sobota, 20 czerwca 2015

S2 - Rozdział 6

Behind blue eyes


       Było około dziesiątej, kiedy zwlokłam się na dół. W ręku ściskałam notatki i podręcznik od historii. Zostawiłam je w salonie na stole i poszłam do kuchni. Byłam głodna, jak wilk.
       Robiąc śniadanie, musiałam pomyśleć także o naszym Panie Kontuzjowanym, który dalej spał w najlepsze. Przyszykowałam, więc osobną porcję kanapek i ulokowałam je pod szklanym naczyniem, aby nie wyschły. Całość ustawiłam na środku blatu, aby blondyn łatwiej je zlokalizował. Dodałam do tego czystą szklankę i sok pomarańczowy.
       Po śniadaniu, z kubkiem gorącej kawy, usadowiłam się w salonie. W domu panowała cisza i spokój, więc były to idealne warunki do nauki – oczywiście dla kogoś, kto lubi takie wyciszone otoczenie. Ja odpaliłam telewizor. Ustawiłam kanał muzyczny i ściszyłam dźwięk. Byłam osobą, która wolała, jak jednak coś w tle grało.
       Rozłożyłam się na kanapie i zaczęłam zakuwać historię. Temat: angielska kolonizacja. Jakoś nigdy nie miałam zbyt dobrej głowy do dat, choć historia jest ciekawa. Dlatego postawiłam na najprostsze rozwiązanie, czyli wykucie się wszystkiego na pamięć. Rozpoczęłam naukę od razu, bo później w planach miałam także małe malowanie.
       Kiedy minęła jedenasta, usłyszałam charakterystyczny dźwięk dochodzący z góry. Mianowicie odgłos kroków i kul, które zmierzały w stronę schodów. Po chwili na dole zmaterializował się Hemmings, który pokuśtykał w stronę kuchni. Oderwałam wzrok od książki, spoglądając w stronę sąsiedniego pomieszczenia. Zobaczyłam tylko fragment jego pleców i kawałek nogi, która ulokowana była  w gipsie. Dałam słowo mamie i Danowi, że w razie czego wyciągnę pomocną dłoń do blondyna, więc powracając do tematu kolonizacji angielskiej, moje zmysły wyostrzyły się, tak by kontrolować to, co dzieje się obok. Nie uśmiechało mi się niańczenie Luke'a, ale była to sprawa wyższej rangi. Korona mi z głowy nie spadnie, jak nieco nagnę zasady względem chłopaka.

***
       Poruszanie się o kulach, było dla niego czymś nowym. Nigdy nie miał, aż tak poważnej kontuzji, która unieruchomiłaby go na tak długo. Na razie ostrożnie stawiał krok za krokiem. Nie było to zbytnio wygodne.
       Oprócz tego leki przeciwbólowe, które wczoraj nieco go otępiły, przestały działać i Luke odczuwał dyskomfort. Noga czasem pulsowała kłującym bólem, ale i tak było to bardziej znośne od tego, jak czuł się psychicznie. A czuł się skopany i zgnojony przez los. Wychodząc na boisko nie spodziewał się tego, że wyląduje w szpitalu. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może skończyć z pękniętą stopą. Że w ogóle coś poważnego może się stać. Choć każdy z nich nieraz był wykluczony ze sportu z powodu kontuzji, a Jared ich drugi pomocnik stracił nawet dwa zęby w poprzednim sezonie, to jednak nikt nie pauzował tak długo. Każdy z nich czuł się w pewien sposób niezniszczalny. Wystarczył jednak, tylko jeden mecz, aby los udowodnił mu, że jest inaczej.
       Zanim wstał z łóżka, zanim w ogóle wyszedł z pokoju, długo się zastanawiał nad sytuacją w jakiej się znalazł. Wiedział, że nie jest to koniec świata, bo przecież i zawodowym zawodnikom zdarzają się złamania. Oprócz tego miał przecież jeszcze muzykę, do której mógł uciec w każdej chwili. W końcu nadal miał dwie zdrowe ręce.
       W domu panowała przyjemna cisza, która w pewien sposób go uspakajała. Choć nadal buzowały w nim negatywne emocje, to możliwość bycia sam na sam ze sobą, dawała mu możliwość przemyślenia wszystkiego jeszcze raz od początku. Jednak kiedy zszedł na dół, zdał sobie sprawę z tego, że oprócz niego w domu jest ktoś jeszcze. Ona.
       Kiedy wszedł do kuchni, zauważył na blacie stojące kanapki i sok. Usiadł naprzeciwko nich i przyciągnął do siebie naczynia. Sarah to jednak pomyśli o wszystkim…
       Powoli zabrał się za jedzenie, co jakiś czas popijając kolorowe kanapki sokiem. W tle słyszał cicho puszczoną muzykę. Rozpoznał utwór i wokalistę. Słońce wdzierało się przez okno, rozświetlając nieco pomieszczenie. Po wczorajszej ulewie nie było śladu. Znów w Sydney zapanowała piękna pogoda, która kusiła do wyjścia.
       Był tak głodny, że wciągnął wszystkie kanapki za jednym razem. Po jedzeniu postanowił wstać i odnieść to wszystko do zlewu. Niestety przez nieuwagę i przyzwyczajenie, stanął nie tak, jak powinien. Oparł się na chorej nodze. Przez całą lewą kończynę przetoczył się promieniujący ból, który swoje źródło miał w kostce. Syknął, tracąc równowagę. Następnie poleciał do tyłu, uderzając w krzesło stojące tuż za nim. Machając rękami, w celu znalezienia, jakiejkolwiek pomocy przed upadkiem, uderzył w stojącą szklankę, która rozleciała się pod uderzeniem na drobny mak, rozcinając mu jednocześnie skórę w kilku miejscach. Rozległ się głośny huk, spowodowany uderzającym o kafelki krzesłem, a następnie kolejny, kiedy Luke wylądował na ziemi.
- Kurwa – syknął pod nosem, kręcąc głową. Tera oprócz nogi, bolał go także kręgosłup i ręka. Spojrzał na gęste czerwone krople, wypływające przez rozcięcia. Miał ochotę palnąć sobie w łeb.
- Kurwa – powtórzył i wtedy usłyszał szybkie kroki.

