piątek, 28 sierpnia 2015

S4 - Rozdział 5 cz.2

You're the one I need


        Przeczesywałam mu włosy palcami do momentu, kiedy Luke nie zasnął. Po tym ograniczyłam się tylko do trzymania go za rękę. Oparłam głowę o drugą dłoń, co jakiś czas rozglądając się po pomieszczeniu, choć i tak najczęściej zerkałam na niego. Hemmings był już w dobrych i fachowych rękach, więc to jeszcze bardziej mnie uspokoiło. Analizowałam raz po raz wszystko to, co się stało. Mogłam zawieźć go do szpitala od razu po szkole.
        W końcu drzwi od sali otworzyły się i do środka wpadł lekko zdyszany Dan, ubrany w jeden ze swoich służbowych garniturów. Odwróciłam się i spojrzałam na mężczyznę. Powoli otwierał usta, by się odezwać, ale ja przyłożyłam palec do ust. Kiwnął tylko głową, a potem wskazał mi korytarz.
         Zerknęłam na pogrążonego we śnie blondyna, a następnie niechętnie puściłam jego rękę. Cicho wstałam z miejsca i podeszłam do Dana. Oboje wyszliśmy na zewnątrz. Zamknęłam za sobą drzwi. Już chciałam po raz kolejny streścić starszemu Hemmingsowi całą sytuację, kiedy zza rogu wyłoniła się moja mama. Twarz miała bladą i wystraszoną. Uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy zapewniłam ją, że wszystko jest teraz pod kontrolą, a Luke ma się lepiej.
        Stojąc tak na korytarzu, przypomniałam sobie o tym, że obiecałam blondynowi, że zgarnę z parkingu jego samochód. Postanowiłam to zrobić teraz, by później znów wrócić do szpitala. Dan poszedł porozmawiać z dyżurującym lekarzem, a mama zmieniła wartę przy łóżku Luke'a.
         Zeszłam na dół. Musiałam znów przejść przez izbę przyjęć, by wydostać się na dwór. W połowie drogi usłyszałam znany głos, który wypowiedział moje imię.
- Rose?
         Powoli odwróciłam się w stronę chłopaka. Ashton wlepił we mnie zaniepokojone spojrzenie, a potem lekko uniósł brwi do góry. Zaczęłam szybko zastanawiać się, co on tu robi i kto jeszcze z naszej paczki trafił do szpitala. Irwin szybko udzielił mi tych informacji.
- Błagam, nie gadaj, że Luke też tu jest – jęknął, a ja pokiwałam głową. – Michael jest w sali czterdzieści dwa.
- A ty? Ty czujesz się dobrze?
- Mi nic nie jest – odpowiedział, kręcąc głową.
- Calum?
- Jemu też. Ale większa połowa drużyny ma zatrucie pokarmowe. Wielu z nich trafiło do szpitala, reszta pewnie męczy się w domu.
- Lori wie?
- Właśnie przyjechała. Mogę się założyć, że to te pieprzone pączki.
- Skąd je mieliście?
- Od jakieś dziewczyny.
- Jakiej?
- Nie mam pojęcia – odparł, krzywiąc się, jakby to była jego wina. – Nie wszyscy je zjedli. Ja i Calum sobie darowaliśmy, ale Michael, Luke i kilka innych chłopaków przyssało się do nich, jak pijawki.
- Wcale mnie to nie dziwi – rzuciłam, lekko zaciskając usta.
- Wychodzisz?
- Obiecałam Lukowi, że zgarnę jego samochód z parkingu szkolnego.
- Masz transport?
- W jedną stronę tak. Mam samochód przed szpitalem.
- Chodź. Pojadę z tobą i podrzucę cię do szkoły.
- Dzięki.

         Najpierw razem z Irwinem zajechaliśmy pod mój dom, abym mogła tam zostawić swój samochód. Potem przesiadłam się do jego auta. Byliśmy w połowie drogi, stojąc na światłach, gdy odezwała się jego komórka. Chłopak wyciągnął ją z kieszeni i szybko odblokował urządzenie.
- Pierdolony skurwiel! – warknął głośno, a ja, aż podskoczyłam na fotelu obok.
- Co się stało?
- Masz – powiedział, wciskając mi w dłoń swoją komórkę. Zauważyłam, jak zatrzęsły się mu dłonie. Przejęłam urządzenie, a potem wlepiłam wzrok w ekran. Uniosłam brwi do góry i zazgrzytałam zębami, odczytując wiadomość.

Od Trevor Dupek Green:
Słodziutki! Mam nadzieję, że tobie i twoim chłoptasiom zasmakował podarunek od Picton. Pączki z dodatkiem, to jest to! Za to, że miałeś odwagę zagrać barwami swojej szkoły, nasza załatwiła ci coś innego… Walka trwa cukiereczku! Zgadnij, kto jest na wygranej pozycji?

