niedziela, 15 marca 2015

S1- Rozdział 1

Taking the long way home


       Mój pokój od jakiegoś czasu zmienił się w magazyn dla pudeł. Tylko tak mogę go określić. Miałam wrażenie, że kartonowe pudła są wszędzie. A w nich wszystko, co kochałam i posiadałam.
       Nazywam się Rosalie Rivers i dziś są moje urodziny. Zamiast wielkiej imprezy, na której byliby wszyscy moi znajomi, jest wyjazd. Otóż razem z mamą przeprowadzamy się do Sydney. Czeka mnie, więc nie tylko zmiana otoczenia, ale także szkoły i znajomych. I choć w głębi ducha jestem niezadowolona i najchętniej przywiązałabym się łańcuchami do drzewa przy domu z wielkim transparentem, że nigdzie nie jadę, to jednak przyklejam na twarz uśmiech i udaję, że wszystko jest w porządku.
        Postanowiłam, że nie będę samolubna. Szczególnie, względem rodzicielki. Moja mama Sarah jest naprawdę wspaniałą kobietą i zasługuje na nieco więcej szczęścia w swoim życiu, niż to, czym obdarzył ją los. Kiedyś oprócz mnie nie miała nikogo. Byłyśmy same i zdane na siebie. Co prawda, co jakiś czas na horyzoncie pojawiał się mój ojczulek, ale facet ewidentnie nie dorósł do roli męża, a tym bardziej ojca. Nic dziwnego, że po ośmiu lat małżeństwa, wywijając numer za numerem, moja matka powiedziała dość, co doprowadziło do rozwodu z orzeczeniem o jego winie. Mężem był kiepskim, ojcem też nie najlepszym. Zapominał o świętach, urodzinach czy innych ważnych wydarzeniach w życiu swojej jedynej córki. Ale wybaczyłam mu to  wiedziałam, że on się nie zmieni. Na całe szczęście rodzice są teraz w miarę normalnych dość kumpelskich relacjach, choć wcześniej reagowali na siebie alergią. Widać z czasem ludzie nieco się zmieniają.
        Nasza przeprowadzka do Sydney nie jest jednak działaniem pod impulsem czy kolejnym genialnym pomysłem matuli. Otóż od trzech lat moja matka jest w udanym związku z innym mężczyzną. I muszę przyznać, że w tym przypadku jest to strzał w dziesiątkę, patrząc na innych frajerów, z którymi się umawiała. Dan jest osobą zabawną, życzliwą i sprawia, że mama jest szczęśliwa. Facet naprawdę da się lubić i nie wyobrażam sobie, by ktoś inny mógłby go zastąpić. Co najważniejsze akceptuje mnie  ba, nawet oboje lubimy spędzać ze sobą czas. Jedynym minusem jest to, że Dan prowadzi dużą, prężnie działającą firmę transportową w Sydney. Od niego dzieli nas prawie jedenaście godzin jazdy samochodem. Na szczęście wymyślono coś takiego jak samoloty. I to właśnie Sydney będzie moim nowym domem.
       Dan ma syna. Syna w moim wieku, którego w życiu na oczy nie widziałam. Głównie dlatego, że przy każdych możliwych okazjach spotkania się albo ja byłam u swojego ojczulka, albo on przesiadywał u swojej matki na drugim końcu Australii. Więc oprócz nowego domu, nowo skompletowanej rodziny, zyskam też brata. Cudownie.
       Rodzice wymyślili, że kolejnym krokiem w ich związku będzie przeprowadzka do innego, nieco większego domu. Zarówno my, jak i Dan z synem, zamieszkamy w nowym miejscu i będziemy tworzyć szczęśliwą i kochającą się rodzinę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mama od dłuższego czasu podróżowała z Brisbane do Sydney, aby załatwiać wszelkie formalności. Jako nauczycielka biologii oraz pedagog, dostała pracę w liceum dla dziewcząt Sydney Girls High School. Oprócz tego, co jest jej ulubionym zajęciem i motorem do działań, będzie pracować dodatkowo w zakładzie poprawczym dla nieletnich. Czyli w teorii nic się nie zmieni.