***
       - W 1793 roku do Australii przybyli pierwsi wolni osadnicy – powtórzyłam w myślach, starając się już za pierwszym razem zapamiętać datę. – 1793 pierwsi osadnicy… 1793 pierwsi wolni osadnicy w Australii.
       Nagle rozległ się głośny dźwięk roztrzaskującego się szkła, a następnie jeden huk, który poprzedził kolejny. Podskoczyłam, a moje serce przyspieszyło. Wyrwana z nauki, prawie dostałam zawału. Moje palce mocniej zacisnęły się na podręczniku. Rozejrzałam się, nie wiedząc, co się stało. Szybko jednak dodałam jeden do drugiego i odpowiedzią był on.
       Poderwałam się z miejsca, odrzucając na bok książkę. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku kuchni, odpędzając z głowy czarny scenariusz. A jak stracił przytomność? Czy już teraz powinnam wezwać karetkę? Dla pewności skierowałam rękę w stronę kieszeni. Komórka nadal tam była, więc w razie czego mogłam szybko wykonać odpowiedni telefon.
       Pierwsze, co zobaczyłam wchodząc do kuchni, to roztrzaskana prawie na drobny mak szklanka, a także nogi –w tym jedna w gipsie – która wystawała zza blatu. Wstrzymałam oddech i podeszłam do niego.
       Siedział na podłodze, wpatrując się w swoją rękę, z której powoli sączyła się krew. Czyli jednak obejdzie się bez pogotowia. Nie ukrywam, ale odetchnęłam z ulgą. Myślę, że jedna wizyta na pogotowiu w ciągu tego tygodnia nam w zupełności wystarczy.
- Że też musiał się wyrżnąć akurat na mojej zmianie – pomyślałam, przekręcając oczami.
- Nic ci się nie stało? – zapytałam, stojąc tuż nad nim.
- Nie.
- Okej – wydusiłam z siebie i minęłam go. 
       Najpierw postawiłam krzesło. Potem znów podeszłam do Luke'a. Ukucnęłam obok. Blondyn podniósł głowę i na moment nasze oczy się spotkały. Minę miał zbitego psa, a w oczach widać było rezygnacje. Jak tak dalej pójdzie to Hemmings nabawi się, jakieś depresji. Nie powiem, ale zrobiło mi się go szkoda – i to drugi dzień pod rząd. Chyba jego porażki uruchamiają we mnie, jakieś ludzkie odruchy względem niego.
       Bez słowa złapałam go za jego zdrową rękę i zarzuciłam ją sobie na ramię. Luke odczytał od razu mój zamiar, więc wymusił w sobie dość siły, aby ułatwić mi zadanie z podnoszeniem go z ziemi. Kiedy stanął do pionu, podsunęłam mu krzesło. Usiadł.
- Trzymaj ją nad blatem – powiedziałam, ustawiając jego rękę tak, aby kapiąca krew trafiała na stół, a nie na podłogę. Następnie odwróciłam się i sięgnęłam po kawałek ręcznika papierowego. Zwinęłam go w rulon i przyłożyłam do największej rany na jego dłoni. Luke przetrzymał ją prawą ręką. Znów spojrzał na mnie.
- Dzięki.
- Spoko – odpowiedziałam i znów odwróciłam się od niego. 
       Wyszłam z kuchni, kierując się do łazienki. Wchodząc do środka, wzrokiem namierzyłam odpowiednią szufladę. To tam mama zrobiła naszą dużą rodzinną apteczkę. Było tam wszystko – od bandaży, po tabletki przeciwbólowe i środki na katar. Nie wiedziałam, co będzie mi potrzebne, więc wysunęłam ją do końca, wyciągając ją jednocześnie z półki.
       Wróciłam do kuchni – Luke dalej siedział w takiej samej pozycji, jak wcześniej – stawiając szufladę na stole. Wygrzebałam z niej gazę i wodę utlenioną. Przysunęłam sobie krzesło i usiadłam naprzeciwko chłopaka.
       Najpierw wytarłam jego rękę, która była ubrudzona krwią niemalże po sam łokieć. Następnie wygrzebałam z szuflady paczkę gazy i wodę utlenioną. Powoli zaczęłam przemywać mniejsze rany, a potem także tą największą, dokładnie przyglądając się im. Na szczęście nie zostały tam żadne drobinki szkła. Nie były też zbyt głębokie, choć krwi było mnóstwo, więc obejdzie się bez szycia.
       Pod czujnym okiem Luke'a, który śledził każdy mój ruch, zrobiłam mu opatrunek. Mniejsze rany na palcach pozaklejałam przezroczystymi plastrami. W końcu blondyn został połatany, a ja mogłam się zabrać za sprzątanie tego bałaganu.
- Dziękuję – powiedział, patrząc na mnie. Kiwnęłam jedynie głową, zbierając rzeczy.
       Hemmings wstał, uważając na swoją nogę w gipsie. Chwycił za kule. Zdążyłam się odwrócić, kiedy usłyszałam jego ciche syknięcie. Spojrzałam na niego po raz kolejny. Wpatrywał się w swoją lewą rękę. Uniosłam brwi do góry. Chyba chodzenie o kulach będzie teraz dla niego większą katorgą.
- Luke?
- Nic mi nie jest.
- Właśnie widzę – prychnęłam pod nosem.
       Podeszłam do niego, prawie wyrywając mu jedną z kul. Objęłam go w pasie, a ten założył mi rękę na ramiona. W ciszy, powoli, ruszyliśmy w stronę salonu.
       Posadziłam go na kanapie, a następnie zebrałam swoje rzeczy i ułożyłam je na stole. Luke złapał za pilota i utkwił we mnie swoje błękitne oczy. Już otwierał usta, ale ja szybko mu przerwałam.
- Spoko.
       Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do kuchni. Na stole leżało szkło, pomieszane z jego krwią. Na ziemi znajdowały się pozostałe odłamki. Złapałam za ścierkę i zaczęłam sprzątać. Gdy skończyłam, odgarnęłam z czoła rude kosmyki włosów. W kuchni znów zapanował porządek. Na sam koniec, zaniosłam Lukowi puszkę z napojem – niech pozna moje dobre serce. Kiedy Luke zajął się oglądaniem telewizji, ja zaszyłam się w kuchni, aby dokończyć naukę.

       Nie był to jednak koniec zadania, które polegało na niańczeniu Hemmingsa. Po zrobieniu obiadu, musiałam mu go podać, a także przetransportować chłopaka do stołu. Sprawdziłam też jego opatrunek, który na szczęście nie przeciekł.
       Siedzieliśmy razem przy stole, ale w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Nawet nie mielibyśmy, o czym. Ja wertowałam notatki, a on spoglądał w ekran telewizora. Między nami panowała tradycyjna cisza, która dzisiaj była jakaś ciężka i niezbyt wygodna.
       W pewnym momencie Luke odwrócił się w moją stronę, a ja poczułam jego wzrok na sobie. Powoli podniosłam głowę. Nasze oczy spotkały się po raz kolejny w tym, jakże krótkim dniu. Było to dziwne i nienaturalne, jak na nas.
- Co?- wydusiłam, bo było to też dość męczące.
       Ale Luke nie zdążył mi odpowiedzieć, ponieważ nagle rozległo się głośne walenie w drzwi – bo pukania to nie przypominało. Odłożyłam widelec i wstałam z miejsca. Wyszłam z salonu i otworzyłam drzwi. 
- Hejka Rose – powiedział uśmiechnięty Calum. Spojrzałam na trójkę przyjaciół Luke'a. Zauważyłam, że Ashton miał o wiele lepszy humor, niż wczoraj.
- Wy nie umiecie normalnie pukać, nie? – odparłam, odsuwając się, by zrobić im miejsce. Władowali się do środka i od razu skierowali się w stronę salonu.
- To walenie to Michael – poinformował mnie Hood, ale ja miałam to gdzieś.
- Hej stary! – rzucił z uśmiechem Ash, podchodząc do blondyna.
- Hej – odpowiedział Luke, z mniejszym entuzjazmem.
- Wsuwaj to, bo nie mamy całego dnia – rzucił Calum, siadając obok niego. – Czas poddać się muzyce. Czyli to, co lubimy.
- Z chęcią – skwitował Luke. – Głodni?
- A masz coś słodkiego? – zapytał Cal.
- Obsłuż się sam.
- Przynieś też coś dla mnie – rzucił Irwin.
       Hood poderwał się z miejsca i żwawym krokiem ruszył w kierunku kuchni, aby opróżnić naszą szafkę ze słodyczami. Banda pasożytów. Przekręciłam oczami.
- Zakuwasz na historię? – zwrócił się do mnie Michael, zerkając na moje notatki.
- Ta – odparłam, siadając przy stole i wracając do swojego niedokończonego obiadu. – A ty?
- Ja już umiem. – Zrobiłam zdziwioną minę, a Clifford zaśmiał się. – Lubię historię. Nigdy nie musiałem się zbyt długo do niej uczyć.
       Dobra, Michael trochę mnie tym zaskoczył. Jakoś nie wygląda na gościa, który by się tym interesował, ale jak widać, pozory mylą. Kiwnęłam tylko głową i wróciłam do swoich notatek. Wtedy w salonie znów pojawił się Calum, niosąc w ręku paczkę ciastek oraz czekoladowe cukierki. W tym momencie Luke skończył swój obiad.
- Co tam Rose? – zapytał Hood, opierając się o oparcie fotela, na którym siedział Irwin. Podsunął mu pod nos jedno z opakowań, a Ash wyciągnął z niego okrągłe ciastko.
- W zasadzie nic nowego – rzuciłam, odrywając wzrok od notatek. – Jak wczorajsza impreza?
- Jaka impreza? – zapytał Clifford.
- Przecież wygraliście – ciągnęłam dalej, spoglądając na każdego po kolei.
- A ta impreza. Okej –odpowiedział Calum.
- A skąd ty możesz wiedzieć, przecież cię tam nie było – odparł Michael, zerkając na kumpla. Dobra, to się zaczyna robić coraz bardziej pokręcone. Hood wzruszył tylko ramionami.
- W sumie byłem na niej tylko ja – powiedział Irwin. – I to dla tego, bo jestem kapitanem. Postałem trochę z chłopakami, a potem zmyłem się do domu.
- Bo? – ciągnęłam dalej temat. Nie ukrywam, ale byłam ciekawa, dlaczego nasza lubiąca imprezy elita, pominęła świętowanie własnego zwycięstwa.
- Bez Luke'a to nie zabawa – powiedział Irwin, klepiąc blondyna po plecach. – A zresztą padało i było do dupy.
- Idziemy? – zapytał Luke. – Przeszkadzamy Rosalie w nauce.
       Prawie gały wyszły mi z orbit, kiedy dokończył to zdanie. Odkąd on się przejmuje tym, że ja potrzebuje czegokolwiek. Blondyn chyba zauważył moją dziwną minę, bo lekko kiwnął mi głową, a następnie wstał z miejsca.
- Dzięki za obiad.
       Następnie przy asekuracji Michaela, ruszył z chłopakami w stronę swojej piwnicy. Zostałam w salonie sama, z niedokończonym obiadem i miną w stylu zdziwionego karpia.
        
       Wizyta chłopaków dobrze wpłynęła na Luke'a, który odzyskał humor. Znów uśmiechał się i śmiał z Danem, który to opowiadał o jakieś wpadce w pracy. Chyba perspektywa kilku tygodni w gipsie przestała być tak przerażająca, jak wcześniej. Miałam tylko nadzieję, że blondyn nie wróci do swojej poprzedniej depresyjnej postaci, bo jego samopoczucie oddziaływało też na innych domowników – w tym na mnie. Wolałam go, jako tego wrednego upierdliwego Hemmingsa, niż tego, który wygląda, jak skopany przez los nieudacznik. 


***
Według mojej analizy wygrała sobota, ale tylko jednym punktem. Nie powiem trochę się zdziwiłam, bo byłam pewna, że obstawicie niedzielę :)
Szósta część za nami. Mam nadzieję, że wam się spodobała :)
Kolejny może w środę, jak oczywiście zdążę, a jak nie to wtedy "widzimy" się w czwartek :)
Pozdrawiam!


A w następnym odcinku:

- Co? Chyba nie będziesz tam szedł piechotą, nie?
- Spoko. Jestem gotowy - odparł nieco zaskoczony.

***

- Jesteś idiotą – skwitował Calum, spoglądając na kapitana drużyny.
- Przecież żartowałem!

***

- Czemu ja? – Odezwał się blondyn, opierając się na kulach. – Nie moja wina, że my… że ona… że…
- Już się nie produkuj - odparł Michael ze śmiechem.

***

- To zbrodnia?
- To dziwne - powiedziałam, mierząc go wzrokiem. - Co cię naszło?

***

- No… - zaczął Hemmings, a ja szybko odwróciłam się w jego stronę. Błękitne oczy chłopaka spoglądały wprost na mnie. Uśmiechał się z triumfem.
- Radzę ci się nie odzywać, bo inaczej cię wysadzę i będziesz zapieprzał do domu piechotą- powiedziałam. 

11 komentarzy:

  1. Super (zresztą jak zawsze )juz nie mogę doczekać się next ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogłabym czytać i czytać i czytać... A musze czekać do środy lub czwartku xdd ale dam radę ;)
    Czekam na nexta i
    Życzę duuuuużo weny ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiedz mi jak to jest, że rozdział chłonę szybciutko, a później cierpię, bo trzeba tyle czekać na kolejny? :(
    Rozdział jak zwykle jest świetny! Normalnie dziwię się, że Rose potrafi być jednak miła dla Lukeya! :o a on jest teraz tak bardzo pokrzywdzony przez los, nie dość, że noga, to jeszcze ręka, biedaczek mój. :c
    jak ja uwielbiam świtę chłopaków, za każdym razem kiedy pojawiają się w rozdziale, uśmiech sam mi wchodzi na usta. No, cóż się dziwić, skoro tak dobrze piszesz ;)
    Czekam na kolejny! Pozdrawiam i życzę weny! x

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeny... Szkoda mi go naprawdę. Biedaczek... Ale na szczęście jest ona i jak widać, mimo oporów i tak jest dla niego miła i pomocna. ROSE brawo! Muszę przyznać, że lubię te ich wspólne scenki :) Są i oni, którzy zawsze jak wpadają to robią zamieszanie. No i dodają dużo pozytywnej energii :)
    Kobieto! Jak to środa, jak to czwartek??!! Ja chce kolejny rozdział szybciej!!! Dlaczego trzeba tyle czeeeeekać :(
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  5. zajebiste, pisz dalej i dodawaj częściej-plisss i fajnie byłoby gdyby hemmo i rose byli później razem

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ja kocham to opowiadanie. Niesamowite. Tyle sie dzieje i do tego niesamowita fabuła. podziwiam cie i zycze weny i obys jak najczesxiej dodawala rozdzialy

    OdpowiedzUsuń
  7. Biedny Luke! Ten to ma farta w życiu .-. XD
    Kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to

    OdpowiedzUsuń
  8. Biedny Luke! Ten to ma farta w życiu .-. XD
    Kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to kocham to

    OdpowiedzUsuń
  9. Biedaczek jak nie mogą to ręka. Dzielna Rosę sie nim zajmuje jestem pod wrażeniem. Czekam na nastepny :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobra Rosss.. xD Biedny Luke.:/ czekać do jutra to juz za dlugo! ;D

    OdpowiedzUsuń