środa, 19 sierpnia 2015

S4 - Rozdział 2

You're giving me a heart attack


       Przed zbliżającym się meczem z Picton, wszyscy byli mocno nakręceni i podekscytowani. Wszystko przez to, że obie drużyny od bardzo wielu lat toczą ze sobą wojnę, która raczej szybko się nie skończy. Nasza szkoła reagowała na nich alergią i vice versa. Nic w tym dziwnego, że zbliżająca się sobota powodowała taki wzrost emocji. Oprócz tego wszyscy wiedzieli, że ich rywalizacja nie sięga tylko granic boiska. Że wychodzi poza te ramy. Jedni i drudzy nie byli święci względem siebie.
        Denerwowałam się przed meczem. Głównie dlatego, że chłopaki z obu drużyn byli nieobliczalni, a na boisku przecież ma być nie tylko Luke, ale także Calum, Michael i Ashton. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne przeczucie, że może zdarzyć się coś złego. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś w końcu nie wytrzymał i rzucił się na swojego rywala na samym środku murawy.

        Luke, jak zwykle w taki dzień, wybierał się do szkoły szybciej, aby odbyć długą pogadankę z trenerem i pozostałymi członkami drużyny. Obserwowałam go, jak się pakuje, co jakiś czas rozglądając się po pokoju, upewniając się, że ma wszystko.
        W końcu złapał za torbę i narzucił ją na ramię. Podniósł głowę, a jego błękitne oczy zatrzymały się na mojej osobie. Uśmiechnął się lekko. Podszedł do mnie i nachylił się.
- Pożegnasz się ze mną? Mogę nie wrócić z tej wojny – powiedział poważnym tonem. 
        Niewiele myśląc trzepnęłam go w ramię, a ten zaczął się śmiać. Tak… Byłam na tyle głupia, że powiedziałam mu o swoich obawach odnośnie dzisiejszego meczu, ale Luke przyjął to z rozbawieniem i żartował na ten temat przy każdej nadarzającej się ku temu okazji.
- Pieprz się – mruknęłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Z tobą chętnie, ale trener by mnie zabił, gdybym dzisiaj się spóźnił – odpowiedział, z tym swoim pewnym siebie uśmieszkiem. Przekręciłam oczami.
- Powodzenia na boisku – powiedziałam w końcu, bo Luke od dłuższego czasu stał i po prostu się na mnie gapił.
- Nie, dziękuję – odparł z uśmiechem. – Widzimy się po.
- Dokładnie.
- I przestań się denerwować.
- Ja się nie denerwuję.
- Jasne.
- Idź już sobie – powiedziałam, machając w jego stronę ręką. Prychnął pod nosem i wyprostował się.
- Miłe pożegnanie – mruknął, kręcąc nosem z niezadowoleniem.
        Uśmiechnęłam się i wstałam z krzesła. Podeszłam do niego i objęłam go, ale chłopak nie odwzajemnił tego gestu. Oderwałam się od niego, spoglądając w jego błękitne tęczówki. Nadal miał zaciętą i nadąsaną minę.
- Co jest?
- To było wymuszone.
- Wcale nie kotku.
- Widzimy się po – powtórzył i jak gdyby nigdy nic, odwrócił się.
        Zdębiałam. Naprawdę obraził się, o coś takiego? Zamrugałam parę razy oczami, próbując to w jakiś normalny i logiczny sposób sobie wytłumaczyć. Luke właśnie to miał w sobie. Cokolwiek, by się nie działo złego, ty zawsze masz wrażenie, że to twoja pieprzona wina. Nic więc dziwnego, że moje sumienie od razu zaczęło krzyczeć, że to ja jestem tą złą. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Skrzywiłam się, biorąc głęboki oddech.
        Hemmings zatrzymał się jednak w połowie drogi i zerknął na mnie przez ramię. Zwiesiłam głowę, przyciskając dłoń do oczu. Ta sytuacja, choć trwa krótko, już porządnie mnie zmęczyła.
- Rose?
- Co?- wydusiłam z siebie, zostając w takiej samej pozycji.
        Usłyszałam, jak rzuca torbę na ziemię. Po chwili poczułam, jak obejmuje mnie ramionami. Przycisnął mnie do siebie jeszcze mocniej. Jego dłonie zaczęły powoli przesuwać się po moich plecach.
- Ej, księżniczko – powiedział, nachylając się nieco w moją stronę. – Żartowałem. Naprawdę żartowałem…
- Jesteś dupkiem Luke – odparłam, ale mimo wszystko owinęłam swoje ręce wokół jego pasa. Słyszałam, jak się zaśmiał.
- Ale i tak mnie kochasz.
- I tak cię kocham – powiedziałam i podniosłam głowę do góry, by móc na niego spojrzeć. Uśmiechał się pod nosem. - Idź już, bo się spóźnisz.
- To może szybka poprawna wersja pożegnania? – zaproponował, a ja kiwnęłam głową z cichym śmiechem. Ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie szybko i nieco zachłannie, czyli w taki sposób, jaki lubiłam najbardziej w naszym wykonaniu.
- Widzimy się po –odparłam, kiedy pogładził palcami moje policzki.
- Widzimy się po – powiedział po raz kolejny.
- Skopcie im tyłki – dodałam, a Luke zaśmiał się.
        Uśmiechnęłam się do niego. Blondyn odpowiedział mi tym samym, a następnie odwrócił się. Niewiele myśląc klepnęłam go w jego cztery litery, a on aż podskoczył.
- Rose! – rzucił na odchodnym ze śmiechem, jednocześnie kręcąc głową. Złapał za czarną torbę i narzucił ją na ramię. Zerknął na zegarek, a potem machnął mi ręką, by następnie szybko opuścić pokój.