        Zakleiłam ostatni karton, kiedy drzwi do mojego pokoju otworzyły się. Stanęła w nich rudowłosa kobieta po czterdziestce i utkwiła we mnie swoje duże, niebieskie oczy. Na jej twarzy malował się szeroki uśmiech. Widać było, że nie może się doczekać podróży, w którą miałyśmy wyruszyć.
 Gotowa?
 Ostatnie pudło zaklejone  powiedziałam z udawanym triumfalnym tonem.
        Podeszła bliżej i przytuliła mnie. Odgarnęła mi z czoła rude kosmyki włosów  to po niej odziedziczyłam ten kolor, brązowe oczy miałam po ojcu.
 Cieszę się.
 Widzę, mamo.
 Mam nadzieję, że ty też.
 Nie mogę się doczekać.
 Oprócz tego  ciągnęła dalej rodzicielka, odrywając się i spoglądając na mnie czułym wzorkiem.  Moja kochana córeczka ma dziś swoje święto.  Uśmiechnęłam się.  Wszystkiego najlepszego, skarbie. Wiem, że wolałabyś to zostać i świętować ze znajomymi…
 Mamo, daj spokój. Jest dobrze.
 Prezent dostaniesz na miejscu.
 Dostanę prezent?  zapytałam, udając zaskoczoną.
 Mam nadzieję, że ci się spodoba  powiedziała z uśmiechem.  A teraz chodźmy. Przed nami sporo rzeczy do załadowania i długa droga do Sydney.

        Przed domem czekał na mnie z otwartym bagażnikiem, granatowy samochód mamy. Większość rzeczy została już przewieziona wcześniej. Zostały, tylko pudła z mojego pokoju. Czyli wszystko, co moje. Udało nam się upchać dość kartonów do dużego bagażnika, a reszta znalazła się na tylnym siedzeniu. Było bardzo wcześnie rano i niebo powoli zaczęło zmieniać kolor. Czekało nas prawie jedenaście godzin w samochodzie, więc postanowiłyśmy się zmienić w połowie drogi. Pierwsza prowadzić miałam ja, potem mama, która wie, gdzie znajduje się nasz nowy dom.
        Usiadłam za kierownicą i zapięłam pas. Spojrzałam w lusterko, widząc swoje blade odbicie. Normalnie o tej porze smacznie spałabym w swoim łóżku, ale dziś akurat czekała mnie jazda. Długa i ciężka jazda. Kiedy zobaczyłam wychodzącą z domu Sarah, wysunęłam niewielką półkę. Było to miejsce na kubki. Nie wyobrażałam sobie funkcjonowania o tej porze bez dawki kofeiny. Mama najwidoczniej też nie, ponieważ po zamknięciu drzwi od naszego dawnego domu, podeszła do samochodu z dwoma termicznymi kubkami. Gdy wsiadła do środka, podała mi jeden. Poczułam przyjemny aromat i upiłam niewielki łyk.
 W drogę  oznajmiła z uśmiechem.
 To w drogę  powiedziałam, odkładając kubek i włączając silnik.

