęsknię.
- Ja też – powiedział z uśmiechem. – Wiesz, co mi to przypomniało?
- Co takiego?
- Kiedy i my wybieraliśmy się na studia. – Uśmiechnęłam się, a następnie przytuliłam do niego. – To były czasy.
- Wkraczanie w dorosłość.
- Dokładnie – odparł, pukając mnie palcem w nos.

***
                Podskoczyłam, a potem pisnęłam, niczym nastolatka. Moje palce mocniej zacisnęły się na telefonie. W oczach poczułam łzy, które szybko spłynęły po moich policzkach. Wiedziałam, że reaguje zbyt emocjonalnie, ale tak już miałam kiedy chodziło, o któreś z moich dzieci. Drżącym głosem pożegnałam się z córką, a następnie odwróciłam się.
- Jensen oświadczył się Abbie! – krzyknęłam, a potem szybko zmarszczyłam nos, zauważając telefon Luke'a wysunięty w moją stronę. – Co ty do cholery robisz?
- Musiałem to nagrać – rzucił rozbawiony. Nacisnął palcem na ekran, a następnie odłożył komórkę na bok.
- Jesteś idiotą.
- To ty przed chwilą zachowywałaś się, jak niezrównoważona panna.
- Nasza córka ma teraz oficjalnie narzeczonego! – powiedziałam piskliwym głosem, czując kolejną napływającą ekscytację.
- I będzie mieć na nazwisko Clifford.
- Dlaczego ciebie to w ogóle nie rusza? – rzuciłam, siadając obok niego na kanapie. – Dlaczego się nie cieszysz?
- Cieszę się i to bardzo – powiedział z uśmiechem. – A nie rusza mnie to, bo już o tym wiedziałem.
- Co?! – wrzasnęłam, a Luke odsunął się, robiąc wielkie oczy. – Jak to wiedziałeś? Jak… I nie powiedziałeś mi? Jesteś wredną ś… - Ale nie dane mi było dokończyć, bo Hemmings zacisnął palce na moich wargach, uniemożliwiając mi kontynuowanie wypowiedzi.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś mnie nie obrażała, kochana żonko.
- Jak mogłeś nic mi nie powiedzieć i…
- Obiecałem, że nikomu nie powiem.
- Ale dlaczego ty wiedziałeś, a ja nie? Jak to w ogóle… To cholernie nie sprawiedliwie – dodałam, tonem nadąsanego dziecka.
- Abbie też nie wiedziała, że Jensen chce się jej oświadczyć.
- To… Ja nic z tego nie rozumiem.
- Jensen zgodne ze starą, dżentelmeńską tradycją, najpierw mnie poprosił o rękę mej jedynej córki – powiedział z pełną powagą. Potem roześmiał się, zerkając na mnie.
- Mogę się założyć, że go wkręciłeś.
- Nie mogłem się powstrzymać – dodał Luke, chichocząc pod nosem. – Powiedziałem, że po moim trupie. Że prędzej padnę, niż Abbie zostanie jego żoną. Potem jednak nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. I teraz zapamiętaj to, co ci powiem – pociągnął, machając mi palcem przed nosem. – Lubię go i chłopak ma moje pełne błogosławieństwo. Pasują do siebie. Ale jak tylko ją skrzywdzi, to nawet jego ojczulek mu nie pomoże.
- Twoja gadka się nie zmienia.
- Moje nastawienie się zmieniło, więc doceń to. Chcę, by moja kruszyna była szczęśliwa. A z nim jest szczęśliwa.
- O! To urocze – powiedziałam, całując jego szorstki policzek. – Bardzo urocze.
- Takie urocze, że można puścić tęczowego pawia.
- Luke! – odparłam, krzywiąc się. Spojrzeliśmy na siebie, a potem zaczęliśmy się śmiać.

