wtorek, 9 czerwca 2015

S2 - Rozdział 1

Last Friday Night


       Budzik zadzwonił o tej samej godzinie, co zawsze. Wyłączyłam go i niczym ślepiec zaczęłam wyczołgiwać się z łóżka. Wczoraj do późna malowałam, a obrazu i tak nie skończyłam, więc byłam niewyspana na własne życzenie. Dotarłam do garderoby i wyciągnęłam z niej świeżo wyprany mundurek. Razem z nim wyszłam z pokoju i poczłapałam w stronę łazienki. W holu minęłam się z wypachnionym Lukiem, który najwyraźniej zaliczył poranną toaletę przede mną.
       Otworzyłam drzwi do naszej białej łazienki. Zrobiłam kilka kroków i nagle moje klapki rozjechały się na boki. Nie utrzymałam równowagi i machając rękami – przy okazji strąciłam kilka rzeczy z półki- poleciałam w dół. Rozległ się huk, a ja klapnęłam na cztery litery i od razu poczułam, jak moja piżama nasiąka wodą. Kilka czystych ręczników spadło mi na głowę.
- Kurwa – syknęłam pod nosem.
- Żyjesz? – Usłyszałam głos blondyna. Zazgrzytałam zębami. – Słyszę, że tak.
- Ile razy mam powtarzać, że masz po sobie sprzątać! – ryknęłam, zrywając się na nogi. Jedną ręką rozcierałam kość ogonową. – To się tyczy też tej cholernej rozlanej na podłodze wody!
- Co wy tu wyprawiacie? – Moja matula zatrzymała się obok blondyna, a ja miałam ochotę puścić ostrą wiązankę przekleństw. Jednak powstrzymałam się.
- Zaliczyła glebę – poinformował ją rozbawiony Luke, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy.
- Ty…- wysyczałam, mrużąc na niego oczy.
- Nic ci się nie stało?- przerwała mi mama i chyba dobrze, bo epitety jakie nazbierałam na Hemmingsa, by jej się z pewnością nie spodobały.
- Jest okej – powiedziałam, zbierając rzeczy z podłogi.
- Na pewno? – Zagotowałam się, ale odpowiedziałam, starając się przybrać normalny ton.
- Tak.
- To czekam ze śniadaniem.
       Sarah uśmiechnęła się i zeszła na dół. Luke jeszcze przez chwilę stał w drzwiach. Lustrował mnie od góry do dołu. Prychnęłam i podeszłam do drzwi.
- Zejdź mi z oczu – powiedziałam jadowitym tonem i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Byłam wściekła. Wściekła na niego. Że też muszę z nim mieszkać pod jednym dachem i do tego dzielić się łazienką.

       Wyszłam z klasy razem z resztą klonów – czyli pozostałymi uczniami odpicowanymi w nasze szkolne czarno czerwone mundurki. Już miałam zamiar ruszyć w kierunku schodów, kiedy usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Od razu rozpoznałam głos naszego przewodniczącego szkoły. 
       Calum wyłonił się z kolejną garstką uczniów, którzy opuszczali zajęcia ze sztuki. Na jego twarzy, jak zwykle gościł szeroki i przyjemny uśmiech. Zatrzymałam się, a chłopak utkwił we mnie swoje brązowe oczy. Podszedł bliżej.
- Rosalie – powtórzył moje imię, jakbym zapomniała, że właśnie tak się nazywam… i to od urodzenia.
- Tak? – wypaliłam, przeciągając słowo.
- Zapisałaś wszystko na lekcji?- Pokiwałam głową. – Pożyczysz notatki?
- Czyżby gra w statki z Ryanem tak cię pochłonęła, że nie nadążyłeś nad nauczycielem? – palnęłam. Hood zaśmiał się pod nosem, robiąc przy tym minę niewiniątka.
- Coś w tym stylu – rzucił. – To, jak? Zadbam o nie, jak o swoje. – Sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam zeszyt. Podałam mu go. – Jesteś wielka. Dzięki.
- Spoko – rzuciłam, a następnie odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę schodów.
       Przeciskając się przez tłum uczniów, natknęłam się na naszą Panią Doskonałą, czyli Harper Mills w towarzystwie swojej psiapsióły Angeli. Dziewczyna prychnęła pod nosem na mój widok. Zmierzyłam ją wzrokiem od góry do dołu i uśmiechnęłam się kpiąco.
- Myślisz, że jesteś taka cwana? – zapytała, opierając się plecami o ścianę. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
- Nie dziś Harper – rzuciłam.
- Rudzielec nie ma odwagi?
- Rudzielec może ci dziś zrobić krzywdę i to w prawdziwej postaci, aż cie rodzice nie poznają – zagroziłam, bo na sam widok naszej głównej cheerleaderki gotowało się we mnie.  – Więc pieprz się Mills.
- Rivers jesteś na czarnej liście!- krzyknęła za mną.
- To groźba czy obietnica?- odpowiedziałam, odwracając się w jej stronę. 
       Nie wiem, co mnie podkusiło, ale na odchodnym pokazałam jej środkowy palec, a następnie zadowolona z siebie zeszłam po schodach. Choć moje zachowanie było na poziomie pięciolatka, to nie mogłam się oprzeć zadowoleniu, jakie we mnie wywołało. Zagranie Harper na nosie, choć wiązało się z konsekwencjami, to jednak było całkiem satysfakcjonujące.