        Przeczytałam tą wiadomość raz, a potem drugi raz. Wszystko zaczynało się powoli układać w jedną i spójną całość. Pączki… Pieprzone pączki podesłane przez tajemniczą T, która okazała się być chłopakiem z Picton o imieniu Trevor.
- Odpisz mu – rzucił Ashton, zaciskając mocno wargi. Pokiwałam głową, a Irwin zaczął dyktować odpowiedź.

Do Trevor Dupek Green:
Pierdol się Green! Dzięki tobie połowa drużyny wylądowała na ostrym dyżurze! Zgadnij, kto będzie miał kłopoty, gdy dowiedzą się, co im zaszkodziło?

        Na odpowiedź kapitana Picton nie trzeba było długo czekać. Ruszyliśmy dalej, gdy telefon znów zawibrował w mojej dłoni.

Od Trevor Dupek Green:
Nic mi nie udowodnisz, a wiesz czemu? Bo Picton to znakomici chemicy! Nie zabrnął bym w to, gdybym nie miał pewności, że twoi chłoptasie nie wykorkują. Spokojna głowa Irwin, niedługo dojdą do siebie! Piśnij słowo, a posypią się głowy, bo wy też święci nie jesteście!

        Przeczytałam wiadomość na głos, a Ashton warknął pod nosem po raz kolejny. Oddałam mu telefon i wlepiłam w niego swoje brązowe oczy. Miałam ochotę go walnąć. Miałam ochotę walnąć Luke'a, Caluma i Michaela za to, że są takimi idiotami. Wiedziałam, że przez tą ich pieprzoną rywalizację dojdzie w końcu do czegoś o wiele gorszego, niż to co działo się do tej pory. Tu już nie chodziło o dziwne obrazki w internecie, czy obwieszanie sali barwami drugiej szkoły. Chłopaki po raz kolejny wpadli w sidła ich chemików. Za pierwszym razem dosypali im coś do drinków, teraz zagwarantowali im zatrucie pokarmowe.
- Tylko nie mów, a nie mówiłam – powiedział Ash, zerkając na mnie.
- A nie mówiłam – odparłam powoli. – Wiedziałam, że to się źle skończy!
- Rose błagam…
- Nie, Ash! Co jeszcze musi się stać byście przestali? Wy i oni?
           Zauważyłam, jak Irwin mocniej zaciska palce na kierownicy. Jego brązowe oczy skupione były na drodze. Mimo wszystko, ja doskonale widziałam to, że był wściekły. Wściekłość miał wymalowaną na swojej twarzy i musiałby się bardzo postarać, by to ukryć.
- Tym razem przegięli…
- Przestań – rzuciłam, kręcąc głową. – Naprawdę mam dość. Jesteście tacy sami…
- Nigdy – powiedział, odwracając się w moją stronę, a ja wstrzymałam oddech. – Nigdy nie porównuj mnie do tego pieprzonego dupka! My nie stosujemy takich zagrywek!
- Przepraszam – wydusiłam z siebie, bo nie ukrywam, ale w tym momencie najnormalniej w świecie się go przestraszyłam. Irwin zamknął oczy, a potem znów spojrzał na mnie.
- Przepraszam – odpowiedział, a ja zrobiłam zaskoczoną minę. – Nie mam powodu, by wyżywać się na tobie.
- Jest spoko – rzuciłam, wyciągając rękę w jego stronę. 
         Poklepałam go po dłoni, a on ciężko westchnął. Wolałam nie wiedzieć, co się stanie, gdy nasza drużyna postanowi się zemścić. Wolałam nie wiedzieć, jak oni na to odpowiedzą. Wiedziałam jedno… To się w końcu naprawdę źle skończy.

***
         Do sali weszła pielęgniarka, ubrana w biały fartuch. Sarah podniosła wzrok na kobietę. Trzymała w rękach kolejny worek z płynem. Kiwnęła jej głową, a następnie podeszła do łóżka, na którym spał Luke. Spojrzała na puste opakowanie, po wcześniejszym lekarstwie. Zawiesiła nową kroplówkę, łapiąc za koniec długiego, przezroczystego wężyka. Nachyliła się nad blondynem, a potem lekko odkryła kołdrę, by dostać się do jego prawej dłoni.
         Kiedy podłączała drugą kroplówkę, Luke jęknął i poruszył się w miejscu. Sarah spojrzała na chłopaka, by po chwili znów zerknąć na pielęgniarkę.
- Proszę się nie martwić – powiedziała cicho. – To ostatnia dawka leków. Nie jest tak mocna, jak poprzednia. Niedługo syn powinien wrócić do rzeczywistości i przestać majaczyć.
- Majaczyć?
- Dostał mocne środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe – odpowiedziała, sprawdzając wkłucie. – Każdy po czymś takim, by odjechał.
- Jasne… Dziękuję. - Kobieta spojrzała na nią po raz ostatni, uśmiechnęła się i wyszła z sali.
          Sarah poprawiła się na krześle, które ustawione było obok jego łóżka. Przez moment jej wzrok zatrzymał się na kroplówce, a następnie na wężyku, którym był z nią połączony Luke. W sali panowała cisza.
         Nagle Luke mocniej zacisnął lewą dłoń, natrafiając na pustkę. Ponownie poruszył się na swoim miejscu. Jego ruchy były wolne, jakby był na granicy jawy i snu i nie za bardzo wiedział, w którą stronę powinien się udać. Zacisnął mocniej oczy. Drgnął ponownie, jakby czymś zaniepokojony, a jego dłoń znów ścisnęła powietrze. Sarah przysunęła się do niego jeszcze bliżej, słysząc jego cichy szept.
- Luke? – zapytała, bo nie zrozumiała, co powiedział wcześniej.
- Rose?
- Tu Sarah – powiedziała cicho, nachylając się w jego stronę.
- Rose?
- Niedługo wróci kochanie – wyszeptała, a on pokręcił głową, mocniej wtulając twarz w poduszkę. W dalszym ciągu nie otwierał oczu. – Coś się dzieje? Coś cię boli?
- Nie.
- Śpij Luke – rzuciła, delikatnie gładząc go po ramieniu.
- Potrzebuję…
- Czego skarbie?
- Rose… Ona… Obiecała…
- Co ci obiecała?
- Że mnie nie zostawi – odpowiedział szeptem, a Sarah wstrzymała oddech. Po raz kolejny przejechała dłonią po jego ramieniu.
- Nie zostawiła. Za chwilę wróci – zapewniła go, a on lekko skinął głową. Już więcej się nie odezwał.
          Sarah siedziała w dalszym ciągu w jednej pozycji, bojąc się poruszyć. Miała wrażenie, że każdy jej ruch może obudzić chłopaka, który znów pogrążył się w głębokim śnie. Zacisnęła lekko usta, powracając do tych kilku słów, które powiedział.
- Zazwyczaj w takich momentach dzieciaki wołają swoje matki i to bez względu na to, ile mają lat – odezwał się cicho Dan, a Sarah podskoczyła na krześle. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że do sali wrócił jej narzeczony. Miała wrażenie, że nie było go znacznie dłużej, a on przecież wyszedł, tylko po dwie kawy.
- Albo ojców- odpowiedziała, gdy usiadł na krześle niedaleko niej. Podał jej tekturowy kubek, a następnie sam upił łyk gorącego napoju.
- A mój syn woła twoją córkę- powiedział po chwili ciszy. – To chyba dostateczny dowód na to, że możesz przestać się w końcu o nich martwić. Myślałaś, że to nie jest takie silne… Że w każdej chwili mogą się ze sobą pokłócić i rozwalić to, co udało im się zbudować. Mimo tego, że widać, że między nimi jest ta tajemnicza chemia – powiedział ze śmiechem.
- Chemia – rzuciła, zerkając na blondyna, by po chwili znów spojrzeć na Dana. –  Tak, oni to mają.
- My też to mamy – powiedział, znów się do niej uśmiechając, a ona odpowiedziała mu tym samym.- Co złego jest w dwóch pięknych happy endach?
- Nie ma nic złego.
- Szczególnie, że w końcu jestem maksymalnie zadowolony z wyboru mojego jedynego syna – odparł, rozsiadając się na fotelu. Sarah zaśmiała się pod nosem. – Poznałem Rose o wiele szybciej, niż on.
- To też idzie w drugą stronę- powiedziała, wskazując na siebie palcem. – Ale to nie zmienia faktu, że będę się o nich martwić. O każdego z osobna…
- To normalne. To część rodzicielstwa – odparł z uśmiechem, a potem nachylił się, by złapać ją za dłoń. Sarah mocniej zacisnęła palce na jego skórze. – Co nie zmienia faktu, że ta dwójka ma takie charakterki, że w życiu sobie z niejedną rzeczą łatwo poradzą. 
- Obyś miał rację.
- Mam rację skarbie – powiedział z pewnością w głosie, a ona zaśmiała się cicho.

***
         Lekcje w naszej szkole skończyły się z dobre dwie godziny temu, więc parking był zupełnie pusty, nie licząc samochodu Luke'a, który samotnie stał na środku niego. Ashton zatrzymał swoje granatowe BMW zaraz obok. Bez słowa wysiadłam z samochodu, a Irwin zrobił to samo.
         Podeszłam do czarnego samochodu blondyna. Otworzyłam drzwi od strony kierowcy, wrzucając na siedzenie obok swoją torbę. Oparłam się o drzwi, spoglądając na Ashtona, który nadal miał skwaszoną minę.
- Będzie dobrze – rzuciłam, siląc się na spokojny ton, choć wcale nie podobało mi się to, w co się wpakowali.
          Irwin zdążył pokiwać mi głową, gdy rozległ się za nami pisk opon, a potem głośny klakson nadjeżdżającego czerwonego Volkswagena. Zmarszczyłam czoło nie wiedząc, co się dzieje. Usłyszałam głośne przekleństwo, jakie wydobyło się z ust perkusisty.
        Samochód zatrzymał się niedaleko nas. Otworzyły się drzwi. Z środka wysiadło dwóch chłopaków. Jednego z nich poznałam od razu. Był wysoki, z nieco dłuższymi, prostymi, brązowymi włosami i rozbawionymi niebieskimi oczami. Na jego twarzy wymalowany był złośliwy uśmieszek. Trevor Green.
- Irwin! – krzyknął, jakby witał się z dawnym kumplem. – Zastanawiałem się, dokąd jedziesz z tą ślicznotką, a ty tylko wyrzuciłeś ją pod szkołę! Randka?
- Spieprzaj Green! – warknął Ashton, robiąc krok w jego stronę.
- Nie mogłem się oprzeć, by nie zobaczyć twojej słodkiej wkurwiającej buźki, więc podążaliśmy dziś twoimi śladami. Jak tam Luke? – Spięłam wszystkie mięśnie słysząc, jak wypowiada imię blondyna. – A Michael? Wypruły się im wnętrzności? Bez obaw misiu, nic im nie będzie. Mam nadzieję, że nasz poczęstunek im smakował.
- Jesteś zwykłym śmieciem Green – wycedził przez zaciśnięte zęby Ash, ruszając w jego stronę.
- Jestem zwycięzcą! No, dajesz maleńki…
         Zanim ogarnęłam całą tą sytuację, Ashton zdążył zbliżyć się do Greena jeszcze bardziej. Niewiele myśląc, odwróciłam się i pobiegłam w jego stronę. Trevor chyba nie spodziewał się tego, że Ash zaatakuje od razu. Dlatego nieco go to zaskoczyło, kiedy Irwin po porostu na dzień dobry mu przyłożył. Chłopak zachwiał się, wpadając na samochód. Jego kumpel zmrużył oczy na Asha. Green jednak wyciągnął rękę, dając mu znak, by ten się nie ruszał.
- Tak chcesz pogrywać?
- Pierdol się Green!
         Rzucili się w swoją stronę, jak zwierzęta. Koleś z czerwonego samochodu z wielkimi oczami obserwował, jak jego kumpel doskakuje do Asha i jak ten po raz kolejny wymierza w niego cios. 
         Podbiegłam do nich w momencie, kiedy Green huknął o samochód po raz kolejny. Odepchnęłam Ashtona, stając między nimi. Trevor wyciągnął rękę, a ja zamknęłam oczy. Na szczęście opanował się i wyhamował, zanim zdążył mnie uderzyć. Tego jeszcze brakowało, by zaczęli mocniej okładać się na szkolnym parkingu. Szczególnie, że byłaby to kwestia czasu, jak zjawiłby się ochroniarz ze szkoły, a oni wpakowaliby się w kolejne kłopoty.
- Macie natychmiast przestać! – krzyknęłam, słysząc, jak Ash warknął pod nosem.
- No… Irwin! Masz damskiego ochroniarza?
- Pieprz się Green! – odpowiedział Ashton.
- Przejmujesz się tym śmieciem maleńka? Musisz wybrać sobie lepsze towarzystwo – powiedział, wlepiając we mnie swoje niebieskie oczy.
- Wybrałam lepsze towarzystwo – odpowiedziałam, nie spuszczając z niego wzroku.
- Och, czyżby? Ostrzegam, że cała ta ich pierdolona banda, to garstka pozerów i frajerów, którzy uważają się za wielkich panów. Chyba, że jesteś kolejną ich panienką do zaliczenia? Najpierw Irwin, a potem weźmie cię kolejny, na przykład Hemmings czy Hood. Im to różnicy nie robi. Chyba, że już obskoczyli cię wszyscy, mydląc ci oczy słodkimi słówkami, bo… 
          Ale nie dokończył. Po prostu nie wytrzymałam. Zacisnęłam dłoń w pięść i sama mu przywaliłam. Co, jak co, ale nie pozwolę mu obrażać moich przyjaciół i Luke'a. Trevor po raz kolejny wleciał na samochód, a potem zaczął rozcierać sobie żuchwę.
- Nie mieszaj się Rose! – krzyknął Ashton i teraz to on, musiał mnie odciągnąć od chłopaka.
- Jesteś skończonym dupkiem! – odparłam na odchodnym, kiedy Irwin niemalże zaciągnął mnie w stronę naszych samochodów.
- Też cię kocham maleńka! – odpowiedział Green, a potem, jak gdyby nigdy nic, wsiadł do samochodu. Ruszyli z piskiem opon. Trevor wystawił nam jeszcze na pożegnanie środkowy palec i odjechał razem z kumplem z terenu naszej szkoły.
- Rose! – syknął Ashton, ciągnąc mnie za rękę.
- No, co?!
- To było… Piękne – rzucił ze śmiechem. – Skurwiel nie spodziewał się, że i ty mu przyłożysz. Ba, sam się tego nie spodziewałam!
- Nie cierpię go.
- Ja też nie. – Puścił mnie i podszedł do swojego auta. – Może lepiej nie mów Lukowi, że rzuciłaś się na Greena w mojej obecności, okej?
- Bo?
- Nie chcę, by Hemmings mnie ukatrupił za to, że w ogóle pozwoliłem ci do niego podejść. – Prychnęłam pod nosem, a potem lekko się uśmiechnęłam.

         Ashton i Calum mieli odwiedzić chłopaków wieczorem, tak więc wracałam do szpitala sama. Sama samochodem blondyna. Samochodem, który był znacznie większy od mojego. Byłam pewna, że nie będę umiała nim jeździć, ale nie było to, aż takie trudne. Bez problemów dotarłam na szpitalny parking. A samochód Hemmingsa był cały i zdrowy. No… Prawie. Bo już pochłonięta swoim triumfem, nie zauważyłam wygiętej siatki od płotu, który rozdzielał szpitalny teren od głównej ulicy. Czując, że w coś zawadziłam, ruszyłam lekko do przodu, a potem wyskoczyłam z auta, jak oparzona.
- Kurwa! – warknęłam pod nosem. Zarysowałam mu tylny zderzak. Luke mnie zabije, wskrzesi, będzie torturował i zabije po raz kolejny.
        Wiedziałam, że Luke dba o swój samochód, a do tego jest znakomitym kierowcą, więc udawanie, że to już tak było, nie wchodzi w grę. Nie łyknie też ściemy, że ktoś to mu zrobił pod szkołą. Musiałam mu się do tego przyznać. Co naprawdę mi się nie podobało. Szczególnie, że blondyn nigdy wcześniej nie pozwolił mi poprowadzić swojego ukochanego auta. Dodatkowo uważał, że czasem jeżdżę, jak wariatka.
        Weszłam do szpitala. Postanowiłam odciągnąć moment swej rychłej śmierci z rąk Hemmingsa, dlatego skierowałam się najpierw do sali, w której leżał Clifford. Michael czuł się już znacznie lepiej, choć i tak wyglądał na skopanego przez los. Obok jego łóżka siedziała Lori. Jego rodzice po raz kolejny poszli do lekarza, który się nim zajmował.
         Obiecałam Irwinowi, że nie wspomnę Lukowi o tym, że miałam małe starcie z Greenem, więc także i Michaelowi podałam pobieżne informacje. Jego dziewczyna nie kryła oburzenia całym tym zajściem, a potem bez mojej pomocy, ze wściekłym wyrazem twarzy powiedziała, co dosłownie myśli na temat ich głupiej poza boiskowej rywalizacji. Clifford przez moment zrobił się tak mały, że byłam pewna, że rozchoruje się na nowo. Na szczęście po chwili ciszy zarówno on, jak i Lori wyluzowali i atmosfera znów wróciła do normalności.
         Po ponad godzinie, wyszłam z sali Michaela w towarzystwie Lori. Dziewczyna skłamała, że musi iść do toalety, ale ja bardzo dobrze wiedziałam, że na szybko chce porozmawiać na osobności. Zatrzymałyśmy się na korytarzu, kawałek dalej od sali Clifforda. Blondynka warknęła cicho pod nosem i spojrzała na mnie.
- Oni odpowiedzą – rzuciła, pewnym siebie głosem. – Oni i tak odpowiedzą Greenowi.
- Wiem i tego najbardziej się boję. Co będzie następnym razem?
- Boję się pomyśleć – odpowiedziała, kręcąc głową. – Co za banda kretynów! Obie drużyny, to banda skończonych kretynów! Dlaczego oni nie mogą z nimi funkcjonować, jak z innymi zespołami?
- Chyba nie może być, aż tak pięknie – odparłam, kręcąc nosem.
- To trwa już tyle lat…
- I nie zapowiada się, by się to szybko skończyło.
- Widzimy się jutro w szkole?
- Tak.
- Może wtedy uda nam się coś wymyślić.
- Wierzysz w to, że nas posłuchają? – zapytałam bez wiary.
- Warto spróbować, nie?

         Zatrzymałam się przed salą trzydzieści siedem. W końcu musiałam wejść do środka. Miałam nadzieję, że być może Luke będzie spał lub dalej będzie na prochowym haju, a ja nie oberwę za ten jego przeklęty zarysowany zderzak. Chciałam zyskać więcej czasu na to, by jakoś mu to powiedzieć.
        Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Spojrzałam na scenkę, która odgrywała się przed moimi oczami. Mama siedziała na krześle przy łóżku Luke'a i razem z nim śmiała się z tego, co opowiadał im Dan, gestykulując przy tym, jakby brał udział w teatrze cieci. Choć z początku chciałam, by Luke był mniej przytomny, to w tym momencie odetchnęłam z ulgą, widząc go w normalnym stanie. Co prawda nadal był blady, jak ściana, w dalszym ciągu podawali mu kroplówkę, ale przynajmniej miałam pewność, że wszystko wraca do normy.
         Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, wszystkie trzy pary oczu spojrzały w moją stronę. Luke uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja odpowiedziałam tym samym. Podeszłam do jego łóżka.
- Jak się czujesz?
- Wszystko minęło – odpowiedział, w dalszym ciągu mając na twarzy ten swój znany uśmiech.
- Lekarz powiedział, że jak jego stan się nie pogorszy przez noc, to jutro go wypiszą – poinformował mnie Dan, a ja pokiwałam szybko głową z nieukrywanym entuzjazmem. I dobrze… Chciałam mieć go już z powrotem w domu.
- Nadal podają mu płyny – pociągnęła mama, a potem zerknęła ze śmiechem na blondyna. – I udało mu się zjeść normalny posiłek.
- To nie był normalny posiłek Sarah – rzucił Luke, krzywiąc się. – To była, jakaś gówniana papka bez smaku. Normalne posiłki serwujesz nam w domu, a to było… ohydne – dodał, wzdrygając się na samą myśl. Parsknęłam śmiechem. – Ta śmiej się…
- Wracasz do zdrowia – powiedziałam, pukając go w ramię.
- Jestem głodny – odparł, wzruszając ramionami.
- Zdecydowanie wracasz do zdrowia – pociągnęła mama i tym razem to ja i ona, zaczęłyśmy się śmiać.
- Co z moim samochodem? – wypalił, zmieniając temat. Nie, nie, nie… Cholera! Zdecydowanie nie teraz! Spojrzałam na niego z miną niewiniątka i nieco odsunęłam się od niego tak, by nie mógł mnie za szybko zabić.
- Umm… W porządku – wydusiłam z siebie, a Luke wlepił we mnie swoje błękitne oczy.
- Dlaczego twoje w porządku brzmi, jakby w porządku nie było? – Pieprzony Hemmings! Za dobrze mnie zna.
- Bo ja… ja…
- Nie – rzucił, kręcąc szybko głową.
- Naprawdę nie chciałam – odpowiedziałam szybko, robiąc przepraszającą minę. – Ale twój samochód jest większy i naprawdę nie wiem… Nie wiem, jak mogłam nie zauważy tego słupa i… Nie chciałam ci wygiąć i porysować blachy z boku…
- Co?! – warknął, a ja zauważyłam, jak zatrzęsły mu się dłonie. – Boże… Źle mi… Naprawdę…
- Luke? – zapytał Dan, zerkając na syna. – Iść po lekarza?
- Tak i to najlepiej kardiologa, bo chyba mam zawał! – Jego ojciec prychnął pod nosem, a potem przekręcił oczami. – Mój samochód – jęknął, jak dziecko.
- Mogłeś dać mi wcześniej poprowadzić, to by problemów nie było – rzuciłam z wyrzutem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- To niby teraz moja wina?!
- Twoja!
- Słodki Jezu – wydusił z siebie, mrużąc na mnie oczy.
- Dobra, żartowałam – rzuciłam ze śmiechem, a on wstrzymał powietrze, by po chwili wypuścić je z cichym sykiem. – Zarysowałam ci tylko zderzak, ale dzięki temu, że cię tak wkręciłam wiesz, że nie jest tak źle, jak być mogło – powiedziałam z zadowoleniem. Blondyn prychnął pod nosem. – Mała, niewinna ryska…
- Nie pogrążaj się kobieto- odparł i teraz to on, skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Zarysowałaś mi zderzak!
- Tylko jakieś dziesięć centymetrów…
- Rose – jęknął po raz kolejny. – To ma być mała niewinna ryska?
- Jezu – odezwał się po raz kolejny Dan. – Jesteście, jak stare małżeństwo. Sarah? Idziemy do bufetu?
- Jasne. Jestem głodna.
- Ja też – rzucił Luke, a Dan parsknął śmiechem. – No, co?
- Ty już swoje zjadłeś.
- Ale…
- Przykro mi synu. Masz dzisiaj przymusową dietę. Rose chcesz coś?
- Nie, dzięki.
        Oboje wstali z miejsc i ruszyli w stronę wyjścia. Po chwili drzwi zamknęły się za nimi. Spojrzałam na blondyna, który miał minę, jakby miał zaraz zejść z tego świata. Zacisnął mocno usta tak, że jego kolczyk prawie w ogóle zniknął.
        Podeszłam do niego jeszcze bliżej i pogładziłam go po ramieniu, starając się nie parsknąć śmiechem. Luke przeżywał poważny kryzys egzystencjonalny, więc nie mogłam być taka podła. Dodatkowo nie zrobił mi, zbyt wielkiej awantury o samochód. No i nie powinnam się bardziej pogrążać.
- Przepraszam kotku – powiedziałam, a moje palce mocniej zacisnęły się na jego ramieniu. – Nie zauważyłam tej pieprzonej siatki od płotu. Spojrzał na mnie, a potem złapał mnie za rękę.
- Jest spoko.
- Spoko?
- Yhy, spoko – odparł, bawiąc się moimi palcami. Pociągnął mnie bardziej w swoją stronę. Usiadłam na łóżku i objęłam go. Blondyn oparł czoło o moje czoło. – Nie umiem się na ciebie zbyt długo gniewać, szczególnie, gdy chodzi o taką rzecz. - Uśmiechnęłam się szeroko. Odsunęłam się od niego, by szybko cmoknąć go w usta. On też się uśmiechnął. – Co nie zmienia faktu, że już więcej nie wsiądziesz za kółko mojego…
- Ja nie wsiądę?
- Nie ma mowy księżniczko.
- Takiego – mruknęłam, a on uniósł lekko brwi do góry, by znów spojrzeć w moje ciemne oczy. – Wsiądę do niego jeszcze dziś.
- Co? Nigdy w życiu!
- Wsiądę, a wiesz czemu? Bo przyjechałam nim do szpitala – rzuciłam z triumfem, a blondyn głośno jęknął pod nosem. Jego głowa opadła na moje ramię, a ja pogłaskałam go po plecach. – Obiecuję, że będę uważać.
- Rose?
- Tak?
- Błagam, nie dobijaj mnie – powiedział, a ja zaśmiałam się.
         Nagle Luke wyprostował się, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Jego oczy wpatrywały się w moją otwartą torbę. Powoli przeniosłam na nią wzrok. Blondyn zauważył granatowe błyszczące opakowanie.
- Co tam masz?
- Nic takiego – powiedziałam, próbując zakryć tabliczkę czekolady. Zacisnęłam na niej mocniej palce.
- No, weź…
- Nie ma mowy Luke – rzuciłam poważnym tonem. – Nie wolno ci!
- Błagam cię Rose – wydusił z siebie, spoglądając na mnie tymi swoimi wielkimi błękitnymi oczami, dodając do tego minę zbitego psa. – Kawałek, mały kawałek…
- Nie możesz…
- Proszę, proszę, proszę…
- Może ci się po tym pogorszyć.
- Nic mi nie jest – zapewnił mnie z uśmiechem. – A mój tata przesadza.
- Lekarze też przesadzają? – rzuciłam, a on skrzywił się. Zrobił nadąsaną minę.
- Mały kawałek – wyjęczał, nachylając się w moją stronę, tak że jego twarz zatrzymała się kilka milimetrów od mojej. – Błagam – dodał, przeciągając sylaby.
- Dobra – odpowiedziałam dla świętego spokoju, bo wiedziałam, że Luke i tak mi nie popuści. – Ale jak się źle poczujesz, to będzie to tylko…
- Tak, wiem. Moja wina. Nic mi nie będzie księżniczko. Słowo Hemmingsa! – powiedział, wyciągając dwa palce w górę. Uniosłam brwi i parsknęłam śmiechem.
- Wydaj mnie tylko przy rodzicach, a będziesz umierał w męczarniach – syknęłam, podając mu tabliczkę z czekoladą.
- Powiedzmy, że to takie małe wynagrodzenie za to, co zrobiłaś z moim samochodem.
- Matko, będziesz mi to wypominał do końca życia? 
        Luke zaśmiał się. Cmoknął mnie w nos, a potem szybko otworzył czekoladę. Przyssał się do niej, jakby nie jadł od tygodnia.
- Miałeś wziąć, tylko kawałek.
- To będzie większy kawałek – odpowiedział przełykając to, co miał w buzi. Zamruczał, jakby jadł najwspanialszą rzecz pod słońcem. – Pychota. Chcesz?
- Nie, dzięki – rzuciłam z uśmiechem. Choć miałam na nią wielką ochotę, to jednak pozwoliłam mu, by pochłonął ją całą. Szczególnie, że tak słodko wyglądał w trakcie jej jedzenia.

        Dan i Sarah wyszli od Luke'a, kiedy do sali wpadł Calum i Ashton. Przyprowadzili ze sobą Michaela, który śmiał się, że ta dwójka go uprowadziła. Posiedziałam z nimi jeszcze chwilę, a potem, kiedy zaczęli mówić o pączkach i Picton, postanowiłam się zmyć. Naprawdę nie miałam ochoty wysłuchiwać tego po raz kolejny. Szczególnie, że chłopaki mocno przeginali w tej kwestii, co zupełnie mi się nie podobało. Pożegnałam się z nimi, by odbyć niedługą podróż samochodem blondyna do domu.



***
Druga część za nami. Jak widzę, większość z was Drogie Sherloczki pokapowała się, co się stało, szybciej, niż nasi geniusze :)
Mam nadzieję, że ta część też przypadnie wam do gustu :)

Dziękuję wam za te wspaniałe komentarze. Kiedy czytałam je w pracy, nie mogłam przestać się szczerzyć do komórki :) Jesteście MEGA ZAJEBIASZCZE!


Zdradzić wam sekret, a raczej dwa? 
Pierwszy - ogarnęłam się i postanowiłam dodać jeszcze jeden sezon do tego opowiadania - mam nadzieję, że nie macie go dość, a nawet jakby, to skończy/zacznie się w takim momencie, że będziecie mogły na spokojnie zakończyć czytać na czwartym sezonie :)
Drugi - jeśli nie macie dość moich pomysłów, to napiszę tyle: pracuję nad kolejnym odpowiadaniem - ale szczegółów jeszcze nie zdradzę :) 

Rozdział z numerem sześć, pojawi się w poniedziałek :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Czuje się, jak nowo narodzony. Chcę już wracać do domu, ale wypisy są robione od pierwszej i… Zabierz mnie już.
- Wytrzymasz.
- Wiesz, co oni dali nam do jedzenia na śniadanie? – jęknął, a ja parsknęłam śmiechem. – Znowu, jakąś dziwną papkę.

***

- A ja to nie pomagam? – rzuciła Becky, robiąc duże oczy.
- Zainwestować w coś na pamięć, to nie pomoc – stwierdził Irwin.

***

- Pychota.
- Dla ciebie jest gotowana pierś z kurczaka i warzywa – odezwał się Dan, a ja nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, widząc minę blondyna.

***

- No, Rose –mruknął, kręcąc głową. Zabrałam mu piłkę.
- Co? – zapytałam, głosem niewiniątka.
- Nie rób tak!
- Nie podoba się?
- Właśnie wręcz przeciwnie – odpowiedział, a ja parsknęłam śmiechem. 

9 komentarzy:

  1. Przy tym rozdziale miałam mieszane uczucia. Szczególnie w czasie sytuacji na szkolnym parkingu. Najpierw byłam wkurzona na Trevora a potem śmiałam się jak głupia jak Rose mu przyłożyła. Rozdział jak zwykle cudny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiadomość, że będzie jeszcze jeden sezon i kolejne opowiadanie jest świetna, aaa! :D Luke jak wcinał czekoladę haha. Dobrze, że Rose przywaliła temu frajerowi, jak ja go nie cierpię, boże, sama bym zabiła dziada.

    OdpowiedzUsuń
  3. No heej! Wkurwia mnie te Picton , a szczególnie wtedy , kiedy wydawało mi się że jeden zarywał do Rose , jakiś gbur jeden :/ zakochałam się w tym rozdziale! :** ale nie wytrzymałam kiedy Luke powiedział że ma zawał albo jedzenie to papka hahahah kochaam taaak moocnoo <3 /Emily77

    OdpowiedzUsuń
  4. Uśmiałam się jak Rose przyłożyła Trevorowi, albo jak Luke miał zawał haha :D
    Beka totalna a rozdział cudowny <33

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak ja się cieszę, że mu przyłożyła. Brawo Rose! Tak dalej.
    Rozdział genialny :*
    Życzę ci dużo weny i do następnego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiedziałam! Jak, ja nie cierpię tego Greena. Jest tak samo wkurzający, jak Harper, która na szczęście zniknęła z tego opowiadania i życia Rose! Bardzo dobrze, że Rose mu przyłożyła - będzie tu kretyn obrażać naszych! Jeny... AWW :D Jakie to było słodkie, jak Luke mówił, że potrzebuje Rose i jak szukał jej ręki! UWIELBIAM KSIĘŻNICZKĘ I KOTECZKA!!!! :D Hahah zawał Luka mnie też powalił i to jak dorwał się do czekolady- to było urocze!
    To ty jesteś zajebiaszcza - to po pierwsze. Po drugie - MEGA SIĘ CIESZĘ, ŻE BĘDZIE JESZCZE JEDEN SEZON!!!! Mam nadzieję, że nie będzie on jednak ostatnim, bo kocham tą historię! Kolejne opowiadanie? TAK, jestem bardzo, bardzo NA TAK! Jestem ciekawa, na jakie się zdecydowałaś, bo z tego co się orientuje, pojawiły się dwa pomysły. Nie mogę się doczekać, kolejnej części! Chcę już poniedziałek!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy next? ? Umieram czekając na kolejne rozdziały !! <3 oczywiście cudowne jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
  8. Glupii Green ,dobrze ze Rose mu przywalila!! Luke, jak zwykle superowy +Rose -sa po prostu idealni. Nie moge sie doczekac nastepnego rozdzialu<3

    OdpowiedzUsuń