poniedziałek, 13 kwietnia 2015

S1 - Rozdział 4

You're poison, running through my veins


Wleciałam do szkoły jak torpeda. Miałam niewiele czasu, a zaraz miała się rozpocząć lekcja angielskiego. Niemalże biegnąc, dopadłam do swojej szkolnej szafki. Wygrzebałam z niej podręcznik i puściłam się pędem w stronę schodów. Ludzie dziwnie na mnie patrzeli, choć muszę przyznać, że zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. W końcu nadal miałam przyklejoną łatkę z napisem nowa.
Zatrzymałam się przed klasą, lekko dysząc. W środku już zgromadzili się uczniowie, ale nauczycielki nie było widać. Miałam kilka minut, aby nieco uspokoić oddech.
Weszłam do środka i skierowałam się w stronę ostatniej ławki, którą dzieliłam — o zgrozo — z Lukiem. Blondyn już siedział na miejscu. Jego plecak bezwiednie zwisał z ławki, a kilka książek znajdowało się na blacie. Wyglądało, jakby przed chwilą czegoś w nim zawzięcie szukał. Oparł się o oparcie i bujając się na krześle, zawzięcie stukał palcami w ekran telefonu.
Bez słowa usiadłam obok niego, zerkając na zawaloną książkami moją część ławki. Przekręciłam oczami i bez słowa przesunęłam wszystko na jego stronę. Luke podniósł głowę i szybko złapał za plecak, który przez mój gest, prawie zleciał na ziemię. Odwrócił się, spojrzał na mnie i uniósł brwi. Ignorując go, zaczęłam przygotowywać się do lekcji.
Nagle usłyszałam ciche pyknięcie. Kątem oka zobaczyłam, jak Luke zerka na telefon, który najwidoczniej domagał się ładowania. Wyciszył go i zaczął pakować plecak, zostawiając tylko podręcznik i zeszyt z angielskiego. Oparłam głowę o rękę i spojrzałam na wchodzącą nauczycielkę.
— Przygotujcie zadanie domowe — powiedziała, odkładając książki na swoje biurko.
Rozległ się szum i wszystkie klony zaczęły pospiesznie przewracać kartki w notesach.
— Było jakieś zadanie domowe? — zapytał cicho Luke.
— Było — odpowiedziałam, nie odwracając się.
— Cholera.
— Peszek — wydusiłam, starając się ukryć złośliwy uśmiech. Blondyn prychnął pod nosem i zajął się swoim zeszytem.
Okazało się jednak, że Hemmings ma dzisiaj szczęście. Nauczycielka wyznaczyła do odczytania zadania kilku uczniów, ale pominęła zapominalskiego Luke'a, który potem cały rozluźniony i zadowolony z siebie, rozwalił się na naszej wspólnej ławce, zawzięcie gryzmoląc w podręczniku.
— Mógłbyś się przesunąć? — syknęłam do niego. — Nie siedzisz w tej ławce sam.
— O przepraszam, mówiłaś coś? Byłem pewny, że nadal siedzę sam. 
Zmrużyłam oczy. Miałam ochotę zazgrzytać zębami, a następnie najnormalniej w świecie mu przywalić. Jednak byłam na lekcji, więc musiałam się opanować. Odwróciłam głowę z powrotem w stronę tablicy i starałam się skupić na temacie lekcji.