       Ponad dwanaście godzin później  musiałyśmy sobie zrobić dwa przystanki na jedzenie i toaletę  wjechaliśmy do Sydney, które było największym miastem w Australii. Spoglądałam w ciszy na wielkie budynki, jakie mijaliśmy. Z daleka zamajaczyła mi woda. Dopiero po chwili mój mózg zanotował, że to Pacyfik.
        Oderwałam wzrok od okna i zerknęłam na zegarek. Dochodziła godzina szósta. Poprawiłam pozycję, w której siedziałam  już od godziny nie czułam swoich czterech liter i marzyłam o rozprostowaniu nóg. Spojrzałam na Sarah.
 Powiedz, że to już niedaleko  jęknęłam, kręcąc się w fotelu.
 Już niedaleko  odpowiedziała skręcając w prawo.  Mam nadzieję, że ci się spodoba.
 Co? Dan? Przecież go widziałam. – Matka parsknęła śmiechem.
 Miałam na myśli dom.
 Aaa… Dom. Pewnie będzie spoko.
 Dla was wszystko jest spoko  odparła, a ja przekręciłam oczami. Mama zaczynała tę swoją nauczycielską gadkę.
 Już prawie… Już prawie – zaczęła po chwili ciszy, jaka nastała w samochodzie.
       Zaczęłam się rozglądać dookoła, starając się obejrzeć okolicę, w której będę teraz mieszkać. Na pierwszy plan wysuwały się równe, białe domy  jedne większe, drugie mniejsze – oraz zieleń. Wszechobecna zieleń. Równo przystrzyżone trawniki i krzewy, nienagannie rosnące drzewa. Gdzieniegdzie właściciele powsadzali w swoich ogródkach kolorowe kwiaty. Zbliżał się wieczór, wiec na chodnikach było mało ludzi. Było tu cicho i spokojnie. Taka milusia dzielnica dla rodzin z dziećmi, rodem z filmów familijnych.  
 Jesteśmy! – Usłyszałam podekscytowany głos mamy i szybko odwróciłam głowę w kierunku naszego nowego miejsca zamieszkania.
       Biały dom  oczywiście  stał prawie przy końcu ulicy. Od chodnika odgradzało go czarne, metalowe ogrodzenie z prostą furtką i bramą wjazdową. Nie należał do tych największych, ale i nie był z tych małych – wielkością średni, tak, że z łatwością pomieści czteroosobową rodzinę. Przy bramie rosło kilka niewielkich drzewek, jedne z tych, które można w dowolny sposób przycinać. Na podjeździe po prawej stronie stało czarne audi Dana.
        Mama nacisnęła na pilota, którego miała przyczepionego do kluczy i brama zaczęła się otwierać. Zauważyłam jakiś ruch w oknie. Wjechaliśmy na podjazd, a Sarah zgasiła silnik. 
         Kiedy tylko wyszła z samochodu, brązowe drzwi wejściowe otworzyły się i ze środka wypadł uśmiechnięty Dan. Miał na sobie luźną, szarą koszulkę i jasne dżinsy. Szybko podszedł do mamy, przytulając ją, jakby nie widział jej od roku. Dałam im chwilę czasu na przywitanie się, a potem sama wynurzyłam się z auta.
 Rose!  krzyknął Dan, mijając moją rodzicielkę.
 Cześć  rzuciłam, a mężczyzna uściskał mnie.
 Jak podróż?  dodał, czochrając mi włosy.
 Spoko  odpowiedziałam, a mama przekręciła oczami.
 Możemy już?  zapytał, patrząc porozumiewawczo na Sarah.
 Teraz?
 Nie mogę się doczekać  powiedział z szerokim uśmiechem, jednocześnie zerkając na mnie.
 O co chodzi?  zapytałam, bo ta cała sytuacja po tylu kilometrach zaczęła mnie przerastać.
 Masz dzisiaj urodziny  oznajmił Dan, jakby to było oczywiste.
 I?
 Czas na prezent  powiedział, grzebiąc w kieszeni.
 Prezent od nas  odparła matka, podchodząc do mnie.  A gdzie Luke?  dodała, rozglądając się.
 Przyleci z samego rana. Kate źle zarezerwowała mu samolot, co zostawię bez komentarza.  Razem z mamą wymieniłyśmy szybko spojrzenia.  Ale do rzeczy. Prezent dla ciebie.
        Wyciągnął coś z kieszeni, a następnie złapał za moją dłoń. Poczułam zimny dotyk metalu. Kiedy odsunął rękę, zobaczyłam kolorowe klucze z okrągłym breloczkiem z napisem Rosalie. Zacisnęłam usta, podnosząc wzrok.
 Kupiliście mi osobne mieszkanie?  zapytałam, bo tylko to przychodziło mi do głowy.
 Co ty głuptasie  zaśmiała się Sarah, a następnie spojrzała na Dana.  To nie te.
 Faktycznie  odparł mężczyzna z uśmiechem.  To twoje nowe klucze do domu.
 Czyli jako prezent mam uznać to, że legalnie mogę w nim mieszkać?
 Jak tu jej nie kochać  pociągnął ze śmiechem Dan, a następnie zaczął grzebać w drugiej kieszeni.  Pomyliłem strony. To twój prezent.
        Kiedy to powiedział, wyciągnął z kieszeni kolejne klucze. Tak samo, jak poprzednie, położył mi je na dłoni. Te oprócz podłużnego breloczka z napisem Sydney, miały także pilot do bramy i garażu. Zrobiłam wielkie oczy i uśmiechnęłam się szeroko.
 Żartujecie?!
 Od zawsze chciałaś mieć swój samochód  odparła mama, odwzajemniając uśmiech.
 A do tego to mała rekompensata za to, że cię tu ściągnęliśmy  dodał Dan.
 Dan pomógł mi wybierać…  zaczęła matula, ale ja szybko jej przerwałam.
 Gdzie on jest?
 Chodź.
        Dan pociągnął mnie za rękę, a ja myślałam, że ze szczęścia zaraz się przewrócę. Podszedł do garażu i spojrzał na mnie, nie gubiąc ani na sekundę swojego uśmiechu.
 Czyń honory  powiedział, wskazując na bramę.
        Nacisnęłam guzik na pilocie i jedna podłużna brama zaczęła powoli się unosić. Dopiero kiedy podniosła się do połowy, zauważyłam, że garaż ten pomieści dwa auta. W końcu moim oczom ukazał się mój wymarzony samochód. Nie był najnowszy, nie był szpanerski, ale był całkowicie mój. Niebieski Peugeot 206.
 I jak?
 Jest idealny  powiedziałam, podchodząc do niego.
 A kolor?  zapytała mama.
 Też idealny. Uwielbiam niebieski.  Odwróciłam się i spojrzałam na sąsiedni samochód.
 Ten jest Luke'a  poinformował mnie Dan.
        Spojrzałam na czarne BMW, którego dokładnego modelu nie mogłam rozpoznać, bo zbyt mało się tym interesowałam. Widać było, że chłopak dopieszczał go pod każdym względem, bo lakier lśnił, tak jakby przed chwilą wyjechał z salonu. Zresztą czego się spodziewałam – u nas w szkole nadal panowała moda na BMW i większość uczniów płci brzydkiej, posiadało taki oto model w różnym przedziale rocznikowym.
 Wszystkiego najlepszego, skarbie  powiedziała mama, przytulając mnie raz jeszcze, co spowodowało, że oderwałam wzrok od samochodu Luke'a.
 Dziękuję za idealny prezent  odparłam z uśmiechem.
 To teraz do roboty  zarządził Dan.  Albo za chwilę do roboty. Musisz jeszcze zdmuchnąć świeczki.

