poniedziałek, 23 marca 2015

S1 - Rozdział 2

Ooh, na na, what's my name?

       
     Długo nie mogłam zasnąć. Gdy sen w końcu przyszedł, śniło mi się, że siedzę w moim samochodzie i jeżdżę naokoło naszego nowego osiedla w poszukiwaniu domu, którego nie mogłam znaleźć. Czułam napływającą frustrację i złość. Wiedziałam, że muszę tam dotrzeć, choć nie miałam pojęcia dlaczego.
       Kiedy obudziłam się rano, sen powoli odchodził w zapomnienie, a ja musiałam przygotować się na przyjęcie nowego dnia. Wyłączyłam budzik, który oznajmił mi godzinę szóstą trzydzieści. Wstałam z łóżka i ziewając, poczłapałam do łazienki. Po doprowadzeniu się do tak zwanego stanu używalności wróciłam do pokoju i otworzyłam garderobę. Z niechęcią ściągnęłam z wieszaka mundurek szkolny i ociągając się, zaczęłam się w niego ubierać. Na nogi dorzuciłam zwykłe czarne trampki, jedyną moją indywidualność, jaka mi pozostała w tym ubiorze. Dopakowałam torbę, zarzuciłam ją na ramię i wyszłam z pokoju, lekko trzaskając drzwiami.
       Z dołu dochodziły do mnie głosy Dana i mamy. Oboje mieli dzisiaj wolne, aby dokończyć rozpakowywanie pudeł, które zgromadzone były w salonie. Poczułam też zapach naleśników. Przełknęłam ślinę. Byłam głodna. 
       Zeszłam na dół. Rzuciłam torbę obok szafki i wieszaków, a następnie wparowałam do kuchni. Usiadłam na wysokim krześle, opierając głowę o rękę.
 Jest i ona  powiedział na mój widok Dan.  Naleśnika?
 Nawet dwa.
 Z czekoladą?
 Pewnie.
 Jak tam, kochanie? Podekscytowana?  zapytała mama, która siedziała naprzeciwko, grzebiąc jednocześnie w dużym pudle.
 Raczej zrezygnowana  mruknęłam. Kątem oka obserwowałam, jak Dan krząta się przy kuchence, smażąc kolejną porcję naleśników.  A ty, co robisz?
 Kupiliśmy z Danem antyramy do holu i kilka mniejszych ramek, aby przyozdobić zdjęciami salon  poinformowała mnie z uśmiechem.  Wybieram najlepsze zdjęcia.
 Zrobi się bardziej rodzinnie  dodał Dan, smarując naleśniki czekoladą, a następnie zwijając je. 
       Przyciągnęłam bliżej leżącą fotografię. Na zdjęciu była mama i Dan, połączeni w uścisku, z szerokimi uśmiechami na twarzy. O ile dobrze pamiętałam, zdjęcie to zrobione było podczas ich wspólnej wycieczki . Nie pamiętałam tylko, dokąd się wtedy wybrali. Uśmiechnęłam się.
– To jest ładne  powiedziałam, stukając palcem w zdjęcie.  Powinno znaleźć się w ramce.
– Tak myślisz?
 Tak. Bije od niego pozytywna energia  odparłam, wbijając widelec w naleśnika, którego przed chwilą pod nos podsunął mi Dan.

       Dan ulotnił się z domu nieco szybciej niż ja. Musiał odebrać syna z lotniska, a następnie dostarczyć go na czas na lekcje. Po nim z domu wyszłam ja. Mama wytłumaczyła mi drogę do szkoły, jednocześnie wciskając mi w ręce swojego GPS-a, jakby się okazało, że jednak sama tam nie trafię. Wyszłam nieco wcześniej, aby w razie jakichkolwiek kłopotów z drogą, dotrzeć na zajęcia bez spóźnienia, co w pierwszym dniu byłoby samobójstwem.
       Usiadłam za kierownicą swojego samochodu. Włożyłam GPS w uchwyt, a następnie uruchomiłam silnik. Nacisnęłam guzik na pilocie i brama garażowa zaczęła powoli się otwierać. Wyjechałam na podjazd, naciskając kolejny przycisk. W końcu, kiedy brama wjazdowa stanęła otworem, mogłam wyjechać na ulicę.