        Mecze z Picton, to nie była tylko rywalizacja na boisku. To była też rywalizacja między kibicami. W tym dniu zawsze dominowały mocniej zaakcentowane barwy szkoły, za którą trzymało się kciuki, a kibice nie szczędzili sobie ostrych komentarzy, czy nawet wyzwisk. Niemalże wszyscy dawali się ponieść tej bojowej atmosferze, starając się być oczywiście górą, nad tymi drugimi.
        Wcisnęłam się w czerwoną koszulkę, z nazwiskiem i numerem Luke'a na plecach. Odkąd Dan załatwił nam te wdzianka, były nieodłącznym elementem przy każdym tego typu wydarzeniu. Oprócz tego czasu, w którym to blondyn oglądał swoich kumpli z trybun, gdy doznał kontuzji. Dodatkowo ja, mama, Becky i Lori ozdobiłyśmy swoje policzki kolorowymi farbami, rysując na nich czarno-czerwone flagi. Tata brunetki w ogóle poszedł na całość i pomalował całą swoją buzię . Teraz siedział obok Dana, a jego twarz pokryta była barwami Kingsford.
        Do rozpoczęcia meczu pozostało niewiele czasu, a na trybunach panowała napięta wrzawa. Kibice starali się przekrzyczeć swoich przeciwników w mocnym i głośnym dopingu. Nic dziwnego, że w pewnym momencie myślałam, że najnormalniej w świecie ogłuchnę, kiedy mężczyzna za mną wydarł się na całe gardło.
        W końcu na murawę wkroczyła Harper w towarzystwie pozostałych pomponiar. Zostały wygwizdane przez kibiców z Picton, a po naszej stronie przeszła burza oklasków. Spojrzałam na Lori i Becky. One tak, jak i ja darowały sobie owacje dla cheerleaderek. Potem rozległa się muzyka. Gdy puszczony kawałek dobiegł końca, na boisko wbiegli zawodnicy obu drużyn. Trybuny ryknęły ze zdwojoną siłą.
         Zawsze tak jest, że obie drużyny podają sobie ręce tuż przed rozpoczęciem meczu. W tym przypadku do niczego takiego nie doszło. Zawodnicy przeszli obok siebie, udając, że ignorują tą drugą stronę, a ja dostrzegłam, jak Irwin i Green pokazują sobie środkowe palce. Sędzia prowadzący to spotkanie, zerknął na kapitanów, a potem pokręcił głową. Chyba wyczuł, że szykuje się niełatwy mecz.
        Spoglądałam na murawę, obserwując, jak powoli nasza drużyna ustawia się na swoich miejscach. Wyłapałam Luke'a, który był najbardziej wysunięty do przodu. Michael i Calum stali niedaleko niego, rozstawieni po obu jego stronach. Ashton był kilka kroków od pola karnego, a w bramce, jak zwykle znajdował się Ryan. Moje oczy przesunęły się na drugą część boiska. Trevor Green, też grał na obronie i teraz szybko rozmawiał ze swoim bramkarzem. W końcu odszedł od niego, ustawił się na pozycji, a sędzia rozpoczął spotkanie.
        To nie był mecz, to była wojna. Wojna od pierwszego gwizdka. Chłopaki popychali się, szturchali i podcinali, przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Miałam wrażenie, że któryś z nich w końcu straci zęby, bo łokcie chodziły na wszystkie strony. Sędzia starał się panować nad tym, co się dzieje, ale za bardzo mu to nie wychodziło.
        W pierwszej połowie nie padła żadna bramka, ale za to trenerzy rzucili się sobie do gardeł, wrzeszcząc i przeklinając na siebie. Nie wiem, o co im poszło, bo nie wychwyciłam tego momentu, ale z tego, co mówiła Lori, oboje schodząc z boiska, pociągnęli się z tak zwanego bara i to wystarczyło, by stracili nad sobą panowanie. Na szczęście rozdzielono ich na czas, zanim panowie zaczęli się okładać. Nie powiem, ale nie było to zbyt entuzjastyczne, szczególnie, że obaj byli wkurzeni, a to przeniesie się z pewnością na ich zawodników.
         Miałam wrażenie, że druga połowa jest jeszcze gorsza, mocniejsza i bardziej zacięta od pierwszej. Widać było, że jedni i drudzy to dobrzy aktorzy i cwaniaki, bo uderzali w siebie, gdy sędzia na nich nie patrzył lub udawali wielce poszkodowanych, gdy doszło do ostrzejszego starcia. Posypało się kilka żółtych kartek.
- Pieprzony frajer! – warknęłam, kiedy gracz z numerem trzy, podciął Caluma w taki sposób, że Hood gruchnął na trawę, niczym szmaciana lalka. Sędzia tego nie widział, więc nawet nie zatrzymał gry, choć to był ewidentny faul. Na szczęście chłopakowi nic się nie stało.
- Rose! Słownictwo! – krzyknęła mama, odwracając się raptownie w moją stronę.
- Ale on zrobił to specjalnie! Czekał tylko, aż się odwróci! – odpowiedziała Lori, wychylając się z miejsca. - Calum już nawet wtedy nie miał piłki, a on od tak, podleciał do niego i go podciął!
- Pieprzony frajer! – rzuciła Sarah w stronę boiska, a ja zrobiłam wielkie oczy. – Picton śmierdzi!
- Mamo!
- Co? Gra grą, ale takiego zachowania, to ja nie lubię! – odpowiedziała z zaciętą miną i znów odwróciła się w stronę boiska. Ja i Lori wymieniłyśmy spojrzenia i obie ryknęłyśmy śmiechem.
         W pewnym momencie wszyscy wstrzymali oddechy. Jeden z żółto-zielonych, o ile dobrze widziałam był to gracz z numerem sześć, pokazał naprawdę świetną paradę, kiwając naszego pomocnika, a potem ogrywając dwójkę obrońców. Został sam na sam z bramkarzem, a Ryan źle odczytał jego zamiary. Publika jęknęła z zawodem, gdy piłka trafiła do siatki.
- Kurwa! – warknęła Becky, chowając twarz w dłoniach. Robiło się nieciekawie. Nasi mieli jeszcze piętnaście minut, by wyrównać wynik lub postarać się, by wygrać całe spotkanie.
        Okazja ku temu nadarzyła się po kilku minutach. Wszyscy kibice Kingsford zerwali się ze swoich miejsc, kiedy Irwin szybko podał piłkę do Clifforda, a ten posłał ją na dobieg w stronę Hooda. Calum ruszył niczym torpeda, wykonując spektakularny drybling, jednocześnie ośmieszając zawodników z przeciwnej drużyny, którzy nijak nie mogli się połapać w jego szybkich ruchach. Wychyliłam się bardziej, gdy Calum zbliżył się do Luke'a, a ten wyrównał się z nim. Szykowała się dwójkowa akcja.
- Dawaj! Dawaj! – Usłyszałam głośny krzyk Dana.
        Calum w końcu podał do Hemmingsa, a ten obrócił się, by cofnąć piłkę do przyjaciela. Przebiegł za plecami obrońcy, wbiegając w pole karne. Hood odbił w bok, a potem dośrodkował. Przez chwilę myślałam, że był spalony, ale nie. Luke nadal był przed linią obrony. Wycelował i uderzył z woleja, a piłka wpadła w światło bramki. Tłum ryknął z entuzjazmem.
        Lori wpadła w moje ramiona, skacząc w miejscu, niczym mała małpka. Klepała mnie po plecach, ciesząc się, jak dziecko. Kątem oka zauważyłam, jak Calum podbiega do Luke'a, by objąć go ramieniem.  Blondyn zmierzwił mu włosy na głowie, by po chwili przybić mu piątkę.