       Rodzicie wybierali się do znajomych. A dokładniej do znajomych mojej mamy. Jakieś spotkanie na domku, poza miastem. Mieli tam urządzić sobie grilla, posiedzieć, porozmawiać. Jednak, ja i tak wiedziałam, że staruszkowie jadą odreagować od nawału pracy i dzieciaków, których mieli w domu. Bo, jakby nie patrzeć jesteśmy momentami nie do wytrzymania. I wcale się im nie dziwię, że chcieli trochę luzu.
- Masz wszystko? – zapytałam, przejmując rolę matki. Sarah spojrzała na mnie, a następnie na torbę, w którą spakowała nie tylko siebie, ale też i swojego narzeczonego.
- Mam.
- Na pewno?
- Na pewno kochanie – rzuciła ze śmiechem.
- Widzisz – powiedziałam uśmiechając się do niej. – A ja mam tak prawie, na co dzień – dodałam, przypominając jej, jak ona mi przesadnie matkuje. Choć kocham moją mamę, jak nie wiem co, to jednak jej nadopiekuńczość względem nas jest nieraz mocno przesadzona.
- Pogadamy, jak będziesz mieć własne dzieci –odpowiedziała mi, a ja przekręciłam oczami.
- Gotowa?
       Ojciec Luka pojawił się w sypialni, opierając się o framugę. Spojrzał na mnie, a następnie na mamę. Sarah pokiwała głową. Dan uśmiechnął się szeroko i złapał za torbę.
- Co ty żeś tu napchała? – zapytał, podnosząc ją do góry.
- Najpotrzebniejsze rzeczy – odpowiedziała mama, a ja zachichotałam pod nosem.
- Kochanie jedziemy tam na jedną noc. Jedną! Nie tydzień!
- Zanieś to do samochodu i nie dyskutuj – zarządziła moja mama, a Dan przewrócił oczami. Następnie znów spojrzał na mnie.
- Będzie działkowa impreza – poinformował mnie, dodając do tego ten swój słynny szeroki uśmiech.
- Domyślam się- odpowiedziałam. – Ale i tak mamy dzwonić w razie wypadku.
- Dokładnie- skwitował. – Uważajcie na siebie.
- My zawsze na siebie uważamy – powiedziałam z miną aniołka. Dan zaśmiał się pod nosem, a następnie cała nasza trójka wyszła z sypialni.

       Jakąś godzinę, może półtorej, po wyjeździe rodziców, z góry zbiegł wyszykowany do wyjścia Luke. Zarzucił na nogi czarne trampki, poprawił koszulę w kratę, pod którą widniał czarny t-shirt. Złapał za klucze od domu, a następnie wyleciał na zewnątrz, jak burza. Usłyszałam na zewnątrz głos Michaela, a następnie odgłos odpalonego silnika. Chłopaki też z pewnością poszli wykorzystać to, że zaczyna się kolejny weekend i można się trochę rozerwać. A to oznaczało, że mam cały dom dla siebie. W końcu!
       Piątkowy wieczór postanowiłam spędzić w samotności. Brakowało mi tego odkąd przyjechałam tu z Brisbane. W domu zawsze ktoś był i nie można było wyluzować się po całości. Teraz w końcu nadarzyła się ku temu okazja. Najpierw zajęłam się dokańczaniem wczorajszego obrazu. Następnie wzięłam prysznic, ubrałam się w piżamę, przyszykowałam sobie jedzenie i postanowiłam zrelaksować się przy oglądaniu filmu.
       Kiedy komedia dobiegła końca, wyhaczyłam na sąsiednim kanale horror. Dopiero się zaczynał, więc poleciałam do kuchni po kolejną puszkę coli i znów zasiadłam przed telewizorem. Kiedy i ten film się skończył, uznałam, że czas spać. Jutro sobota, rodzice wrócą pewnie w południe lub wieczorem, więc miałam okazję się porządnie wyspać. A tego też mi brakowało. Tak więc, gdy było już po dwunastej, ja leżałam grzecznie w łóżku i czekałam na sen, który po chwili przyszedł.

       Usłyszałam dźwięk dzwonka, który wdzierał się do mojej głowy. Przebudziłam się, ale telefon zamilkł. Przez chwilę myślałam, że mi się to przyśniło, jednak po chwili komórka odezwała się ponownie. W moim pokoju panowała ciemność, ale wyświetlacz rozświetlał drogę do wydzierającego się urządzenia. 
       Z cichym jękiem wyciągnęłam rękę i sięgnęłam po telefon. Zobaczyłam nieznany mi numer. Gdyby rodzice byli w domu, to bym go najnormalniej w świecie olała i poszła spać dalej. Wiedziałam jednak, że są poza domem i mój mózg zaczął już tworzyć czarne scenariusze. A jak im się coś stało? Odebrałam.
- Tak?- powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Rosalie- Usłyszałam po drugiej stronie zdenerwowany głos Caluma. Nie spodobało mi się to, więc raptownie usiadłam na łóżku. – Spałaś?
- A jak myślisz geniuszu? Wiesz, która jest godzina? Jest po drugiej. Po drugiej w nocy!– wypaliłam, przecierając oczy. – Co się dzieje? – dodałam, słysząc podniesiony gdzieś w oddali głos Ashtona.
- Potrzebujemy pomocy – powiedział błagalnym tonem.
- Mów, co zrobiliście – rzuciłam do słuchawki, a zdenerwowanie chłopaka zaczęło udzielać się także i mi.
- Wyjaśnię ci to na miejscu.
- Calum- jęknęłam.
- Jesteśmy przy drodze numer trzydzieści pięć. To prosta droga w stronę Picton. Na opuszczonej stacji benzynowej- powiedział szybko.
- Jeśli to jakiś wasz numer…
- Żaden numer. Proszę! Przyjedziesz? Tylko ty możesz nam pomóc – odparł, a ja zaniepokoiłam się jeszcze bardziej.
- Przyjadę. Nie ruszajcie się stamtąd – rzuciłam i rozłączyłam się.
       Wyskoczyłam z łóżka, jak oparzona. Zapaliłam szybko światło i chwyciłam za pierwsze z brzegu ubrania. Wciągnęłam na piżamę szare dresowe spodnie, a na górę narzuciłam bluzę Dana, którą od niego przejęłam. Choć była o wiele za duża, to jednak mega wygodna i idealnie ciepła na chłodniejsze wieczory. Związałam włosy. Z biurka wzięłam dokumenty i wyleciałam z pokoju. Zapaliłam światło i zbiegłam po schodach. Wsunęłam na nogi adidasy, wyłączyłam światło i wyskoczyłam na zewnątrz.
       Biegiem pokonałam dystans między domem, a samochodem. Usiadłam za kierownicą, nacisnęłam pilota i odpaliłam silnik. Następnie wyjechałam na pustą osiedlową drogę.
       Ulice były prawie puste, a latarnie rozświetlały mi drogę. W końcu po piętnastu minutach wyjechałam z centrum miasta i skręciłam na trzydziestkę piątkę. Latarni było tu mniej, więc i okolica wydawała się bardziej ciemna i ponura. W końcu minęłam ostatnie domy, a po bokach zamiast nich pojawiły się lasy i pola. Im byłam bliżej, tym bardziej narastała we mnie panika. W co oni się wpakowali?
       Zwolniłam, aby nie przeoczyć tej cholernej stacji. Nikt nie jechał za mną, ani przede mną. Minęłam najciemniejszy odcinek i znów przy drodze pojawiły się stare lampy. Nagle usłyszałam dzwonek. Chwyciłam za telefon, który leżał na siedzeniu pasażera. Zobaczyłam ten sam numer. Odebrałam.
- Jedziesz?
- Zaraz będę – powiedziałam, siląc się na spokojny ton. – Jesteście na tej stacji?
- Tak – odpowiedział Calum.
- Czy jest coś, co powinnam wiedzieć?
- Wyjaśnię ci wszystko na miejscu.
- Okej – odparłam i rozłączyłam się. Odrzuciłam telefon na bok i skupiłam wzrok na drodze. Gdzie jest tak cholerna stacja benzynowa?
       Nagle moim oczom ukazał się obdrapany szyld, który pamiętał znacznie lepsze czasy. Zwolniłam jeszcze bardziej, by nie przeoczyć zjazdu. W końcu z daleka zamajaczył mi obskurny niewielki budynek i kilka niedziałających automatów. Skręciłam w prawo i wjechałam na duży parking. Od razu ich zobaczyłam. Całą czwórkę. Podjechałam do nich.
       Wyskoczyłam z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Zatrzymałam się i zrobiłam wielkie oczy. Luke siedział ledwo przytomny na ziemi, opierając się o brudną ścianę budynku. Michael prawie leżąc, coś pojękiwał. Jedynie Calum i Ashton byli na nogach, choć prezentowali się, niczym dwa zbite psy.
- Rosalie – powiedział na mój widok Hood, a w jego głosie dało się słyszeć ulgę.
- Jeśli mi powiesz, że ściągnąłeś mnie tu, bo ci idioci się nawalili, to za siebie nie ręczę – powiedziałam, zaciskając zęby. – A tak w ogóle to, co wy tu robicie? – Rozejrzałam się po miejscu, które nadawałoby się na plan z horroru.
- Byliśmy na imprezie – zaczął Ash, a ja odwróciłam się w jego stronę.
- Fajnie było?- zapytałam sarkastycznie. – I co im się stało?- Wskazałam na Michaela i Luke'a, którzy wyglądali, jakby zażyli coś mocniejszego, niż sam alkohol. Ash już otwierał usta, ale powstrzymał go Calum.
- To może szybko i po kolei – powiedział Hood. Minęłam go i podeszłam do dwójki, która siedziała przy budynku. Kucnęłam obok nich.
- Luke? Luke? – Ale chłopak, tylko coś wyjąkał. Nachyliłam się bliżej niego.
- Zabierz mnie do domu – powiedział słabym głosem.
- Zabiorę – odpowiedziałam. Wstałam i spojrzałam na Caluma i Asha.
- No?- ponagliłam ich. Chciałam wiedzieć, co się tu do cholery dzieje.
- Pojechaliśmy do Picton na imprezę- zaczął Ashton. – Chłopaki z tamtej drużyny nas zaprosili.
- Czekaj, czekaj – przerwałam mu, pocierając czoło ręką. – Mówisz o tym Picton? O tej drużynie, z którą od tak dawna toczycie boje?
- Myśleliśmy, że to będzie pojednawcza impreza – odparł Cal, a ja spojrzałam na niego, jak na kosmitę.
- Przecież wy się nienawidzicie – ciągnęłam dalej temat.
- Dlatego myśleliśmy, że po tej imprezie zakopiemy topór wojenny – odpowiedział Ash.
- Myśleliście – mruknęłam pod nosem. – Nie wiedziałam, że jesteście, aż tak naiwni. Nawet w Brisbane słyszeliśmy, jak Picton High School i Kingsford High School się nienawidzą.
- I jak widać, nienawidzimy się dalej – odparł zaciętym tonem Ash.
- Mówcie dalej – rzuciłam, zrezygnowanym tonem. To zaczynało być po prostu jakimś kiepskim dowcipem.
- Na imprezie wiadomo, poszedł w ruch alkohol – powiedział Cal. – Ja i Ash piliśmy piwo, ale oni – wskazał na Michaela i Luke'a – pili jakieś drinki. I nagle zrobiło się z nimi to.
- Nie jest to możliwe, by przesadzili – dodał Ash. – Widziałem ile wypili i to jest niemożliwe żeby, aż tak zwaliło ich z nóg.
- Bankowo ci idioci coś im dosypali-powiedział Calum. – Nie wiemy tylko, co…- Zrobiłam wielkie oczy.
- Potem niby po przyjacielsku, jeden z nich zaproponował, że nas podwiezie. Mieli większy samochód, więc pomieściliśmy się wszyscy. Do pomocy wzięli jeszcze dwóch kumpli, bo Michael i Luke zaniemogli totalnie.
- Widzę – wtrąciłam.
- To jeszcze nic. Teraz jest lepiej – rzucił Hood, a ja wolałam nie myśleć, jak wyglądali wcześniej.
- I nagle w czasie drogi zatrzymali się tu i wyrzucili nas z samochodu. Odjechali z rykiem śmiechu, krzycząc, jacy to jesteśmy łatwowierni.
- Bo jesteście! – warknęłam. – Iść i bratać się z Picton. I to jeszcze w nocy! W ich mieście!
- Nie mogliśmy zadzwonić po taksówkę, bo w międzyczasie oskubali nas z pieniędzy – dodał Ash.
- Dzwonienie po rodziców też nie wchodziło w grę- odparł Cal. – Nie z nimi. – Spojrzał na chłopaków. – Dlatego z telefonu Luke'a wziąłem twój numer telefonu. Bo tylko ty…
- Nie ważne – mruknęłam, machając na niego ręką. – Trzeba was stąd zabrać.
       Tylko to powiedziałam, a Michael jęknął i zwymiotował. Zdążył się przekrzywić jeszcze bardziej w bok. Zakryłam twarz rękoma i odwróciłam się, mając nadzieję, ze sama nie zwrócę kolacji. Ash podszedł do niego i przetrzymał go, kiedy Clifford wyrzucał z siebie kolejną porcję wymiocin. Spojrzałam na Caluma. Znów był zdenerwowany. Trzeba było działać, póki chłopaki się trzymają i nie popadają w panikę. Martwili się o przyjaciół i w sumie im się nie dziwię. Nie należę do ich paczki, ale też niepokoiłam się o tych kretynów. Co takiego zażyli i jak długo to będzie ich trzymać?
- Co robimy Rose?- wydusił z siebie Ash. I nagle to ja tu miałam decydujący głos, co nieco mnie zdziwiło. Ale szybko wróciłam na ziemię. Trzeba było coś zrobić. Szybko opracowałam plan działania.
- Po pierwsze odsuń Michaela od jego własnych… - powiedziałam, machając w jego stronę ręką. Clifford chyba nieco oprzytomniał, bo sam chciał to zrobić, ale niestety nie miał, aż tyle siły. Ash pomógł mu, sadzając go bliżej Luke'a, który teraz podciągnął nogi i oparł o nie głowę.
- Calum usiądziesz z przodu – zarządziłam, wskazując na chłopaka. – Ash ty niestety musisz siedzieć z nimi z tyłu. – Irwin pokiwał głową. - Wsadźmy ich do auta. Najpierw Luke, od drugiej strony.
       Podeszłam razem z Calumem do Hemmingsa. Ten podniósł głowę i spojrzał na nas małymi błękitnymi oczkami.
- Luke – powiedziałam do niego.
- Hm?- wydusił z siebie.
- Pomożemy ci wstać. 
       A on tylko kiwnął głową. Jednak po chwili przy asekuracji Caluma, dźwignął się na nogi. Hood poprowadził go do samochodu i ulokował na miejscu pasażera z tyłu. Ja zostałam z Irwinem i Michaelem. Spojrzałam na jego brudną koszulkę, która niestety ucierpiała podczas chwili słabości, jaką niedawno miał.
- Wymiotował tylko raz? – zapytałam, patrząc na Asha.
- On tak. Luke wcześniej dwa razy – poinformował mnie.
- Ściągnij mu koszulkę – rozkazałam.
- Co?
-Ściągnij mu koszulkę. Jest pokryta jego wymiocinami, a wierz mi, że nie chcesz, by ten zapach rozniósł się po moim małym samochodzie. Wszyscy się wtedy pochorujemy.
       Irwin zaczął rozbierać Clifforda od pasa w górę, a ja wróciłam do samochodu. Spojrzałam na siedzącego Luke'a, którego pilnował Calum. Ominęłam ich i przeszłam na tył. Otworzyłam bagażnik i przyjrzałam się jego zawartości. Miałam tam nierozpakowane zamówienie, jakie odebrałam z hurtowni plastycznej. 
       Niewiele myśląc złapałam za karton i wysypałam jego zawartość do bagażnika. Nowe pędzle i farby rozbiegły się po nim, ale teraz nie było to priorytetem. Wzięłam karton i postawiłam go przy samochodzie. Następnie chwyciłam za foliową siatkę i zamknęłam bagażnik. Wróciłam do Asha i Michaela, który teraz dla odmiany trząsł się z zimna. Widziałam wyraźnie jego tatuaż, który miał na przedramieniu.
- Włóż tą koszulkę tu i zawiąż szczelnie – powiedziałam, podając Irwinowi siatkę.  
       Ten tylko pokiwał głową i bez żadnego sprzeciwu zrobił to, o co go poprosiłam. Wzięłam głęboki oddech i ściągnęłam swoją bluzę. Kucnęłam obok Michaela, który dostał gęsiej skórki.
- Hej czerwonowłosy – powiedziałam, spoglądając w jego zielone oczy. – Kontaktujesz?
- Zimno mi – jęknął i znów się zatrząsł.
- Zaraz cię ubierzemy- odparłam i zaczęłam zakładać mu moją bluzę. Na szczęście należała kiedyś do faceta, więc Clifford bez problemu w nią wszedł. – I zapamiętaj. Na moją bluzę nie rzygamy.
- Jasne – odparł, choć wątpiłam, by zrozumiał, o co mi chodzi. Podniosłam się i kiwnęłam na Asha, by ten przetransportował kumpla do samochodu.
       Ja i Calum musieliśmy przetrzymać Michaela, by Ash jako asekurant wyposażony w kartonowe pudło, (w razie gdyby któremuś z nich zrobiło się niedobrze) mógł usiąść na środku. Potem usadziliśmy na miejscu Michaela. Na samym końcu do samochodu wsiadłam ja i Calum.
       Spojrzałam na Hooda i zacisnęłam usta. Trzeba było wymyślić dalszy plan działania. Łatwiejszą część mieliśmy za sobą. Pora była na trudniejszą, a mianowicie, co z nimi z robić po powrocie do domu. Nie mogliśmy zostawić ich samym sobie. Nie w tym stanie. Po wzroku Caluma wywnioskowałam, że myśli o tym samym, co ja.
- Pojedźmy najpierw do mnie – oznajmił Hood.
- Co z twoim rodzicami?
- Mają tak mocny sen, że nawet się nie zorientują. Wezmę Michaela do siebie. Popilnuję go. Zresztą to nie pierwszy raz, jak któryś z nich ląduje u mnie na noc.
- Luke'a biorę na siebie – odparłam, odpalając samochód.
- Dasz sobie radę?- zapytał mnie Ash. – Może powinienem zostać?
- Dam sobie z nim radę– powiedziałam z pewnością w głosie.
- Na pewno?
- Na pewno. Luke nie jest, aż w tak opłakanym stanie, jak Michael. Myślę, że raczej przydałbyś się Calumowi – powiedziałam, wyjeżdżając na ulicę.
- Wbijaj do mnie. Będziemy go musieli zataszczyć na górę – rzucił Hood, a Ash, aż jęknął. – Rosalie będziemy w kontakcie. Gdyby Lukowi się pogorszyło to…
- Dam ci znać. Ty też daj znać, gdyby coś działo się z Michaelem. – Chłopak pokiwał głową, a następnie wbił oczy w pustą jezdnię.

       Na całe szczęście przyszykowany karton się nie przydał. Luke i Michael odbyli podróż bez żadnych komplikacji i niespodzianek – ku naszej wielkiej uldze. Najpierw zatrzymałam się pod domem Caluma i przez chwilę obserwowałam, jak z pomocą Asha, próbuje wnieść Michaela do środka nie robiąc przy tym hałasu. Kiedy zniknęli za drzwiami, ruszyłam w stronę naszego domu.
       Zaparkowałam samochód w tym samym miejscu, co zawsze. Wyłączyłam silnik, zabrałam swoje rzeczy i wysiadłam z samochodu. Podeszłam do tylnych drzwi i otworzyłam je. Spojrzałam na blondyna, który chyba przysypiał.
- Luke?- Potrząsnęłam jego ramieniem. Powoli otworzył oczy. – Idziemy do domu.
       Wysiadanie było o wiele trudniejsze, niż wsiadanie, a to może za sprawą tego, że nie miałam, aż tyle siły, co Calum, by wnieść Luke'a do środka. Chłopak, więc musiał wymusić w sobie tyle siły, aby mi nieco ułatwić zadanie. Co chwilę do niego mówiłam, aby mi przypadkiem w połowie drogi nie odpłynął.
       Zatrzymałam się przy drzwiach i nieco zasapana, zaczęłam szukać po kieszeniach kluczy. W końcu wyciągnęłam je ze spodni. Objęłam mocniej w pasie Luke'a i zaasekurowałam go nogą, aby mi się nie przewrócił. Chwilę pomocowałam się z zamkiem. Po chwili drzwi stanęły przed nami otworem.
- Jeszcze trochę – powiedziałam do blondyna, który jęknął mi coś nad uchem. Mówił tak cicho, że ledwo go słyszałam.
       Weszliśmy do środka. Zapaliłam światło. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam na rząd schodów przed nami. Nie było szans, bym zaciągnęła tam Hemmingsa. Prędzej byśmy zaliczyli mocną glebę, niż dotarli na szczyt. Odwróciłam się, więc w stronę salonu i zaprowadziłam tam chłopaka. Posadziłam go na kanapie.
- Spać mi się chce – powiedział, przesuwając się nieco w lewą stronę.
- Zaraz pójdziesz spać – odparłam, ściągając mu koszulę. Rzuciłam ją na oparcie, a następnie ułożyłam mu poduszki.
- Jestem idiotą – wymamrotał i ciężko westchnął. Spojrzałam na niego i pokręciłam głową. Zrobiło mi się go szkoda.
- Kładź się – powiedziałam, pomagając mu się położyć. Następnie ściągnęłam mu buty i przykryłam go kocem, który został tu po moim dzisiejszym maratonie filmowym.
- Dlaczego po nas przyjechałaś?- zapytał sennym głosem.
- Bo Calum po mnie zadzwonił.
- Przecież ty nas nie…
- Śpij Luke- przerwałam mu. Ten tylko lekko kiwnął głową. Już więcej się nie odezwał.
       Przez chwilę spoglądałam na niego, jak śpi. Nie wiedziałam, co robić dalej. Nie mogłam od tak odwrócić się i wrócić do swojego łóżka. Żadne z nas nie wiedziało, co te świry wsypały im do drinków, więc mogliśmy tylko siedzieć i patrzeć, czy i kiedy im to w końcu przejdzie.
       Opadłam, więc na sąsiedni fotel i spojrzałam w stronę okna. Mój cały plan wyspania się legł w gruzach. Nie planowałam nocnej eskapady, ani zarwania nocy, ale jak widać na chłopaków zawsze można liczyć. Pokręciłam głową i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Było parę minut po czwartej rano.
       Odpaliłam najpierw jedną gierkę, a potem drugą. W domu panowała ciemność i jedynym moim źródłem światła była właśnie komórka. Co jakiś czas świeciłam nią w stronę Hemmingsa kontrolując, czy aby na pewno nic się z nim nie dzieje. Dostałam też jednego sms-a od Cala, który poinformował mnie, że i u nich wszystko, jak na razie jest w porządku. 
       Kiedy gry mnie znudziły, a dopadł mnie stan zmęczenia, podsunęłam sobie pufę pod nogi,  zwinęłam się w kłębek i utkwiłam wzrok w oknie. Podziwiałam gwiazdy i rozmyślałam o tym wszystkim, co dzisiaj się stało. Mimo mojego postanowienia, że będę cały czas czuwać, w końcu zasnęłam. Mój organizm zaprotestował, gdy na dworze powoli robiło się jasno. Nawet nie wiem, w którym momencie odpłynęłam.