***
                Niedługo po tym, jak Abbie oficjalnie została panią Clifford, swojej dziewczynie oświadczył się Aiden. Jego związek z Lucy nadal był trwały i silny, więc nie dziwiło mnie to, że i oni w końcu postanowili się pobrać. Choć miewali wzloty i upadki, to jednak nadal byli razem. Czasami przypominali mi Luke'a i mnie. Było to zderzenie dwóch mocnych charakterów. Na samym końcu ożenił się Alan. Jego żoną została Doris, dziewczyna poznana na studiach. Z tych związków, ja i Luke doczekaliśmy się siódemki wnucząt, które kochałam i uwielbiałam nad życie. Ta gromadka była naszymi małymi oczkami w głowie.
                Byłam też okropnie dumna ze swoich pociech, które realizowały swoje marzenia. Aiden nie porzucił piłki nożnej. Kiedy przestał być zawodnikiem jednego z australijskich klubów, zrobił uprawnienia i dodatkowe szkolenia, stając się trenerem. Nie celował jednak w dorosłych. Skupił się na szkoleniu najmłodszych. A miał do tego naprawdę dobrą rękę i podejście. Dzieciaki go uwielbiały, biorąc z niego przykład. Umiał je zmotywować i podciągnąć wiarę we własne możliwości. Te zalążki pedagogiczne widziałam u niego już wcześniej, a dokładniej w relacji z Alanem, kiedy byli młodsi.
                 Nasza muzykalna Abbie zmieniła priorytety. Postanowiła, że zostanie prawnikiem. Byłam pewna, że w jakiś sposób zainspirował ją do tego Michael. Zresztą, Jensen również poszedł w ślady ojca. Oboje jednak nie rzucili muzyki na zawsze. Nadal była częścią ich życia. Wiedziałam, że spotykają się starym składem, by razem pograć. Na rodzinnych uroczystościach, zawsze pokazywali swoje umiejętności, nieraz grając ze starszym pokoleniem – zwanym kiedyś 5 Seconds of Summer. Domyślałam się, że ta pasja przejdzie też na inne dzieciaki z naszej rodziny. Niektóre wnuki już od małego pokazywały, że ciągnie ich do instrumentów. Luke był cholernie dumny, gdy się okazało, że rosną kolejni muzycy.
                  Alan poszedł w ślady ojca i dziadka, wybierając logistykę. Dodatkowo zrobił specjalizację z zarządzania i marketingu. Po skończonych studiach szybko został wciągnięty do rodzinnej firmy. Wiedziałam, że Luke i Dan przygotowują go na to, by mógł po nich przejąć ten interes, który zaczął się rozrastać. I choć na horyzoncie pojawiały się czasami problemy, to jednak umieli sobie z nimi dobrze poradzić. W końcu doszło do tego, że Alan zaczął powoli wspinać się po szczeblach kariery. Kiedy na emeryturę odszedł Dan, a Luke przejął jego miejsce, nasz najmłodszy syn został prawą ręką szefa. Wiedziałam, że z czasem to on zajmie najwyższy stołek, a Luke przekaże mu swoje obowiązki.