        Całe spotkanie zakończyło się remisem -  jeden do jednego. Nie zmieniło to jednak nic w tabeli rozgrywek, bo te dwie drużyny nie ruszyły się przez to z miejsca. Mimo wszystko mieliśmy kolejną okazje do świętowania, bo remis z Picton był dobrym wynikiem. Nie była to w końcu porażka.
        Wyszliśmy ze stadionu i pożegnaliśmy się z rodzicami. Następnie odbiłyśmy w przeciwnym kierunku. Całe świętowanie miało się odbyć w lesie, niedaleko plaży. Czekał nas więc dziesięciominutowy spacer. Z chłopakami miałyśmy spotkać się na miejscu.
        Kiedy mijaliśmy jeden z samochodów, usłyszeliśmy nieprzyjemne komentarze, które poleciały w nasza stronę. Cała nasza trójka podniosła głowy. Były to dziewczyny z Picton. Na twarzach miały wymalowane swoje szkolne barwy. Uśmiechały się do nas kpiąco.
        Wymieniłyśmy spojrzenia, a potem, jak na zawołanie, posłałyśmy im całusy wykonywane w zwolnionym tempie. Wyciągnęłyśmy ręce w ich stronę, by na końcu pokazać im środkowe palce. Prychnęły pod nosami, a my ryknęłyśmy śmiechem.
- Doigracie się!- krzyknęła czarnowłosa.
- Doczekać się nie mogę! – odpowiedziałam, kręcąc głową.
- Wygramy!
- Pomarzyć zawsze możecie! – odezwała się Becky.
- Zostawmy te frajerki – powiedziała Lori, ciągnąc nas w stronę wyjścia. – Chcę już zacząć świętować.
        Wyszłyśmy poza teren szkoły, razem z tłumem pozostałych naszych uczniów. Dyskusje na temat meczu słychać było z każdej grupy, którą mijaliśmy. W dalszym ciągu buzowały w nich emocje. Nie zabrakło też ostrych komentarzy pod kątem Picton. Każdy wieszał na nich psy. Nienawiść do nich była bardzo dobrze wyczuwalna.
        W końcu skręciłyśmy w bok, by przejść na szeroką ścieżkę, która prowadziła w głąb niewielkiego lasu. Doszliśmy na sam koniec, trafiając na polanę. Tam już znajdowały się kolejne grupki uczniów, którzy wybrali się na miejsce spotkania nieco wcześniej lub samochodem, który skracał czas dotarcia do celu. Z boku poustawiane były stoły z jedzeniem i piciem, a po drugiej stronie rozstawił się Ben, który dziś będzie robił nam za Dj-a. Dodatkowo najstarsze chłopaki zaczęli rozpalać wielkie ognisko, które mieściło się na środku polany. Organizacja, jak zawsze była perfekcyjna. Mogłam się założyć, że za to wszystko odpowiada Hood.
        Przeszłyśmy wzdłuż stołów, a Becky porwała z nich trzy paczki solonych chipsów. Ja i Lori odbiłyśmy w bok, by podejść do Bena, który przekazał nam trzy koce oraz butelki z drinkami. Miałam tylko nadzieję, że nie robił ich Ashton, bo inaczej zważymy się zanim chłopaki dotrą na miejsce. Z tymi rzeczami ruszyłyśmy na koniec polany, zatrzymując się przy drzewach. Pomogłam blondynce rozłożyć koce, a potem usiadłyśmy na nich. Miejsce było idealne, bo stąd mieliśmy doskonały widok na to, co dzieje się na polanie.
- To, co? Za remis? – zaproponowała Lori, odkręcając butelkę.
- Za remis! – zawtórowałam jej z Becky. 
         Stuknęłyśmy się butelkami, a potem przyłożyłyśmy je do ust. Poczułam mocny smak. Miałam wrażenie, że cola tylko miała za zadanie zabarwić pływający w butelce alkohol.
- Kurwa- syknęła Lori i wzdrygnęła się.
- Bankowo dzieło Irwina – odparłam, patrząc na butelkę, jakby ta miała mi zaraz wybuchnąć w dłoni.
- Raz się żyje – skwitowała Becky, unosząc ją do góry. – Za zwycięstwo nad Picton w następnym spotkaniu!
- Oby! – rzuciłam i po raz kolejny stuknęłyśmy się butelkami.

         Nasza piłkarska drużyna pojawiła się na miejscu po ponad godzinie od rozpoczęcia świętowania remisu. Wszyscy byli czyściutcy, wypachnieni i w bardzo dobrych humorach. Na polanie rozległa się głośna wrzawa, gdy zostali oklaskani przez pozostałych uczniów. Irwin, jak zwykle podziękował za doping i zapewnił, że następnym razem na pewno wygrają. Oby…
         Drgnęłam na miejscu, gdy poczułam przychodzącego sms-a. Oblizałam palce, które były całe od soli, a potem sięgnęłam do kieszeni, by wydobyć z niej komórkę. Spojrzałam na wyświetlacz.

Od Luke:
Gdzie? Picie? Jedzenie?

        Uniosłam lekko brwi do góry. Luke czasami lubił posługiwać się skrótami. Na szczęście szybko załapałam, o co mu chodzi. Moje palce zaczęły przesuwać się po ekranie.

Do Luke:
Skraj polany za Benem. Trzy. Chipsy -trzy solne i zielona cebulka.

        Wcisnęłam telefon z powrotem do kieszeni. Złapałam za puste opakowanie po chipsach. Zgniotłam je w dłoni i wrzuciłam do siatki, którą rozłożyła Lori. Siatki na nasze śmieci. Oparłam się plecami o drzewo, oblizując usta. Sama sól. Mimo tego miałam ochotę wciągnąć jeszcze jedną taką paczkę.
        W końcu obok nas zjawiła się pozostała część naszej grupy. Luke usiadł obok mnie, sprzedając mi szybkiego całusa prosto w usta. Skrzywił się lekko i zamrugał oczami.
- Jesteś słona – oznajmił, rozpychając się na miejscu, przez co musiałam się przesunąć.
- Życie – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Uśmiechnął się.
         Calum usiadł z Ashtonem na kocu obok mnie, mając po swojej prawej Becky. Lori i Michael siedzieli po stronie Hemmingsa. Wychyliłam się i złapałam za kolejną paczkę chipsów. Otworzyłam ją szybko i wyciągnęłam jednego. Włożyłam go do buzi i chrupiąc głośno, spojrzałam w roześmianą twarz Becky.
- No, co?
- Nie za dużo?
- Czy ja ci żałuję? – rzuciłam, a ona zaśmiała się. Następnie złapałam za kolejną, pełną butelkę z alkoholem, którą przytargali chłopaki i odkręciłam ją. Wypiłam dwa małe łyki i skrzywiłam się.
- Mocne? – zaśmiał się Irwin.
- To ty, prawda? – odpowiedziałam, a on pokiwał głową. – Wiedziałam.
        Chwyciłam z powrotem za paczkę chipsów i znów włożyłam do niej rękę. Poczułam, jak Becky w dalszym ciągu mnie obserwuje. Zerknęłam na nią, a ona pokręciła nosem. Miałam wrażenie, że przyjaciółka zaraz walnie, jakiś durny komentarz. I wcale się nie pomyliłam.
- Co tobie? – wydusiła z siebie, a ja spojrzałam na nią, jak na kosmitkę.
- Co?
- Nie zrobi ci się po takiej dawce chipsów niedobrze?
- Po prostu mam na nie wielką ochotę – odparłam, oblizując usta.
- Może jesteś w ciąży – rzuciła, wzruszając ramionami.
        Wytrzeszczyłam oczy, a moja ręka z chipsem zamarła w połowie drogi do ust. Luke zakrztusił się drinkiem, co spowodowało, że mnie nim najnormalniej w świecie opluł. Wszyscy spojrzeli na nas, jakbyśmy zaraz faktycznie mieli potwierdzić im tą, jakże radosną nowinę. Pospiesznie wytarłam mokrą rękę.
- Bardzo kurwa śmieszne – powiedziałam, klepiąc blondyna po plecach, jednocześnie w dalszym ciągu wpatrując się w Becky, która zadowolona z siebie, rozsiadła się na kocu.
- Wasze miny były bezcenne – oznajmiła z uśmiechem. Pozostali wymienili spojrzenia.
- No, bez jaj – rzuciłam, gdy Lori przyjrzała mi się uważniej. - Nie jestem w ciąży.
- Skąd wiesz? – zapytała ciszej, a ja poczułam, że teraz wszystkie oczy, łącznie z błękitnymi tęczówkami Luke'a, wpatrują się we mnie.
- Serio? – Pokiwała głową. Uniosłam lekko brwi do góry. Lori pytała poważnie. Zamrugałam oczami, a ona w dalszym ciągu wpatrywała się we mnie, oczekując mojej odpowiedzi. – Zabezpieczamy się.
- Zabezpieczenia nieraz zawodzą – rzuciła Becky.
- Ty lepiej siedź cicho – odparłam, czując, jak Luke siedzący obok mnie zaczął się trząść. Dlaczego musiała wyskoczyć z czymś takim? Jeszcze mi Hemmings zejdzie na zawał.
- Nie jestem w ciąży – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, a potem odrzuciłam od siebie paczkę chipsów. Straciłam na nie ochotę.
- Zejdźmy z Rose – odezwał się Calum, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Wielkie dzięki- rzuciłam, upijając łyk drinka. 
         Mimo tego, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, to nadal czułam, zaciekawione spojrzenia pozostałych. Matko… Naprawdę do nich nie dochodziło to, że ja i Luke nie zostaniemy tak szybko rodzicami?

        Ashton i Calum rozgadali się z dwójką swoich kumpli z drużyny, stojąc niedaleko Bena i jego sprzętu, a Becky, Lori i Michael zniknęli w celu skołowania nam ciepłego jedzenia. Clifford, bowiem zamówił dwie duże pizze i teraz cała trójka udała się na drogę główną, by zapłacić i odebrać zamówienie. Ja i Luke zostaliśmy na kocach, aby pilnować nam rzeczy i zajętego miejsca.
        Obróciłam w dłoniach butelkę, a następnie podniosłam głowę. Spojrzałam na blondyna, który siedział tuż obok mnie. Wpatrywał się gdzieś w dal i było widać, że jest pogrążony we własnych myślach. Nie musiałam się długo zastanawiać, o co mu chodzi. Odkąd Becky walnęła głupi tekst o ciąży, Hemmings zrobił się nagle dziwnie cichy i spokojny, choć normalnie jadaczka mu się nie zamyka.
        Złapałam go za rękę, wplatając swoje palce w jego. Tym gestem zmusiłam go, by odwrócił się w moją stronę. Uśmiechnął się lekko, a potem pocałował mnie w skroń, przetrzymując usta przy mojej skórze na dłużej. Już chciałam się odezwać, kiedy Ashton i Calum wrócili na swoje miejsca.
- Mark sprzedał nam dobry pomysł – powiedział z entuzjazmem Ashton, biorąc do ręki swoją butelkę z drinkiem. – By zaszaleć naszymi barwami.
- U nich?
- A no… To nie jest wcale taki głupi pomysł – ciągnął Irwin, a Calum pokiwał szybko głową z szerokim uśmiechem na ustach. – Nic tak nie wkurza przeciwników, jak obce barwy u siebie.
- Chwila – rzuciłam, machając ręką i wychylając się bardziej w stronę tych geniuszy, którzy o ile dobrze załapałam, pragną zemsty. – Chcecie odbić piłeczkę za te fotki?
- Nie tylko za fotki Rose – odpowiedział Luke. – Ostatnio narobili nam smrodu w szatni.
- Smrodu?
- To chemicy, więc dla nich to nic trudnego – pociągnął Calum, a potem widząc, że nadal nie wiem, o co im chodzi, dodał – nasączyli czymś kosz z ręcznikami. Nakurwiało zgniłym jajem, aż piekły cię oczy.
- Kilkoro chłopaków puściło pawia od tego zapachu. Nawet trener nie wytrzymał…
- Wiecie, że jak odwalicie im jakiś numer, to oni zrobią to samo?
- Nie możemy siedzieć, jak banda idiotów i dawać im poczucie zwycięstwa! – warknął Irwin.
        Uniosłam ręce w obronnym geście. Dobra, gadanie na ten temat, kiedy oni sobie trochę popili nie było dobrą opcją, bo włączała im się agresja, a ja kłótni nie chciałam. Wstałam z miejsca i poprawiłam koszulkę. Poczułam, jak oczy chłopaków kierują się na mnie.
- Co?
- Gdzie idziesz? – zapytał Luke.
- Idę na stronę – rzuciłam, a potem minęłam ich i weszłam do lasu, aby załatwić swoją potrzebę.