        Poprowadzili mnie do domu. Gdy tylko weszłam do środka, dostrzegłam kremowe ściany nie tylko na wąskim holu, ale także salonie. Obok znajdowała się biało-czarna kuchnia. Na środku blatu, który po prawej i lewej stronie miał poustawiane wysokie krzesła, stał okrągły tort. Dan zapalił świeczki, a potem oboje odśpiewali mi sto lat. Pochyliłam się nad ciastem, przetrzymując rude włosy, aby ich nie podpalić i pomyślałam życzenie.
 Niech Sydney będzie dla mnie łaskawe  powiedziałam w myślach i zdmuchnęłam świeczki.

        Dom naprawdę mi się spodobał. Był przestronny, ale jednocześnie przytulny. W salonie mieścił się duży, płaski telewizor, kominek oraz długa, skórzana sofa i dwa fotele. Stały tam też nierozpakowane pudła. Naprzeciwko ustawiono drewniany stół i osiem krzeseł. W wąskim holu były drzwi do śnieżnobiałej łazienki, a także zejście do piwnicy. Pomieszczenie to zostało zaklepane dla Luke'a, który grał w jakimś tam zespole. Dan postarał się o to, by wyciszyć ściany, tak żeby grający zespół nie przeszkadzał innym domownikom. 
        Na górze również towarzyszył nam kremowy hol. Sypialnia Dana i mamy znajdowała się na samym końcu. Mieli do dyspozycji własną łazienkę, więc moja i Luke'a była na środku holu. Niezbyt uśmiechało mi się dzielenie tego pomieszczenia z chłopakiem, ale nie można mieć wszystkiego. Nasze pokoje sąsiadowały ze sobą po drugiej stronie holu. Mój pokój był kwadratowy, w kolorze lekkiego fioletu. Cieszyło mnie to, że dostałam duże, podwójne łóżko, które prezentowało się znakomicie. Zaraz obok niego miałam niewielką garderobę z podłużnym lustrem. Oprócz tego w pokoju znajdowała się komoda, szafka nocna, biurko, regał na książki i telewizor. Czyli najpotrzebniejsze rzeczy do funkcjonowania w tych czasach. 
        Kawałek od naszych pokoi były kolejne schody, które prowadziły na strych. Strych należał do mnie. Dan i Sarah zapewnili mi wszystkie niezbędne rzeczy do malowania, a także dwie kanapy, stolik, dodatkowe biurko i telewizor.  Było tam przestronnie, kolorowo i czuło się pewien klimat, który bardzo mi się podobał  może to za sprawą tego, że mama porozwieszała na ścianach kolorowe chusty. Czułam, że to będzie jedno z moich ulubionych miejsc. Szkoda tylko, że pomieszczenie to nie posiadało drzwi, ale miałam nadzieję, że nikt mi nie będzie przeszkadzał.