 

***
Przed wami pierwszy rozdział drugiego sezonu :D Mam nadzieję, że wam się spodobało. Jak się domyślacie, akcja dzieje się w następny weekend, po imprezie Rose i jej kumpelek. Mam nadzieję, że drugi sezon spodoba wam się tak samo, jak pierwszy. Będzie nieco więcej chłopaków - o ile dobrze pamiętam, bo drugi sezon już też jakiś czas temu skończyłam pisać :D
Pozostaje mi podziękować wam BARDZO BARDZO za wszystkie komentarze :D
Kolejna część po moim powrocie, czyli w piątek :) 
Pozdrawiam! 

15 komentarzy:

  1. Ejejeje, to ty jesteś już do przodu bardziej, niż ja na swoim opowiadaniu :o Myślałam, że to ja mam dobre tempo, a tu proszę! :D
    Co jak co, ale... NAJEBANY LUKE TO NAJLEPSZY LUKE>>>>
    I oczywiście tatusiek Calum i Ashton zadbali o te sierotki. To było raczej oczywiste, żeby tam nie jechać xdd
    Nie zostaje mi nic innego, jak z niecierpliwością czekać kolejnych rozdziałów drugiego sezonu no i... piątku :) Będzie się działo, kiedy wpadną rodzice ;p
    Do kolejnego! xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Zajebisty rozdział juz nie mogę doczekać się nexta ,więc czekam do piątku
    Pijany Luke oby było go częsciej bo taki jest najlepszy
    Słodkie to jak Rose go pilnowała <333

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział świetny. Mam nadzieję, że kolejny zjawi się niedługo. Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cal mój bejbik, taki troskliwy i daddy Ash - najlepiej <3
    Brawo, Rosie, mimo swoistej niechęci do chłopaków, zachowała zimną krew i im pomogła, wieeeelkie gratki!
    ugh, czy tylko ja liczyłam na jakieś dziwne wyznanie Luke'a? Wydaje mi się, że nie :D
    Nowy szablon, śliczny! Oczu od nagłówka nie mogłam oderwać.
    zyczę dużo dużo weny! Pozdrawiam, x.

    OdpowiedzUsuń
  5. A luke i rosę się hociaz pocałują? Ale rozdział bardzo fajny

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się co do szablonu, o wiele fajniejszy. Chłopaki dali się nabrać hahaha Rose zasnęła czuwając, szkoda, że zrypali jej plany, wiem jak to jest. Wstawiaj następny szybciutko.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nagłówek cudny *.* Pozdrów Monię :)
    Jeju... Na całe szczęście Cal i Ash byli "na nogach", bo inaczej to by z nimi było kiepsko..
    Rose... barwo, bohaterko! Co te *nie zbyt piękne epitety , a grzeczniej mówiąc: co ci idioci z Picton im dosypali? Ciekawe, czy z tego wyjdą...
    Kiedy next?
    Pozdrowienia i Buziaki :*
    Lusia

    OdpowiedzUsuń
  8. To jest niesamowite, tylko pozazdrościć talentu i pomysłu na tak wspaniałą historię. Oby następny rozdział był jak najszybciej. Życzę weny :>

    OdpowiedzUsuń
  9. OOO BIEDNI! Zdeczka chłopaczki zaniemogli. Na szczęście Ash i Calum mają rękę na pulsie. Jest i ona w postaci ich ratunku. Ona chyba nieświadomie ich trochę lubi, bo w końcu zwlekła się z łóżka i po nich pojechała. Luke na swój sposób w tym stanie jest naprawdę słodki. Rose, jako niania :D A tak poza tym BOSKI NAGŁÓWEK - podoba mi się jeszcze bardziej niż wcześniejszy - powiem tyle: Monia cudo! Z niecierpliwością czekam na kolejną część. Jak widać, jesteś mocno do przodu, a my mocno do tyłu, dlatego CHCĘ WIĘCEJ TEGO OPKA! :D
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowny rozdział nie mogę doczekać się nastepnego mam nadzieje ze pojawi się szybko ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ cudowny szablon :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń