wtorek, 25 sierpnia 2015

S4- Rozdział 5 cz.1

I do anything for that boy


        Szybko wyłączył dzwoniący budzik. Poczuł, jak Rosalie poruszyła się za jego plecami. Musnęła palcami jego brzuch, a następnie zabrała rękę i odwróciła się na drugą stronę. Wstał z łóżka, przeciągając się, a potem złapał za telefon i cicho wyszedł z jej pokoju. Musiał wyszykować się na kolejny poranny trening.
        Odkąd on i Rose w końcu wyznali to, co do siebie czują, zawsze zasypiali i budzili się obok siebie. A to bardzo mu odpowiadało, bo uwielbiał, gdy ona wtulała się w niego, a on w nią. Dodatkowo zyskali dwie sypialnie, w których spali na zmianę. W zależności od tego kto musiał wcześniej wstać, ten maszerował do pokoju tego drugiego.
        Wyszykowany do wyjścia, zszedł na dół. Rzucił torbę na ziemię i wszedł szybko do kuchni, aby upić choć kilka łyków kawy. Na śniadanie nie było czasu. Za bardzo się grzebał przy pakowaniu, więc musiał sobie darować posiłek.
- A ty jeszcze w domu? – zapytała Sarah, okrywając się szczelnie szlafrokiem.
- Mam małe opóźnienie – odpowiedział. 
        Wypił jednym duszkiem połowę kawy, która znajdowała się w niebieskim kubku, a potem życząc jej miłego dnia, wybiegł na zewnątrz, by zaraz usiąść za kierownicą swojego czarnego BMW.

        Szedł chłodnym korytarzem. Z szatni dochodziły do niego zaspane głosy pozostałych chłopaków z drużyny. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Rozejrzał się po białym pomieszczeniu. Byli już wszyscy.
- Jest i on! – rzucił Irwin, wciągając na nogi czarne korki.
- Zaspało się królewnie? – odezwał się Michael ze śmiechem, a Luke pokazał mu środkowy palec. Rzucił torbę na miejsce obok Caluma i powoli zaczął się przebierać.
        Kiedy naciągnął na siebie czerwoną koszulkę, do szatni wszedł trener. Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Trzymał w rękach duże, białe, kartonowe pudełko. Postawił je na stoliku, a potem rozejrzał się po swoich zawodnikach.
- Niewątpliwie panowie macie fankę – rzucił rozbawiony. – Tajemnicza T zostawiła wam słodki poczęstunek w formie małych pączków, dołączając do tego karteczkę. – Wyciągnął przed siebie mały kwadracik, a następnie przeczytał. – Dla najlepszej i najgorętszej drużyny w Sydney. Wasza T.  Mam nadzieję, że panna wzięła mnie też pod uwagę, bo inaczej poczuje się urażony – skwitował z uśmiechem, a oni ryknęli śmiechem. – Spałaszujcie to proszę po treningu. Nie chcę mieć tu kolek i bólów brzuchów w czasie biegów. – Pokiwali głowami. – A teraz wyjazd na boisko!

***
         Nie mieliśmy pierwszej lekcji angielskiego, więc zjawiłam się w szkole godzinę później. Nauczycielka się pochorowała i od dwóch dni nie było zajęć. Dlatego od razu po wejściu do budynku, skierowałam się w stronę drugiego piętra. Tam miałam mieć lekcję z technologii informatycznej.
        W końcu wpuszczono nas do klasy, a ja jak zwykle usiadłam na samym końcu, zajmując ostatni komputer przy oknie. Moje standardowe miejsce prawie na wszystkich zajęciach. Zaraz za nami w pomieszczeniu pojawił się pulchny nauczyciel. Uciszył nas jednym głośniejszym gwizdnięciem, a potem powoli zaczął odczytywać listę obecności. Myślałam, że zasnę zanim dotrze do mojego nazwiska. Po tej nudnej serii okrzyków jestem, facet rozpoczął zajęcia, a ja niemalże położyłam się na ławce. Na całe szczęście mogłam tak się rozpłaszczyć, bo ekran komputera idealnie mnie zasłaniał.
         Po jakiś piętnastu minutach, kiedy ja dryfowałam na skraju jawy i szybkiej drzemki, poczułam wibrację w kieszeni marynarki. Wsunęłam dłoń do otworu i wyciągnęłam komórkę. Dzwonił Luke. Zrobiłam zdziwioną minę. Blondyn bardzo dobrze wiedział, że mam teraz lekcje, w końcu sam powinien być na historii. Jeśli, więc dzwonił mi w trakcie zajęć, oznaczało to tylko jedno. Coś się stało.
         Rzuciłam szybko okiem na nauczyciela, który był bardziej pochłonięty swoimi notatkami niż tym, że połowa jego klasy przysypia. Następnie schowałam się za monitorem i odebrałam.
- Co jest? – wyszeptałam najciszej, jak tylko mogłam.
- Potrzebuję twojej pomocy- odpowiedział, a jego głos brzmiał dziwnie.
- Co się dzieje?
- Jestem w męskiej toalecie naprzeciwko stołówki – powiedział i rozłączył się. Przekręciłam oczami. Bosko, dużo się dowiedziałam.
        Raz jeszcze zerknęłam na nauczyciela. Musiałam wydostać się z sali. Najlepiej na całą lekcję, bo nie wiedziałam ile może potrwać rozwiązywanie problemu Hemmingsa. Szybko wpadłam na pewien pomysł. Podniosłam rękę do góry.
- Tak, panno Rivers? – zapytał nauczyciel.
- Muszę pilnie wyjść – odpowiedziałam, a on spojrzał na mnie z uwagą.
- Jaki jest powód panno Rivers?
- Czy muszę tak oficjalnie na forum? – rzuciłam, a kilka osób zachichotało pod nosami.
        Mężczyzna rozejrzał się po klasie, a potem kiwnął na mnie palcem. Złapałam za torbę i wstałam z miejsca. Podeszłam do jego biurka, czując na sobie zaciekawione spojrzenia pozostałych. Nachyliłam się w jego stronę.
- Co się stało panno Rivers?
- Czy jeśli powiem, że to typowo kobiece sprawy, będę mogła wyjść z sali? Koniecznie muszę znaleźć jakiś sklep czy aptekę i kupić… Wie pan, potrzebne mi do tego celu rzeczy – wyszeptałam, widząc, jak nauczyciel oblewa się szkarłatem. Miałam ochotę parsknąć śmiechem, ale musiałam być poważna. Chyba facet się tego nie spodziewał.
- Oczywiście, takie rzeczy… Takie rzeczy się zdarzają.
- Żeby pan wiedział, jak potrafią zaskoczyć – mruknęłam, a on wskazał mi drzwi. – Dziękuję.
- Nadrobisz materiał.
- Oczywiście.
         Wyszłam z sali. Narzuciłam na ramię torbę, a potem szybkim tempem ruszyłam w stronę schodów. Miałam nadzieję, że Luke miał dobry powód, by wyciągać mnie z zajęć. Bo jak nie, to go osobiście utopię w tej łazience.
        Prawie zbiegłam po schodach i zatrzymałam się przy męskiej toalecie. Liczyłam na to, że nie natknę się tam na żadnego nauczyciela. Jeszcze tego, by mi do szczęścia brakowało. Rozejrzałam się szybko na boki, sprawdzając, czy któryś z nich nie wyskoczy mi czasami zza zakrętu, ale korytarz był pusty. Pchnęłam drzwi i weszłam do środka.
- Luke?
         Spojrzałam na chłopaka stojącego przy umywalce. Zmarszczyłam czoło. Wyglądał, jak siedem nieszczęść. Jego blond włosy były lekko oklapnięte. Na bladej twarzy widniały duże krople potu. Miał zaszklone oczy. Widziałam, jak trzęsą mu się ręce. Wyglądał na chorego.
- Luke? – powtórzyłam, podchodząc do niego. Odwrócił się w moją stronę ciężko oddychając.
- Zwieziesz mnie do domu? Chciałem to zrobić sam, ale chyba nie dam rady – powiedział cichym i zachrypniętym głosem.
- Co się dzieje? – zapytałam, bacznie mu się przyglądając. Miałam wrażenie, że zaraz się przewróci, ale on jakoś dalej trzymał się na nogach. Kompletnie mi się to nie podobało. Zaczęłam się martwić.
- Chyba coś mi zaszkodziło. Naprawdę chujowo się…
         Ale nie dokończył. Odwrócił się i prawie wbiegł do kabiny. Po chwili usłyszałam, jak wymiotuje. Zagryzłam wargę, podchodząc wolno do drzwi.
- Luke?
- Nie wchodź- poprosił, a ja przekręciłam oczami. - Jest spoko…
- Właśnie kurwa widzę – syknęłam.
         Nie naciskałam go jednak dalej, tylko dałam mu chwilę na dojście do siebie. W końcu Luke wyłonił się z kabiny i podszedł do umywalki. Opłukał usta, a ja zobaczyłam, że cały się trzęsie. Wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek. Wyjęłam jedną i podeszłam do niego. Podałam mu ją, a on wytarł nią usta.
- Choć tu do mnie – powiedziałam. – Nachyl się.
        Zrobił to, o co go poprosiłam. Lekko ujęłam jego twarz w dłonie, a potem przyłożyłam usta do jego czoła. Był cały rozpalony.
- Masz gorączkę – odparłam, spoglądając na niego.
- To pewnie jakieś pieprzone zatrucie. Żołądek mnie nawala – powiedział, a potem zatrząsł się ponownie.
- Musisz coś zabrać z szafki? – Pokręcił głową. – Dobra, to idziemy.
        Luke złapał za swój czarny plecak, a potem oboje wyszliśmy z łazienki. Nie odrywałam od niego oczu, mając nadzieję, że dotrzemy do domu bez żadnych niespodzianek. Szedł obok mnie przygarbiony, z grymasem bólu na twarzy. Zrobiło mi się go szkoda.
        Gdy wyszliśmy na zewnątrz, pociągnęłam go w stronę mojego samochodu. Otworzyłam go, a Luke zajął miejsce pasażera. Wrzuciłam nasze torby na tył, a potem sama usiadłam za kierownicą. Zerknęłam na blondyna, który ciężko westchnął.
- Co jadłeś? – zapytałam, kiedy wyjechałam z terenu szkoły.
- Rano kawa, przed treningiem zdążyłem w samochodzie wciągnąć batona, a po treningu pączki.
- Pączki?
- Dostaliśmy pączki – powiedział cicho. – To chyba wszystko.
- Ile razy wymiotowałeś?
- Trzy razy.
- Okej. Wracamy do domu, a ty masz kierunek łóżko, jasne? – Pokiwał głową, a ja zabębniłam palcami w kierownicę. Miałam nadzieję, że to zatrucie szybko mu przejdzie.
- Rose – powiedział nagle, podnosząc nieco głos, a ja zerknęłam na niego. – Zatrzymaj się.
        Na szczęście miałam gdzie zjechać na bok. Zrobiłam to tak szybko, jak to było tylko możliwe. Gdy samochód się zatrzymał, Luke wyskoczył z niego i odszedł kawałek dalej, by po raz kolejny zwrócić to, co jadł. Włączyłam awaryjne i sięgnęłam po torbę. Wyciągnęłam z niej butelkę wody i chusteczki, a następnie sama wysiadłam z auta.
- Nie patrz – jęknął, by znów zwymiotować.
- Daj spokój Luke – mruknęłam, pochodząc do niego.
        Oparł się o drzewo, biorąc powolne głębokie oddechy. Zacisnęłam lekko wargi i podałam mu butelkę z wodą i chusteczki. Przepłukał usta i wytarł je chusteczką.
- Lepiej?
- Chyba.
- Chcesz jeszcze tu postać, czy możemy wracać?
- Możemy wracać – powiedział cicho.

        W czasie drogi do domu, zatrzymaliśmy się tylko raz, ale to i tak nie polepszyło stanu Hemmingsa. Nadal wyglądał, jak śmierć. Otworzyłam drzwi i oboje weszliśmy do środka. Kazałam mu iść na górę, zapewniając go, że zaraz do niego przyjdę. Poszłam do kuchni, by zrobić mu ciepłej herbaty, a także by przeszukać naszą domową apteczkę. Znalazłam w niej tabletki na żołądek. Wcisnęłam je do kieszeni i poszłam na górę.
        Kiedy weszłam do jego pokoju, Luke siedział na łóżku zwinięty w kłębek. Postawiłam kubek na szafce obok niego, a potem odwróciłam się w stronę szafy. Wyjęłam z niej pierwszą lepszą bluzę i koszulkę. Z tymi rzeczami wróciłam do niego. Usiadłam obok i delikatnie pogładziłam go pod dłoni. Była zimna i wilgotna.
- Luke musisz się przebrać – powiedziałam, a on kiwnął głową.
        Wstał ciężko z łóżka. Bez sprzeciwu założył przyniesione przeze mnie rzeczy. Ściągnął czarne spodnie i zamiast nich wciągnął na siebie dresy, które leżały obok niego. Następnie znowu usiadł.
- Wypij…
- Nie chcę – mruknął, krzywiąc się.
- Rozgrzejesz się trochę…
- Zaraz i tak ją wyrzygam z powrotem – ciągnął, a ja zobaczyłam, jak stróżka potu spływa mu po twarzy.
- Pij – powiedziałam, zmieniając ton na bardziej rozkazujący. – Połknij też to. Powinno ci pomóc.
- Rose – jęknął.
- Już – rzuciłam, kręcąc głową.
         Podałam mu tabletkę i herbatę, a on popił jedno drugim, zanim ja odwróciłam się w jego stronę z butelką wody. Znów zauważyłam, jak zatrzęsły mu się ręce. Dotknęłam jego policzka, gładząc je palcami, a on przymknął oczy.
- Połóż się.
        Bez słowa przechylił się na bok i padł na poduszki. Przyciągnął nogi do klatki piersiowej, a ja nakryłam go kocem prawie po samą brodę. Opatuliłam go bardziej, by było mu cieplej. Przez chwilę jeszcze siedziałam tuż obok niego, gładząc go po ramieniu i mając nadzieję na to, że Lukowi uda się, choć na chwilę zasnąć.
        W końcu wstałam z miejsca, a on jęknął pod nosem. Spojrzałam na niego. Na jego bladej twarzy znów wymalował się grymas bólu. Nie miałam pojęcia, co jeszcze mogę zrobić, by choć odrobinę mu pomóc.
        Położyłam jakąś koszulkę, która była na łóżku, na szafkę. A potem wzięłam jego przepocony mundurek. Koszula była tak wilgotna, jakby Luke niedawno wyszedł z basenu i nie zdążył się do końca wysuszyć. Z tymi rzeczami przeszłam do łazienki, by wrzucić je do kosza. Następnie wróciłam do jego pokoju.
        Stanęłam przy biurku, otwierając po raz kolejny pudełko z tabletkami. Choć na dole przeczytałam ulotkę, to postanowiłam zrobić to raz jeszcze. Ile może tego wziąć? Z tego, co wyczytałam były silne i dawka obejmowała dwie pigułki na dobę. Bosko… Oby ich tylko nie zwrócił. Zdążyłam tylko o tym pomyśleć i po chwili usłyszałam, jak podnosi się z łóżka.
- Rose! – krzyknął.
         Odwróciłam się, nie za bardzo wiedząc, co się stało. Ale widząc u niego odruchy wymiotne, rozejrzałam się szybko po pokoju. Dodatkowo Luke zaplątał się w koc, co uniemożliwiło mu szybkie wstanie i udanie się do toalety. Zresztą nie oszukujmy się, z pewnością i tak by nie zdążył.
         Niewiele myśląc złapałam za kosz na śmieci, który na szczęście był pusty, nie licząc worka, którym był obłożony. Chłopak miał podobny pomysł z zabezpieczeniem podłogi i koca, bo później to ja musiałabym to posprzątać. Dlatego zanim zdążyłam do niego dobiec, on złapał za koszulkę leżącą na szafce i rozłożył ją na dłoniach. Zwymiotował na nią, a ja lekko się skrzywiłam.
- Już jest w porządku – powiedziałam, doskakując do niego. Choć nie byłam pewna, czy te słowa miały bardziej pomóc mi czy jemu.
         Podsunęłam mu kosz, a on wrzucił do niej koszulkę, by potem po raz kolejny zwrócić to, co zalegało mu w żołądku. Stałam nad nim, powoli przesuwając dłonią po jego plecach. Czułam, jak drży na całym ciele i to wcale mi się nie podobało. Zauważyłam, że i mi zaczynają trząść się dłonie. Tyle, że mi nic nie było, oprócz tego, że cholernie się denerwowałam i martwiłam o niego.
        Usiadłam obok, kiedy skończył, podsuwając mu pod nos kolejną chusteczkę. Wytarł się nią, a potem wrzucił do kosza, krzywiąc się. Nachyliłam się i szybko zawiązałam worek, kodując sobie w mózgu to, by nie zapomnieć go wyrzucić. Luke wziął głęboki oddech.
- Jezu – mruknął, przecierając dłonią czoło. – Przepraszam.
- Daj spokój…
- To jest takie żenujące – ciągnął dalej, a ja spojrzałam na niego.
- Nie bądź głupi – odpowiedziałam, obejmując go ramieniem. – Jesteś chory i tyle. Połóż się.
- Nie. Wolę siedzieć, tak mi lepiej. 
         Kiwnęłam głową i narzuciłam mu na plecy koc. Okrył się nim szczelnie, a potem położył mi głowę na ramieniu. Znów go objęłam, jeszcze mocniej przyciskając do siebie. Przez chwilę wsłuchiwałam się w jego niespokojny i urywany oddech. Zacisnęłam lekko palce na pościeli. Chciałam, by to się w końcu skończyło.
- Powinieneś się napić…
- Nie ma mowy – odparł, nie odrywając się ode mnie.
- Luke możesz się odwodnić!
- Mam to gdzieś.
- Bardzo inteligentne podejście – mruknęłam, przekręcając oczami.
- Jezu, zaraz się przekręcę – jęknął, zwieszając głowę.
        Zagryzłam wargę, nie odrywając od niego wzroku. Wszystko było nie tak, jak trzeba. Zaczęłam się zastanawiać, co powinnam zrobić dalej, gdyby jego stan się pogorszył. Musiałam zadzwonić do rodziców, ale co oni mogą. Domowe metody z herbatą i proszkami zawodzą. Luke powinien iść do lekarza. I to było to…
- Kotku – powiedziałam, dotykając jego twarzy drugą ręką. – Powinniśmy jechać na pogotowie.
- Żadnych lekarzy Rose. – Czyli jednak ma jeszcze siłę myśleć i funkcjonować, jak facet. Lekarze są niedobrzy i się nie znają. Prychnęłam pod nosem. Będzie mi się tu jeszcze stawiał.
- Jedziemy – zarządziłam, wstając z miejsca.
- Nie…
- Tak –rzuciłam szybko. Przeczesałam palcami jego włosy. – Nie wiadomo, co ci jest, a wcale nie jest lepiej. Naprawdę się o ciebie martwię. Zrób to dla mnie.
- Niech ci będzie.
- Daj mi chwilę – odparłam i wybiegałam z pokoju, by szybko wskoczyć w pierwsze lepsze ubrania. Nie chciałam paradować po szpitalu w mundurku. Szczególnie, że w tych godzinach powinnam być w szkole.
        Kiedy wróciłam, Luke dalej siedział w tym samym miejscu, prawie się nie ruszając. Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu, dając mu znak, że możemy już iść. Chciał ściągnąć z siebie koc, ale ja opatuliłam go nim jeszcze bardziej. Pociągnęłam go w stronę drzwi.
       Zeszliśmy na dół. Szybko wleciałam jeszcze do kuchni. Z szafki wyciągnęłam kilka foliowych siatek, w razie nagłych wypadków, które mogą się zdarzyć. Wróciłam na hol, spoglądając na opartego o ścianę Hemmingsa. Miał zamknięte oczy.
- Co się dzieje?
- Nic.
- Mów – powiedziałam, podchodząc do niego.
- Trochę mi słabo.
- Pięknie, Luke – rzuciłam, kręcąc nosem. – I ty uważasz, że nie potrzebujesz lekarza? Przestań udawać niezniszczalnego.
- Dobra, masz racje – odpowiedział cichym głosem. Wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie. – Już przeszło.
- Chodź – powiedziałam, obejmując go. Miałam nadzieję, że Luke nie padnie mi w drodze do samochodu, bo z pewnością bym go nie utrzymała. Na szczęście dotarliśmy do mojego auta, bez komplikacji.

        Droga do szpitala minęła nam bez żadnych niespodzianek. Choć Luke wcale nie wyglądał lepiej, gdy tam dojechaliśmy. Zostawiłam w samochodzie jego koc w Żółwie Ninja, uprzednio pomagając mu wysiąść. Następnie poprowadziłam go na izbę przyjęć.
       W środku było chłodno, więc klimatyzacja musiała pracować pełną parą. W powietrzu unosił się ten specyficzny zapach, który jest tak bardzo charakterystyczny dla tego typu miejsc. Hemmings skrzywił się. Bez słowa poprowadziłam go w stronę rzędu krzeseł. Usiadł na ostatnim z nich, chcąc być, jak najdalej od innych ludzi.
- Rose – powiedział, obejmując ramionami okolice brzucha. – Zostaw mi jedną siatkę.
- Niedobrze ci? – Pokiwał głową. -  Trzymaj. – Wyciągnęłam ją z kieszeni i wsadziłam w jego zimną i drżącą dłoń. – Zaraz wracam.
        Raz jeszcze zmierzyłam go wzrokiem, a potem podeszłam do starszej kobiety siedzącej w rejestracji. Podniosła zza ekranu komputera swoje ciemne oczy i spojrzała na mnie z uwagą.
- W czym mogę pomóc? – zapytała, dokładnie mnie oglądając, jakbym to ja, miałabym być ich pacjentką.
- Mój brat ma chyba zatrucie pokarmowe – powiedziałam, a ona wróciła do komputera, kiwając głową.
- Imię i nazwisko?
- Luke Hemmings.
- Objawy?
- Ból brzucha, wymioty i mdłości, gorączka – zaczęłam wymieniać, a ona szybko stukać palcami w klawiaturę. Potem posypały się kolejne pytania o jego datę urodzenia, imiona rodziców,  o to, czy jest na coś uczulony i czy ostatnio na coś chorował. Myślałam, że nigdy nie skończy tego przesłuchania, które dla mnie trwało wieczność. W takim tempie, to Luke zdąży się przekręcić.
        W końcu podniosła telefon, wykręciła numer wewnętrzny i przyłożyła białą słuchawkę do ucha. Wlepiłam w nią zaciekawione spojrzenie nie wiedząc, czy to wszystko, czy może chce znać jeszcze jego numer buta i ulubiony kolor.
- Mamy kolejne zatrucie – powiedziała, a ja lekko uniosłam brwi do góry. – Chłopak jest w podobnym wieku, co pozostali. – Spojrzała w komputer. – Nie… Zaraz się dowiem. – Jej ciemne oczy znów przeniosły się na mnie. – Do jakiej szkoły chodzi?
- Kingsford NSW High School.
- Tak, szkoła się zgadza. Możliwe… Całkiem możliwe… Tak… Jest twój – powiedziała i rozłączyła się.
- Luke nie jest jedyny? – wypaliłam, starając się, jakoś to wszystko ogarnąć.
- Czy jesteś też siostrą tamtych chłopaków? – odpowiedziała, a ja zacisnęłam lekko usta. Pokręciłam głową. – Więc nie mogę ci udzielić takich informacji.
- Przecież to żadna tajemnica – mruknęłam, a ona spojrzała na mnie z niedowierzaniem. - Zresztą tamte chłopaki mogą być naszymi przyjaciółmi – dodałam, mając nadzieję, że Calum, Michael i Ashton nie są w tej grupie.
- Nie mogę udzielać takich informacji. – Przekręciłam oczami.
- Niech pani mi tylko powie, czy też należą do drużyny piłkarskiej? – Zauważyłam, jak zadrgał jej policzek.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Przepytuje pani ludzi lepiej, niż FBI – odparłam, wzruszając ramionami. – A zresztą już pani się wygadała. – Kobieta zrobiła zaskoczoną minę. Chyba nie spodziewała się, że mogę być dość spostrzegawczą osobą. – Jest wśród nich Ashton Irwin?
- Nie mogę udzielać takich informacji osobie postronnej- powiedziała, dokładnie akcentując każdy wyraz.
- Dobra, a co z moim bratem?
- Zaraz zjawi się lekarz. Który to? – Odwróciłam się i szybko namierzyłam Luke'a.
- Ten, co wymiotuje – powiedziałam, wskazując chłopaka siedzącego w kącie, z przyciśniętą do ust foliową siatką. Kobieta pokiwała głową i znów chwyciła za telefon. Po chwili już przyciskała go do policzka.
- Bradley pospiesz się – powiedziała, nie spuszczając oczu z Hemmingsa. – Z chłopakiem nie jest najlepiej. – Wstrzymałam oddech, a ona odłożyła słuchawkę, a potem znowu spojrzała na mnie. – To wszystko.
- Ilu chłopaków z drużyny piłkarskiej trafiło do szpitala? – wypaliłam, a ona zmrużyła na mnie oczy.
- Nie mogę udzielać takich informacji… – rzuciła przez zaciśnięte zęby.
- Osobie postronnej… Tak, wiem. Jasne… Dziękuję- odparłam, a potem odwróciłam się i poszłam do blondyna, który był tak blady, jak wdzianko kobiety z rejestracji.

        Luke najpierw znalazł się na potocznie zwanej sortowni, na której siedzieliśmy może z piętnaście minut. Potem przeniesiono go do gabinetu lekarskiego, by stamtąd mógł trafić na trzecie piętro na oddział wewnętrzny.
       Siedziałam na korytarzu, po którym ciągle przechadzali się ludzie – pacjenci, ich rodziny, lekarze, pielęgniarki i salowe. Od tego wszystkiego, co dzisiaj się działo rozbolała mnie głowa, a stukot ich ciężkich butów i szuranie kapciami, tylko potęgowało pulsowanie mojego biednego od nerwów mózgu. Nic dziwnego, że zapomniałam o najważniejszej rzeczy. O wykonaniu telefonu do rodziców. Tchnięta jednak nagłym impulsem, wyciągnęłam komórkę z kieszeni. Szybko odnalazłam numer do Dana i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Hej, Rose, za dziesięć minut mam spotkanie, wiec nawijaj szybko – powiedział ze śmiechem.
- Dan, tylko się nie denerwuj – odparłam, a po drugiej stronie usłyszałam ciszę. Zacisnęłam lekko usta.
- Zdanie, tylko się nie denerwuj nigdy nie działa, bo właśnie teraz zaczynam się denerwować. Co się stało?
- Luke jest w szpitalu…
        Streściłam szybko Danowi całą sytuację, a potem rozłączyłam się, opierając plecy o twarde oparcie krzesła. Zamknęłam oczy, zastanawiając się, nad tym wszystkim. Jak do tego doszło, że chłopaki z drużyny piłkarskiej, tak się posypali? Dla mnie odpowiedź była jedna. Pieprzone pączki, którymi się napchali po treningu.
        Moje myśli zaczęły krążyć koło, jakieś wymyślnej teorii spiskowej, która pewnie nie miała pokrycia w rzeczywistości, ale przynajmniej skupiłam się na czymś innym, niż na zamartwianiu się o blondyna. W pewnym momencie drzwi od sali numer trzydzieści siedem otworzyły się. Zerwałam się z miejsca, widząc wychodzącego lekarza, który zajmował się Lukiem.
- Ty jesteś pewnie Rosalie Hemmings – powiedział, zerkając w zapisane kartki papieru.
- Zgadza się. Co z moim bratem?
- Opanowaliśmy całą sytuację. Twój brat zostanie hospitalizowany na jedną dobę – zrobiłam wielkie oczy, a mężczyzna uśmiechnął się do mnie lekko. – Bez obaw, to tylko tak potwornie brzmi. Zostanie po prostu do jutra na obserwacji. Podaliśmy mu podstawowy koktajl z leków, które mają wspomóc pracę żołądka, uzupełnić braki witamin i mikroelementów oraz leki przeciwbólowe i na zbicie gorączki. Ogólnie Luke powinien niedługo poczuć się lepiej. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie, jak nowo narodzony już po kilku godzinach.
- Dziękuję.
- Możesz do niego iść, ale on teraz potrzebuje odpoczynku. Dobrze by mu zrobiła dłuższa drzemka.
- Jasne. Nie będę mu przeszkadzać.
- Jego rzeczy znajdują się w szafce przy łóżku. W razie, jakichkolwiek pytań będę w gabinecie numer trzydzieści. – Kiwnęłam głową i już chciałam go minąć, kiedy odezwał się po raz kolejny. – Tak z czystej ciekawości – zaczął, a ja spojrzałam na niego. – Jesteście bliźniakami?
- Tak, choć zupełnie nie jesteśmy do siebie podobni – odpowiedziałam, a on zaśmiał się.
        Odwróciłam się od niego i przekręciłam oczami. Powoli ruszyłam w stronę drzwi od sali, w której przebywał Luke. Otworzyłam je i cicho weszłam do środka. Zagryzłam lekko wargę. Luke wyglądał tak niewinnie, z tymi rurkami i taśmami na nadgarstkach. Do tego dochodziła biała pościel i jasno błękitna szpitalna piżama, w którą go ubrali. Leżał na swoim lewym boku, ze zgiętymi nogami, a stojak z dwiema kroplówkami miał po prawej stronie łóżka. Jego włosy były nieco rozczochrane, a twarz blada, jak całe to pomieszczenie.
        Byłam pewna, że śpi. Jednak, jak tylko podeszłam do łóżka, na którym leżał, on powoli otworzył oczy. Lekko uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam ulgę.
- Hej, księżniczko – powiedział cicho.
- Hej, kotku.
        Wyciągnął w moją stronę rękę, a ja ujęłam ją, splatając nasze palce. Nachyliłam się, ogarniając mu z czoła pojedyncze kosmyki włosów. Pocałowałam go w skroń. Nie wiem czemu, ale w tym momencie miałam ochotę się rozpłakać. Wzięłam głęboki oddech, by pozbierać się w sobie. Chyba wszystkie te emocje powoli ze mnie schodziły.
- Jak się czujesz? – zapytałam, przysuwając krzesło, by być bliżej niego. Usiadłam na nim, opierając się łokciami o materac łóżka. Luke poruszył palcami, gładząc tym sposobem moją skórę na dłoni.
- Nadal, jak gówno, ale teraz jest nieco lepiej.
- Powinieneś się zdrzemnąć.
- Jestem chyba na prochowym haju – odparł ze śmiechem. – Takim lekkim…- Uśmiechnęłam się i wolną ręką zaczęłam przeczesywać jego blond włosy. Cicho westchnął, by po chwili znów wlepić we mnie swoje błękitne oczy.
- Uwielbiam, jak tak robisz.
- Wiem kotku – rzuciłam, a on ponownie się uśmiechnął.
- Zrobisz coś dla mnie?
- Co?
- Zabierzesz mój samochód ze szkolnego parkingu? Nie chcę, by tam stał przez całą noc.
- Typowe – mruknęłam ze śmiechem. – Leżysz w szpitalu, ale i tak martwisz się o swoje cud autko.
- Wiesz, że oni tam nie pilnują samochodów. Nie chcę, by ktoś mi powybijał szyby, czy coś takiego.
- Będę mogła w końcu się nim przejechać…
- Wiem i to cholernie boli, jak tylko sobie o tym pomyślę. – Prychnęłam pod nosem, jednocześnie mrużąc na niego swoje ciemne oczy. Na twarzy Luke'a zagościł lekki uśmiech. – Zostaniesz ze mną?
- Pewnie kotku. Nigdzie się nie wybieram.
- Obiecujesz?
- Obiecuję – odpowiedziałam z uśmiechem. 


***
Kolejny rozdział za nami - mam nadzieję, że ta część przypadła wam do gustu, choć momentami może nie była zbyt "smaczna" :D

Z tego, co wywnioskowałam po komentarzach bardziej odpowiada wam wrzucanie rozdziałów "na oko", więc zostajemy przy starym systemie :)

Również dziękuję za wasze pozytywne komentarze, które potrafią rozłożyć mnie na łopatki i motywować do pracy! Dzięki, dzięki, WIELKIE DZIĘKI!

Kolejna część rozdziału w piątek.

Pozdrawiam!

W następnym odcinku:

- A ty? Ty czujesz się dobrze?
- Mi nic nie jest – odpowiedział, kręcąc głową.

***

- Nigdy – powiedział, odwracając się w moją stronę, a ja wstrzymałam oddech. – Nigdy nie porównuj mnie do tego pieprzonego dupka! My nie stosujemy takich zagrywek!
- Przepraszam – wydusiłam z siebie, bo nie ukrywam, ale w tym momencie najnormalniej w świecie się go przestraszyłam. 

***

- Rose… Ona… Obiecała…
- Co ci obiecała?

***

- Przejmujesz się tym śmieciem maleńka? Musisz wybrać sobie lepsze towarzystwo – powiedział, wlepiając we mnie swoje niebieskie oczy.
- Wybrałam lepsze towarzystwo – odpowiedziałam, nie spuszczając z niego wzroku.

***

- Luke? – zapytał Dan, zerkając na syna. – Iść po lekarza?
- Tak i to najlepiej kardiologa, bo chyba mam zawał! – Jego ojciec prychnął pod nosem, a potem przekręcił oczami. – Mój samochód – jęknął, jak dziecko.

13 komentarzy:

  1. Cudo cudo cudo! ❤ nie ma to jak wejsc w nocy na bloga i zobaczyc nowy rozdzial! :D biedny Luke.. Pewnie Ci frajerzy ich zatruli, mialam takie przeczucie :\ Rose jaka sciema z blizniakami haha :D juz nie moge doczekac sie piatku! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. No heej! Ale mi szkoda Luke'a , przez chwilę myślałam że to takie małe dziecko , nwm czm �� świetny i słodki rozdział /Emily77

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojeju :/ Lukey, skarbie, nie choruj :(
    Czy tylko ja mam wrażenie, że te pączki to od Picton???
    Rosalie jaka opiekuńcza ^^
    Kocham to tak bardzo bardzo <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojeju :/ Lukey, skarbie, nie choruj :(
    Czy tylko ja mam wrażenie, że te pączki to od Picton???
    Rosalie jaka opiekuńcza ^^
    Kocham to tak bardzo bardzo <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiedziałam, że te świry coś takiego wymyślą. Wiedziałam! ugh no ale jak mają się barwy przeciwnej drużyny do zatrucia?! Przecież mogli się odwodnić, rozwalić sobie żołądek, pochorować się na dobre. Ja pierdzielę. Teraz chciałabym, że tam się Rose do nich przeszła i urządziła tak, żeby się nie pozbierali.
    Chuje.
    Naprawdę rozdział kolejny świetny. Naprawdę przyjemnie się czyta i oby tak dalej. :)
    Do następnego.

    OdpowiedzUsuń
  6. OMG gif pod spodem jest taki AWWWW XD Nie, no biedny Luke - też coś czuję, że za tymi niewinnymi pączkami stoi Picton - ale żeby robić coś takiego???!!! Banda DEBILI!!!! Nienawidzę ich i mają się odwalić od naszych słodkich wariatów. Podobało mi się to, jak Rose opiekowała się biednym schorowanym Hemmo - nie denerwuj się Rose, chłopak z tego wyjdzie! Też bym chciała, by Rose zrobiła najazd tym pajacom za to, co odwalili. Rozdział jest świetny! Nie mogę się doczekać drugiej części.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  7. A myślałam ze tylko ja choruje obecnie na zatrucie :P - świetny rozdział :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam tylko "pączki od wielbicielki" - od razu przeczuwałam, że coś nie tak :/ Okej, takie przekomarzanie się wśród konkurujących drużyn dosyć często się zdarza, ale bez przesady Picton! Przytrute pączki? Mogli od razu wszczepić w nie tabletki na przeczyszczenie, albo ebolę, kto im zabroni? -,- Mam nadzieję, że się doigrają.
    Pozdrawiam cieplutko! <3

    OdpowiedzUsuń
  9. TAK! WRESZCIE ROSE POJEDZIE SAMOCHODEM LUKA!! Oby go zarysowała </3 stawiam, że lekarze się zdziwią kiedy przyłapią 'rodzeństwo' ma całowaniu :D czekam na kolejny ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. Niedawno znalazłam tego bloga i nie mogę sie nim na zachwycac ♥♡ Po prostu cudowny ★★★★★...
    Rose tak dba o Luka <3 ,, bliźniacy"xd
    Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejny rozdział !!! Życzę weny i duuuuzo czasu na pisanie i wstawianie rozdziałów ;* miłego zakończenia wakacji

    OdpowiedzUsuń
  11. Wow... Wróciłam i tu czeka mnie niespodzianka.... Ile rozdziałów 0_0..... Jesteś cudowna, nie mogę się doczekać kiedy będą kolejne... Pozdrowienia z Koszalina


    Pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  12. Zatrute pączki -od początku wyczulam spisek
    Mam nadzieje ze chłopcy szybko wysdrowieja !!! ;( na razie taki smuteczeg. Wg to rozdział taki jak zawsze...świetny<3 kiedy next ?? Juz nie mogę sie doczekać! !^^

    OdpowiedzUsuń