        Mama usiadła na łóżku, a ja otwierałam pierwszy karton, który na górę wniósł mi Dan. Zaczęłam wyciągać książki. Przez chwilę pozwoliłam, by rodzicielka przyglądała mi się z uśmiechem, ale w końcu odwróciłam się i uniosłam brwi.
 Podoba ci się tu?
 Tak  odpowiedziałam zgodnie z prawdą.  Jest…
 Spoko?  powiedziała za mnie, a ja pokiwałam głową.  Jutro pierwszy dzień szkoły.
 To mi się podoba najmniej  odparłam, kładąc książki na biurku.
 Nie zapisałam cię jednak do Sydney Girls High School  powiedziała, a ja zrobiłam wielkie oczy. – Żyję nie od dziś i wiem, że to żadna przyjemność chodzić do szkoły, w której pracuje twoja matka.
 Nie miałam nic przeciwko temu.
 Wiem, ale nie chciałam, by cię wytykano palcami. Dzieciaki przeważnie tak reagują, jak prawda wyjdzie na jaw.
 Mamo, naoglądałaś się za dużo telewizji.
 To doświadczenie zawodowe, więc wiem, co mówię.  Przekręciłam oczami.  Zapisałam cię do Kingsford NSW High School. Jedna z najlepszych w Sydney. Tam też uczy się Luke, więc będzie ci raźniej. Dan chwali sobie tę szkołę. Luke tak samo.
 Może być  odparłam. W sumie było mi wszystko jedno, do której szkoły będę chodzić. Początki i tak w każdej z nich są trudne.
 Jest jeszcze coś  zaczęła, a ja spojrzałam na nią uważniej.  Nosi się tam mundurki.  Zrobiłam wielkie oczy. W mojej starej szkole wyznawano zasadę, że nie ogranicza się indywidualności, więc każdy nosił to, co chciał. Oczywiście, w miarę rozsądku. Ale mundurki? Czy oni poszaleli?
 Jak… Jak to?
 Twój wisi w garderobie.
       Podniosłam się z podłogi i powoli podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i prawie doznałam zawału. Na drzwiach wsiał mój nowy strój do szkoły. Myślałam, że się rozpłaczę, widząc ten czerwony kolor, który z odcieniem moich włosów będzie wyglądał koszmarnie. Płonąca dziewczyna  chyba dostanę taką ksywkę.
 Po trzy sztuki na ucznia…  ciągnęła mama, ale ja jej nie słuchałam. Patrzyłam na tę paskudę ,przeklinając w myślach Luke'a, który pewnie był inspiracją dla tego pomysłu.
 Co za maszkara  prychnęłam pod nosem.  Co to Hogwart?  Sarah parsknęła śmiechem. - Cieszę się, że cię to bawi.
        Spojrzałam raz jeszcze na mundurek. Czerwona marynarka miała na lewej piersi herb szkoły  oczywiście czerwono-czarny. Ściągnęłam ubranie z wieszaka i zaczęłam je przeglądać. Do kompletu była biała koszula z krótkim rękawem oraz czarno-czerwony krawat  również z herbem szkoły. Do tego czarna spódnica przed kolano (chłopaki mieli czarne spodnie, o czym przekonałam się następnego dnia). No i oczywiście czarne getry do kolan. Prychnęłam pod nosem.
 Nie będzie tak źle.
 Będzie koszmarnie – jęknęłam. 




4 komentarze:

  1. Więc... przybywam - ja, mały hejter i wierny czytelnik!
    Hahaha, okay, do rzeczy.
    Ogólnie rzecz biorąc, nie jest źle, pomimo kilku literówek, co uznam że było małą wpadką przy pracy.
    "Choć" - chodź
    "tylnim" - tylnym
    Ale jako tako, rozdział bardzo mi się podoba. Nie przesadzasz z długością (czego nie toleruję, ugh), dodajesz dużo opisów (co sobie cenię :v) i nie wymyślasz Bóg wie jak skomplikowanych zdań. Całość jak najbardziej na plus.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wyłapane błędy - sama ich wcześniej nie widziałam. Cieszę się, że pierwszy rozdział w miarę się spodobał :)

      Usuń
  2. Świetny , bardzo mi się podobał . Życzę dalszej weny , pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Polubiłam Rosalie ma ciekawy charakterek. Nie mogę się doczekać kiedy pozna Luka. Coś czuję, że będzie się działo:) ja za to -w przeciwieństwie do autorki pierwszego komentarza- lubię długie rozdziały. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń