piątek, 19 czerwca 2015

S2 - Rozdział 5

What doesn't kill you makes you stronger


       Przyszła sobota, a wraz z nią kolejny mecz. Dziś chłopaki zmierzą się z drużyną z Chester Hill, potocznie nazywanymi błękitnymi, bo w takim kolorze strojów zawsze występują. Już w piątek cała szkoła huczała z podekscytowania, ponieważ Chester Hill do tych kiepskich drużyn nie należą. Na korytarzach wyczuwało się zbliżającą rywalizację, a dyskusje o zawodnikach – zarówno naszych, jak i ich – rozbrzmiewały na każdym kroku. Kto wygra, a kto okaże się wielkim przegranym? Choć to tylko kolejny mecz o punkty, to jednak traktowano go, jak mecz o wszystko.

       Luke tradycyjnie wyszedł z domu dużo szybciej. Trener zawsze zwoływał ich wcześniej, aby przedyskutować raz jeszcze taktykę, przypomnieć o słabych punktach przeciwników i poruszyć mnóstwo innych rzeczy, o których kibicie nie wiedzieli.
       Siedziałam w kuchni jedząc zupę, a mama biegała po domu i szykowała się do wyjścia. Kto by pomyślał, że z niej zrobi się taki kibic. Kiedy skończyłam jeść, wsadziłam brudne naczynie do zmywarki. Odwróciłam się i spojrzałam na uśmiechniętego Dana, który wszedł do pomieszczenia. W ręku ściskał jakiś czerwony materiał.
- Rosalie – zaczął, nie przestając się uśmiechać.
- Co się stało?
- Załatwiłem coś na mecz- powiedział tajemniczo, a ja uniosłam brwi do góry.
       Mężczyzna powoli rozwinął materiał, który miał w dłoni. Zobaczyłam sportową koszulkę, podobną do tych, w których grała drużyna z Kingsford. Była czerwona, a na piersi miała herb mojej szkoły. Dan odwrócił ją, a ja zmarszczyłam nos. Na plecach widniała wielka biała siódemka, a nad nią znajdowało się nazwisko. Jego nazwisko.
- Zrobili takie trzy, dla każdego po jednej – odparł, podając mi ją. Skrzywiłam się.
- Mam to założyć?
- Mogłabyś? – Widząc moją minę, szybko dodał. – Dla mnie?
- Dla ciebie…
- Więc, jak? Proszę? – dodał i zatrzepotał rzęsami, jak rasowa panienka. Wybuchłam śmiechem. Dan to potrafił rozwalić mnie na łopatki.
- Niech ci będzie, ale to po prostu społeczne samobójstwo – oznajmiłam, podchodząc do niego. Wzięłam przeklętą koszulkę i poszłam na górę, by się w nią przebrać.
- Dzięki wielkie! – zawołał za mną, a ja machnęłam ręką. Do czego to doszło, że muszę nosić jego numer i jego nazwisko na plecach…

       Moja mama przywitała pomysł Dana z koszulkami z o wiele większym entuzjazmem, niż ja. Uznała zresztą, że pomysł jej narzeczonego jest fantastyczny i jest to dodatkowy gadżet do kibicowania Lukowi. Tak więc wystrojeni w takowe koszulki, udaliśmy się na mecz.
       Usiedliśmy na środku trybun, skąd mieliśmy doskonały widok na boisko. Ludzi przybywało, a na młynie już skandowano okrzyki bojowe. Zobaczyłam też swój transparent z Żółwiami Ninja i uśmiechnęłam się. Prezentował się naprawdę nieźle i byłam dumna z tego wspólnego dzieła, jaki stworzyłam z chłopakami.
- To twoje? – zapytał Dan, wskazując palcem zawieszony na młynie materiał.
- Moje – powiedziałam z dumą.
- Jest ekstra – skomentował z uśmiechem. – Dobra robota!
- Dzięki.
- Moja córcia ma talent – rzuciła mama, obejmując mnie ramieniem i mierzwiąc mi włosy na głowie.
- Mamo – jęknęłam, a kiedy mnie puściła, szybko zaczęłam je poprawiać. 
       Matula zaśmiała się i wlepiła oczy w murawę. Właśnie wychodziły na nią cheerleaderki. Harper, jak zwykle była na czele. Nagle poczułam wibrację w kieszeni. Pewnie gdyby było nieco ciszej, usłyszałabym także i dźwięk, ale na stadionie zapanował taki harmider, że prowadzenie rozmowy było już utrudnione.