                   W końcu nastaje ten czas, w którym rozumiemy, jak bardzo kruche i niestabilne jest życie. Kiedy powoli zaczynamy tracić swoich bliskich. Wiemy też, że jest to nieuniknione i w żaden sposób nie damy rady tego powstrzymać. Obojętnie, jak bardzo byśmy się nie starali i tak nic na to nie poradzimy. Im więcej mieliśmy lat, tym śmierć bardziej zakasywała rękawy. Były to ciężkie, cholernie trudne i przykre chwile.
                  Pamiętam, jak nasza rodzina pierwszy raz doświadczyła śmierci bliskiej osoby. Był wieczór. Ja i Luke byliśmy w domu sami. Dzieciaki miały przyjechać do nas na jutrzejszy sobotni obiad, który w jakimś sensie stał się tradycją. Nachylałam się nad kartką papieru, zapisując wszystko to, co miałam kupić rano. Wtedy też zadzwonił telefon.
                 Wyprostowałam się, rozglądając się jednocześnie po kuchni. Szybko namierzyłam dziwiącą komórkę. Podeszłam do blatu, łapiąc za wibrujące urządzenie. Przesunęłam palcem po ekranie, odbierając rozmowę.
- Cześć, mamo – powiedziałam od razu, zaglądając do jednej z szafek. – Co cię naszło na rozmowę o takiej porze?
- Rose… - Słysząc jej wilgotny głos, od razu zamarłam.
- Mamo, co się dzieje?
- Chodzi o Dana. W domu źle się poczuł. Wezwałam karetkę…
- Dlaczego nie zadzwoniłaś do nas wcześniej?! Mamo? – Po drugiej stronie usłyszałam jej cichy szloch. – Mamo, co z Danem?
- Miał zawał. Było za późno. Przyjechali za późno.
- Jak… Nie… Mamo, jak za późno?
- Zabrali go do szpitala, ale tam… Nie udało im się. Dan nie żyje.
- Jesteś w szpitalu?
- Tak. Tym przy parku i… Naprawdę nie wiem, co mam robić.
- Zostań tam, zaraz będziemy – powiedziałam, przełykając łzy. – Zaraz tam będziemy.
- Rose?
                 Rozłączyłam się, słysząc głos za plecami. Odwróciłam się. Wystarczyło tylko jedno spojrzenia na Luke'a, bym całkowicie się rozkleiła. Musiałam jednak uspokoić się na tyle, by przekazać mu to, co właśnie się stało. A naprawdę nie chciałam tego robić.
- Kochanie, co się dzieje? – zapytał, od razu podchodząc do mnie. – Rose?
- Twój ojciec...
- Co z nim?
- Dzwoniła mama. Dan miał zawał i…
- Nie, nie, nie… Nic mu nie będzie, prawda? Wiem, że nie jest już najmłodszy i w ogóle, ale poskładają go jakoś, tak? 
                   Spojrzałam na niego. W tym momencie nie musiałam nic mówić. On to widział, choć gdzieś w środku jeszcze próbował temu zaprzeczać. Z jego błękitnych oczu wypłynęły łzy. Objęłam go mocno, pozwalając mu się wtulić w moje ramię. Potrzebowaliśmy dłuższej chwili, by się uspokoić. W końcu nie mogliśmy zostawić Sarah samej. Cała nasza rodzina w tym momencie potrzebowała siebie nawzajem.
                    Byłam pewna, że to ja będę pierwsza mierzyć się ze stratą Sarah. Moja matka chorowała od dłuższego czasu. Próbowałam, w jakiś sposób pogodzić się z tym, że może niedługo odejdzie. Wiedziałem jednak, że to kompletna bzdura, ale to poczucie dawało mi w pewien sposób ulgę i stabilność psychiczną. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że na to nie można się przygotować. Mimo tego próbowałam. Dlatego śmierć Dana była dla mnie kompletnym zaskoczeniem i ciosem w jednym. Życie nie zawsze zaskakiwało nas w przyjemny sposób.
                     Po jego śmierci okazało się, że starszy Hemmings również chorował, ale nikt z nas nie miał o tym pojęcia. Przetrząsając jego dokumenty, Luke i ja znaleźliśmy wyniki przeróżnych badań, a także leki, które musiał regularnie przyjmować. Jego serce było tak słabe, a on nic nam nie powiedział. Szybko doszliśmy do wniosku, że musiał to zataić specjalnie. Z pewnością nie chciał denerwować Sarah, której stan wcale się nie poprawiał. Chciał być silny za nich oboje. Każde z nas też, w jakiś sposób czuło się winne. Że nic nie zauważyliśmy. Najbardziej śmierć Dana przeżył Aiden, który był z nim mocno związany. Niecały rok później, zmarła moja matka. Nasza rodzina po raz kolejny pogrążyła się w żałobie.
                    Najbardziej jednak przeżyłam śmierć tego, którego kochałam najmocniej. Odejście mojej największej miłości. Tej jednej osoby, która przez tak wiele lat była u mojego boku. Tej osoby, która dawała mi wsparcie. Tej, z którą stworzyłam cudowną rodzinę.
                    U Luke'a zdiagnozowano raka trzustki. Z początku leczenie szło całkiem dobrze. Liczyłam na to, że ten stan utrzyma się przez naprawdę długi czas. Ale któregoś dnia nadszedł ten kryzysowym moment. Ten dzień, który powywracał mi życie do góry nogami. Wtedy stałam się też częstym gościem w szpitalu, w którym przebywał. Chciałam być blisko niego. Chciałam dawać mu nadzieję. Za każdym razem wychodziłam z stamtąd załamana, a w domu zmieniałam się w jeden histeryczny bałagan. Musiałam być też silna dla dzieciaków. Staraliśmy się funkcjonować tak normalnie, jak tylko się dało. Wiedziałam jednak, że długo tego nie pociągniemy. Pomagały mi też słowa Luke'a i liczne obietnice, które w kółko powtarzał. Że nigdy mnie nie zostawi. Że nie będę sama. A ja zatracałam się w ich wierze, udając, że tak faktycznie będzie. 
                    W końcu nadszedł ten czas, kiedy musiałam spojrzeć prawdzie w oczy i przestać się okłamywać. Stan Luke'a pogarszał się z dnia na dzień, a lekarze byli bezsilni. Jedyne, co wtedy mogli już dla niego robić, to podwyższać mu dawki morfiny. Widziałam, jak powoli gaśnie, jak choroba wyjada go od środka. On jednak za wszelką cenę starał się być, jak najdłużej z nami. Kolejnym bolesnym ciosem okazał się być dzień, w którym przestał poznawać własne dzieci. Nie rozpoznawał twarzy nikogo, oprócz mojej.
                    Doskonale pamiętałam ten dzień, kiedy widziałam go w szpitalu po raz ostatni. Siedziałam wtedy przy białym łóżku, czule gładząc jego ciepłą, pomarszczoną dłoń. Luke był już wtedy nieprzytomny. Mój cichy szept mieszał się z pikaniem maszyny, która monitorowała pracę jego serca. Wspominałam mu wszystkie cudowne chwile, które przeżyliśmy razem. Na samą myśl o nich, uśmiechałam się przez łzy, doskonale wiedząc, że w jakiś sposób w tym miejscu kończy się nasza bajka. Kończy się nasze wspólne życie. W końcu podniosłam się ciężko z miejsca. Nachyliłam się, całując jego czoło.
- Możesz już odejść, kochanie. Chociaż tak bardzo nie chcę byś mnie zostawiał, to jednak pozwalam ci na to, abyś w końcu to zrobił. Nie chcę żebyś dłużej cierpiał. Kocham cię – wyszeptałam mu do ucha.
                    Godzinę później w sali rozległ się przytłaczający pisk maszyny, oznajmujący mi to, że serce mężczyzny, którego tak cholernie kochałam, zatrzymało się. Zostałam sama. Musiałam na nowo nauczyć się żyć bez niego i było to cholernie trudne. Nie trwało  to jednak długo. Dwa lata później odeszłam również i ja, ostatecznie zamykając naszą wspólną historię. 