***
         Luke odprowadził ją wzrokiem, do momentu, aż zniknęła za drzewami. Wziął głęboki oddech i spojrzał na Caluma i Ashtona, którzy wpatrywali się w niego z dziwnym wyrazem twarzy. Uniósł lekko brwi do góry, zupełnie nie wiedząc, o co tym razem może im chodzić. Upił łyk drinka.
- Co jest Hemmo? – zapytał Calum.
- Nic nie jest – odparł, wzruszając ramionami.
- Daj spokój, jesteśmy kumplami, nie? Dlaczego nie powiesz otwarcie, co cie gryzie tylko walisz nam ściemę? – odezwał się Ashton, kręcąc głową. – My mówimy ci wszystko.
- Chodzi ci o ten tekst Becky? – dopytał się Mulat, a Luke mocniej zacisnął usta. 
        Znów poczuł narastającą w nim panikę. Naprawdę nie miał ochoty o tym rozmawiać. Szczególnie, że to go w pewien sposób przerażało. Nie chciał być nastoletnim ojcem. I musiał przyznać się przed samym sobą, że nigdy nawet nie brał pod uwagę tego, że ich metody zabezpieczania się mogą być nieskuteczne.
- Jest okej…
- Nie pierdol – rzucił Ashton, machając ręką. – Masz minę, jakbyś miał zaraz umrzeć. Nie stresuj się. Becky tylko żartowała.
- Ładne mi żarty – powiedział Calum, przekręcając oczami. – Widziałeś minę Lori?
- Lori? – dopytał się Luke, unosząc brwi do góry. W tamtym momencie nie zwracał uwagi na blondynkę. Bardziej był skupiony na Rose i na tym, jak bardzo biło mu serce i jak mocno ze stresu drżały mu mięśnie.
- Była śmiertelnie poważna i wystraszona nie mniej, niż ty – odpowiedział Calum. – Myślicie, że coś się u nich wydarzyło?
- Gdyby się wydarzyło, Lori by nie piła. Ba, Michael nie pozwoliłby jej pić – rzucił Ashton.
- A co jeśli on nie wie? – powiedział cicho Mulat.
- Nie, nie… Starczy tematu – przerwał szybko Luke. – Zaczniemy rzucać podejrzenia i jeszcze oni będą na stresie. Naprawdę… Ja mam dość.
- Spoko, zero tematu – rzucił szybko Calum. – Napijmy się!
- Dobrze gadasz stary – powiedział Hemmings, wyciągając w jego stronę butelkę.

***
         Spodziewałam się tego, że to chłopaki mogą się mocno nawalić. Brałam pod uwagę nawet to, że ja i Becky możemy mieć mocny stan imprezowy. Nigdy jednak nie pomyślałam o Lori. O naszej spokojnej i raczej ogarniającej wszystko Lori. Lori, która zawsze trzymała fason i choć kiedyś po naszym spotkaniu, urwał jej się film, to prezentowała się najlepiej z naszej trójki.
        Lori się napiła. Choć to delikatnie powiedziane. Wpadła w stan totalnego upojenia alkoholowego. Siedziała na starej ławce, która tkwiła na pograniczu polany, chyba od wieków. Bujała się na boki, nie mogąc nawet w tej pozycji utrzymać się w pionie. Ja i Becky stałyśmy naprzeciwko niej, co jakiś czas spoglądając na siebie.
- Najebałam się – rzuciła, a potem parsknęła śmiechem. Język jej się plątał. Wpatrywała się w nas nieprzytomnym wzorkiem.
- Widzimy – powiedziałam, klepiąc ją po ramieniu. – Chyba obieramy kierunek dom, co?
- A Michael? Gdzie mój Michael?
- Zaraz go znajdziemy – odezwała się Becky.
- Nie… Czekaj – rzuciła blondynka, łapiąc mnie za rękę. – Rose… Rosalie… - Pokiwałam głową, dając jej znać, by mówiła dalej. Jednak ona tylko zwiesiła głowę, a potem usłyszałam cichy szloch, który wydobył się z jej gardła.
- Lori? Co jest? – zapytałam, podchodząc do niej jeszcze bliżej. Ukucnęłam obok, łapiąc jej dłoń w policzki i zmuszając ją, by na mnie spojrzała. Zamrugała kilka razy swoimi brązowymi oczami, a potem westchnęła ciężko.
- Jestem idiotką – rzuciła, pociągając nosem. Becky podała jej chusteczkę, a ona niezgrabnie przetarła nią twarz.
- Mów, co się dzieje – ponagliłam ją, bo jej stan zaczął mnie najnormalniej w świecie przerażać. Lori zawsze piła na wesoło, więc teraz nie wiedziałam, skąd ta nagła zmiana jej humoru.
- Jesteś w ciąży?- zapytała się, a ja prawie zazgrzytałam zębami. Miałam dość tego tematu. Obrzuciłam Becky wściekłym spojrzeniem. W końcu to ona była pomysłodawczynią tego głupiego podejrzenia.
- Przepraszam – jęknęła brunetka. – Nie wiem, co mi odbiło.
- Mniejsza – rzuciłam, a następnie znów utkwiłam zaniepokojony wzrok w Lori. – Nie skarbie, nie jestem.
- Jestem idiotką – powtórzyła. Kątem oka zauważyłam, jak Becky unosi brwi do góry.
- Nie jesteś – ciągnęłam dalej, a ona znów zaczęła płakać. – Lori… Czy to ma jakiś związek z Michaelem?- Pokiwała głową.
- Jeśli coś jej zrobił, to go zabiję – warknęła Becky.
- Nie… Nie proszę – wydusiła z siebie Lori. – To nie jego wina.
- Lori, skarbie – odparłam, a moje palce mocniej zacisnęły się na jej kolanach. –Musisz powiedzieć, co się dzieje, bo inaczej nie będziemy umiały ci pomóc.
- Sama bałam się, że jestem w ciąży – odparła po chwili, a ja zrobiłam oczy, jak spodki.
- Co? – wydusiła z siebie Becky. Musiała mieć taką samą minę, jak ja, ale nawet nie odwróciłam się w jej stronę, by to sprawdzić. W dalszym ciągu wlepiałam swoje ciemne oczy w blondynce, która zatrzęsła się, a potem rozpłakała na nowo.
- Lori…
- Nie, nie… Nie jestem. Wzięłam tabletkę po, a potem byłam u lekarza.
- Nie ty jedna- powiedziała Becky. – Kiedyś sama też musiałam taką wziąć, bo byłam tak pijana i Robert też, że nie wiedzieliśmy, czy się zabezpieczyliśmy czy nie.
- Nie potrafię brać tabletek regularnie – jęknęła Lori i znów wybuchła płaczem. Dobra, to dla mnie robiło się coraz bardziej powalone. Miałam wrażenie, że zaczynam za nią nie nadążać. – Dlatego zawsze się boję i…
- Lori błagam cię, nie wciskaj sobie tego, że możesz być w ciąży, bo wykitujesz zanim skończymy tą pieprzoną budę – powiedziałam, głaszcząc ją po ramieniu. – Michael wie?
- Nie… Nic mu nie mówiłam, bo nie chcę, by wziął mnie za kretynkę – powiedziała, a do jej oczu znów napłynęły łzy.
- Okej… Jak wytrzeźwiejesz, to wykombinujemy coś, co pomoże ci brać je regularnie. Wtedy przestaniesz się niepotrzebnie zamartwiać. Okej?
- Okej… Okej… Dzięki…
- Głowa do góry – rzuciła Becky, a Lori uśmiechnęła się lekko.
- Rose – powiedziała nagle.
- Tak Lori?
- Odsuń się, zaraz się zrzygam.
         Zdążyłam od niej odskoczyć, a że zrobiłam to w pozycji kucającej, to prawie straciłam równowagę. Becky jednak złapała mnie za ramię i pociągnęła do tyłu, kiedy Lori nachyliła się i zwymiotowała w miejscu, gdzie przed chwilą kucałam.
- Dzięki – powiedziałam, słysząc, jak blondynka wyrzuca z siebie kolejną porcję przetrawionego do połowy jedzenia.
- Matko, co z nią zrobimy?
- Zdecydowanie ma zarządzony kierunek dom – powiedziałam, kiwając głową. – Znajdę Michaela.
- Zostanę z nią. – Odwróciłam się i już chciałam odejść, kiedy Becky złapała mnie za rękę i przyciągnęła do siebie. – Powiesz mu prawda?
- Powiem – odpowiedziałam cicho tak, by Lori tego nie słyszała. Kochałam ją, jak siostrę, ale Clifford musiał wiedzieć, że Lori ma problemy z tabletkami antykoncepcyjnymi. W końcu to też w jego interesie leży to, by ona brała je regularnie.
- To dobrze – rzuciła jeszcze Becky, a potem podeszła do Lori, by podać jej kolejną chusteczkę.
        Ruszyłam w stronę stołu, przy którym niedawno widziałam chłopaków. Miałam nadzieję, że nie zmienili miejsca, bo nie uśmiechało mi się ich szukać po całym tym pieprzonym zadupiu. Prawda była taka, że mogli być wtedy wszędzie, a Lori naprawdę powinna już iść.
        Omiotłam wzorkiem polanę i odetchnęłam z ulgą. Co prawda Calum i Ashton, gdzieś zniknęli, ale Luke i Michael w dalszym ciągu gadali przy stole z jedzeniem, którego już dawno tam nie było. Ruszyłam szybko w ich stronę. Na szczęście byli oni w znacznie lepszym stanie, niż Lori. Praktycznie nie było po nich widać, że cokolwiek pili. No, cóż… Mieli mocniejsze głowy od nas.
- Michael – rzuciłam, klepiąc go po ramieniu. – Zabierz Lori do domu.
- Co jest?
- Twoja dziewczyna zaniemogła – powiedziałam, wpatrując się w jego zielone oczy. Clifford zachichotał. Oj, tak… Nie będziesz się tak śmiał, gdy ją zobaczysz. Szczególnie, że przez ostatnie minuty Lori płakała, jak dziecko.
- Mocno?
- Mocno. Właśnie przed chwilą widziałyśmy, co jadła.
- Mój Boże – rzucił, kręcąc głową. – Zwijamy się.
- A my? – zapytał Luke, wpatrując się we mnie.
- Chcesz zostać? – Pokręcił głową. Ulga. Sama już miałam dość tego świętowania. – W takim razie też idziemy. Powiesz reszcie?
- Jasne. Znajdę ich – odparł i odwrócił się, by rozpocząć poszukiwania pozostałej zaginionej dwójki. 
        Ja i Michael zostaliśmy sami i bardzo mi to odpowiadało. Mieliśmy w końcu do obgadania jedną ważną rzecz.
- Gdzie ona jest? – zapytał Clifford, rozglądając się, jak gdyby Lori miała się pojawić zaraz tuż przed jego nosem.
- Chwila – powiedziałam, łapiąc go za ramię, kiedy ten zrobił krok do przodu.
- Tak?
- Ważna sprawa i bardzo… delikatna – rzuciłam powoli, a on pokiwał głową. – Lori ma pewne problemy…
- Problemy?- Clifford się zaniepokoił. – Co jest Rose?
- Spokojnie, to w zasadzie nic takiego i…
- To nie pomaga – powiedział, przygryzając wargę.
- Po prostu denerwuje się, że…
- Czym?
- Mikey – odparłam, wpatrując się w niego. – Nie przerywaj mi.
- Przepraszam. Kontynuuj…
- Ona się denerwuje, bo nie bierze regularnie tabletek – wyrzuciłam z siebie, a Michael zrobił wielkie oczy. – Tak, tych tabletek. Dlatego temat poruszony przez Becky nieco ją… zmartwił- powiedziałam, choć nie byłam pewna, czy użyłam odpowiedniego do tego słowa.
- Ona… My… Czy…
- Nie, nie… Wyluzuj, nie zostaniesz tatusiem. Po prostu ja i Becky uznałyśmy, że powinieneś o tym wiedzieć. Może przez jakiś czas pomyśl o dodatkowym zabezpieczeniu, co?
- Ta… Jasne. Dlaczego mi tego nie powiedziała?
- Bo nie chciała żebyś wziął ją za kretynkę – odpowiedziałam, a Michael uśmiechnął się szeroko.
- Jak jej nie kochać – rzucił, klepiąc mnie po plecach.
- Właśnie – powiedziałam z uśmiechem.
- Przypilnuje ją z tymi tabletkami.
- Tak naprawdę to ona myśli, że to my ją przypilnujemy, ale chyba będzie lepiej, jak ty to zrobisz.
- Tak będzie lepiej – powiedział, kiwając głową.
- A i Mikey- znów spojrzał na mnie. – Ona jest tak pijana, że pewnie nie będzie pamiętać, że rozmawiałyśmy na ten temat, więc po prostu udaj, że wygadała się też tobie. Że byłeś tam z nami.
- Jasne. Chodźmy po tą moją małą panikarę – rzucił ze śmiechem, a ja poprowadziłam go w stronę miejsca, gdzie czekały dziewczyny.

        Byłam pewna, że temat ciąży i antykoncepcji już się więcej nie pojawi, ale jak widać, byłam na niego skazana. Pożegnałam się z Becky, Michaelem i Ashtonem, którzy wracali do domu tą samą taksówką. Lori odpłynęła zupełnie i drzemała w ramionach Clifforda, więc nawet jej nie budziłam. Byłam pewna, że blondynka, gdy dojdzie do siebie, będzie mieć ciężki dzień na kacu. Calum pojechał do domu drugą taksówką, a ja i Luke postanowiliśmy wracać na piechotę.
        Byliśmy prawie na początku naszej drogi w stronę domu, kiedy Luke przywołał ten wkurzający mnie temat.
- Michael powiedział mi o kryzysie Lori – powiedział powoli, a ja zerknęłam na niego. Musiałam naprawdę mocno zadrzeć głowę do góry, bo Luke obejmował mnie ramieniem.
- Dobrze, że się do tego przyznała – odparłam, znów skupiając wzrok na pustym chodniku przed nami. – Lori jednak pod tym względem nie jest tak zorganizowana, jak w innych aspektach swojego życia. Dziwię się tylko, czemu nie powiedziała nam o tym wcześniej. Coś by się wymyśliło.
- A ty bierzesz swoje regularnie? – zapytał, a ja wychwyciłam ten moment, gdy jego głos lekko zadrżał.
- Serio, Luke? Nie masz dość? – rzuciłam, odrywając się od niego.
         Blondyn zatrzymał się, a ja spojrzałam w jego błękitne oczy. Znów się denerwował. Matko… Naprawdę zabiję Becky za ten tekst. Złapałam go za rękę. Pierwszy raz widziałam Hemmingsa w takim stanie. W stanie totalnej niepewności, mieszającej się ze strachem. On naprawdę się bał.
- Tak, biorę je codziennie o tej samej porze, więc przestań się martwić, że wpadniemy. Nigdy nie zdarzyło mi się nawet, choćby o jednej zapomnieć. Nie chcę być matką, więc tego pilnuję…
- Nie chcesz być matką? – Zmarszczył brwi.
- Nie chcę być nastoletnią matką – poprawiłam się szybko. – A co ciebie nagle wziął ten temat? Tylko niepotrzebnie się denerwujesz. Jeśli teraz za każdym razem masz wpadać w panikę, tylko dlatego, że nagle mam ochotę na więcej jakiegoś dziwnego śmieciowego żarcia, to palnę sobie w łeb.
- Po prostu… Nie ważne.
- Mów – powiedziałam, a moje palce mocniej zacisnęły się na jego skórze. Spojrzał na mnie i wziął głęboki oddech.
- Po prostu Becky wyskoczyła z tym tak nagle, że mnie zatkało. Przyznam się, że nawet nigdy o tym nie myślałem. Nigdy nie pomyślałem, że mogłaby się zdarzyć jakaś wpadka. A jeśli naprawdę…
- Nie zdarzyła się – przerwałam mu powoli, czując, jak zatrzęsła mu się dłoń. – Naprawdę. Kotku, ja już nie wiem, jak mam ci udowodnić to, że nie jestem w ciąży – jęknęłam. A potem nagle się wyprostowałam.
- Co jest?
- Wiem, jak ci to udowodnić. Może w końcu po tym, przestaniesz się zamęczać tym nieistniejącym problemem – rzuciłam i pociągnęłam go na drugą stronę ulicy.

        Na stacji benzynowej kupiłam trzy testy ciążowe. Kiedy Luke zobaczył te kolorowe pudełka w mojej dłoni, zrobił się jeszcze bledszy, niż wcześniej. Ja byłam pewna swego. Nie jestem w żadnej ciąży i nie będę matką w tak młodym wieku.
        Gdy weszliśmy do domu, nasi rodzice już dawno spali. W końcu był to środek nocy. Tak bardzo pokręconej nocy. Zostawiłam Luke'a w jego pokoju, który znów zaczął być spięty i zdenerwowany. Miałam tylko nadzieję, że nie wykorkuje zanim nie wrócę do niego z powrotem. Musiałam mu wybić z głowy te durne domysły. A przede wszystkim uspokoić go.
        Zaszyłam się w łazience, a potem otworzyłam dwa różne testy. Przeczytałam szybko ulotki, a potem zaczęłam mozolnie postępować zgodnie z instrukcją. Czekając na ich wynik, wzięłam szybki prysznic.
        Ubrana w piżamę, wparowałam do pokoju blondyna, który poderwał się z miejsca, jakby łóżko nagle zaczęło palić jego pośladki. Spojrzał na mnie. Odrzuciłam siatkę z pudełkami i jednym nieotwartym testem na biurko, a potem odwróciłam się w jego stronę. Zagryzłam lekko wargę i utkwiłam w nim swoje ciemne oczy.
- Nie – powiedział, kręcąc głową.
- Luke ja…
- Nie – powtórzył.
- Jestem w ciąży.
         Blondyn wziął głęboki oddech, a potem usiadł na podłodze tuż obok łóżka. Podciągnął nogi do góry i zakrył twarz rękami. Podeszłam do niego i ukucnęłam obok. Widziałam, jak zaczął się cały trząść i wcale mi się to nie spodobało. Przeklęłam się w myślach za mój podły charakter i niekontrolowaną manię wkręcania go. Bo w ciąży wcale nie byłam, ale chciałam dać mu nauczkę za to, że mnie nie słucha.
- Kotku…
- Jest w porządku księżniczko – wydusił z siebie, choć głos mu zadrżał. Podniósł głowę i spojrzał na mnie, siląc się na spokój. – Jest okej…
- Przepraszam…
- To nie tylko twoja wina – przerwał mi szybko. Wyciągnął dłoń w moją stronę i pogładził mnie po policzku. Moje palce mocniej zacisnęły się na testach.
- Daj mi coś powiedzieć. – Pokiwał głową i o dziwo lekko się uśmiechnął. – Nie jestem w ciąży.
- Co?
- Nie mogłam się powstrzymać…
- Rose! – warknął, a ja przez chwilę miałam wrażenie, że mnie od siebie odepchnie. Wypuścił z ust głośno powietrze, które było połączone z ulgą, która wymalowała się na jego twarzy.
- Zobacz – zamachałam mu dwoma testami przed twarzą. – Tylko jedna kreska na każdym. Czy teraz odpuścisz?
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Bo się nakręciłeś i nic do ciebie nie docierało, więc teraz mam nadzieję, że gdy powiem, że w ciąży nie jestem, to mi uwierzysz. Aby ci to jeszcze bardziej wbić do głowy, jutro, jak tylko wstanę zrobię trzeci, byś na pewno był w stu procentach pewny, że nie będziesz tatą.
- Nigdy więcej nie rób mi takich numerów – syknął, świdrując mnie wzrokiem.
- Przepraszam – powiedziałam, nachylając się w jego stronę, ale on odwrócił głowę.- Kotku… Naprawdę przepraszam, wiem jestem tą złą…
         Ale nie dokończyłam, bo Luke złapał mnie za ramiona i wpił się w moje wargi, uniemożliwiając mi dokończenie zdania. Poczułam przyjemny dreszcz na plecach, kiedy znów delikatnie dotknął mojej twarzy palcami. Odsunęłam się od niego, by spojrzeć w jego błękitne oczy i uśmiechnęłam się lekko.
- Spoko – rzucił.
- Spoko –odpowiedziałam, trącając swoim nosem jego nos. Uśmiechnął się. – Czy nadal będziemy uprawiać seks?
- A czemu nie?
- Nie wiem. Może nabawiłeś się jakieś traumy, czy coś? – rzuciłam ze śmiechem, a on prychnął cicho pod nosem. Po chwili jednak znów na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech.


***
Wiem, że pisałam wcześniej, że nie wrzucę tego rozdziału w całości, ale kombinowałam na różne sposoby, jak go podzielić i w końcu się poddałam - bo jakoś to dla mnie nie miało rąk i nóg oddzielnie. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam i że jakoś udało wam się dobrnąć do końca.

Magdalena - życzę ci udanego wyjazdu! Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić :)

Rosalie Rose - odgrywają, ale tylko w tej części :)

Dziękuję wam za wszystkie tak pozytywne komentarze! Naprawdę przyjemnie się je czyta i mocno nakręcają do pisania! Uwielbiam was! Jesteście najlepsiejsze!

Kolejny rozdział w piątek :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Tak, chciałbym jeszcze pospać – rzucił, szarpiąc za kołdrę. – Rose – jęknął, niczym dziecko.
- Takiego kotku – powiedziałam z triumfalnym uśmiechem.

***

- Skoro tego tak bardzo chcesz księżniczko, to masz czas do szóstej.
- Na, co?
- Zabieram cię dzisiaj na randkę – powiedział, a ja uniosłam lekko brwi do góry i rozchyliłam ze zdziwienia usta. 

***

- Ale wrócimy późno.
- Późno?
- Aż tak się ze mną nudzisz, że chcesz już wracać? – zapytał, udając smutnego. 

***

- Może skończymy ten temat – powiedział szybko. – To miało być miłe i tylko nasze spotkanie.
- Jest miłe Luke, ale jesteście niepoważni. – Blondyn skrzywił się.

***

- Chodź, chcę zobaczyć co masz w środku!
- Luke jesteś psychiczny! 

9 komentarzy:

  1. Miałam chyba większego stresa niż Luke jak Becky walnęła ten tekst o ciąży :P. Rozdział cudny (jak zawsze :* )

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny zestresowany Lukey... hah rozdział cudowny, chyba przejęty Luke zawładnął moim sercem xD
    Koffam to <3 xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahah baseny przestraszony luke
    Cudowny rozdział juz nie mogę doczekać się next ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  4. O mamuniu! Przez Ciebie, nie dość że boli mnie brzuch od miesiączki, to jeszcze ze śmiechu! Wisisz mi za to, opakowanie tabletek przeciwbólowych :p
    Biedactwa nam się tutaj pojawiły, choć Luke może być na razie spokojny, skoro nie planujesz za szybko zaciążyć nam Rose. Gorzej natomiast z Lori... o niej, to nic nie wspominałaś, dlatego za każdym razem, gdy dowiemy się, że wylądowała z Michaelem w łóżku, to będziemy się zastanawiać za nią, czy przypadkiem nie wpadła. Poza tym, chciałabym kiedyś przeczytać nawet taki maleńki fragment, w którym to Michael będzie się pytał/przypominał/osobiście dawał dziewczynie tabletki.

    Dobra, już kończę, bo muszę się uczyć do egzaminów :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam pewna, że wygrają, a tu remis :D Hahaha Sarah rozwaliłaś system! Są chłopaki jest impreza :D LOL BECKY LOOOOOL ahahah ty chcesz by Rose i Luke - a w szczególności Luke padł na zawał? Ich miny faktycznie musiały być bezcenne. Spoko Hemmo Roxy mówiła, że na razie nie planuje wrobić was w dziecko, więc możesz odetchnąć z ulgą - co innego Mikey i Lori tu nie wiadomo - No Clifford teraz pilnuj swoją dziewczynę XD Matko taki zestresowany i przejęty Lukey jest taaaaaaaaki mega słoooodki :D Końcówka najlepsza!
    Matko nie mogę doczekać się kolejnej części, a dodatkowo te fragmenty mocno mnie zaciekawiły - chyba szykuje się RANDKAAAA! Czekam z niecierpliwością.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłam spokojna, bo pisałaś wcześniej, że nie mądre byłoby zrobienie ich rodzicami. B))

    OdpowiedzUsuń
  7. Boże jak mogła go tak wystraszyć. Ja sama byłam cykana, kiedy nie doczytałam. Ona jest złaaaa, ale i tak ją uwielbiam, bo ma charakterek. XD
    Rozdział super. Podczas meczu miałam wrażenie, że któryś frajer sfauluje Luke'a i już wtedy nie będzie mógł w ogóle grać piłkę. Na szczęście darowałaś mi życie. :***
    Życzę dużo weny i do następnego. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jezu, mnie też wystraszyła XD Pisałaś wcześniej, że nie planujesz, ale kto cię tam wie, czy ci się plany nie zmienią :P
    Jutro wracam! Ufff... Nadrobiłam! Musiałam wiele nadrobić, kiedy dorwałam wi-fi! To twoje tempo odebrało mi jeden z nudniejszych dni na wsi, bo przedostatni.
    Wiesz, szczerze wprost nienawidzę piłki nożnej, ale te twoje opisy są takie... (totalny brak słów; co te wakacje ze mną robią?!) że ciekawi mnie to bardziej niż ci żywi chłopcy ganiający za piłką (biedna piłka, skopana przez tylu ludzi...). Chyba polubię ten sport, chociaż nie widzę w nim zbyt wiele ciekawego (poza meczami naszych chłopców w twoim opku). Mikey, Mikey, Mikey... miejmy nadzieję, że nie wpakujesz mojej kochanej Lori w ciążę! Poza tym, czy Calum znajdzie sobie dziewczynę? :P Wiwm, pytanie od czapy. Nie lubię Picton. Co to za koszmarna szkoła! Wiem, że nasi (tak jakoś się wczuwam ^^) święci nie są ale no... Trevor - nie lubię cię.
    Dobra, kończę bo zacznę bzdury wypisywać!
    Buziaki, pozdrowienia, weny i tak dalej :)
    Lusia :*

    OdpowiedzUsuń