Od Becky:
Ale Mills się puszy. Zaraz puszczę pawia. Siedzę naprzeciwko jej tyłka z celulitem.

        Wybuchłam takim śmiechem, że Dan i mama spojrzeli na mnie z nieukrywaną ciekawością. Zignorowałam ich i szybko zaczęłam odpisywać na sms-a.

Do Becky:
Na szczęście zaraz skończą. Ja tam nawet na to nie patrzę.

Od Becky:
I słusznie. Dobra rada. Miłego meczu!

       Uśmiechnęłam się do ekranu telefonu, a następnie wsunęłam go z powrotem do kieszeni. Kiedy dziewczyny skończyły swój układ, na stadionie rozbrzmiała ponownie muzyka i dwie drużyny pojawiły się na murawie. Komentator szybko przedstawił zawodników. Kapitanowie podali sobie ręce. Wszyscy ustawili się na swoich miejscach, a po gwizdku zaczęła się gra.
       Po pierwszej połowie było dwa do dwóch. Obie drużyny zeszły na przerwę wśród wrzawy kibiców, którzy nie szczędzili gardeł. Dan i mama pogrążyli się w rozmowie na temat słuszności otrzymania żółtej kartki przez Clifforda, a ja rozejrzałam się po tłumie. Byli tu ludzie, i starzy, i młodzi, i kobiety, i mężczyźni. Zachowanie jednak całkowicie różniło się od tych na normalnych meczach. Tu nie było zadym, ani kiboli. Wszystko odbywało się normalnie, z szacunkiem do innych. Nic dziwnego, że tak wiele osób lubiło rozgrywki szkół średnich.
       Rozpoczęła się druga połowa meczu. Już od samego początku dało się zauważyć, że gra mocno się zaostrzyła. Każdy chciał, by to jego drużyna wygrała. Zawodnicy nie szczędzili sobie sił. Zostawiali na boisku pot, a nawet krew. 
       Nagle zagrzmiało. Z nieba zaczęły spadać drobne krople deszczu. Większość była na to przygotowana, bowiem od rana pogoda nie była zbyt ciekawa. Mama podała mi płaszcz przeciwdeszczowy, a ja narzuciłam go na głowę. Prawie całe trybuny obrosły w kolorowe narzuty i parasole, zasłaniając barwy szkoły, której kibicowali.
       W pewnym momencie jeden zawodnik z przeciwnej drużyny wykonał ostry wślizg. Jego noga nie trafiła w piłkę i zahaczyła o nogę Luke'a. Chłopak przewrócił się i przeturlał dwa razy. Mogę się założyć, że większość osób wstrzymała oddech. Następnie rozległy się okrzyki i buczenie, spowodowane tym niesportowym zachowaniem.
       Dan i mama poderwali się z miejsc. Zrobiłam to samo. Wlepiłam oczy w boisko. Luke dalej leżał na mokrej trawie, zwijając się z bólu. Zaraz obok niego pojawił się sędzia i Ashton. Sędzia pokazał czerwoną kartkę, dla zawodnika z dziesiątką, który faulował.
       Zrobiło się zamieszanie. Na murawie pojawił się trener z jakimś mężczyzną. Coś mówili, gestykulowali. Pozostali zaczęli zbierać się wokół nich zasłaniając widok. Choć ja i Luke nie pałamy do siebie zbytnią miłością, to jednak w tym momencie przestraszyłam się, że faktycznie coś mogło mu się stać.
- No, wstawaj – mruczał Dan. Było widać, że jest zdenerwowany.
       Moja mama zasłoniła usta ręką, kiedy trener z pomocą jeszcze jednego mężczyzny, znieśli Luke'a z boiska. Zagryzłam wargę. Odprowadziłam ich wzrokiem w stronę szatni, która znajdowała się tuż obok stadionu. Okrzyki na trybunach nie ustępowały. Kibice domagali się gorszej kary, niż czerwona kartka. Jednym słowem wrzało.
       Mama klepnęła mnie w ramię, a ja spojrzałam w jej wystraszoną twarz. Powiedziała coś do mnie, ale tego nie słyszałam. Jednak, kiedy oboje ruszyli w stronę wyjścia, poszłam za nimi.
       Przecisnęliśmy się przez siedzących obok ludzi i weszliśmy na schody. Wspięliśmy się na samą górę, a następnie bokiem doszliśmy do bramki. Wyszliśmy zostawiając kibiców w tyle.
       Bez słowa podążałam za nimi. Kierowali się w stronę szatni. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale wiadomo było, że to ma jakiś związek z Lukiem. W końcu weszliśmy do ciepłego i suchego pomieszczenia. Nawet tu słychać było głosy z trybun. Domyśliłam się, że wznowiono grę.
- Panie Hemmings – powiedział mężczyzna, odwracając się do Dana. – Trzeba go zabrać na pogotowie. Wygląda to na poważniejszą kontuzję, a w tym wypadku nie jestem w stanie mu pomóc. Konieczne jest prześwietlenie.
- Jasne. Oczywiście – rzucił Dan, kiwając jednocześnie głową. Odwrócił się w moją stronę.
- Rose, podjedziesz tu samochodem?
       Kiwnęłam głową biorąc od niego kluczyki. Następnie wyszłam z powrotem na deszcz. Tłum ryknął z entuzjazmem. W tle słyszałam głośne gol. Najwidoczniej któryś z naszych strzelił bramkę. Nie zastanawiałam się jednak nad tym zbyt długo. Moim celem było odnalezienie samochodu.
       W końcu natrafiłam na auto Dana. Otworzyłam je i usiadłam za kierownicą. Nigdy nim nie jeździłam i nie powiem, ale miałam małego pietra, aby w coś przypadkiem nie przywalić. Samochód ten był o wiele większy, niż mój. Odpaliłam silnik i ruszyłam powoli w stronę szatni.
       Zatrzymałam się niemalże przy samych drzwiach. Wyskoczyłam z samochodu, okrążyłam go i ruszyłam z powrotem w stronę pomieszczenia. Gdy otworzyłam drzwi, mama spojrzała na mnie.
- Już – oznajmiłam jej, choć wcale nie musiałam się odzywać.
       Spojrzałam za jej plecy. Dan i ten bezimienny dla mnie mężczyzna, podtrzymywali Luke'a. Był przemoczony i brudny, a na jego twarzy widniał grymas bólu. Zrobiło mi się go szkoda.
       Przetrzymałam drzwi, aby wszyscy mogli wyjść. Dan ulokował swojego syna na tylnym siedzeniu, a sam zasiadł za kierownicą. Mama usiadła obok, więc ja musiałam wcisnąć się na tyły razem z Hemmingsem.  Wsiadłam i bez słowa podałam klucze Danowi. Mężczyzna odpalił silnik i ruszyliśmy w stronę bramy wyjazdowej.
       Co jakiś czas zerkałam na Luke'a, który przy nawet najmniejszych wybojach syczał z bólu. Był blady, jak ściana i z pewnością wkurzony jednocześnie. Mama, co jakiś czas zerkała przez ramię, sprawdzając czy nic poważniejszego się z nim nie dzieje. Ja też kontrolowałam go takim samym sposobem, jak ona.
       Noga chłopaka była prowizorycznie unieruchomiona od kostki, aż po kolano i obłożona lodem, który teraz leciutko ściekał na wycieraczkę. Odwróciłam się od niego, spoglądając na zalane deszczem miasto. Nie spodziewałam się, że dzisiejszy mecz skończy się dla Hemmingsa w taki sposób. Zamiast opijać ich prawdopodobne zwycięstwo, my wylądujemy na ostrym dyżurze.
       Dan zatrzymał się na parkingu szpitala. Następnie pomógł wysiąść Lukowi. Mama znalazła się po jego drugiej stronie, wciskając mi w ręce jakieś papiery. Oboje pomagali blondynowi w dojściu na oddział ratunkowy, który znajdował się tuż obok głównego wejścia do szpitala. Minęliśmy jedną karetkę, a następnie skierowaliśmy się w stronę dużych oszklonych drzwi, które otworzyły się, gdy tylko się do nich zbliżyliśmy.
       Posadzili Luke'a na krześle. Słyszałam, jak ciężko westchnął. Oddałam mamie papiery. Ona i Dan podeszli do rejestracji, a ja zostałam z nim sama. Zerknęłam na niego raz, a potem drugi raz.
- Przestań – mruknął, zasłaniając twarz rękami.
- Co?
- Przestań tak się na mnie gapić. Przecież nie umieram – odpowiedział, odwracając się w moją stronę. – I jest to wkurzające. – Prychnęłam pod nosem, przekręcając jednocześnie oczami.
- Przyjmą cię od razu – powiedział Dan, podchodząc do nas.
       Tuż obok niego pojawiła się młoda kobieta z wózkiem inwalidzkim. Dan pomógł Lukowi na nim usiąść, a następnie odjechali w stronę białych drzwi. Rodzice usiedli obok mnie. Teraz pozostało nam tylko czekać.

       Po jakimś czasie przenieśliśmy się na drugą część oddziału ratunkowego, który znajdował się niedaleko głównej jego części. Tu znajdowało się o wiele mniej ludzi, było ciszej i jakby spokojniej. Dan i mama siedzieli naprzeciwko drzwi, za którymi znajdował się Luke. Ja zajęłam miejsce nieco dalej od nich.
       Oparta głową o białą ścianę, bawiłam się materiałem swojego płaszcza przeciwdeszczowego, który już dawno zdążył wyschnąć. Co jakiś czas mijali nas lekarze i pielęgniarki, a także pacjenci na wózkach, o kulach, czy białych szpitalnych łóżkach. W powietrzu unosił się ten specyficzny zapach, ale po takim czasie spędzonym na izbie, zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Czas wlókł się dla mnie niemiłosiernie długo, a jedyną odskocznią od tego wszystkiego były dwa sms-y od Becky, która poinformowała mnie o wygranym przez naszą szkołę spotkaniu, a następnie zapytała o blondyna.
       Kiedy po raz kolejny zaczęłam rozglądać się po oddziale, mój wzrok natrafił na osobę, której się tu w ogóle nie spodziewałam. Ashton stał na końcu korytarza i wyglądał dosłownie, jakby przed chwilą zszedł z boiska. Był mokry i brudny. Jego kręcone włosy w kolorze ciemnego blondu, przez deszcz posklejane były w strąki. Widziałam zdarte łokcie, które świadczyły, że przynajmniej raz wylądował na trawie.
       Kiwnął na mnie, a ja bez słowa wstałam z miejsca. Zerknęłam na mamę, która wlepiła we mnie swoje niebieskie oczy. Odwróciłam się od niej i ruszyłam w stronę naszego szkolnego kapitana.
- Co z Lukiem? – zapytał od razu, kiedy zatrzymałam się tuż przed nim.
- Z tego, co słyszałam ma pękniętą kość w kostce…
- Kurwa – syknął, kręcąc głową.
- Ale z tego, co powiedział lekarz nie doszło do całkowitego złamania i przemieszczenia, więc leczenie będzie prostsze. Dla pewności robią mu jeszcze jedno prześwietlenie.
- O tyle dobrze.
- Przyszedłeś prosto z boiska? – wypaliłam, mierząc go wzorkiem od góry do dołu.
- Nie tylko ja. Zwaliła się tu cała drużyna, ale nas wygonili. Tylko mi pozwolili na chwilę tu zajrzeć. Reszta czeka na zewnątrz.
- Wygonili was?
- Chyba jesteśmy zbyt brudni na ich sterylne warunki – prychnął pod nosem. Zrobiłam wielkie oczy.
- Mają tupet –mruknęłam pod nosem. – Tak w ogóle gratuluję wygranego meczu.
- Dzięki – odpowiedział bez entuzjazmu. – Muszę iść. Ochrona dała mi tylko chwilę.
- Jasne.
       Po raz kolejny kiwnął mi głową, a następnie odwrócił się i wyszedł. Zauważyłam, że pulchny ochroniarz, cały czas go obserwował. Przekręciłam oczami i wróciłam na swoje miejsce.
- Chłopaki nie poszli świętować? – zapytała się mama.
- Najwidoczniej najpierw musieli się dowiedzieć, co z Lukiem – odparłam, wzruszając ramionami. – Jest w końcu jednym z nich.
- To miłe z ich strony – stwierdziła, odwracając się ode mnie, aby ponownie wlepić oczy w białe drzwi.
- Tak…- odparłam cicho, opierając głowę o ścianę.

       W końcu po długich minutach, drzwi otworzyły się i Luke wyjechał z gabinetu na wózku inwalidzkim, pchanym przez tą samą pielęgniarkę, co wcześniej. Spojrzałam na niego i od razu zauważyłam biały gips, który ciągnął się od stopy, aż po kolano. Kobieta podała plik dokumentów Danowi, który musiał się wszędzie po podpisywać, aby blondyn mógł wrócić do domu.
       Dan pomógł Lukowi wsiąść do samochodu. Ja ulokowałam się na miejscu obok niego. Następnie rodzice wrócili do szpitala, aby załatwić jeszcze jedną niezbędną rzecz dla blondyna. Mianowicie wybłagać starszą panią, która obsługiwała sklep medyczny o chwilowe otworzenie sklepu w celu kupienia mu kul.
       W środku panowała grobowa cisza, rozdzierana tylko przez deszcz, który bębnił w okna i dach samochodu. Żadne z nas się nie odzywało, ba nawet na siebie nie patrzeliśmy. Hemmings jednak zdecydował się na chwilę to przerwać.
- Fajna koszulka – rzucił, wskazując na mnie. Powoli odwróciłam się w jego stronę.
- Pomysł twojego taty – odparłam, wzruszając ramionami.
- Tak myślałem – mruknął pod nosem. – Przecież nie twój.
- Dlaczego się w ogóle do mnie odzywasz? – wypaliłam, zezując na niego.
- Nie mam pojęcia.
- Przyćpali cię.
- Tak, nieźle mnie na futrowali. I wiesz, co? To dobrze, bo teraz mam wszystko gdzieś-powiedział, opierając głowę o zagłówek i zamykając oczy. Zmarszczyłam nos, patrząc na niego z niedowierzaniem. Hemmings to jednak idiota. Ciekawe, czy jutro będzie gadał tak samo.
       Kiedy odwróciłam się ponownie w stronę okna, z daleka zobaczyłam rodziców. Dan triumfującym gestem wskazał na ciemnoniebieskie kule w jego rekach. Wiedziałam, że tak zakręci się wokół tej kobiety, że w końcu dopnie swego. To był cały Dan. Dla niego chyba nie istniały rzeczy niemożliwe.

       Po powrocie do domu, Dan zaprowadził Luke'a na górę, aby pomóc mu się doprowadzić do porządku. W końcu blondyn nadal był brudny i umorusany błotem po dzisiejszym meczu, w jakże milusich warunkach. Oprócz tego leki naprawdę na niego podziałały i chłopak najnormalniej w świecie odpływał. Nic więc dziwnego, że dostał kierunek łóżko.
       Siedziałam z mamą w kuchni, popijając gorące kakao, które zrobiła. Ona dla odmiany piła herbatę z cytryną. Parujący kubek z tym samym napojem czekał na Dana, który w dalszym ciągu siedział na górze. Sarah odwróciła się od mnie, a ja oderwałam wzrok od kraciastego wzorka, który znajdował się na kubku.
- Szkoda mi go – powiedziała cicho. – Na jakiś czas musi pożegnać się z piłką.
       Kiwnęłam tylko głową i upiłam łyk kakao. Piłka nożna była dla Luke'a pasją. Tak samo, jak muzyka. Wolałam nie wyobrażać sobie, jak ja bym się czuła, gdybym przez jakiś czas nie mogła malować. Jakbym na przykład złamała dwie ręce. Byłoby to ciężkie, bo maluję lub szkicuję prawie codziennie. Na tą myśl, aż się wzdrygnęłam, co nie uszło uwadze mojej mamy.
- Co jest?
- Nic. W porządku – skłamałam, a wizja rąk w gipsie, nadal gdzieś wisiała w mojej głowie.
       W pewnym momencie usłyszeliśmy kroki i w kuchni zjawił się Dan. Bez słowa usiadł obok mojej mamy, złapał za kubek z herbatą i wypił kilka dużych łyków. Następnie podniósł głowę i ciężko westchnął.
- Co z Lukiem? – zapytała mama.
- Szybko zasnął – powiedział Dan. – Nie wiem tylko, co powinienem jutro zrobić.
- Co masz na myśli?
- Muszę być jutro w pracy – oznajmił. Prowadzenie tak dużej firmy, jaką ciągnął Dan, wiązało się z tym, że czasem nawet w wolne dni musiał jechać do biura. – Szykujemy się na spotkanie z ważnym klientem, które odbędzie się w poniedziałek. A nie chcę zostawiać Luke'a samego.
- Ja też mam jutro pracę. Trzy spotkania grupowe i jakieś durne zebranie w zakładzie poprawczym – rzuciła mama, krzywiąc się. – Nie zerwę się.
- Może zadzwonię i…
- No, co wy – wtrąciłam się, spoglądając to na jednego, to na drugiego. – Luke jest duży, da sobie radę. A zresztą ja w planach mam naukę na poniedziałkowy sprawdzian z historii, więc będę w domu. W razie, co to mu pomogę. – Mama zrobiła wielkie oczy. – No, co?
- Postęp – skwitowała i uśmiechnęła się. – To jest niewątpliwie postęp.
- Wcale nie postęp – odparłam, dopijając kakao. Wstałam odstawiłam kubek do zmywarki i znów spojrzałam na nią. – Wiem, jaka jest sytuacja. Może nie pałam do niego nadmierną sympatią, z całym szacunkiem Dan – a mężczyzna uśmiechnął się lekko i kiwnął głową – ale świnią nie jestem.
- To jest postęp – ciągnęła mama. Przekręciłam oczami.
- Idę do siebie – oznajmiłam. Odwróciłam się i wyszłam z kuchni. 


