czwartek, 9 lipca 2015

S2 - Rozdział 15

To strong to tell you I was sorry
To proud to tell you I was wrong



       Nieraz zdarzają się takie dni, że ma się wrażenie, jakby cały świat skrzyknął się przeciwko tobie i wszystko waliłoby ci się na głowę. A ty nie masz nad tym żadnej kontroli. Możesz tylko czekać na kolejne schody, które wytwarza ci los i zaciskać zęby, jednocześnie marząc o tym, by ten dzień szybko się skończył. Ja właśnie miałam jeden z tych dni, w którym to pech nieustannie zerka ci przez ramię, aby po chwili wybuchnąć ci śmiechem prosto w twarz.
       Nie usłyszałam budzika, który dzwonił, dlatego wstałam z łóżka o wiele później, niż zazwyczaj. Musiałam włączyć drugi bieg, aby zdążyć się wyszykować. Potem zbiegłam na dół i wparowałam do pustej kuchni. Kanapki i kawa czekały na mnie na stole. Rodzice zdążyli już wyjść do pracy.
       Zaczęłam szybko pochłaniać jedzenie, co chwilę zerkając na zegarek. W myślach kalkulowałam ile mi jeszcze czasu zostało i czy na pewno zdążę. W końcu talerz był pusty. Dopiłam kawę i wstałam od stołu. Chwyciłam za naczynia i ruszyłam w kierunku zmywarki. Niestety nie zauważyłam rozwiązanej sznurówki, która wysunęła się na ziemię. Stanęłam na nią drugą nogą. Poleciałam do przodu, a talerz i kubek wyleciały mi z rąk. Rozległ się trzask tłuczonych naczyń, które rozprysły się po kafelkach. Udało mi się jednak złapać równowagę, przetrzymując się stołu.
       Klnąc pod nosem, zaczęłam zbierać szkło. Ten dzień od samego początku zaczął się kiepsko i byłam przekonana, że tak zostanie do końca. Nagle usłyszałam kroki. Wiedziałam, że to Luke, więc nawet nie podniosłam głowy do góry, kiedy zatrzymał się w wejściu do kuchni.
- W porządku?
- Tak – odparłam. 
       Większe odłamki wyrzuciłam do kosza na śmieci. Złapałam za zmiotkę, by dokończyć sprzątanie, które odbywało się pod czujnym okiem blondyna.
- Rose?
- Nic się nie stało – warknęłam pod nosem, odkładając zmiotkę i szufelkę na miejsce. Umyłam ręce, minęłam go, złapałam za torbę i bez słowa wyszłam z domu. Niech ten koszmar się skończy.

       Siedziałam na matematyce, starając się skupić na lekcji, ale co chwila moje myśli uciekały gdzieś indziej. Byłam rozkojarzona, choć naprawdę starałam się skoncentrować. Marnie mi to jednak wychodziło. Nic dziwnego, że gdy zostałam wyrwana do tablicy, źle rozwiązałam równanie i dostałam wielką jedynkę, która odzwierciedlała tylko mój dzisiejszy beznadziejny stan.
       Po tej porażce i wygłoszeniu soczystego monologu przez nauczyciela, jak to nie uważam na lekcji i ignoruję jego osobę, oklapłam z powrotem na swoje miejsce. Hemmings zerknął w moją stronę, ale na szczęście nic nie powiedział. Byłam wściekła sama na siebie, a jego słowa i głos mogły tylko pogorszyć tą żenującą sytuację. Niestety ta cisza między nami nie trwała długo. Jak tylko belfer odwrócił się do tablicy, Luke skupił na mnie swoje błękitne oczy.
- Rose?
- Zostaw mnie – mruknęłam. – Po prostu się odczep.
       O dziwo to poskutkowało i chłopak odpuścił. Widziałam kątem oka, jak zaciska usta i ciężko wzdycha, aby następnie skupić się na swoim zeszycie i tym, co pisał na tablicy nauczyciel. Po krótkiej chwili zrobiłam to samo, aby jeszcze bardziej nie podpaść facetowi od matmy.

