poniedziałek, 27 kwietnia 2015

S1 - Rozdział 6

Do you know what you started


Od zawsze lubiłam zajęcia ze sztuki. Sama malowałam i interesowałam się tym, więc nic dziwnego, że z przyjemnością chodziłam na te lekcje. W tej szkole nauczał tego chudy pan Clark, który zawsze nosił musztardową marynarkę i kwadratowe okulary. Był jednym z tych, którzy ciekawie mówili i jednocześnie zbyt mocno gestykulowali. W trakcie zajęć często popijał niegazowaną wodę z małej butelki, którą przeważnie przez cały czas trzymał w ręku. Ławki w sali ustawione były wzdłuż ściany i okien, tak więc chodząc w przód i tył, nadal dobrze widział wszystkich zgromadzonych.
Od kilku minut siedziałam spokojnie w ławce, a reszta klasy powoli się schodziła. Jedni się ociągali, inni tak jak ja od jakiegoś czasu czekali na dzwonek. Pan Clark bardziej pochłonięty był papierami niż nami, więc nie byłam pewna, czy zdaje sobie sprawę z tego, że zaraz rozpoczną się zajęcia.
Od jakiegoś czasu kartkowałam podręcznik, oglądając jednocześnie zaprezentowane tam dzieła, które już nie raz widziałam. Było to jednak jakieś zajęcie, a ja nie chciałam zanudzić się na śmierć. W pewnym momencie podniosłam głowę i spojrzałam na ławkę naprzeciwko. Siedział tam Calum i Ryan. Na szczęście koncentrowali się na sobie. Liczyłam na to, że po ognisku w końcu uzyskałam od nich upragniony spokój.
Nagle rozległ się dzwonek, a rozmowy w klasie ucichły. Pan Clark poderwał się z miejsca i rozejrzał po sali. W ręku trzymał dziennik, w którym zaczął wpisywać obecności. Nigdy nie robił tego w normalny dla nauczycieli sposób. Miał dobrą pamięć do nazwisk i twarzy, więc szybka rundka wzrokiem po klasie wystarczała, by wiedzieć, kto się pojawił, a kto nie. Kiedy skończył z listą, co trwało bardzo krótko, uśmiechnął się.
— Czołem, uczniowie. Witam na kolejnych zajęciach — powiedział pogodnym tonem. 
Zawsze sprawił wrażenie zadowolonego i przyjaznego. Nie był surowy, ale nie dawał sobie też wejść na głowę. Dzięki temu zyskał sympatię większości uczniów.
— Czołem, panie Clark — odpowiedzieliśmy, a nauczyciel uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Zanim przejdziemy do kolejnego tematu, a mianowicie do historii malarstwa, chciałbym rozdać wam zadanie, które wykonacie w parach w domu. Na kolejnych zajęciach będziemy skupiać się na popularnych malarzach, którzy znani byli w swoich epokach. Przygotujecie o nich prezentacje. Każda para dostanie jedną osobę do przedstawienia. Zaznaczcie w pracach najważniejsze jej dzieła oraz wydarzenia, a także przyszykujcie dokładny opis tego, w czym się specjalizował. Jest to duże zadanie, ale łatwe do wykonania. Praca ta będzie mieć wpływ na oceny, które wystawione zostaną na półrocze. — Rozejrzał się i nie tracąc dobrego humoru, zgarnął z biurka kolejną kartkę. — Jako że zadanie jest łatwe, pozwoliłem sobie trochę namieszać i sam połączyłem was w pary. — Po klasie przeszedł pomruk niezadowolenia. — Nie przesadzajcie, będzie fajnie. To zaczynamy.
Rozpoczął czytanie listy uczniów, których połączył. Czekałam na to, aż padnie moje imię. Byłam ciekawa, z kim będę musiała współpracować. Jako nowa nadal nie znałam zbyt wielu ludzi, a to był nawet dobry sposób do poznania kolejnej osoby. W końcu usłyszałam to, na co czekałam i wcale mi się to nie spodobało.
— Calum Hood i Rosalie Rivers.
Moja reakcja zaskoczyła mnie samą, bo zadziałałam kompletnie bez namysłu. Jęknęłam i zgięłam się w pół. Głową uderzyłam o ławkę, skąd wydobyło się głośne puknięcie. Wszyscy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, a następnie ryknęli śmiechem. Wszyscy oprócz Caluma. Nawet nauczyciel zaczął się śmiać.
— Widzę, że to będzie ciekawa współpraca — powiedział pan Clark, wycierając kąciki oczu. — Nie wiem, Calum, co zrobiłeś Rosalie, ale chyba dla niej to będzie piekielne zadanie.
Podniosłam głowę, czując, jak pieką mnie policzki. Pewnie moja twarz była teraz koloru naszych przeklętych mundurków. Spojrzałam na Caluma, który wpatrywał się we mnie z uniesionymi brwiami. Obok niego siedział Ryan, który dostał głupawki i rechotał jak nienormalny.
— Może to zadanie was pogodzi — pociągnął nauczyciel. — Dostajecie Salvadora Dalego.