Na francuskim siedziałam z Samem, który należał do kółka szachowego i miał wygląd klasycznego hipstera. Jego duże okulary, co chwilę zjeżdżały mu na sam czubek nosa, a on z zadumaną miną, poprawiał je. Był jednak całkiem sympatycznym gościem, choć nieco pokręconym. Przed nami siedziały Lori i Becky. Przed lekcją zdążyłyśmy umówić się na lunch, dlatego każda z nas — głodna — wyczekiwała upragnionego dzwonka. Gdy tylko się pojawił, wszyscy poderwali się ze swoich miejsc.
— W końcu — powiedziała Lori, odwracając się w moją stronę. — Mam ochotę na hamburgera.
— Ja jestem w takim stanie, że zjem cokolwiek — oznajmiła Becky. — Byle by zapełnić burczący brzuch.
Już miałam się odezwać, kiedy poczułam wibrację w kieszeni marynarki. Wygrzebałam telefon. Spojrzałam na ekran. Dzwonił Dan.
— Tak?
— Mam nadzieję, że nie odbierasz telefonów w trakcie lekcji — powiedział na wstępie poważnym tonem, ale zaraz się roześmiał.
— Nic z tych rzeczy. Właśnie skończyliśmy.
— Możesz wyjść przed szkołę? Muszę ci coś dać.
— Jasne, nie ma sprawy.
— Czekam.
— Zaraz będę.
Rozłączyłam się i wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni. Spojrzałam na dziewczyny, które się pakowały. Dalej rozmawiały o jedzeniu. Przyznam się, że sama byłam potwornie głodna.
— Spotkamy się w stołówce — powiedziałam, wrzucając do torby podręcznik.
— A ty dokąd? — zapytała Becky.
— Dan jest pod szkołą. Mam coś odebrać.
— Wziąć ci coś do jedzenia? — odezwała się Lori.
— Cokolwiek. Nie wybrzydzam. Byleby nie było tam sałaty — odpowiedziałam, zarzucając torbę na ramię. Blondynka pokiwała głową.
— Dzięki — rzuciłam. — Niedługo będę.
Minęłam je i ruszyłam do wyjścia. Wyszłam na korytarz i dołączyłam do tłumu uczniów, którzy zmierzał w stronę schodów. Stołówka była na parterze, a że rozpoczęła się długa przerwa, ruch w tamtym kierunku był ogromny. Robiąc wielokrotne slalomy, zeszłam na dół, a następnie skierowałam się ku głównemu wyjściu. 
Pchnęłam drzwi, czując na twarzy przyjemny, lekki wietrzyk. Dan machnął mi ręką. Jak zwykle miał na sobie garnitur, tym razem ciemnoszary, który wskazywał na to, że albo jedzie do pracy, albo właśnie z niej wraca. Obstawiałam to pierwsze.
— Co się stało? — zapytałam od razu.
— Luke'owi padł telefon — oznajmił, podając mi niebieską teczkę. Wzięłam ją do ręki. — To jego zadanie z biologii. Zapomniał go wziąć z domu, a ja obiecałem, że je dostarczę. Niestety, nie miałem, jak się z nim skontaktować, więc zadzwoniłem do ciebie. Wykorzystam cię jako pośrednika.
— Spoko — rzuciłam, choć nie chciałam znajdować się w pobliżu blondyna, gdy nie było to przymusem. Szczególnie w szkole.
— Dzięki. — Przykleiłam na twarz swój znany uśmiech. — Ty zmykaj do stołówki, a ja uciekam do pracy. Miłego dnia.
— Wzajemnie — odpowiedziałam, kiedy Dan otworzył drzwi czarnego Audi. 
Machnął mi ręką na odchodnym i wsiadł do środka. Kiwnęłam szybko głową, a następnie odwróciłam się na pięcie i poczłapałam z powrotem do szkoły, wpychając teczkę do torby.
Stołówka powoli zapełniała się uczniami, którzy po wielu godzinach wytężania swoich mózgownic, nadrabiali braki energii posiłkami serwowanymi w bufecie. Z daleka namierzyłam Lori i Becky, które siedziały przy tym samym stoliku, co zawsze.
Podeszłam do nich, kładąc torbę obok blondynki. Spojrzałam na tackę. Była tam owocowa galaretka, cola, frytki i nuggetsy z łagodnym sosem. Na sam widok prawie pociekła mi ślinka. Już miałam usiąść, ale przypomniałam sobie o teczce, którą miałam w torbie. Odwróciłam się i spojrzałam na stolik szkolnej elity. Siedzieli przy nim sami przedstawiciele płci brzydkiej, ku wielkiej mojej uldze. Nie musiałam spotykać się oko w oko z durną Harper.
— Muszę jeszcze coś dać Hemmingsowi — powiedziałam, wyciągając teczkę z torby.
— Uuu... Będzie kontakt czwartego stopnia — odparła Becky ze śmiechem.
— Oby tylko iskry nie leciały — zawtórowała jej Lori. 
Spojrzałam na nie z uśmiechem. One to zawsze potrafiły rozładować atmosferę.
— Zawsze możesz tą teczką trzepnąć go w plecy, w ramach przyszłej siostrzano-braterskiej miłości —powiedziała Becky i zaczęła się śmiać.
— Całkiem dobry pomysł — skwitowałam, kiwając głową.
— Idź i wracaj — odparła Lori. — I nie bierz jeńców.
Zaśmiałam się pod nosem, a następnie odwróciłam się w stronę elity. Był prawie komplet. Luke siedział na skraju stołu, a obok niego Ashton i Ryan. Naprzeciwko znajdował się Calum i Michael. Z każdym krokiem mój uśmiech na twarzy malał, aż tuż przy samym punkcie docelowym, zniknął zupełnie. Zatrzymałam się obok blondyna, powodując, że wszyscy panowie przerwali rozmowę i spojrzeli prosto na mnie.
— Dan kazał ci to przekazać — powiedziałam, kładąc niebieską teczkę obok jego tacki. 
Przez chwilę miałam ochotę rzucić mu ją w jedzenie, ale w ostatniej chwili opanowałam się i odpędziłam ten pomysł. Choć wygląd wkurzonego blondyna napełniłby mnie satysfakcją, jednak nie chciałam upadać tak nisko w naszej małej wojnie.
— Dzięki.
— Nowa — usłyszałam głos Michaela. — A raczej Rose. — Zerknęłam na niego. — Pewnie nie lubisz, jak się tak do ciebie mówi.
— W sumie... mam to gdzieś.
— Przysiądziesz się do nas? — zapytał Ashton.
— Nie, dzięki. Znam swoje miejsce w szeregu — odpowiedziałam ze złośliwym uśmiechem na twarzy, spoglądając wymownie na Ryana, który o dziwo, nieco się zmieszał.
— Powiało chłodem — oznajmił Michael, ale ja już zdążyłam się odwrócić i ruszyć w kierunku normalnych ludzi. Jednak usłyszałam jego słowa i miały dla mnie takie znaczenie jak zeszłoroczny śnieg. Czyli żadne.
— Co powiesz na kawę i ploty po szkole? — zapytała Lori, kiedy tylko usidłam przy stole.
— Jestem, jak najbardziej za — odpowiedziałam z uśmiechem.
— Fajnie. Umówmy się w centrum. Wiesz, gdzie jest ta duża fontanna na środku rynku? — Pokiwałam głową. — To tam zbiórka o czwartej trzydzieści.


~***~
Michael odprowadził ją wzrokiem, a następnie spojrzał na Luke'a, który wpatrywał się w teczkę, jakby ta miała zaraz się otworzyć i zatańczyć kankana. Przejechał dłonią po swoich czerwonych włosach i zerknął na resztę. Wszyscy dalej milczeli. Calum wlepiał oczy w Ryana, który grzebał widelcem w swoim jedzeniu.
— Ona definitywnie nas nie lubi — powiedział powoli.
— Ciekawe dlaczego? — odezwał się Calum, dalej gapiąc się na Ryana.
— Może dlatego — zaczął Ash, który również spojrzał na kumpla z drużyny. — Że ktoś uważa, że każdy z nas powinien znać swoje miejsce w szeregu. Nie wierzę, że tak jej powiedziałeś.
— Chciałem po prostu złagodzić sytuację — powiedział Ryan. — Zaczęła podskakiwać, więc trzeba było nieco...
— Sprowadzić ją do parteru? — dokończył za niego Michael. — Jesteś dupkiem. — Ryan przewrócił oczami.
— Miejsce w szeregu — prychnął Calum, jednocześnie kręcąc głową. — Ale żeś wymyślił. Luke, a ty znasz swoje miejsce w szeregu?
— Aż za dobrze. I aż boję się podskakiwać.
Ryan spojrzał na niego, a potem znów zajął się swoim jedzeniem. Luke westchnął ciężko i złapał za teczkę, którą bezpiecznie schował do plecaka.