***

Piątek został definitywnie przegłosowany :) Byłam pewna, że postawicie na sobotę lub niedzielę. Raz jeszcze dziękuje za wasze pozytywne komentarze :)

Kolejny rozdział za nami i mam nadzieję, że spodobał wam się bardziej, niż dwa poprzednie. 

Milena - nie wiem, jak niby miałby wyglądać ten konkurs buahah - popłynęłaś z tym pomysłem :)

Następny rozdział... wkrótce - nie mam przy sobie kalendarza i nie wiem, jak po weekendzie pracuję :D Na szczęście weekend mam wolny, więc obmyślę sobie plan działania :) Chyba, że Wy znów chcecie wybrać dzień? Niedziela? Lub środa (bo wtedy na bank jestem w domu)? Czy może jeszcze jakiś inny? Jakby co, piszcie w komentarzach :)

Pozdrawiam i do następnego!


W następnym odcinku:


- Kurwa – syknął pod nosem, kręcąc głową. Tera oprócz nogi, bolał go także kręgosłup i ręka. Spojrzał na gęste czerwone krople, wypływające przez rozcięcia. Miał ochotę palnąć sobie w łeb.
- Kurwa - powtórzył i wtedy usłyszał szybkie kroki.

***

- Luke?
- Nic mi nie jest.
- Właśnie widzę – prychnęłam pod nosem.

***

- Wy nie umiecie normalnie pukać, nie? – odparłam, odsuwając się, by zrobić im miejsce. Władowali się do środka i od razu skierowali się w stronę salonu.
- To walenie to Michael - poinformował mnie Hood, ale ja miałam to gdzieś.

***

- Jaka impreza? – zapytał Clifford.
- Przecież wygraliście – ciągnęłam dalej, spoglądając na każdego po kolei.
- A ta impreza. Okej - odpowiedział Calum.

11 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że coś sobie zrobi!!! Ja jestem za niedzielą. Biedny Luke... Jak zwykle świetnie i czekam na nexta. Wybacz, że tak krótko wyjątkowo, ale nie mam czasu, a potem zapomnę skomentować...
    Buziaki, pozdrówka
    Lusia

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Luke, tak myślałam, że coś może mu się stać. Teraz będzie miał przerwę. Szkoda mi go. No, Rose coraz bardziej mnie zaskakujesz jeśli chodzi o pomoc Hemmingsowi. Czyżby faktycznie był postęp? Może w końcu ich stosunek do siebie się zmieni, oczywiście na lepsze :)
    A ja tam jestem za SOBOTĄ haha a co ;) ewentualnie niedziela.
    No, co wymyśliłoby się coś w tym konkursie :)
    Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedny Luke rozdział świetny nie mogę doczekać się next mam nadzieje ze pojawi się w niedzielę albo szybciej:) ♡ ♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  4. Biedny Luke rozdział świetny nie mogę doczekać się next mam nadzieje ze pojawi się w niedzielę albo szybciej:) ♡ ♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  5. Biedny Luke rozdział świetny nie mogę doczekać się next mam nadzieje ze pojawi się w niedzielę albo szybciej:) ♡ ♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  6. Łał cudowny rozdział i tak szybko dodany. WIELKIE DZIĘKI. Cieka wam co zrobił sobie Luke

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak tylko przeczytałam "zagrzmiało", wiedziałam, że coś się stanie :o bieeeedny Lukey, tak bardzo mi go szkoda. Oby tylko nic nie stało na przeszkodzie, by wrócił do grania. Teraz to mu tylko potrzeba prywatnej pielęgniarki XD
    Tak, Rosie, to niewątpliwie postęp. Trzymam kciuki, żebyście się przy okazji nie pozabijali.
    Oczywiste, że chcemy rozdział w niedzielę. :v
    Pozdrawiam cieplutko! :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Lukey, biedactwo ;(
    NIEDZIELA! NIEDZIELA! NIEDZIELA!

    OdpowiedzUsuń
  9. Lukey, biedactwo ;(
    NIEDZIELA! NIEDZIELA! NIEDZIELA!

    OdpowiedzUsuń