Wyszłam z klasy pod czujnym okiem innych uczniów, którzy dalej rozpamiętywali moje durne zachowanie. Byłam wściekła na siebie, że zareagowałam jak kompletna idiotka, ale byłam pewna, że mój pech nieco się skończył. Niestety, zamiast dostać wolne od elity, ja muszę współpracować z jednym z nich. Los znowu robił mi psikusy, a to mi się zupełnie nie podobało.
Zatrzymałam się niedaleko sali, z której dopiero, co wyszłam. Rozpięłam torbę i zaczęłam przewracać w niej rzeczy, szukając telefonu. Nagle obok pojawił się nasz przewodniczący szkoły.
— Cześć, partnerko — powiedział z uśmiechem. 
Podniosłam głowę, spoglądając w jego ciemne oczy. Miałam alergię na ludzi z elity, więc od razu mój mózg przeniósł się na tryb obronny.
— Niezła reakcja na lekcji. Widzę, że jako twój partner zwaliłem cię z nóg.
— Tak, aż dostałam gorączki i wysypki na plecach ze szczęścia — odpowiedziałam, wyciągając telefon. — Masz dzisiaj czas?
— Czyli dostaję szansę?
— Raczej nie mam wyboru — odparłam niezbyt zadowolona. — Zróbmy to dzisiaj i miejmy to z głowy.
— Jestem wolny od razu po szkole. Spotkajmy się u mnie i...
— Raczej u mnie — wtrąciłam, poprawiając torbę. — Mam trochę książek, które nam się przydadzą. Może być szesnasta?
— Tak.
— W takim razie jesteśmy umówieni. — Ruszyłam przed siebie, ale nagle zatrzymałam się i odwróciłam w stronę Caluma. — Nie spóźnij się.
— Będę na czas — powiedział z uśmiechem.
Kiwnęłam głową, całkowicie ignorując jego uśmiech posyłany w moim kierunku. Spojrzałam na telefon, wystukałam numer i przyłożyłam urządzenie do ucha. Poszłam w stronę schodów, zostawiając Hooda za plecami.


Siedziałam w kuchni, jedząc obiad. Niestety, nie byłam sama. Hemmings spożywał kurczaka w sosie serowym w salonie, oglądając jakiś durny program o samochodach. Na szczęście żadne z nas nie wchodziło sobie w drogę.
Kiedy przełknęłam ostatni kęs, wstałam z miejsca i wrzuciłam brudny talerz do zmywarki. Przemyłam ręce i przetarłam kuchenkę, na której odgrzewaliśmy jedzenie. Luke zachlapał ją sosem. Ale jak to on ma w zwyczaju, olał to i poszedł jeść. Jego mózg chyba nie łapie czegoś takiego jak sprzątanie po sobie.
Nagle drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do domu. Zauważyłam ruch w salonie. Blondyn musiał ruszyć cztery litery z kanapy. Zerknęłam w stronę holu i wtedy zobaczyłam Hooda w całej jego okazałości. Czy oni nigdy nie pukają? Ubrany był w czarne spodnie i trampki oraz luźną biało-czarną koszulkę. Na to narzucona była granatowo-szara koszula w kratę. W ręku ściskał plecak. Spojrzałam na zegarek. Był punktualnie.
— Cal, a ty co tu robisz? — zapytał Luke, wychodząc kumplowi naprzeciw. — Byliśmy umówieni?
— Ja byłem umówiony — odpowiedział i wtedy zobaczył mnie stojącą w kuchni. — Z Rosalie.
Blondyn wytrzeszczył błękitne oczy, patrząc to na mnie, to na niego. Chyba jego mózg doznał jakiegoś przeciążenia od nadmiernej pracy, którą wykonywał w tym momencie. Lekko rozchylił usta, nie wiedząc, o co chodzi.
— Z nią? — zapytał, wskazując mnie palcem.
— Mam imię, kretynie — syknęłam. Od jakiegoś czasu Hemmings mianował mnie per ona lub ty.
— Z nią? — powtórzył, jakbym w ogóle się nie odezwała.
— Zadanie domowe — oznajmił Calum.
— To powodzenia — rzucił Luke z szyderczym uśmieszkiem i wrócił do salonu.
Miałam ochotę zdzielić go ścierką, którą trzymałam w ręku. Hemmings niesamowicie działał mi na nerwy, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Ukatrupienie go nie wchodziło w grę, bo po pierwsze: był synem Dana i nie mogłam mu tego zrobić; po drugie: nie wiem, jakim cudem, ale zyskał sympatię mojej matki; a po trzecie: morderstwa z premedytacją są surowo karane, a ja nie chciałam spędzić reszty życia w więzieniu. Dlatego musiałam zaciskać zęby i jakoś go znosić.
Odłożyłam ścierkę na miejsce i wyszłam na hol. Calum dalej stał w tym samym miejscu, co przed chwilą. Czekał. Machnęłam na niego ręką i skierowałam się w stronę schodów. Usłyszałam, że Hood poszedł w moje ślady.
Zatrzymałam się przy drzwiach. Pokój Luke'a był otwarty na oścież, prezentując błękitne ściany, zawalone płytami podwójne łóżko i mnóstwo ubrań walających się po podłodze. Na biurku obok komputera stał kubek po kawie. Po prostu jeden wielki chlew.
Weszłam do swojego pokoju, a za mną pojawił się Calum. Zgarnęłam z biurka laptopa i odwróciłam się w stronę chłopaka. Ten uważnie oglądał pomieszczenie. Następnie podszedł do łóżka i usiadł na jego skraju.
— To, od czego zaczynamy, partnerko? — zapytał, kładąc plecak przy nogach.
— Od zmiany lokalizacji — odpowiedziałam, podchodząc do drzwi.
— Okej — wydusił Hood, wstając z łóżka.
Wyszłam z powrotem na korytarz, a następnie skierowałam się w stronę kolejnych schodów. Calum był tuż obok mnie. Wspięliśmy się po nich, docierając do miejsca docelowego. A konkretnie do mojej oazy. Do mojego ulubionego pomieszczenia w tym domu. Na strych, który służył mi za pracownię i z której niechętnie wychodziłam.
— Czadowo — powiedział Calum, rozglądając się po kolorowych ścianach. 
Na ustach przyczepiony miał swój znany uśmiech miłego pana przewodniczącego. Widać było, że mój strych mu się spodobał. Położył plecak na pierwszej kanapie, a ja ustawiłam komputer i uruchomiłam go.
— Nigdy tu nie byłem — odparł. Spojrzałam na niego.
— To miejsce zaklepane dla mnie.
Calum podszedł do ustawionej sztalugi, na której opierało się płótno. Znajdował się tam niedokończony obraz, na który składały się na razie stare budynki i niebo. Chciałam dorysować na dole jeszcze kilka mieszczuchów i samotną dziewczynkę z misiem, która miała stać przy sklepie z cukierkami. Chłopak spojrzał na stolik ustawiony obok. Leżało na nim pełno farb i czystych pędzli. Od dwóch dni zbierałam się za dokończenie obrazu, dlatego wszystko było przygotowane, gdyby dopadła mnie wena twórcza.
Nie spuszczając chłopaka z oczu, obserwowałam każdy jego krok. Od sztalugi przeszedł do kolejnego stolika i zerknął na zarysowane kartki papieru. Bez jakiegokolwiek słowa zaczął je przewracać, oglądając moje małe dzieła.
— Są świetne — powiedział, odwracając się i zerkając na mnie.
— Dzięki. 
Przeszłam do kolorowych kartonów. Tam pochowane miałam książki. Otworzyłam jeden z nich i zaczęłam przeglądać jego zawartość. Calum dalej bardziej interesował się moimi rysunkami niż zadaniem, jakie mieliśmy do wykonania.
— To jest naprawdę ekstra.
Ponownie odwróciłam się w jego stronę. Spojrzałam na to, co trzymał w ręku. Rysunek prezentował kobietę z jasnymi włosami, spiętymi na styl pin-up girl, z uroczym uśmiechem na ustach, a także pieprzykiem przy górnej wardze. Kawałek jej szyi, a także odsłonięte ramiona pokrywały tatuaże. Miała na sobie obcisły top z dość dużym dekoltem.
— Dzięki — odpowiedziałam po raz kolejny.
— Podoba mi się. Kto to jest?
— Daleka kuzynka mojej koleżanki z poprzedniej szkoły.
— Pozowała ci?
— Nie. Przesłała jej kiedyś to zdjęcie, a ja je wykorzystałam do rysowania.
— Nie chciała go mieć? — zapytał, potrząsając rysunkiem.
— Chyba nawet nie wie, że powstał. 
Calum kiwnął głową, w dalszym ciągu nie odrywając wzroku od rysunku.
— Jest ekstra. Sam bym chciał mieć taki swój szkicowany portret. To zawsze wygląda czadersko. — Uniosłam brwi. — Nie rób takiej miny, umiem docenić talent innych. Szczególnie opanowany w takim stopniu. To wygląda niemalże jak prawdziwe zdjęcie. Aż ciężko pojąć, że człowiek potrafi stworzyć coś tak pięknego.
Byłam zaskoczona, zdziwiona i nieco zbita z tropu. Uważałam Luke'a i jego kumpli za bandę kretynów, którzy znają się tylko na piłce nożnej. Teraz się okazuje, że niektóre jednostki z elity potrafią się sensownie wysłowić. Ba, nawet docenić coś tak banalnego, jak rysunek. Zawsze byłam nieco krytyczna wobec tego, co robię, więc dla mnie nigdy to nie było dostatecznie dobre. Jego słowa mile połechtały moje ego. Uśmiechnęłam się lekko, zerkając na chłopaka, który w dalszym ciągu przyglądał się naszkicowanej kobiecie. Po chwili znów podniósł głowę i spojrzał na mnie. Odwróciłam się i podeszłam do biurka. Nachyliłam się w stronę komputera.
— Mam głupie pytanie — powiedział Calum.
— Mówi się, że nie ma głupich pytań...
— Tak, wiem. Są ponoć tylko głupie odpowiedzi.
— Więc? — zapytałam, prostując się.
— Jest dla ciebie ważny?
— Co?
— Rysunek — odparł, machając kartką papieru. 
Zaczęłam się zastanawiać. Miałam pełno szkicowanych rysunków, bo tak najczęściej odreagowywałam wszystko, co działo się w moim życiu. Rysowałam i bazgrałam w blokach formatu A4. Bardziej przywiązywałam wagę do malowanych na płótnach obrazów, które potem kisiłam w wysokich kartonach.
— Nie specjalnie — powiedziałam, wzruszając ramionami. — To jeden z wielu.
— Czy mógłbym... — zaczął, ale zawiesił się, jakby zabrakło mu słów.
— Co?
— Go od ciebie przejąć? — wydusił. Uniosłam brwi. — Chciałbym go mieć.
— Serio? — Pokiwał głową.
Odwróciłam się z powrotem do biurka. Wysunęłam pierwszą szufladę i wygrzebałam z niej zieloną teczkę zapinaną na gumkę. Podeszłam z nią do chłopaka. Podałam mu ją.
— Jest twój — powiedziałam, a chłopak się uśmiechnął. 
Otworzył teczkę i powoli wsunął do niej rysunek. Następnie zamknął ją, a gumka wydała znany dźwięk, uderzenia o tekturę. Nachylił się w stronę swojego plecaka. Rozpiął go i umieścił teczkę w środku.
— Wiesz, co? — zaczął, a ja ponownie na niego spojrzałam.
— Co?
— Zauważyłaś, że od jakiegoś czasu normalnie ze sobą rozmawiamy? — Prychnęłam pod nosem, ale mimo wszystko uśmiechnęłam się lekko. — Postęp — skwitował, odwzajemniając uśmiech.
— Wiesz, błędy są prawie zawsze rzeczą świętą. Nigdy nie próbuj ich naprawić. Co więcej: uzasadnij je racjonalnie, staraj się w pełni je zrozumieć, a wtedy będziesz mógł je uszlachetnić — wyrecytowałam.
— Co? — zapytał ze śmiechem. — Co to ma wspólnego z naszym postępem?
— A to, że powinniśmy skończyć gadać i skupić się na pracy. To cytat z Dziennika geniusza. — Calum uniósł brwi. — Salvadora Dalego — dopowiedziałam, a ten pokiwał głową.
— No tak... Salvador Dali.


Po długich dyskusjach na temat prac Dalego i tego, czy był szurnięty, czy może jednak nie, skończyliśmy zadanie domowe ze sztuki. Przyszykowaliśmy całkiem zwięzłą, a jednocześnie pełną informacji prezentację, z której byliśmy zadowoleni. Muszę też przyznać, że z Calumem całkiem dobrze się pracowało. Był jednak zupełnie inny, niż myślałam na początku i chyba zbyt szybko przyczepiłam mu łatkę idioty, wzorując się na pozostałych członkach elity. Był całkiem w porządku. Potem odprowadziłam Caluma do drzwi, pożegnał się też z Lukiem, który od chwili przyjścia Hooda nadal tkwił w salonie przed telewizorem.
Usiadłam w kuchni, kładąc przed sobą blok rysunkowy. Ugryzłam kawałek jabłka, które miałam w ręku i zabrałam się do pracy. Był to całkiem udany dzień. I jak to powiedział Calum: pojawił się postęp.
Mijały kolejne minuty, a rodziców dalej nie było w domu. Wiedziałam, że Dan ma jeszcze jakieś spotkanie prowadzone on-line, a mama przesiadywała w zakładzie poprawczym. Oboje mieli wrócić późno.
Rysowałam misę z owocami, która stała na blacie tuż przy lodówce — jakoś od początku wpadła mi w oko, więc postanowiłam ją uwiecznić na papierze — gdy do kuchni wtoczył się Luke. Poczułam jego wzrok na sobie, gdy podchodził do szafki, w której trzymamy słodycze. Zignorowałam go. Blondyn odwrócił się, oparł o blat i utkwił we mnie zaciekawione spojrzenie.
— Czego chcesz? — zapytałam nad wyraz uprzejmie.
— Chyba współpraca z Calumem poszła gładko — odparł, otwierając czekoladowego batona.
— Bo akurat ciebie to interesuje.
— Słyszałem co nieco — pociągnął. W dalszym ciągu nie podnosiłam głowy i nie przerwałam pracy.
— Jezu... i jeszcze podsłuchuje — mruknęłam pod nosem.
— Usłyszałem przypadkiem. — Wzruszył ramionami. — Nie masz na strychu drzwi.
— Tak? Nie zauważyłam.
— Co tam masz? — zapytał i zanim zdążyłam zareagować, wyrwał mi rysunek sprzed nosa.
— Popieprzyło cię? — warknęłam, zrywając się z miejsca. — Oddawaj!
— No w końcu zaszczyciłaś mnie spojrzeniem.
— Jesteś idiotą — powiedziałam przez zaciśnięte zęby, podchodząc bliżej. 
Chciałam mu wyrwać rysunek, ale Luke był ode mnie wyższy. Wyciągnął rękę, a ja podskakując, nie mogłam go sięgnąć.
— Dlaczego ty nie możesz się ode mnie odpieprzyć? — syknęłam wkurzona.
— Może takie mam hobby — powiedział z uśmiechem. — A tak w ogóle, to chciałem to zobaczyć. Całkiem ładne.
— Jasne. Oddaj to!
— Za chwilę.
— Teraz!
— Za chwilę.
Zazgrzytałam zębami i niewiele myśląc, uderzyłam go w brzuch. Nie mocno, ale też nie lekko. Ciało chłopaka zareagowało tak, jak tego oczekiwałam. Blondyn zgiął się w pół, bardziej pod impulsem obrony niż z tego, że mój cios mógł go zaboleć. Wyrwałam mu szybko kartę, zabrałam ołówek, który zostawiłam na blacie i ruszyłam w stronę wyjścia.
— To było niezłe — usłyszałam za plecami. Nawet się nie odwróciłam. — Przemyślany ruch. Zaskakujesz mnie. 
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam do siebie. Miałam dość Luke'a i tych jego gierek. Ten chłopak wykończy mnie psychicznie.



11 komentarzy:

  1. Świetny rozdział!
    Z niecierpliwością czekam na nexta
    Ps. Duuuuuuuuuużo weny życzę ;) x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się spodobał :) Wena zawsze się przyda. Dzięki :)

      Usuń
  2. Aa jakie urocze! Cal i Rosalie pasowaliby do siebie, gdybym nie shippowała jej a Ashem ;P No, może jeszcze z Hemmo xd
    Świetny rozdział!
    Dużo weny, kochana! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ci się podobało. Widzę, że Rose została już sparowana niemalże z każdym. Tylko biedny Clifford tego nie doczekał ahaha :D

      Usuń
  3. Aaaaw :) Rosalie i Calum chyba zaczęli się dogadywać, ciekawe jak ta ich relacja się rozwinie. Pasują do siebie; ) ale Calum to mój ulubieniec. No, końcówka lekko pod napięciem w wykonaniu Rose i Luka :) super rozdział. Czekam na kolejny. Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem. Calum dla ciebie jest naj :D Cieszę się, że ci się rozdział spodobał. Kolejny już niedługo - klasycznie poniedziałek :D

      Usuń
  4. Kocham to opowiadanie. Ciągle dodajesz nowe akcję. Ciągle coś się dzieje. Zazdroszczę talentu. Też bym chciała tak pisać... Życzę weny bo już nie mogę się doczekać następnego rozdziału. WENY <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Super piszesz świetny rozdział nie mogę doczekać. Się następnego ♡♡

    OdpowiedzUsuń