~***~
Grzebałam w swojej szafce. Szukałam notatnika, który był mi na gwałt potrzebny. Niedługo miały się odbyć zajęcia z chemii, a ja nie mogłam znaleźć tego przeklętego przedmiotu. W końcu z samego końca wydobyłam czarny notatnik. Był przykryty blokami rysunkowymi, więc nic dziwnego, że go nie widziałam.
Wcisnęłam go do torby i już miałam zamknąć drzwiczki, kiedy to one same zatrzasnęły mi się przed nosem. Odskoczyłam i spojrzałam na Harper, która pojawiła się tuż obok. Przy jej boku znajdowała się Angela, która z szyderczym uśmiechem na twarzy, wpatrywała się w moją osobę.
— No, no, no — odparła Harper. Drzwiczki od szafki lekko się uchyliły, prezentując bałagan, jaki zrobiłam. — Ktoś dzisiaj kręcił się koło naszego stolika.
— Nie twój interes — powiedziałam, zapinając torbę i zarzucając ją na ramię. Nie miałam ochoty z nią gadać. Nie miałam ochoty nawet na nią patrzeć.
— Zobacz, Angela, rudzielec to rysowniczka.
I zanim zdążyłam zareagować, wyciągnęła z mojej szafki jeden z bloków. Na pierwszej stronie widniał budynek naszej szkoły, który narysowałam niedawno na zajęcia ze sztuki. Blok miał już resztkę papieru, więc był na tyle cienki, że wygiął się w jej dłoni.
— Arcydzieło — odezwała się blondynka, udając zaskoczony ton. — I ty niby masz talent?
— Jaka byłaby szkoda — zaczęła Harper z tym swoim paskudnym, wrednym uśmiechem — gdyby coś się temu stało.
— Co na przykład? — zapytała teatralnie Angela, a ja zaczęłam ciężej oddychać.
Musiałam się opanować, aby jej nie przywalić, choć miałam ogromną ochotę to zrobić. Jednak przemoc w szkole jest zakazana, a nie chciałam w tak krótkim czasie uczęszczania do tej szkoły, polecieć na dywanik do dyrektora.
— Na przykład to.
— Nie! 
Harper zdążyła już złapać za dwie części papieru i przerwać je na pół. Rysunek rozpadł się na dwa oddzielne kawałki i powoli upadł na ziemię. Rzuciłam się w jego stronę i szybko zgarnęłam skrawki dawnego bloku. Słyszałam ich śmiech tuż nad sobą.
Kiedy się podniosłam, Harper uśmiechnęła się i odkręciła błyszczyk, który wcześniej podała jej blondynka. Nałożyła grubą warstwę lepkiego kosmetyku i ułożyła usta w dzióbek, sprawiając, że zrobiło mi się niedobrze.
— To za spotkanie w toalecie — oznajmiła z triumfem. — Ja zawsze wygrywam.
Zazgrzytałam zębami i zadziałałam pod impulsem. Wyrwałam jej błyszczyk i rzuciłam go na podłogę. Następnie z całej siły nadepnęłam na niego trampkiem. Nie wiedziałam, że to coś da, ale widocznie kosmetyk był zrobiony z cienkiego plastiku, bo rozleciał się pod moim butem na drobne kawałki. Wyprostowałam się i posłałam jej szyderczy uśmiech.
— A to za mój rysunek — odparłam i zamknęłam szafkę. Ruszyłam w stronę schodów.
Zostawiłam za plecami Harper i Angelę, które z minami na karpia, analizowały to, co się przed chwilą stało. Wiedziałam, że prędzej czy później tego pożałuję. Z tego, co zdołałam wydedukować, Harper lubi się mścić, więc to kwestia czasu, aż znów się spotkamy. Teraz jednak cieszyłam się swoim małym triumfem. Tę bitwę wygrałam, ale walka nadal trwała.


Po szkole popędziłam do domu. Musiałam coś przekąsić i przebrać się, bo na dzisiaj umówiłam się z dziewczynami w centrum Sydney, a czasu nie było za wiele. Wcisnęłam się w dżinsy i luźną koszulkę. Spięłam włosy w luźny kok. Chwyciłam za torebkę i znów — tak, jak rano — wyleciałam z domu, jak oparzona.
Zaparkowałam w pobliżu rynku. Wysiadłam z samochodu, zsuwając na nos okulary przeciwsłoneczne. Dzisiejszego dnia całe Sydney pławiło się w słońcu i temperatura była nieco uciążliwa. Na szczęście powiewał lekki wiatr, który sprawiał, że jakoś tę pogodę dało się znieść.
Ruszyłam w stronę fontanny, przy której umówiłam się z dziewczynami. Z daleka zamajaczyły mi dwie znane postacie. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Dzięki Lori i Becky nieco bardziej wierzyłam w tę lipną szkołę, do której musiałam chodzić. Dawały nadzieję, że los jednak nie był, aż tak złośliwy w stosunku do mnie.
— Jest i ona — powiedziała Becky. — Możemy uciec z tego słońca? Zaraz się roztopię.
— Pójdziemy do Spencera — oznajmiła Lori. — Serwują najlepszą kawę w mieście.
— Prowadźcie.


Udało nam się zająć stolik w środku. Była tam klimatyzacja, więc siedzenie i picie kawy było czystą przyjemnością. Cała nasza trójka skusiła się także na ciasto dnia — kremowy torcik z truskawkami i bitą śmietaną. Przed nami stały wysokie szklanki, a my pochłonięte byłyśmy rozmową. Nagle nasz temat skupił się ponownie na szkole.
— Nie wierzę, że to zrobiłaś — odparła Lori, robiąc duże oczy, kiedy opowiedziałam im o moim starciu z Harper.
— Teraz to nawet ja jestem zaskoczona — oznajmiłam, co było zgodne z prawdą. — Ale samo tak wyszło.
— Rosalie, ty zła dziewczyno — powiedziała Becky i wybuchła perlistym śmiechem.
— Wiesz, że ona zaatakuje znowu — rzuciła Lori, mieszając długą łyżką w swojej kawie.
— Wiem. Nagrabiłam sobie. Z drugiej strony, nie dam jej sobie wejść na głowę. Chce wojny, to będzie ją mieć.
— Nie dość, że zła, to jeszcze wojownik — skomentowała Becky. — Lubię cię za to. Że nie płaczesz w poduchę nad swoim losem, tylko spinasz tyłek i walczysz.
— Masz u nas wsparcie — oznajmiła Lori.
— Nie będę was w to mieszać. To wojna pomiędzy mną a tą kretynką.
— Myślisz, że ona nie wykorzysta swojej grupy? — zapytała Becky, ale nie musiała mi tego uświadamiać. Wiedziałam, w co się pakuję i przeciwko komu startuję.
— Dlatego, jak coś — Lori wskazała na siebie i Becky — masz nas.
— Dzięki — powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam.
— Nie gadajmy już o tej suce. Zmieńmy temat na coś milszego i przyjemniejszego — zarządziła Becky, a ja i Lori z ochotą przystałyśmy na ten pomysł.


Kiedy weszłam do domu, panowała w nim kompletna cisza. Widziałam zapalone światło w pokoju Luke'a, więc wiedziałam, że chłopak jest w środku. Rodziców nie było — Dan zaprosił mamę na uroczystą kolację. Dochodziła godzina dziewiąta, a ja byłam w wyśmienitym humorze po spotkaniu z dziewczynami.
Weszłam na górę. Z pomieszczenia naprzeciwko wydobywała się muzyka — Green Day wyśpiewywało jeden ze swoich hitów. Weszłam do pokoju i rzuciłam torebkę na krzesło. Na szczęście nic nam nie zadali, więc mogłam legalnie zmarnować ten wieczór na obijanie się. Postanowiłam obejrzeć jakiś film, a potem może trochę porysować. Przebrałam się w dresy i ruszyłam w stronę drzwi. Musiałam znaleźć w kuchni, jakąś przekąskę. Może Dan nie wyżarł całego popcornu?
Wychodząc z pokoju, prawie zderzyłam się z Lukiem, który też opuszczał swój. Bez słowa minęłam go i jako pierwsza zeszłam po schodach. Blondyn podążał za mną. Weszłam do kuchni i otworzyłam szafkę z naszymi przekąskami. Złapałam za ostatni popcorn i podeszłam do mikrofali. W tym momencie w pomieszczeniu pojawił się również Luke. On także podszedł do wcześniej wspomnianej szafki. Otworzył ją i zaczął przeglądać jej zawartość. Kątem oka zerknął na mnie i mikrofalę, i ze zrezygnowaną miną, wyciągnął paczkę chipsów. Punkt dla mnie za to, że byłam szybsza.
— Tak w ogóle — zaczął, a ja niechętnie odwróciłam się w jego stronę. — Popcorn był mój.
— Nie był nigdzie podpisany — odparłam, wrzucając brązowe opakowanie do mikrofali. Nastawiłam je i w kuchni rozległ się charakterystyczny dźwięk.
— Od kiedy lubisz popcorn? — zapytał, a ja zrobiłam zdziwioną minę.
— Od zawsze. Przyzwyczaj się w końcu, że mieszka pod tym dachem więcej ludzi.
— A ty przyzwyczaj się do tego, że nie wyjada się cudzych rzeczy.
— Zachowujesz się, jak dzieciak — warknęłam.
— A ty jak wiecznie niezadowolona księżniczka.
— W domu też będziemy rozdzielać swoje miejsca w szeregu?
— Boże — wydusił Luke. — To nie moja wina, że Ryan jest idiotą! 
Spojrzałam na niego, lekko zaciskając usta. Z niewinnej walki o popcorn zaczęła się robić prawdziwa awantura. 
— Zresztą sama nie jesteś lepsza.
— Tak? I to mówi Pan Ważniak, pan ze szkolnej elity. Jesteście siebie warci!
— To twoje hobby, nie? Czepianie się wszystkiego. Matko, zejdź na ziemię, dziewczyno!
— Jak tylko zejdziesz mi z oczu.
— Niestety, to też moja kuchnia, więc legalnie mogę w niej przebywać. I co teraz?
— Mam dość patrzenia na twoją zarozumiałą buźkę — odparłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
— Ja pierdolę — syknął pod nosem, kręcąc głową. — To jest niepoważne.
Już miałam zamiar mu odpowiedzieć, kiedy drzwi od domu się otworzyły. Zaprzestaliśmy kłótni i spojrzeliśmy w stronę holu. Do środka wszedł wystrojony w garnitur Dan, z szerokim uśmiechem na ustach, a zaraz za nim moja mama w czarnej sukience. Jej twarz promieniała. Oboje byli, z czegoś bardzo zadowoleni.
— Jak tam, kochani? — zapytał Dan, opierając się o framugę i łapiąc Sarah za rękę.
— Powiemy im? — odezwała się moja rodzicielka, chichocząc pod nosem.
Uniosłam brwi. Zachowywali się jak banda nastolatków. Przełknęłam ślinę. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć.
— Musimy. Czyń honory, skarbie — powiedział Dan, klepiąc mamę po ramieniu.
— Ja i Dan — zaczęła, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce. — My... zaręczyliśmy się!
Myślałam, że padnę na zawał. Tu. W tej kuchni. Ja i Luke spojrzeliśmy na siebie. Oboje mieliśmy miny, jakby w pomieszczeniu wylądowało prawdziwe UFO. Mama wyciągnęła w naszą stronę dłoń, a na jej palcu połyskiwał sporych rozmiarów złoty pierścionek zaręczynowy. Nie wiedziałam, czy mam być zadowolona razem z nimi czy zacząć płakać. Z jednej strony cieszyłam się ich szczęściem, bo oboje niesamowicie do siebie pasowali, z drugiej zaś oznaczałoby to, że ja i Pan Zarozumiały zostaniemy przybranym rodzeństwem. Na całe szczęście mamy bliżej, niż dalej do zakończenia liceum, więc to kwestia czasu, jak jedno z nas się stąd wyniesie i da odetchnąć temu drugiemu. Potem będziemy widywać się tylko na rodzinnych imprezach, więc to da się jakoś przeżyć.
Uśmiechnęłam się szeroko i podeszłam do mamy, aby ją uściskać. Zauważyłam, że Luke wykonał ten sam gest w kierunku swojego ojca. Potem bez słowa zamieniliśmy się miejscami, aby każde z nas mogło pogratulować drugiej stronie.
— Piękny prawda? — odezwała się mama, pokazując po raz kolejny pierścionek.
— Jest ekstra — odpowiedziałam, przyglądając się mu z bliska. — I duży.
— Odrobinę za duży — powiedziała, zerkając na Dana. — Ale piękny. — Uśmiechnęła się po raz kolejny, a ja zaraz zrobiłam to samo.




***
Dziękuję za wasze fantastyczne komentarze. Jak widzę, Harper nie przypadła wam do gustu. I wcale się nie dziwię :D
Pozdrawiam!

#PodJednymDachemFF

5 komentarzy:

  1. Tak, nie lubię Harper xd
    A Rosie nieźle im dogadała przy stoliku xd
    Podoba mi się ten rozdział ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ci się podobało :) Harper to taki chodzący negatyw, ale nie może być słodko i kolorowo :D

      Usuń
  2. Po pierwsze dałaś cytat z mojej ulubionej piosenki Coopera :) a rozdział rewelacja, podoba mi się. Oni są jak pies z kotem, ale może kiedyś się dogadają. Harper bleeeee ale Rose dobrze sie odegrała. Znów mamy elitę, ale Rose raczej nie jest zainteresowana znajomością z nimi. Czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe ja też ją lubię :D Cieszę się, że rozdział ci się spodobał. Może kiedyś... ale kto to wie:D

      Usuń
  3. aa boskie poprostu boskie, pisz dalej i życie ci niezwykłej weny mam nadzieję że to będzie długie opowiadano...

    OdpowiedzUsuń