       Nie potrzebowałam pomocy GPS-a w dotarciu do szkoły. Droga była prosta, jak drut i tylko największa sierota, by tam nie trafiła. Zatrzymałam się na parkingu, który powoli zapełniał się samochodami innych uczniów. Naprzeciwko znajdował się duży budynek zbudowany z czerwonej cegły. Czy w tej szkole wszystko musi być czerwone? Co jakiś czas otwierały i zamykały się szklane drzwi, które pochłaniały uczniów, zmierzających na lekcje.
       Siedziałam dalej w samochodzie, opierając dłonie na kierownicy i bębniąc w nią palcami. Z góry założyłam, że ten dzień będzie koszmarem. Nie ma to, jak być nową osobą w szkole, która dołącza do grona uczniów w już rozpoczętym roku. Przez jakiś czas większość traktuje cię, jak trędowatą, gapiąc się na ciebie, wymieniając uwagi i sprawdzając, do jakiej kategorii się zaliczasz. Może jesteś maniakalnym kujonem, któremu tylko książki w głowie? A może potajemnie bierzesz narkotyki i dołączysz do szkolnych ćpunów? Może okaże się, że jesteś księżniczką, która wkręci się do elity? A może jesteś kolejną szarą osobą, która nie wyróżnia się z tłumu?
       Nie mogłam siedzieć w samochodzie w nieskończoność. Musiałam jeszcze dostać się do sekretariatu, aby odebrać potrzebne mi papiery. Chwyciłam torbę i powoli wynurzyłam się z auta. Zamknęłam go i wolnym krokiem ruszyłam w stronę budynku.
 Nie chcę tam iść, nie chcę tam iść  powtarzałam w głowie.
       Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Znalazłam się w długim, jasnym holu. Powitały mnie kolorowe tablice z różnymi ogłoszeniami oraz olbrzymia szklana gablota z pucharami i medalami. Szybko odnalazłam tabliczkę ze strzałką z napisem Sekretariat. Ruszyłam w stronę czarnych drzwi, starając się na nikogo nie patrzeć.  Zapukałam i weszłam do pokoju. Za biurkiem siedziała pulchna kobieta po pięćdziesiątce. Jej blond włosy były mocno skręcone, a zielone oczy wydawały się dwa razy większe, niż normalnie  a to za sprawą okularów, które nienaturalnie je powiększały.
 Dzień dobry  rzuciłam na wstępie, podchodząc bliżej.
 Dzień dobry, kochanie. W czym mogę ci pomóc?  zapytała miłym głosem.
 Nazywam się Rosalie Rivers. Jestem nowa i miałam się zgłosić…
 Ach, tak  przerwała mi szybko, zaczynając grzebać w metalowej szafce obok biurka.  Rosalie, Rosalie… Tu cię mam.
       Wyprostowała się z triumfem na ustach, ściskając w ręku czerwoną teczkę. Położyła ją na biurku, a następnie otworzyła. Przewracała papiery, aż w końcu spojrzała na mnie.
- Tu jest twój plan lekcji oraz wykaz przedmiotów do wyboru w następnym półroczu. Tu deklaracja do podpisania, że zapoznałaś się z regulaminem obowiązującym w szkole. Tu szyfr do kłódki od twojej szafki. I dodatkowo mapka z rozkładem sal.  
       Podsunęła mi papiery pod nos i podała długopis. Podpisałam się w odpowiednich miejscach, a następnie rzucając szybkie: do widzenia, ulotniłam się z sekretariatu.
       Gdy wyszłam na hol, powitały mnie głosy innych uczniów, którzy zaczęli się gromadzić w budynku. Zerkając na mapkę, odnalazłam korytarz z szafkami. Skierowałam się w tamtą stronę, chowając w dłoni papiery, które oznajmiałyby innym, że jestem nowa. 
             Dotarłam do odpowiedniej szafki, a następnie spoglądając kątem oka na kartkę, wbiłam szyfr. Kłódka puściła i szafka stanęła przede mną otworem. Zaczęłam wrzucać w nią rzeczy, mając nadzieję, że ten dzień szybko się skończy. Wiem, powinnam mieć zupełnie inne nastawienie, ale ta szkoła zaczęła mnie porządnie irytować. Ludzie mijali mnie pogrążeni w rozmowach ze swoimi znajomymi, co jakiś czas zaszczycając moją osobę szybkim spojrzeniem. Ciekawość, tylko tyle mogę w tej kwestii powiedzieć.
       Pierwszy miałam język angielski w sali trzysta dziewięć. Rozłożyłam mapkę i spróbowałam odnaleźć ją wśród miniaturowych kwadracików, które odwzorowywać miały sale lekcyjne. Zrobiłam duże oczy. Czytelność tej mapy była prawie zerowa, jeśli chodziło o rozmieszczenie poszczególnych pięter. Przekręcając oczami, postanowiłam znaleźć ją na własną rękę. Zarzuciłam torbę na ramię i zatrzasnęłam szafkę. Założyłam kłódkę i ruszyłam w stronę szerokich schodów.
 Trzysta dziewięć, trzysta dziewięć, trzysta dziewięć  powtarzałam w myślach, rozglądając się dookoła. Wszystko tu wyglądało identycznie, więc w pewnym momencie miałam wrażenie, że kręcę się w kółko.
 Głupie trzysta dziewięć  dodałam po chwili i spojrzałam na plan zajęć, jakby on miał mi podpowiedzieć, dokąd mam się udać.
       Robiłam krok za krokiem, wlepiając brązowe oczy w zadrukowaną kartkę. Wiedziałam, że czasu mam coraz mniej i że w końcu pewnie będę musiała kogoś poprosić o pomoc. A bardzo nie chciałam tego robić. 
            Nagle, zupełnie znikąd, na mojej drodze pojawiła się przeszkoda. Zauważyłabym go wcześniej, gdybym nie była tak zapatrzona w to, co trzymam w ręku. Wleciałam w chłopaka, prawie upuszczając plan.
 Patrz, jak chodzisz  rzucił poirytowanym głosem, a ja poderwałam głowę. 
             Przede mną stał wysoki blondyn, z włosami idealnie zaczesanymi do góry. Jego błękitne oczy zmierzyły mnie dokładnie od butów, aż po czubek głowy. Zauważyłam, że ma kolczyk w wardze.
 Przepraszam. Sam możesz też dostosować się do swojej rady  prychnęłam pod nosem, odgarniając z twarzy rude kosmyki.
 To ty weszłaś we mnie  ciągnął swoje. Przekręciłam oczami.
 Równie dobrze to ty mogłeś wejść na moją stronę.
 Nowa krew  oznajmił sarkastycznie, spoglądając na plan w moim ręku.  Zainwestuj w mapę, bo szkoła cię pochłonie.
 A ty zainwestuj w nowy mózg.
 Czy wszystkie rude są takie wredne?
 Nie twój zakichany interes  odparłam, wymijając go.
 Lepiej uważaj, bo z takim nastawieniem daleko nie pociągniesz  powiedział zadowolony z siebie.
– Frajer  prychnęłam pod nosem, oddalając się od uciążliwego blondyna.

       W końcu  nawet nie wiem, ile czasu minęło  znalazłam salę trzysta dziewięć. Kiedy rozbrzmiał dźwięk dzwonka, oznajmujący początek lekcji, ja akurat weszłam do klasy. Nauczycielka, starsza kobieta z ciemnymi oczami i idealnie ułożonymi czarnymi włosami, już siedziała przy biurku. Machnęła na mnie i uśmiechnęła się lekko.
 Rosalie?  zapytała, a ja kiwnęłam głową.  Chcesz się przedstawić klasie czy wolisz to pominąć?
 Zdecydowanie pominąć  odparłam, z ulgą w głosie.
 Na samym końcu jest wolne miejsce. Życzę udanego pierwszego dnia w szkole.
       Kiwnęłam głową i omiotłam wzrokiem salę. Wszyscy uczniowie w tych swoich mundurkach wyglądali niemal identycznie. Im dłużej tak stałam, tym większa część osób spoglądała na mnie. W końcu namierzyłam wolne miejsce w ławce, o którym wspomniała nauczycielka. Znajdowało się w środkowym rzędzie i faktycznie było na samym końcu. Spojrzałam na osobę, z którą miałam siedzieć. To był on. Aż jęknęłam.
 Bez jaj  wyszeptałam sama do siebie, ruszając w kierunku ławki.
       Blondyn uniósł brwi, kiedy bez słowa usiadłam obok niego. Los mnie totalnie pokarał, a cały świat mnie wręcz nienawidzi. Nie dość, że zafundowano mi przeprowadzkę i zmianę szkoły, to jeszcze przez cały rok, musiałam dzielić ławkę z tym przygłupem. Modliłam się w duchu, by w tej budzie znalazły się normalne osoby.
 Co za paradoks  usłyszałam jego głos. Nawet na niego nie spojrzałam.  Ktoś się obraził?
 Nie zamierzam wdawać się z tobą w żadne pogaduchy  oznajmiłam mu, wyciągając z torby zeszyt i podręcznik.
 Dobra, rudzielcu, jak chcesz  odparł, wzruszając ramionami.  Nie uważasz jednak, że powinniśmy się poznać?
 Mam to gdzieś.
 Dobra odpowiedź  powiedział, ściągając nakrętkę z długopisu i wlepiając oczy w nauczycielkę, która stanęła przed klasą.
 Gotowi?  zapytała, a po sali rozniósł się pomruk.  To zaczynamy.

       Ku mojemu nieszczęściu, co tylko potwierdzało to, że los robi mnie w totalnego balona, z blondynem spotkałam się ponownie na lekcji matematyki, której nie cierpiałam. Na szczęście po tych zajęciach nastąpiła dłuższa przerwa, w której to całe stado uczniów rzuciło się w stronę szkolnej stołówki. Postanowiłam odpuścić sobie posiłek i zajadając się jabłkiem przyniesionym z domu, spędziłam ten czas na uboczu. Siedziałam na ławce i czytałam książkę, mając nadzieję, że zajęcia w szkole szybko miną, a ja uwolnię się od tego miejsca i tego czegoś, co potocznie nazywano mundurkiem.
       O trzeciej rozległ się ostatni dzwonek. Spakowałam szybko zeszyt do torby, zahaczyłam o szafkę, aby zabrać potrzebne rzeczy i wyleciałam z budynku, jak oparzona. Parking był cały zawalony samochodami, ale na szczęście bez trudu odnalazłam swoje auto. Zajęłam miejsce kierowcy, rzucając torbę na siedzenie obok, a następnie odpaliłam silnik i czym prędzej ruszyłam w stronę bramy. Wiedziałam, że gdybym zaczęła zwlekać z odjazdem, wpakowałabym się w korek, który zawsze się tworzył w tych godzinach. Zawsze tak było, że po zajęciach odbywało się kilka krótkich rozmów, a następnie starano się, jak najszybciej ulotnić z terenu szkoły. Więc nic dziwnego, że droga do bramy zamieniała się w prawdziwe torowisko dla różnokolorowych samochodów.

       Jedyne, o czym myślałam, dojeżdżając do domu to jedzenie. Byłam głodna  w końcu świadomie odpuściłam sobie lunch. Zaparkowałam na podjeździe, tuż obok samochodu Dana. Wzięłam torbę i wysiadłam. Ruszyłam w kierunku drzwi. 
       Weszłam do środka. Zrobiłam kilka kroków do przodu i potknęłam się o coś, co leżało na mojej drodze. Torba wyleciała mi z rąk, uderzając o ziemię z głuchym hukiem. Złapałam się za kurtki, wiszące na wieszakach, ratując się przed upadkiem. Dopiero gdy złapałam równowagę, zobaczyłam, że przyczyną mojego niedoszłego wypadku był futerał z gitarą.
 Serio  wycedziłam przez zaciśnięte zęby. W tym momencie na holu zjawiła się moja rodzicielka.
 Wszystko w porządku?
 Powiedz temu całemu Luke'owi, żeby z łaski swojej nie zostawiał rzeczy na środku cholernego przejścia  odparłam, zaciskając pięści.
 Luke'a nie ma. To Dan musiał to tu postawić  oznajmiła, jak gdyby to była oczywistość.
 W takim razie przekaż to Danowi.
 Kiepski dzień w szkole?  zapytała, klepiąc mnie po ramieniu, kiedy weszłam razem z nią do kuchni.
 Tragiczny. Nienawidzę tej budy.
 To dopiero pierwszy dzień. Później będzie lepiej.  Usiadłam na krześle i położyłam głowę na blacie. Mama pogłaskała mnie z czułością.  Nie ma, co się załamywać.
 Czy ja się załamuję?  jęknęłam, podnosząc się i spoglądając w jej niebieskie oczy.
 Tak, zdecydowanie się nie załamujesz  powiedziała ze śmiechem, kręcąc głową.  Co się takiego stało?
 Wszystko przez tego frajera, Pana Pewnego Siebie. Sama jego obecność doprowadza mnie do szału.
 Będzie dobrze. Może się polubicie.
 Nigdy w życiu  odparłam ze złością.  Jeszcze mam z nim angielski i matmę. To katastrofa.
 Rosalie, zmień proszę nastawienie, bo inaczej szkoła będzie dla ciebie katorgą.
 Już nią jest i gadasz jak on. Więc proszę, przestań.
 Jesteś głodna?
 Umieram z głodu.

       Kiedy pochłonęłam obiad, poszłam przebrać się w normalne ubrania. Wciągnęłam na siebie szare dresy i luźną koszulkę. Idealny strój do zajęć domowych. Odrobiłam szybko zadanie domowe z języka angielskiego i zabrałam się za rozpakowywanie kolejnych kartonów.
       Po jakimś czasie usłyszałam, jak woła mnie mama. Niechętnie porzuciłam pracę i wynurzyłam się z pokoju. Zeszłam powoli po schodach. Z dołu dochodziły do mnie znane mi głosy. Stanęłam obok Sarah.
– Coś się stało?  zapytałam, opierając się o framugę.
 Przyjechał Luke. Chyba powinniście się w końcu poznać.
 Bosko  odparłam, cmokając. Mama zgromiła mnie wzorkiem.
       Zrobiłam minę niewiniątka i przeszłam do salonu, z którego słyszałam Dana i jego syna. Gdy tylko Luke się wyprostował, ja raptownie się zatrzymałam. Prawie mnie cofnęło na widok chłopaka. Za plecami miałam mamę, która ze zdziwieniem obserwowała moją reakcję.
 Rosalie?  Usłyszałam jej głos. Odwróciłam się z wielkimi jak spodki oczami.
 Pamiętasz tego frajera, o którym ci mówiłam?  zapytałam, walcząc z paniką w głosie. Pokiwała głową.  Właśnie stoi w naszym salonie  dodałam, wskazując blondyna palcem. Mama zacisnęła usta, a następnie niespodziewanie wybuchła śmiechem.
 To wcale nie jest śmieszne  odparłam ze złością.
       Śmiech Sarah spowodował, że obaj panowie odwrócili się w naszą stronę. Luke wyglądał całkiem przyjaźnie, jak tylko ściągnął z twarzy ten zarozumiały uśmieszek. Jednak kiedy spojrzał na mnie, wytrzeszczył błękitne patrzały.
 To ty?  wydusił, a ja skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.  Mój Boże…
 Doskonały komentarz  odparłam, unosząc brwi.  Zmywam się.
        Odwróciłam się na pięcie i czym prędzej ruszyłam do swojego pokoju. Im krócej przebywałam z nim w jednym pomieszczeniu, tym byłam zdrowsza. Paradoks gonił paradoks. Doszłam do wniosku, że życie wystawia mnie chyba na jakąś próbę, podsyłając mi Pana Pewnego Siebie, który miał robić za mojego przyszywanego brata. Liczyłam na to, że Luke będzie kimś normalnym. Normalnym jak Dan. A tu proszę… Okazało się, że tak równy gość, jak Dan, może mieć syna dupka. Może gdyby byli do siebie podobni, to w szkole zaskoczyłabym, z kim mam do czynienia. Obaj byli wysocy i mieli te niesamowicie błękitne oczy. Resztą się różnili. Luke był blondynem o nieco podłużnej twarzy, Dan zaś miał niemal czarne włosy i okrągłą buzię. Nawet przez myśl mi nie przyszło to, że ta dwójka jest ze sobą spokrewniona.
        Rzuciłam się na łóżko, zakrywając głowę poduszką. Chciałam wracać do Brisbane. Chciałam, by dzisiejsze wydarzenia były, tylko kiepskim koszmarem, które podsunęła mi moja wybujała wyobraźnia. Chciałam, żeby Luke Hemmings nigdy się nie pojawił.

~***~
       Luke w dalszym ciągu stał bez ruchu, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała rudowłosa. Powoli, jakby w zwolnionym tempie, odwrócił się w stronę ojca, który rozpakowywał kolejny karton.
 Dlaczego mi nie powiedziałeś, że ona chodzi do mojej szkoły?
 Mówiłem.
 Kiedy?
 Jeszcze przed twoim wyjazdem do Kate  oznajmił Dan, prostując się.  Chciałbym, synu, abyś czasem wrócił na ziemię, a nie myślał ciągle o muzyce i piłce nożnej.
       Luke skrzywił się i bez słowa wyszedł z salonu. Miał wrażenie, że los zrobił go w przysłowiowe jajo, stawiając na jego drodze to wredne stworzenie, jakim okazała się jego nowa przybrana siostra. Jakim cudem oni mają się dogadywać, skoro od początku syczeli na siebie, jak rozwścieczone psy? Usiadł na krześle, zerkając na porozkładane fotografie. Na kilku z nich odnalazł dziewczynę.
 Przepraszam cię za zachowanie mojej córki  powiedziała poważnym tonem Sarah.  Ale z tego, co słyszałam, nie mieliście udanego początku znajomości.
 Czyli zdążyła ci powiedzieć?  zapytał, podnosząc zdjęcie Rosalie. Przez moment wpatrywał się w jej szeroki uśmiech.
 Nie ze szczegółami, ale…
 Ale?
 Byłabym wdzięczna, gdybyście znaleźli jakieś wyjście z tej sytuacji. Nie mówię, że macie się od razu zakumplować, ale ze względu na to, że mieszkacie pod jednym dachem, byłoby dobrze, gdybyście chociaż normalnie ze sobą rozmawiali.
       Luke pokiwał głową, odłożył zdjęcie na blat i wstał z miejsca. Wyszedł na hol, zebrał swoje rzeczy i ruszył po schodach na górę. Zaczął zastanawiać się nad usłyszanymi przed chwilą słowami. Jeśli on i ona znajdą ze sobą, choć nić porozumienia, to będzie to prawdziwy cud. Luke był uparty i z tego, co widział, Rosalie też nie zamierzała popuścić. Czuł, że może nadciągnąć iście bratersko siostrzana wojna. Miał tylko nadzieję, że nie będzie w tej bitwie zbyt wielu ofiar. 




4 komentarze:

  1. Oni oboje mają zawzięte charakterki, coś czuję, że będzie się działo. Mina Rose a potem mina Luka musiała być nieziemska, kiedy się zobaczyli. Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału i tego czy się w końcu dogadają :) pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, są zawzięci :D Mam nadzieję, że ci się spodoba ta mała walka między nimi. A czy się dogadają? Pewnie kiedyś - pytanie tylko kiedy :D Dzięki za komentarz :)

      Usuń
  2. Hej :) Zostałaś nominowana przeze mnie do Liebster Award! Więcej informacji tutaj ---> http://onenightzaynmalikff.blogspot.com/2015/04/liebster-award_4.html

    OdpowiedzUsuń