***
To już jest koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść - ale nie idźcie, okej? :D 
Takim oto ostatnim bonusem oficjalnie kończymy historię Pod Jednym Dachem.

Pod Jednym Dachem to pierwsza tak rozległa i rozbudowana historia (oprócz TWŻPNS, która nadal trwa), jaką udało mi się napisać i skończyć. Zazwyczaj moje wcześniejsze ff miały góra dwie części. Jest to, więc dla mnie też duży sukces, że udało mi się doprowadzić ją do końca!
Z mojej perspektywy to ff było też chyba najbardziej lekką historią, jaką udało mi się stworzyć o 5SOS. Nie było tu zbyt wielkich dram, zwrotów akcji czy upadków bohaterów. Nie była zbyt mocno skomplikowana. Przeważał głównie humor i oczywiście romans - ale to dopiero od części trzeciej :)
Cieszę się, że to opowiadanie tak wielu z Was przypadło do gustu i naprawdę się podobało. To dzięki Wam rozrosło się też do takiego stopnia. Początkowo miało się kończyć, tylko na trzech częściach. Potem dodałam Rywalizację, a dzięki otrzymanym komentarzom powstały Wakacje, Uniwersytet Melbourne i w końcu Bonus, który ostatecznie zakończył to ff. 
Pamiętam też, jak w poprzednie wakacje rozdziały na blogu pojawiały się praktycznie codziennie. Byłam tak do przodu z historią, że mogłam sobie na to pozwolić. Miałam też więcej czasu. Kiedy nadszedł "kryzys", byłam pewna, że będzie dużo ciężej. Raz nawet zwątpiłam w to, czy w ogóle uda mi się dobrnąć do końca. Na szczęście - wyszło! :)
Nie powiem, że jest mi smutno. Sama lubiłam stworzonych przez siebie bohaterów - moich łosi - którzy nie byli perfekcyjni. Wielokrotnie denerwowali, robili głupie rzeczy, ale z drugiej strony też nigdy nie mieli być idealni. Mam nadzieję, że to mi się udało :)

W tym miejscu chcę Wam gorąco podziękować za dawanie mi motywacji, wsparcia i sprawianie, że pisanie stawało się o wiele przyjemniejsze. Wasze komentarze mocno na mnie "działają". Pozwalają też bardziej uwierzyć w to, co robię i w sposób, jaki piszę. Sprawiają, że moje małe dziwne hobby - jak to określam :) - jest bardziej kolorowe i milsze, niż gdybym znów pisała do tak zwanej szuflady. Wielokrotnie też Wasze słowa wywoływały na mojej twarzy szeroki uśmiech (i wywołują dalej :D). Jak wspomniałam wcześniej, to dzięki Wam ta historia tak mocno urosła - skutecznie zmotywowaliście mnie i zachęciliście do ruszenia głową i wymyślenia dalszych przygód Rose, Luke'a i ich paczki.
Motywujecie mnie także do dalszego pisania nowych historii. Śmiało mogę stwierdzić, że jesteście dobrą i skuteczną inspiracją :)
Dziękuję! 

Ostatni raz w tym miejscu napiszę standardową formułkę - zapraszam do odwiedzania Twittera i Aska - @RoxyDonau

To nie jest pożegnanie, a raczej nieco smutne do widzenia. W końcu będziemy się "widzieć" na innych ff! 

Pozdrawiam!

#PodJednymDachemFF


KONIEC