       Usiadłam obok Lori i Becky, które okupowały tą samą ławkę, co zawsze. Oparłam się o ramię blondynki i ciężko westchnęłam. Przyjaciółki spojrzały na mnie z ciekawością.
- Co jest?- zapytała Becky.
- Mam chujowy dzień- rzuciłam, prostując się.
- Ostro powiedziane. Na pewno taka klapa? – dopytywała się Lori.
- Pała z matmy, zaspanie, rozbite naczynia w kuchni – rzuciłam, a blondynka, aż gwizdnęła pod nosem. – A dzień się jeszcze nie skończył – jęknęłam, przekręcając oczami.
- Głowa do góry smutasie – powiedziała Becky, klepiąc mnie po ramieniu. – Pomyśl sobie, że jutro będzie lepiej.
- Oby.
- Rose pech w końcu mija – zaczęła Lori, kiwając głową. – Każdy ma taki dzień. Ale popieram Becky. Głowa do góry, nie ma co się załamywać. Będzie dobrze. Włącz pozytywne myślenie.
- Ta, pozytywne myślenie – odparłam, grzebiąc w torbie. Następnie wypuściłam powoli powietrze z ust. – Cholera nie wzięłam książki od chemii.
- To ruszaj, my tu nadal będziemy – powiedziała Lori.
       Niechętnie wstałam z miejsca i niczym zbity pies, ruszyłam z powrotem w stronę korytarza z szafkami. Moje myśli krążyły wokół pecha, jaki dzisiaj na mnie spadł. Kiedy zatrzymałam się przy szafce, zauważyłam, że ze zdenerwowania trzęsą mi się dłonie. Pokręciłam głową, a następnie zabrałam się za wpisywanie kodu do kłódki. Jednak ta ani drgnęła.
- No, co jest? – warknęłam pod nosem, szarpiąc za nią. – Bosko. – Wpisałam kod raz jeszcze. Nic. – Głupie gówno – wysyczałam.
- Hejka Rose.
       Podskoczyłam w miejscu, kiedy Calum znalazł się tuż za moimi plecami. Prychnęłam pod nosem, a chłopak minął mnie i oparł się o szafki, wlepiając we mnie swoje ciemne oczy. Jego usta nosiły ten sam znany uśmiech, który widziałam u niego wielokrotnie.
- Hej – rzuciłam od niechcenia, szarpiąc za kłódkę.
- Problem?
- Nie dobijaj mnie.
- Poczekaj. – Odsunął mnie od szafki, a następnie wyzerował kłódkę. – Jaki masz kod?
       Podałam mu rząd cyfr, a on powoli zaczął go ustawiać. Usłyszałam cichy klik i przeklęta kłódka puściła. Calum z zadowoleniem na twarzy ściągnął ją i otworzył metalowe drzwiczki.
- Proszę bardzo.
- Dzięki. – Wygrzebałam z szafki książkę od chemii i spojrzałam na Hooda, który w dalszym ciągu mnie obserwował.
- Kiepski dzień?
- Nawet nie pytaj – mruknęłam.
- Uśmiechnij się. Z uśmiechem jest ci bardziej do twarzy – rzucił, klepiąc mnie po ramieniu. – Będzie dobrze. Widzimy się na chemii, co nie?
       Kiwnęłam głową, a on odpowiedział mi tym samym. Następie odwrócił się i dziarskim korkiem ruszył w kierunku schodów. Uniosłam brwi do góry, odprowadzając go wzrokiem, dopóki nie zniknął mi z oczu. Zamknęłam szafkę i odgarniając z czoła rude kosmyki włosów, wróciłam do dziewczyn.

       To, że mam dzisiaj pecha potwierdzała kolejna przerwa, kiedy to los na mojej drodze postawił bezmózgą Harper. Myślałam, że ta wariatka po naszej spektakularnej zemście w końcu się od nas na dłuższy czas odczepi. I tak było, aż do dnia dzisiejszego.
       Szłam korytarzem zmierzając w stronę tej samej ławki, na której wcześniej umówiłam się z dziewczynami. Gdy podniosłam głowę, zza zakrętu wynurzyła się Harper. Zdziwiłam się, bo pierwszy raz od długiego czasu widziałam ją samą. Bez Angeli. Dziewczyna zmrużyła na mnie oczy i zatrzymała się. Instynktownie zrobiłam to samo. Mills zacisnęła usta i podeszła do mnie.
- Posłuchaj rudzielcu – zaczęła, a ja prychnęłam pod nosem. 
       Uderzyła mnie palcem w klatkę piersiową, a ja szybko odepchnęłam jej rękę tak, że rząd błyszczących bransoletek zagrzechotał na jej nadgarstku.
- Odwal się Harper, nie mam dziś nastroju.
- Chcę tylko, abyś ty i te twoje psiapsiółeczki odwaliły się od chłopaków.
- Zmień płytę Mills, bo to robi się po prostu nudne – jęknęłam i zmierzyłam ją wzrokiem. Harper lekko poczerwieniała na twarzy. – Zresztą to nie moja wina. To oni się na nas uwzięli.
- Luke też?
- Co ma do tego Luke? – wypaliłam, naprawdę nie wiedząc, o co jej chodzi.
- Bo nagle zapałaliście do siebie sympatią.
- Tu cię boli – rzuciłam, przekręcając oczami. – Jesteś zazdrosna?
- Co? Nie pieprz bzdur Rivers!
- To tylko potwierdza moja słowa. Jesteś zazdrosna o Hemmingsa.
- Wcale, że nie – wydusiła, przez zaciśnięte zęby. – Zresztą – dodała, prostując się i odgarniając z ramion swoje długie brązowe włosy. – On i tak cię nie znosi. – Przekręciłam oczami. Serio ta rozmowa miała miejsce? Mój Boże, staczam się intelektualnie, wdając się z nią w te głupie potyczki słowne.
- Bierz sobie Luke'a i rób z nim, co chcesz. Mnie tam nic do tego – rzuciłam, a Mills uniosła brwi do góry.
- Czyżby?
- Tak, słyszałaś. Jest twój, matko mówię niewyraźnie?!
- Chyba ktoś tu jest zazdrosny – powiedziała, a ja prawie warknęłam z wściekłości.
- O niego? Błagam cię Mills, zrób użytek z mózgu i użyj go czasem! Ja go nawet nie lubię! Luke jest, jak wrzód na tyłku, który muszę znosić ze względu na jego ojca, który w porównaniu do niego jest naprawdę w porządku. Więc twoje chore i zawistne insynuacje są nie na miejscu, więc wolałabym żebyś nigdy, przenigdy nie wypowiadała przy mnie, że mogę być zazdrosna w jakikolwiek sposób o tego kretyna! – Zaczerpnęłam powietrza i spojrzałam na nią, zaciskając mocniej usta.
- Jej, to było…
- Pewnie i tak większości słów nie zrozumiałaś, więc skorzystaj z tego, że masz pod nosem bibliotekę i weź słownik. To może dowiesz się dokładnie, co miałam na myśli w tym całym moim monologu. Na razie – rzuciłam, minęłam ją i ruszyłam w stronę ławki, klnąc pod nosem. Rany, jak ta dziewczyna w łatwy sposób potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Myśleć, że mogę być zazdrosna o Luke'a – matko… To niepoważne. 
       Dobra może trochę popłynęłam wieszając psy na blondynie, który od jakiegoś czasu był nawet spoko w stosunku do mnie i nawet zaczęłam go lubić, ale po porostu Harper wyzwoliła we mnie to, co negatywne, więc i oberwało się biednemu Lukowi, który w tym przypadku niczemu nie był winien. Jedno jest pewne, ten dzień musi, jak najszybciej się skończyć, inaczej najnormalniej w świecie nie wyrobię psychicznie.

***
       Wyszedł zza zakrętu, słuchając Irwina, który opowiadał mu o jakiś filmikach, które znalazł na YouTube, w którym to ludzie robią sobie przeróżne dowcipy. Ashton nawet w czasie mówienia mu o nich, co chwilę wybuchał śmiechem, więc Luke zapewnił go, że bankowo je zobaczy.
       Nagle zatrzymał się i wlepił oczy w dwie dziewczyny, które zawzięcie o czymś dyskutowały. Rose kontra Harper – czyli zaczęło się na nowo. Ashton stanął tuż obok niego, również się im przyglądając. Pokręcił głową i ciężko westchnął.
- To się chyba nigdy nie skończy – powiedział Irwin.
       I wtedy Luke usłyszał, jak Rosalie wymawia jego imię. Zmarszczył czoło i nos. Kłóciły się o niego? Nie słyszał dokładnie wszystkich słów wypowiadanych przez dziewczyny. Doskonale jednak widział, że Rose zaraz nie wytrzyma i wybuchnie. Wnioskował to po tym, jak zaciskała dłonie w pięści i jak zmienił się jej ton głosu.
-  O niego? Błagam cię Mills, zrób użytek z mózgu i użyj go czasem! Ja go nawet nie lubię! Luke jest, jak wrzód na tyłku, który muszę znosić ze względu na jego ojca, który w porównaniu do niego jest naprawdę w porządku. Więc twoje chore i zawistne insynuacje są nie na miejscu, więc wolałabym żebyś nigdy, przenigdy nie wypowiadała przy mnie, że mogę być zazdrosna w jakikolwiek sposób o tego kretyna!- warknęła Rose.
- Nie wierzę – powiedział Ashton, kręcąc głową.
       Luke spojrzał na rudowłosą dziewczynę. Był pewien, że między nimi powoli zaczyna się jakoś układać. Coraz częściej pomagali sobie i nie wzdrygali się na swój widok, jak to miało miejsce na początku. Jednak po tym, co powiedziała Rose, był pewny, że to wszystko i tak podąża w tym samym kierunku, co zwykle.
       Słysząc jej słowa i sposób, w jaki to mówiła, zrobiło mu się nieprzyjemnie. Jednocześnie też poczuł coś w rodzaju wściekłości. Na nią, na siebie i na wszystko, co spowodowało, że nie potrafili się dogadać. Mimo wielu prób zminimalizowania tej wojny między nimi, ona nadal pozostawała w tym samym miejscu. Choć wiedział, że wiele rzeczy zrobił nie tak, jak powinien, to jednak widział postęp w ich relacji. Teraz to wszystko legło w gruzach, upewniając go w tym, że on i Rose nigdy się nie dogadają, a wszelkie próby i tak nic nie dadzą. 
       Niewiele myśląc odwrócił się na pięcie i szybko odszedł, byle się znaleźć, jak najdalej od niej.
- Luke poczekaj! – zawołał za nim Ashton, ale blondyn nie zamierzał się zatrzymywać. Zostawił Irwina daleko za plecami. – Pięknie, po prostu pięknie- powiedział Ash sam do siebie, zerkając na dziewczyny, które przestały się sprzeczać i każda z nich poszła w swoją stronę.

***
       Wieczór. Byłam na strychu. Robiłam to, co kochałam – malowałam. Dzięki temu umiałam się uspokoić. Pędzel z farbą błądził po płótnie, a obraz zyskiwał nowy format i kształt. Nie było w nim ładu, ani składu, a jedynie czysta abstrakcja, którą na ten moment rozumiałam tylko ja. Musiałam się wyżyć, ale w taki sposób, by nikt nie ucierpiał. Wybrałam sztukę.
       Nagle na strychu pojawiła się moja mama, która wytrąciła mnie z transu, w jakim się znalazłam. Odwróciłam się do niej, ogarniając wierzchem dłoni rude kosmyki włosów, które opadły mi na twarz.
- Wychodzimy – powiedziała z uśmiechem. 
       Spojrzałam na nią. Miała na sobie czarną sukienkę przed kolano, a jej włosy związane były w idealny kok. Wyglądała naprawdę ładnie i elegancko, jak kobieta z klasą.
- Wyglądasz bombowo – rzuciłam, a Sarah uśmiechnęła się szeroko. – Miłej zabawy.
- Dzięki. Wrócimy w nocy. 
       Kiwnęłam głową, a mama posłała mi jeszcze jeden uśmiech, zanim zniknęła mi z oczu. Ona i Dan wybierali się dzisiaj na coś w rodzaju uroczystego przyjęcia, organizowanego przez stowarzyszenie logistyczne, do którego należał Dan. Ja jednak wiedziałam, że będzie to po prostu dobra impreza dla dorosłych, a przyjęcie to tylko lekka nazwa na to, co będzie się tam działo. Bądźmy normalni – dorośli też chcą się porządnie wyszaleć.
       Odwróciłam się z powrotem do sztalugi. Pędzel zastygł kilka centymetrów od płótna. Nie wiedziałam, co chciałam zrobić, zanim pojawiła się mama. Mój pomysł gdzieś uleciał, a ja zacisnęłam mocniej usta. Pięknie… Do szczęścia brakowało mi jeszcze blokady twórczej.
       Przez chwilę spoglądałam na płótno, przygryzając od czasu do czasu wargę. Za nic nie potrafiłam ruszyć do przodu. Wzięłam głęboki oddech i z cichym świstem wypuściłam powietrze. Miałam ochotę rzucić pędzel o ziemię. Mimo to starałam się uspokoić. Wdech i wydech… Wdech i wydech… I poszło. Blokada minęła, a ja dalej mogłam się wyżywać na obrazie.

       Oczywiście mój pech nie minął. Bowiem, jak tylko skończyłam malować, zahaczyłam się o stół z farbami i wszystko runęło na podłogę z głośnym hukiem. Klnąc pod nosem – a dzisiaj naprawdę, co chwilę wypuszczałam ze swoich ust pokaźne wiązanki przekleństw – zaczęłam sprzątać. Miałam dość tego popieprzonego dnia.
       Kiedy zeszłam na dół, było po jedenastej. Chciałam wejść do kuchni, ale zatrzymałam się w progu widząc siedzącego przy stole blondyna. Pochylał się nad telefonem, sącząc puszkę z colą i zagryzając to chipsami. Byłam pewna, że wyszedł z domu ze swoimi kumplami, ale najwidoczniej i Luke potrzebował jednego dnia spokoju od wszystkiego.
       Minęłam go i podeszłam do lodówki, wyciągając z niej jogurt. Chwyciłam za łyżeczkę, otworzyłam kubeczek i zaczęłam szybko go jeść. Kątem oka zerknęłam w kierunku chłopaka, który wyglądał na nieco wkurzonego i przybitego jednocześnie.
       Kiedy kubeczek był pusty, wyrzuciłam go do śmietnika. Wtedy do moich uszu doszło ciche prychnięcie niezadowolenia, które wypłynęło z ust Hemmingsa. Powoli odwróciłam się w jego stronę i wlepiłam w niego swoje ciemne oczy. Luke podniósł głowę i wtedy nasze spojrzenia się spotkały.
- W porządku? – zapytałam powoli.
- Nie udawaj, że cię to w ogóle obchodzi – mruknął, wciskając telefon do kieszeni. Okej… Najwidoczniej zrobiłam coś, co mu się nie spodobało, ale nie miałam pojęcia, co. Przeanalizowałam cały dzień, w którym to mieliśmy ze sobą jakikolwiek kontakt i nic nie znalazłam.
- Daj spokój, co jest? – Spróbowałam po raz kolejny, choć gdzieś w środku czułam, że nie powinnam się w ogóle do niego odzywać. Mimo to moja ciekawość wzięła górę.
- Ty bardzo dobrze wiesz, co jest – odpowiedział, znów spoglądając na mnie. Nie uśmiechał się, a jego wzrok był tak chłodny, że poczułam gęsią skórkę na ramionach. Dobra wiem, że żadne z nas nie było święte względem tej drugiej osoby, ale ostatnio naprawdę nasza relacja była w miarę normalna, więc tym bardziej nie rozumiałam, o co mu może chodzić.
- Serio Luke? – wydusiłam z siebie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Co ja ci teraz takiego zrobiłam? Zjadłam twój jogurt, czy jak? – Spojrzał na mnie, jak na kretynkę.
- Słyszałem…
- Co?
- Dobrze wiedzieć, że masz mnie za wrzód na tyłku i do tego w dalszym ciągu uważasz mnie za kretyna. Cieszę się, że w końcu usłyszałem to z twoich ust, że naprawdę mnie nie lubisz.
       Całkowicie zdębiałam. Lekko rozszerzyłam buzię ze zdziwienia. Skąd on to wie? I wtedy w mojej głowie pojawiła się ona. Harper musiała mu to wszystko wypaplać, bo inaczej jakim cudem, by się dowiedział o tym, że tak po nim pojechałam. Choć nie miałam do tego zupełnie podstaw. Poczułam, jak robi mi się gorąco, a dłonie zaczynają się trząść. Byłam wściekła.
- Harper ci doniosła? – Luke zrobił zdziwioną minę i pokręcił głową. Zmarszczyłam czoło. Teraz to kompletnie nie wiedziałam, skąd on to wziął. Ale Hemmings po chwili rozwiał moje wątpliwości.
- Sam to słyszałem. – Przełknęłam ślinę. – Było to naprawdę przyjemne, słuchać tego, co wypływało z twoich ust. – W tym momencie poczułam się strasznie głupio. Spuściłam głowę na dół. – Myślałem… nie ważne.
- No, dokończ – odparłam, prostując się i wlepiając w niego swoje ciemne oczy. Luke wstał z miejsca i wzruszył ramionami. – Jezu… No, powiedz to.
- Myślałem, że jesteś w porządku. Pomagaliśmy sobie nawzajem, ale ty… Ty masz po prostu dwa pieprzone oblicza.
- Daj spokój, chyba nie uwierzyłeś w te słowa! – warknęłam.
- Niby, czemu nie. Nigdy nie byliśmy blisko, wiec dlaczego miałbym w to nie wierzyć.
- Bo to wszystko wina pieprzonej Harper!
- Czemu ją do tego mieszasz?
- Bo to od niej się zaczęło! Po prostu przy niej się nie kontroluję! – krzyknęłam, machając ręką. – A zresztą, czemu ja ci się tłumaczę.
- Może czujesz się winna?
- Wypchaj się – warknęłam i już chciałam go minąć, kiedy ten złapał mnie za ramię. – Puszczaj!
- Czemu ty zawsze uciekasz?
- Co?
- Zawsze, jak zaczynamy ty uciekasz!
       Luke był wściekły. Ja byłam wściekła. Wszystko było nie tak. Miałam po prostu dość. Dość wszystkiego. Jego pretensji, jego głosu, jego oskarżycielskiego wzorku. Dobra przyznaję się, żadna to przyjemność słyszeć takie rzeczy o sobie, ale… Nie… Na tą chwilę nie miałam żadnego logicznego usprawiedliwienia na to, dlaczego to wszystko powiedziałam. W sumie Harper wyprowadziła mnie z równowagi, ale czy to był dostateczny powód na to, by mówić o nim takie rzeczy. I to akurat w momencie, kiedy oboje zrobiliśmy dość spory krok ku normalności w naszej relacji.
- Za każdym razem odwracasz się i odchodzisz!
- Bo może tylko to mi zostało! – warknęłam, wyrywając ramię z jego dłoni.
- Naprawdę tak uważasz? Czy te słowa były prawdziwe?
- Pieprz się Luke – warknęłam i nie wiem czemu, ale miałam ochotę się rozpłakać. – W sumie co cię to obchodzi? Nigdy nie interesowałeś się tym, co o tobie myślę.
- I w tym momencie jesteś w błędzie.
- Czyżby?! Bo jakoś nie przypominam sobie, aby to co mówisz miało jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości!
- Bo jesteś zapatrzona w siebie!
- A ty jesteś idiotą!
- Widzisz?! Zawsze to robisz! Jak mam cokolwiek robić, jak i tak ty zawsze wrzucasz mnie do tej samej kategorii ludzi! Jesteś idiotą! Jesteś kretynem! Luke to po porostu istny wrzód na tyłku w tej rodzinie!
- Nienawidzę cię – warknęłam pod nosem.
- Co powiedziałaś? – Jego błękitne oczy czujnie wpatrywały się we mnie, a on sam chyba nie wierzył w to, co przed chwilą usłyszał.
- Odczep się. – Odwróciłam się i już chciałam wyjść, kiedy po raz kolejny złapał mnie za rękę. Odwrócił mnie w swoją stronę.
- Co powiedziałaś? – zapytał raz jeszcze. W jego głosie czuć było zdenerwowanie i niedowierzanie. Odepchnęłam go od siebie, a on puścił moją rękę. – Powiedz to jeszcze raz.
       Jego głos był spokojniejszy, ale to wcale nie poprawiło sytuacji. To ją tylko pogorszyło, bo poczułam się jeszcze gorzej. Ta kłótnia przelała czarę goryczy, jaka zbierała się we mnie od rana.
- Nienawidzę cię – wyszeptałam, a następnie zagryzłam wargę walcząc ze łzami, które cisnęły mi się do oczu. Była to walka, którą szybko przegrałam.
- Rose ty chyba nie…- Ale nie dokończył, ponieważ podniosłam głowę. Na mojej twarzy lśniły pojedyncze krople łez. Odwróciłam się i pobiegłam na górę.
- Rose! – Usłyszałam jego głos za plecami, ale nie zamierzałam się cofać, ani zatrzymywać.
       Wbiegłam do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Głośno szloch wydarł się z moich ust, a ja ocierając twarz rękami, podeszłam do łóżka. Obeszłam je i usiadłam za nim, opierając się o nie plecami. Podciągnęłam nogi do góry. Oplotłam kolana rękami i położyłam na nie głową. 
       Zalałam się kolejną falą słonych łez, wyrzucając te wszystkie negatywne emocje, jakie się dzisiaj we mnie zgromadziły. Czułam się fatalnie pod względem psychicznym, szczególnie po tej kłótni z Hemmingsem i tych gorzkich słowach, jakich użyłam w stosunku do niego. Czułam się winna, że znów wszystko zepsułam.

***
       Luke jeszcze przez chwilę stał w kuchni zaskoczony tym, w jaki sposób ich kłótnia przerodziła się w katastrofę. Dlaczego oni nie potrafili normalnie ze sobą rozmawiać? Nie był zadowolony z siebie, że doprowadził ją do łez. Czuł się po prostu, jak nieczuły skurwiel, który po prostu się na niej wyżył. Choć i ona nie była święta, to jednak nie zasługiwała na to, by tak ją potraktować. W końcu oboje są tylko ludźmi i popełniają błędy.
       Zacisnął usta i powoli wyszedł z kuchni. Zgasił światło i wspiął się schodami na górę. Zatrzymał się tuż przy drzwiach od jej pokoju. Położył dłoń na zimnej klamce. Nie zamierzał pukać. Zresztą z góry zakładał, że ona nie chciałaby go wpuścić do środka. A on teraz i tak za wszelką cenę postanowił interweniować. Nacisnął klamkę i bez słowa wszedł do pokoju.
       Pierwsze, co usłyszał to ciche chlipanie, które dochodziło zza łóżka. Do tego doszedł szybszy oddech i lekkie pociąganie nosem. Wziął z biurka paczkę chusteczek i podszedł do dziewczyny. Rose siedziała na podłodze, zwinięta w kłębek. Był pewny, że nie słyszała tego, że wszedł do środka. Widząc ją w takim stanie, poczuł się jeszcze gorzej. Był dupkiem i zasługiwał na miano kretyna.
       Powoli usiadł obok niej. Dotknął jej ramienia, a Rose drgnęła. Powoli podniosła głowę. Jej brązowe oczy były zaczerwienione, a twarz mokra od łez. Wyciągnął z paczki jedną chusteczkę i podał jej, a ona bez słowa przejęła ją od niego. Wytarła oczy, ale po chwili znów z jej ust wydobył się cichy szloch.
       Musiał poczekać, aż się uspokoi. Ale ona nadal wylewała z siebie łzy. Zrobiło mu się jej szkoda. Niewiele myśląc, objął ją i przytulił do siebie. Był pewny, że go odepchnie, ale ona zacisnęła palce na jego koszulce, wtulając twarz w jego klatkę piersiową. Objął ją jeszcze ciaśniej i delikatnie zaczął przesuwać dłonią po jej włosach i plecach, aby ją uspokoić. Zagryzł wargę. Pozwolił, by moczyła mu łzami jego czarną koszulkę z AC/DC, którą tak bardzo lubił. Zresztą teraz to i tak nie miało dla niego większego znaczenia.
       Siedzieli wtuleni w siebie, dopóki Rose nie przestała płakać. W końcu usłyszał jej nieco spokojniejszy oddech. Mimo to dalej zaciskała palce na jego koszulce, a on nie przestawał głaskać jej po plecach. Dopiero kiedy dziewczyna lekko drgnęła, poluźnił uścisk, a ona wyprostowała się.
       Wytarła chusteczką nos, wpatrując się w niego wilgotnymi brązowymi oczami. Powoli dotknął jej twarzy i palcami wytarł jej ostatnie łzy, które wypłynęły z jej oczu. Lekko uśmiechnął się do niej, a ona ciężko westchnęła.
- Przepraszam – powiedziała cicho.
- Nic się nie stało – odparł, a ona prychnęła pod nosem. Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Naprawdę. Nie jestem na ciebie zły. Byłem… Ale już nie jestem.
- Byłam w wkurzona, nie chciałam tego powiedzieć – ciągnęła dalej, wycierając chusteczką mokre policzki. – Naprawdę nie chciałam…
- Wiem Rose, wiem. – Pokręciła głową i westchnęła, a on dostrzegł, jak bardzo stara się znów nie rozpłakać. – Zarządzam koniec płakania. – Uśmiechnęła się lekko. – Taki dupek, jak ja nie zasługuje na to byś przez niego płakała.
- Nie jesteś dupkiem.
- Ale kretynem na pewno.
- Nie jesteś kretynem. – Luke uśmiechnął się do niej, a ona przewróciła oczami i na jej twarzy również pojawił się cień uśmiechu.  – Może czasami. Ale naprawdę przepraszam za te słowa, które usłyszałeś w szkole i w kuchni. Ja wcale tak nie myślę.
- Sam też nie jestem święty i nieźle mnie poniosło – powiedział powoli. – To po części moja wina, bo cię do tej kłótni sprowokowałem, zamiast normalnie na spokojnie z tobą pogadać. Ale przyznaje, wkurzyłem się. – Pokiwała głową. – Mam z tobą jeden problem – zaczął, a ona utkwiła w nim przerażone spojrzenie. Luke uśmiechnął się do niej i zarzucił jej rękę na ramiona, przyciągając ją bliżej siebie. Znów mu na to pozwoliła.
- Jaki to problem?
- Że naprawdę cię lubię i to bardzo – zerknęła na niego zaskoczona. – I chyba zrobiłem się zbyt czuły na punkcie tego, że ty nie lubisz mnie.
- Ale ja cię lubię – odparła, w dalszym ciągu spoglądając na niego. – Jesteś czasami mega irytujący, ale to jest nawet słodkie na swój sposób. Doprowadzasz mnie do szału, ale lubię cię, mimo wszystko lubię cię. – Luke uśmiechnął się jeszcze szerzej i zmierzwił jej włosy na głowie. – Ej!
- Może to koniec naszego kryzysu? – zapytał, po chwili ciszy, jaka między nimi nastała.
- Chcesz zakończyć wojnę?
- Myślę, że ta wojna zakończyła się już dawno temu, ale my byliśmy zbyt głupi, by to zauważyć – powiedział, spoglądając na nią.
- Dobrze powiedziane – rzuciła, opierając głowę o jego ramię. Uśmiechnęła się pod nosem. – Naprawdę dobrze powiedziane.


***
Jest kilka minut po północy, czyli - czwartek :D Wyrobiłam się w terminie (ja z siebie być dumna hahah) :D
Mam nadzieję, że taki finał tego sezonu przypadł wam do gustu - te zdanie, jakoś mi po polskiemu nie leży, ale wybaczcie jestem po 12h pracy i być może jest dobrze skonstruowane, a ja już wydziwiam :D

Tak, jak mówiłam wcześniej sezon numer 3 pojawi się w weekend - nie wiem tylko, czy to będzie sobota czy niedziela. No i... pojawi się nowy śliczniasty nagłówek, który zrobiła mi Monia i w którym się zakochałam, ale to już wiecie, bo już gdzieś o tym pisałam :D

Annie - wiem, że nie mogłaś się doczekać rozdziału 15 :) Mam nadzieję, że ci się podobał :)

Dziękuję wam oczywiście za pozytywne komentarze :) Jesteście najlepsiejsze - ale to już wiecie :)

Pozdrawiam!

W następnym odcinku:

- W wodzie.
- Poszła beze mnie?
- Poszła z Becky – odparłam, a on zaczął rozglądać się po plaży. Dobrze wiedziałam kogo próbuje namierzyć.

***

- Ja przetransportowałem tu wasze tyłki, a ty przetransportuj mi tu jedzenie - skwitował Luke, ściągając koszulkę i spodnie.

***

- Uwielbiam, jak mówisz do mnie w tak matczyny sposób – prychnął pod nosem. – Nie mam pięciu lat.
- O tym bym podyskutowała.

***

- Nic ci nie jest?- zapytał, a na jego twarzy pojawił się głupi uśmieszek.
- Weź się goń - mruknęłam, nie ruszając się z miejsca.

16 komentarzy:

  1. Kocham to !!!! W końcu sie przyznali do tego ze sie lubią!!!! Czekam na nastepny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham to jak piszesz, bo ten styl i... Co ja będę gadać. Podziwiam cię i czekam na sezon 3. Życzę weny
    Riv

    OdpowiedzUsuń
  3. No w końcu oboje ogarnęli co jest na rzeczy! Brawo, brawo, brawo! Szkoda tylko, że zajęło im to tak dużo czasu i nerwów. Ale teraz będzie już tylko lepiej, prawda? I nawet idiotka Harper nie będzie w stanie nic zmienić. :>
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  4. już sie nie moge doczekac kocham twoje opowiadania^^!

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcu rozejm.. ;D
    :D ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. O jeju! Nareszcie! Pogodzili się! Cudowny rozdział! Chyba mój ulubiony! Teraz rozdział 10 z sezonu pierwszego spadł na drugie miejsce niestety... Brakuje mi słów, no... A ja tak lubię się rozpisywać!
    Buziaki, weny, pozdrowienia, miłej pracy...
    Lusia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeju... przytulili się i przyznali, że się lubią...
    Czy mogło być lepiej?!?! ♥ KOCHAM TO !

    OdpowiedzUsuń
  8. WRESZCIE przyznali się do tego że się lubią i się przytulili <3. Nie mogę doczekać się weekendu i 3 sezonu =^•^=

    OdpowiedzUsuń
  9. Boże.... Jak ja to kocham! <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Hahahahah przyznaję się ... KOCHAM TO :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten rozdział jest świetny.
    A końcówka boska.
    Kocham to.
    Już nie moge doczekać się następnego rozdziału. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. OMG!!! OMG!!! OMG!!! MAM EMOCJONALNY ZAWAŁ! W końcu! W końcu powiedzieli sobie, że jednak się lubią :D Nie mogłam się doczekać tego momentu. Luke... matko... chłopie czy można być bardziej słodkim? Paruję ich w dalszym ciągu :) Mam nadzieję, że zrobisz tak, że między nimi faktycznie coś będzie :) coś więcej niż zwykłe lubię cię :) Gif na końcu ściska me serducho bo nie lubię smutnego Hemmo.
    Z niecierpliwością czekam na pierwszy rozdział sezonu trzeciego :D I chcę zobaczyć nowy nagłówek by Monia, którym tak się chwalisz :D Chyba nie wyrobię do weekendu :P
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  13. Cudowny boze jacy oni słodycy juz nie mogę doczekać się kolejnego rozdział i nowego szablonu ♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  14. Jest niedziela kiedy następny?

    OdpowiedzUsuń