niedziela, 20 września 2015

S4 - Rozdział 12

I can read your mind and I know your story


        Minęło kilka dni odkąd chłopaki odpowiedzieli Picton. Na razie panowała cisza, ale wiedziałam, że jest to cisza przed burzą, bo Green na pewno odbije piłeczkę. Nie wiedziałam tylko, kiedy i jak. Potem oczywiście odezwą się nasi i tak będzie dopóki nie skończymy szkoły, albo jeszcze dłużej, zważając na to, że Irwin i Green to tak zacięci wrogowie.
         Od samego początku uważałam, że ta ich chora rywalizacja w końcu doprowadzi do jakieś katastrofy. Nie spodziewałam się tylko tego, że chłopaki z jednej, jak i drugiej drużyny, mogą ponieść takie konsekwencje, które będą miał wpływ na ich przyszłość. A po dzisiejszym dniu cały obraz nie przedstawiał się nazbyt kolorowo. Choć z drugiej strony mówi się, że zawsze mogło być gorzej.

          Powoli dobiegały końca zajęcia z wychowania fizycznego. Na niebie widniały szare chmury, a ja byłam pewna, że w każdej chwili może lunąć. To jednak nie powstrzymało trenera od tego, by wygonić nas na boisko. Skoro chłopaki mogą grać w deszczu, to i my możemy odbyć wf w takich warunkach.
         Wyprostowałam się, ocierając czoło z potu, a potem podskoczyłam słysząc głośne łupnięcie, które dochodziło ze szkolnego parkingu. Stojąca obok mnie Lori zmarszczyła czoło, a potem spojrzała na mnie. Wzruszyłam ramionami. Może dyro wprowadza, jakieś prace remontowe na parkingu?
- Dobra dziewczęta, koniec! – zarządził trener.
- No, w końcu – rzuciła Becky, która przebiegała obok nas. –Zaraz kurwa wykorkuję.
- Do szatni migiem! – krzyknął na nas, a cała nasza grupa, ruszyła w stronę budynku.
          Wpadłam do białego pomieszczenia. Porwałam z szafki ręcznik i żel do mycia, a potem pognałam pod prysznic, jako jedna z pierwszych. Dziś był ten dzień, w którym to ja i Luke mogliśmy jechać do szkoły wspólnie, bo Hemmings nie miał żadnego treningu przed, ani po zajęciach. Nie chciałam, by zbyt długo na mnie czekał, więc wrzuciłam szybsze obroty.
         Umyta wróciłam do szatni i wskoczyłam w swój szkolny mundurek. Lori i Becky miały podobne tempo. W końcu wyszykowane do pokazania się światu, opuściłyśmy szatnię i zadowolone, że to koniec, ruszyłyśmy w stronę wyjścia ze szkoły. W dodatkowy optymizm wprowadzał mnie fakt, że dzisiaj nic nam nie zadali, a dzięki temu mogłam po obiedzie od razu zabrać się za malowanie prezentu ślubnego dla rodziców.
- O kurwa! – warknęła Lori, kiedy znalazłyśmy się na zewnątrz.
          Dopiero jej słowa sprowadziły mnie na ziemię, a ja zaczęłam ogarniać całą tą sytuację, którą miałam przed oczami. Picton odpowiedziało. Ale odpowiedziało w taki sposób, że nie wróżyło to niczego dobrego. Na środku naszego szkolnego parkingu płonęły trzy duże opony, z których wydobywał się czarny dym. W powietrzu unosił się zapach spalonej gumy, który mocno drażnił nozdrza. Dodatkowo rozwieszono duży transparent, z krwisto czerwonym napisem Picton rządzi. Jeśli ci kretyni myśleli, że dyro i reszta ciała pedagogicznego na to nie zareaguje, to się gruby pomylili. Mieli przekichane.
- Nie, nie, nie! – krzyknęła Lori, a ja podążyłam za jej wzrokiem. 
          Blondynka wpatrywała się w naszą drużynę, która już wychodziła naprzeciw swoim rywalom. W tłumie dostrzegłam Hemmingsa i aż jęknęłam od nosem. Czubki wpakują się zaraz w kłopoty. Szybko ruszyli w ich kierunku, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że Green pojawił się z całą swoją świtą.
- Kurwa – warknęłam pod nosem, schodząc po schodach na dół. 
          Dziewczyny deptały mi po piętach, a ja dokładnie śledziłam to, co zaraz zrobią nasi. W głębi duszy miałam nadzieję, że nie dojdzie do niczego złego, ale podświadomość beształa mnie za to, że jestem tak naiwna.
- Masz przejebane Green! – doszedł do mnie rozwścieczony głos Irwina.
          Coraz więcej uczniów z naszej szkoły zaczęło się gromadzić na zewnątrz i obserwować to, co się dzieje. Słyszałam pokrzykiwania męskiej części tej publiczności, którzy dopingowali swoich, jednocześnie podsycając w nich agresję.
- Matko, to się źle skończy – jęknęła Lori.
          Zanim zdążyłam zrobić krok do przodu, chłopaki rzucili się na siebie, jak hieny. Zrobiłam wielkie oczy, kiedy te dwa małe tłumy zmieszały się ze sobą, okładając się nawzajem. Doszło do totalnej bójki, a ja nie mogłam na to patrzeć.
          Zadziałałam kierowana instynktem, nie do końca myśląc o tym, co chcę zrobić. Bez głębszego zastanowienia, puściłam się biegiem w kierunku naszych. Za mną podążyła Lori i Becky. Brunetka jednak zatrzymała się w połowie drogi, patrząc z przerażeniem na to, co się dzieje.
- Starczy! – krzyknęłam, doskakując do pierwszej grupki z brzegu. Dziwiłam się, czemu nikt ich nie rozdziela. Dlaczego wszyscy stoją, pokrzykują, ale nie zrobią nic, by ich rozdzielić. – Przestańcie do cholery!
- Michael! – Usłyszałam krzyk Lori, która próbowała rozdzielić swojego faceta z chłopakiem w koszulce Picton.
         Chłopaki z naszej klasy ruszyli się dopiero wtedy, kiedy my wkroczyłyśmy do akcji. Chyba dopiero teraz do nich doszło to, że wszystko odbywa się na terenie szkoły i jeśli obie drużyny nie przestaną, to będą mieć jeszcze gorsze kłopoty. Dlatego obok nas pojawiło się więcej ludzi, a co za tym idzie, zrobiło się jeszcze głośniej.
         Kątem oka zobaczyłam, jak Pete - jeden z naszych-  odciąga Hooda od jakiegoś niskiego, ale dobrze zbudowanego chłopaczka. Calum miał rozdartą koszulę na dole, a tamten zakrwawioną twarz. Mulat jednak w furii, dalej rzucał się w jego stronę, a Pete ledwo był w stanie go utrzymać. Dopiero kiedy nadbiegł jego kumpel i złapał Hooda za drugie ramię, byli wstanie odciągnąć go od chwiejącego się na nogach zawodnika Picton.
          Ryan starł się z ich bramkarzem, który powalił go na ziemię. Już chciał go kopnąć, ale zjawił się Mark, który uderzył go w tył kręgosłupa, co spowodowało, że jego przeciwnik upadł na kolana z głośnym jękiem. Irwin natomiast dorwał samego Greena. Widziałam, że żaden z nich nie chce popuścić. Jakiś chłopak z naszej szkoły, którego nie znałam z imienia, potrącił mnie biegnąc w ich stronę. Za nim zjawili się pozostali i też zaczęli ich rozdzielać. Ja jednak rozglądałam się za zupełnie inną osobą.
          Dopiero po chwili namierzyłam Luke'a, który siedział okrakiem na jakimś czarnowłosym chłopaku i okładał go pięściami. Zanim zdążyłam do nich doskoczyć, nieznajomy z Picton przyłożył Hemmingsowi, a ten, aż się zakołysał. Niewiele myśląc złapałam swojego faceta za koszulę i pociągnęłam go do tyłu, przewracając na plecy. Zawodnik z drużyny Greena, podniósł się i chciał wykorzystać sytuację swojej przewagi, ale ja stanęłam między nimi.
- Spróbuj tylko kochasiu – warknęłam pod nosem, widząc, jak mierzy mnie wzrokiem. – Jesteś damskim bokserem?
- Rose, nie wtrącaj się! – krzyknął Luke, podrywając się na równe nogi.
- Przymknij się Hemmings – odparłam, przez zaciśnięte zęby, a potem znów szarpnęłam go za ramię, kiedy ponownie chciał doskoczyć do chłopaka z Picton. – Co wy najlepszego odpieprzacie?!
- To nie twoja sprawa! – odburknął tamten. – Wypierdalaj!
- Odezwij się do niej tak jeszcze raz, a twoja własna matka cię nie pozna! – zagrodził Luke, rzucając się w jego stronę. Złapałam go za koszulę i znów pociągnęłam w swoją stronę, uniemożliwiając mu dojście do swojego przeciwnika. Słyszałam, jak Luke warknął pod nosem.
          Chwyciłam go mocno za nadgarstek i pociągnęłam w kierunku Irwina, który nadal wkurzony, starał się doskoczyć do Greena. O dziwo Hemmings poszedł za mną, choć słyszałam, jak wyrzuca z siebie kolejne wiązanki przekleństw. W końcu puściłam go, podchodząc do Asha.
- Wyluzuj jeden z drugim! – warknęłam, spoglądając na nich.
- Sukinsyn! – odparł Trevor.
- Zamknij jadaczkę Green! – odezwałam się. Dopiero teraz chłopak zorientował się, że to ja. Na jego twarzy pojawił się pewny siebie uśmieszek. Przestał się szarpać.
- Nawet kurwa o tym nie myśl! – warknął Luke, stając obok mnie.
- No, Hemmings! Widzę, że nadal jesteś z tą laleczką! Podobał ci się mój list, skarbie?!
- Zabiję go! - wydusił z siebie Luke i zanim zdążyłam się zorientować, odepchnął jednego chłopaka od niego i rzucił się na Trevora, powalając go na ziemię.
- Luke! Luke przestań!
          Podbiegłam do nich, aby ich rozdzielić. To spowodowało, że Ash wrócił na ziemię. Kątem oka widziałam, jak wyswobodził się z uścisku swoich kumpli z klasy, a potem doskoczył do walczących. Złapał mnie za ręce, a potem odciągnął od blondyna i Greena, którzy tarzali się po ziemi, okładając się nawzajem pięściami.
- Hemmo! Zostaw go! – zawołał Ash, a następnie mocno złapał go za ramiona i jednym zgrabnym, ale jednoczenie mocnym ruchem, oderwał Hemmingsa od Trevora, który zaczął masować sobie szczękę. Trzepnęłam blondyna w ramię, a on spojrzał na mnie. Widziałam, że jest wściekły. Dostrzegłam krew na jego koszuli, a potem jej źródło. Miał rozciętą wargę.
- Co tu się dzieje?! Natychmiast macie się rozejść!
         Jęknęłam pod nosem. Miałam nadzieję, że uda nam się szybko zwinąć z terenu szkoły, zanim do akcji wkroczy dyrektor z nauczycielami. Niestety, nie udało się. Dźwięk ich kroków rozniósł się po parkingu, sprawiając, że nastała cisza. Uczniowie niezamieszani w cały ten konflikt rozstąpili się, aby zrobić im miejsce. Dopiero, gdy podeszli bliżej zauważyłam, że dyrektorowi towarzyszy trener drużyny i pan Clark.
- Drużyna z Picton! – krzyknął trener. - Na jedną stronę! -  Chłopaki spuścili głowy i bez słowa ustawili się w rządku. – Moi geniusze po drugiej!
         Spojrzałam na Irwina i Hemmingsa, którzy bez słowa ustawili się po lewej stronie płonących opon, które to gasiły nauczycielki. Zagryzłam lekko wargę. Prezentowali się fatalnie. Wiedziałam, że w końcu ta cała ich rywalizacja doprowadzi do jakieś katastrofy i proszę. Mają to, czego chcieli.
- Reszta ma opuścić teren szkoły i udać się do domu! – rozkazał trener, a uczniowie w ciszy, rzucili się do ucieczki, nie chcąc, aby i ich pociągnięto do odpowiedzialności za to, co się tu stało. Spojrzałam szybko na Lori, która cała zdyszana zerkała w moją stronę. Kiwnęła mi głową i obie odwróciłyśmy się.
- Panna Rivers i panna Bentley zostają – usłyszałam za plecami głos dyrektora. 
          Zacisnęłam mocniej oczy. Świetnie. Teraz i my mamy kłopoty. Powoli odwróciłyśmy się w stronę ciała pedagogicznego. Chłopaki na nas nie patrzeli, tylko skupili się na czubkach swoich butów.
- Musimy poważnie porozmawiać – skwitował dyrektor, uważnie się nam przyglądając. Kiwnęłam głową. – Ale najpierw chcę listę waszych imion i nazwisk – pociągnął dyrektor, spoglądając na chłopaków z Picton.
          Pan Clark wyciągnął telefon, a potem przeszedł się wzdłuż rzędu drużyny Greena, notując ich dane. Następnie dyrektor wyciągnął swoją komórkę, który po chwili przyłożył do ucha.
- Chris – powiedział poważnym tonem. – Nie, nie dzwonię w tej sprawie. Zgadnij, kto pojawił się na terenie mojej szkoły… Nie wiesz?... Twoja drużyna piłkarska, paląc mi opony na środku parkingu. Dodatkowo wdali się w bójkę z moimi chłopakami… Tak… Mam ich dane, zaraz ci je prześlę… Dobrze… Tak… Myślę, że to będzie najlepszy pomysł… Dobra… Zadzwonię do ciebie później. – I rozłączył się. Spojrzał na chłopaków z Picton. – Wasz dyrektor czeka na was w swoim gabinecie. Mam wasze dane, które zaraz mu przekażę, więc nawet nie próbujcie numerów z uciekaniem, czy wymiganiem się w jakikolwiek sposób od odpowiedzialności. Macie natychmiast opuścić teren tej szkoły.
         Chłopaki bez słowa pokiwali głowami, a potem szybkim krokiem ruszyli w stronę bramy wyjazdowej, w której w dalszym ciągu kłębiły się samochody naszych uczniów, którzy zgodnie z rozkazem trenera, wyjeżdżali z parkingu. Stałam, lekko zaciskając dłonie w pięści i denerwując się coraz bardziej. Widziałam, jak Lori trzęsie się ze strachu tuż obok mnie.
- Wy – wskazał na naszą drużynę dyrektor, co spowodowało, że w końcu podnieśli głowy i spojrzeli na niego. – Zapraszam do mojego gabinetu. – Następnie przeniósł wzrok na mnie i na Lori. – Was również.
          Zazgrzytałam zębami, posyłając Hemmingsowi mordercze spojrzenie, a on mocno zacisnął usta. Złapałam Lori za ramię i poprowadziłam ją w stronę dyrektora, który już zbliżał się do schodów, by po chwili zniknąć w budynku. Trener z panem Clarkiem szedł tuż za chłopakami, więc nie mieliśmy możliwości odezwania się do siebie, choćby jednym słowem.

          Trener rozsadził nas po dwóch stronach korytarza. Chłopaki siedzieli pod ścianą, ściśnięci obok siebie. Wyglądali, jak siedem nieszczęść. Nam kazano zająć miejsce na ławce. Trener przechadzał się wzdłuż całej naszej zebranej grupy, co jakiś czas mrucząc coś pod nosem i kręcąc głową.
          Spojrzałam na bladą Lori, która mocno zaciskała ręce na swojej spódnicy. Zagryzłam lekko wargę, pukając ją w nogę. Podniosła głowę do góry, a ja kiwnęłam do niej na znak, że jakoś to będzie. Wzruszyła tylko ramionami. Blondynka nigdy nie wpakowała się w żadne kłopoty, więc denerwowała się podwójnie. Nagle drzwi od gabinetu dyrektora otworzyły się, a on zerknął najpierw na chłopaków, a potem na nas.
- Zapraszam – zwrócił się do mnie i do Lori, a my bez słowa podniosłyśmy się z miejsca.
          Zanim weszłam do jaskini lwa, zdążyłam złapać kontakt wzrokowy z moim inteligentnym Lukiem, który z miną zbitego psa, rzucił mi przepraszające spojrzenie. W tym momencie miałam ochotę go udusić. Jego i pozostałych. Dlaczego oni nigdy nie słuchają?
          Lori zamknęła za nami drzwi. Dyrektor zajął miejsce za biurkiem, wlepiając w nas surowy wzrok. Wskazał nam dwa krzesła, które stały tuż przed nim. Usiadłyśmy. Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza, a ja myślałam, że od tego wszystkiego zaraz dostanę zawału. Nasz dyrektor skutecznie umiał wprowadzić cię w stan niepewności i strachu, choć zazwyczaj był miłym, nieco ciapowatym gościem, ale jak się wkurzył, to jego wizerunek całkowicie ulegał zmianie.
- Proszę się nie denerwować – powiedział spokojnie, spoglądając bardziej na Lori, niż na mnie, której zaczęły trząść się dłonie. - Akurat wy zostałyście wezwane do mnie w celach informacyjnych.
- Informacyjnych? – wydusiłam, a Lori zaczerpnęła głośniej powietrza. W tym momencie nie byłam pewna, czy jest to ta lepsza opcja.
- Myślę, że wiecie najwięcej jeśli chodzi o konflikt z Picton. Mogę się założyć, że pan Irwin i jego koledzy nabiorą wody w usta i nic mi nie powiedzą. – No, kurwa bosko… Wygląda na to, że czeka nas małe przesłuchanie. Przesłuchanie, które może jeszcze bardziej pogrążyć naszą drużynę. Miałam tylko nadzieję, że Lori nie pęknie i nie wygada się po całości, bo teraz musiałyśmy kryć tych idiotów.
- Będziemy mieć jakieś kłopoty? – zapytałam dla pewności.
- Wy? – Pokiwałam głową. – Nie. Śmiem wątpić, że byłyście zaangażowane w tą całą ich rywalizację osobiście.
- Nie byłyśmy – odpowiedziała szybko Lori.
- Po rozmowie z dyrektorem z Picton, szybko zarysowaliśmy sobie cały obraz tej sytuacji – pociągnął, spoglądając na jakąś zapisaną kartkę papieru. – Udało nam się zanotować kilka incydentów, które być może dotyczą obu drużyn. Wymieniliśmy się informacjami, ale nie mamy na to wszystko świadków, więc liczę, że panie powiedzą mi coś więcej na ten temat.
- Takiego – pomyślałam, zaciskając usta. Nie miałam zamiaru wkopywać chłopaków w jeszcze gorsze bagno, niż to, w które oni sami się władowali.
- U nas doszło między innymi do uszkodzenia sportowego sprzętu, w tym większej ilości piłek oraz dwóch siatek bramkarskich, zanieczyszczenia szatni pewną śmierdzącą substancją, zaklejeniu szafek, rozwieszeniu barw Pictin na stadionie oraz do grupowego zatrucia pokarmowego – pociągnął dyrektor, a ja wzięłam głębszy oddech. Nie wiedzieli o wszystkim. – W tamtej szkole zanotowano obrzucenie drużyny zepsutym jedzeniem, zaklejeniu całej sali gimnastycznej naszymi barwami, a także w drugiej kolejności rozlaniu w ich sali rybich wnętrzności oraz rozkręcenie ich przyrządów do ćwiczeń i ławek w szatni. Wszystko wskazuje na to, że dwie drużyny bawiły się ze sobą w taki sposób. Skoro w obu tych przypadkach pojawiają się barwy obu zespołów, to adekwatne jest to, że obie drużyny są temu winne. Czy wiedzą panie coś więcej?
- Zapomniał pan dodać, że obie drużyny składają się z idiotów – rzuciłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. Lori zrobiła wielkie oczy, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, co wypłynęło z moich ust. Dyrektor spojrzał na mnie uważnie, a ja miałam wrażenie, że zadrgały mu kąciki ust. – Przepraszam – dodałam szybko. – Chciałam powiedzieć, że może i przyjaźnimy się z Irwinem i jego grupą, ale chłopaki doskonale wiedzą, jakie mamy zdanie na temat ich rywalizacji z drużyną z Picton, więc nie wtajemniczali nas w to, co robią poza boiskiem.
- Jakie to zdanie, panno Rivers?
- Że zachowują się, jak banda dzieciaków.
- Słuszna uwaga – powiedział powoli dyrektor, rozsiadając się w swoim dużym, skórzanym czarnym fotelu. – Czyli mam rozumieć, że nie wiecie nic na temat innych akcji, które mogły się odbywać?
- Nie wiemy – odezwała się Lori.
- Czy wiecie może, od kiedy zaostrzył się konflikt między drużynami? 
         Zmarszczyłam nos i pokręciłam głową. Mieszkając jeszcze w Brisbane słyszałam o rywalizacji między nimi, więc nie miałam pojęcia, kiedy to się zaczęło.
- Chyba z jakieś dwa lata temu, kiedy w Picton kapitanem drużyny był Sean Black – odpowiedziała szybko Lori, pukając się palcem po policzku. – Nie jestem pewna, ale chyba chodzi o jakąś bójkę pomeczową, w którą wdała się dwójka rezerwowych z obu drużyn.
- Czy chłopaki mówili o jakiś innych akcjach, które nawet oni sami mogli nie powiązać z ich rywalizacją?
- Nie – odpowiedziałam szybko.
- Czy sami mówili o jakiś konkretnych planach dotyczących drużyny z Picton?
- Nie. Jak mówiłam wcześniej, nie rozmawialiśmy między sobą na ten temat – skłamałam, wpatrując się w naszego dyrektora i licząc na to, że łyknie wszystko to, co mówimy.
- Dobrze – powiedział po chwili ciszy. – W takim razie jesteście wolne. Gdyby jednak coś wam się przypomniało, to dajcie znać.
- Oczywiście – odparła szybko Lori i zerwała się z miejsca jako pierwsza. Zrobiłam to samo, a potem obie wyszłyśmy z gabinetu.
- Panowie zapraszam całą waszą grupę oraz trenera! – zawołał dyrektor.

         Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność zanim chłopaki wraz z trenerem opuścili gabinet dyrektora. Ich miny wcale mi się nie podobały, a trener, aż kipiał ze wściekłości. Wykrzyczał w ich kierunku parę gorzkich słów, a potem ruszył w stronę schodów, a ja miałam wrażenie, że słyszę pojedyncze przekleństwa wydostające się z jego ust.
          Spojrzałam na drużynę, która bez słowa rozchodziła się. Niektórzy z nich wyglądali, jakby mieli się zaraz rozpłakać. Pozostali wyglądali na przybitych. W tym momencie sama nie byłam pewna tego, czy chcę wiedzieć, co za kara ich spotkała.
          Ja i Lori wstałyśmy z ławki i bez słowa ruszyliśmy za naszymi, którzy kierowali się w stronę wyjścia. Między nami panowała niezbyt przyjemna cisza. Schodząc po schodach wymieniłam szybkie spojrzenie z blondynką, która dodatkowo pokręciła głową. Odezwaliśmy się do siebie dopiero na zewnątrz, wiedząc, że tu nikt nas nie usłyszy.
- Co zrobił?- wypaliłam, kiedy cała nasza piątka zatrzymała się przy samochodach. Irwin zacisnął mocniej usta. – No?
- Zawiesił nas w rozgrywkach i wpisze nam to do papierów – odpowiedział rozdrażniony Hood. Zrobiłam wielkie oczy. Byłam pewna, że dyro nie posunie się, aż do takiej kary.
- Zdajecie sobie sprawę, co to oznacza? – wypaliła Lori, świdrując ich spojrzeniem.
- Tylko błagam nie mówcie, a nie mówiłam – jęknął Ashton, kręcąc głową. Widząc, w jak beznadziejnym jest humorze, powstrzymałam się od tego.
- Sami jesteście sobie winni – mruknęłam tylko.
- Odpuścimy sobie dzisiaj próbę. Nie mam kompletnie nastroju do grania – powiedział Clifford. Reszta pokiwała głowami i bez słowa zaczęła rozchodzić się do swoich aut.
          Poszłam za Hemmingsem, który w dalszym ciągu milczał. Wyciągnął z plecaka kluczyki od samochodu, a ja zauważyłam, jak trzęsą mu się ręce. Podeszłam do niego i złapałam go za ramię.
- Luke – zaczęłam, a on spojrzał na mnie.
- Nie dobijaj mnie – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Kurwa, błagam.
- Chciałam tylko powiedzieć, że nie powinieneś prowadzić w takim stanie i widząc twoją reakcję, mam stu procentową rację.
- Co?
- Oddawaj kluczyki – rzuciłam, wyciągając rękę w jego stronę. 
          Hemmings warknął pod nosem, ale o dziwo oddał mi klucze. Zdziwiłam się, że tak szybko mi poszło. Luke obszedł samochód i wsiadł na miejsce pasażera. Ja usiadłam za kierownicą. Włożyłam klucz do stacyjki i spojrzałam na niego. Był rozgoryczony i wściekły. Odwrócił się w stronę okna, a ja zauważyłam, jak skubie dół swojej koszuli. Pokręciłam głową i odpaliłam silnik. Nie tak miał się skończyć ten dzień w szkole.

          Przez całą drogę Luke nie odezwał się do mnie, ani jednym słowem. Ja też milczałam. Nie miałam jednak zamiaru pozostawać w tak biernym stanie. Chciałam tylko odczekać, aż znajdziemy się w domu, a blondyn zyska nieco spokoju, by się pozbierać po rozmowie u dyrektora. Potem przyjdzie moja kolej.
         Zaparkowałam na stałym miejscu blondyna, a chłopak szybko wysiadł z samochodu. Zrobiłam to samo, zamykając jego auto. Ruszyłam za nim, a Luke otworzył drzwi od domu. Weszłam do środka. Widząc, że Hemmings chce się ulotnić do góry, złapałam go za brudną koszulę i pociągnęłam do tyłu tak, by się zatrzymał. Odwrócił się i spojrzał na mnie, lekko marszcząc czoło.
- Mamy do pogadania – rzuciłam, a on przekręcił oczami.
         Rzucił plecak na ziemię, tuż przy szafce, a potem bez sprzeciwu wszedł do kuchni. Usiadł na krześle i wlepił swoje błękitne oczy w stół. Coś czuję, że nie będzie to rozmowa, a monolog prowadzony przeze mnie, bo Luke raczej nie był skory do współpracy.
         Weszłam za nim do kuchni i otworzyłam lodówkę. Wyciągnęłam z niej dwie puszki zimnego napoju. Jedną postawiłam przed nim na stole, ale Luke w ogóle jej nie ruszył. Drugą otworzyłam i upiłam z niej kilka małych łyków. Następnie utkwiłam poważny wzrok w blondynie.
- Mam nadzieję, że jesteście z siebie w stu procentach zadowoleni – powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Luke odniósł głowę i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Co? Myślałeś, że będę cię teraz pocieszać?
- Jak masz na mnie wrzeszczeć, to sobie to odpuść – rzucił, kręcąc głową.
- Kurwa, Luke – warknęłam, podchodząc do niego. – Co wyście sobie myśleli? Że nic się nie wyda? To było do przewidzenia, że w końcu stanie się coś takiego!
- Akurat to było z ich winy.
- Mniejsza z tym – ciągnęłam. – Wy też nie byliście święci! Macie szczęście, że dyrektor was po tym wszystkim nie wywalił lub całkowicie nie zawiesił w prawach ucznia! – Spojrzałam na niego i pokręciłam głową. Luke znów wpatrywał się w stół. – Będziesz miał to w papierach, które pójdą za tobą na studia – mówiłam dalej, rozkręcając się jeszcze bardziej. Skończyło się niańczenie i udawanie, że nic się nie dzieje. – A wiesz, co oznacza zawieszenie w rozgrywkach? Spadacie na sam koniec tabeli z zerową ilością punktów! Do tego wy jesteście na ostatnim roku, więc możecie się pożegnać z gwarantowanym dla was stypendium sportowym na uczelni. Co za tym idzie, stracisz potrzebne ci punkty, które mogą zaważyć na tym, czy dostaniesz się na uniwerek czy nie. A biorąc pod uwagę twoje stopnie, to będziesz musiał się solidnie nagimnastykować, by trafić tam, gdzie chciałeś pójść. Mam nadzieję, że opracowałeś sobie plan awaryjny – rzuciłam, kręcąc nosem, a Luke ciężko westchnął. – Oczywiście żaden z was geniuszy o tym nie myślał. Boże, mój facet to idiota – dodałam na końcu, a on prychnął pod nosem.
         Spojrzałam na niego i wzięłam głęboki oddech. Byłam na niego wściekła, bo liczyłam na to, że trafimy na ten sam uniwersytet, ale jak widać nasze plany będą musiały ulec zmianie. Dodatkowo martwiłam się o tego kretyna i jego przyszłość. Tymi głupimi wyskokami nie tylko on, ale pozostali napytali sobie biedy. 
          Im dłużej tak na niego patrzyłam, tym ze stanu złości, przechodziłam w stan współczucia, bo Luke wyglądał teraz na tak bardzo skopanego przez los, że zrobiło mi się go żal. Tak, Hemmings to właśnie w sobie miał. W dalszym ciągu spoglądał w stół, nie podnosząc głowy do góry, a jego długie chude palce, co jakiś czas zaciskały się lekko w pięść.
          Niewiele myśląc podeszłam do niego i objęłam go ramionami. Luke wydał z siebie ciężkie westchnienie. Wyprostował się nieco, bardziej wtulając się w moje ciało, a ja wzmocniłam uścisk wokół niego. Pogładziłam go dłonią po policzku, a jego ręce oplotły mnie w tali. Stałam z nim tak przez jakiś czas i dopiero otwierające się drzwi, sprowadziły mnie na ziemię.
          Do środka wszedł Dan i moja mama, a ich miny mówiły jedno - oni już wiedzą. Zacisnęłam usta, odsuwając się od młodszego Hemmingsa, który odwrócił się w stronę naszych rodziców. 
         Gdyby wzrok mógł zabijać, Luke już dawno byłby trupem. Pierwszy raz widziałam tak wściekłego Dana. Dana, który zazwyczaj był tym bardziej wyrozumiałym i wyluzowanym rodzicem. To moja mama zazwyczaj spinała się, gdy któreś z nas odwalało jakiś numer. Teraz te role się odwróciły.
- Masz przechlapane – powiedział na wstępie Dan, ściągając marynarkę. Jego błękitne oczy utkwione były w jego pierworodnym, a ja odsunęłam się jeszcze dalej. – Dostałem telefon ze szkoły. Co wyście najlepszego odwalili?! I nie, nie mów, że to tylko oni, bo dyrektor zarysował nam cały obraz tej sytuacji!
- Nie musisz się na mnie wydzierać, bo Rose już mi urządziła tą scenę – powiedział Luke.
- Świetnie, w takim razie przejdę do punktu drugiego – warknął Dan, podchodząc do niego. – Zawiodłem się na tobie! Jak mogliście być tak ślepi i nierozważni?! Rywalizacja, rywalizacją, ale wycinać takie numery! Myślałem, że jesteście bardziej rozgarnięci, a wasze numery nie przekraczają granicy, ale jak widać bardzo się myliłem!
- Dan – zaczęłam mama, kładąc mu dłoń na ramieniu, a mężczyzna zamknął oczy, bo po chwili znów spojrzeć na syna. – Krzykiem niczego nie zdziałasz.
- Masz szczęście, że skończyło się tylko na tym! Ale z pewnością możesz się pożegnać z uczelnią, którą wybrałeś! Nie z takimi wpisami w papierach! Jak mogliście coś takiego robić i nie myśleć o konsekwencjach?! Zachowywaliście się, jak nieostrożne dzieciaki, odprowadzając do tego wszystkiego! Naprawdę się na tobie zawiodłem – dodał z goryczą, kręcąc jednocześnie głową. Luke wstał z miejsca i ruszył w kierunku wyjścia. Dan złapał go za ramię. – Jeszcze nie skończyłem…
- Wiem, że nawaliłem po całości i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – rzucił blondyn. – Dlatego przeciąganie tego jest niepotrzebne.
          Strącił jego rękę z ramienia, a potem wyszedł z kuchni, złapał za plecak i wleciał do góry. Po chwili usłyszałam, jak zatrzaskuje za sobą drzwi od łazienki. Dan warknął pod nosem i usiadł na jego miejscu, ciężko oddychając. Stałam i wpatrywałam się w tą scenę, bojąc się odezwać, czy nawet poruszyć. Mama podeszła do Dana i poklepała go po plecach.
- Co on najlepszego zrobił? – powiedział ciszej Dan i znów pokręcił głową. – Przekreślił wszystko to, na co pracował przez te wszystkie lata.
- Będzie dobrze Dan – odparła mama.
- Dobrze? Sarah, ty się chyba nie słyszysz – rzucił mężczyzna. – Robiłem wszystko, aby Luke miał to, czego chce. Chciałem go przyszykować do tego, aby przejął moją firmę. Liczyłem na to, że zdobędzie dobre wykształcenie, a potem bez problemu poradzi sobie z firmą. A teraz, co? Nie wiadomo, czy dostanie się gdziekolwiek!
- Dan – odezwałam się, wlepiając w niego swoje ciemne oczy. Dopiero teraz starszy Hemmings zwrócił uwagę na to, że ja w dalszym ciągu stoję w kuchni. – Nie będzie, aż tak tragicznie. Luke nie jest idiotą.
- Rose, wiem, że ty i on jesteście ze sobą bardzo blisko, ale chyba nie zamierzasz go bronić?
- Nie zamierzam, ponieważ też uważam, że to wszystko ich wina – powiedziałam powoli, nie odrywając wzroku od naszych rodziców. – Ale nie traktuj go teraz, jak czarną owcę w tej rodzinie. Ty w jego wieku nie popełniałeś błędów? – zapytałam, a on ciężko westchnął. – Luke nie zasługuje na to, by jego ojciec skreślił go po całości za ten jeden, co prawda duży incydent.
- Nie zamierzam go skreślać.
- Tak? Bo po twoich słowach wnioskuję, że chyba to zrobiłeś – powiedziałam powoli, a on mocno zacisnął usta. – Każdy popełnia błędy, a twój syn umie wyciągać z nich wnioski i ponosić konsekwencje swoich czynów. Nie jest złym chłopakiem, więc mam nadzieję, że nie będziesz go traktował, jak tego najgorszego – powiedziałam, a potem wyszłam z kuchni.
          Weszłam po schodach na górę. Zatrzymałam się przy drzwiach od łazienki, słysząc włączony prysznic. Luke był w środku. Zagryzłam lekko wargę i postanowiłam na razie dać mu spokój. Poszłam do siebie.

         Przebrałam się w swoje domowe rzeczy, czyli dresy i luźną koszulkę, a potem siedziałam na łóżku. Czekałam na ten moment, kiedy Luke w końcu wyłoni się z łazienki. Po długich minutach, które ciągnęły się dla mnie w nieskończoność, usłyszałam jego kroki, a następnie otwieranie i zamykanie drzwi od jego pokoju. Szybko poderwałam się z miejsca i poszłam do niego.
         Darowałam sobie pukanie. Po prostu weszłam do jego pokoju, jak do siebie. Spojrzałam na blondyna, który leżał na łóżku. Jedną rękę miał opartą o brzuch, a drugim przedramieniem zasłaniał oczy. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Zerknął na mnie. Zacisnął lekko usta i wrócił do poprzedniej pozycji. Zauważyłam niewielkiego strupa, który powoli tworzył się na jego wardze, w miejscu, w którym trafiła go pięść Greena. Usiadłam obok niego. Nadal był wściekły i rozgoryczony, a ja mu się wcale nie dziwiłam.
- Luke?
- Nie chcę rozmawiać na ten temat – powiedział powoli. Wyciągnęłam w jego stronę rękę, splatając jego palce ze swoimi. Uścisnął je lekko.
- Nie musimy, jak nie chcesz – odparłam cicho. Pokiwał tylko głową.
          W tym momencie poczułam wibrację na udzie, a potem krótki dźwięk oznajmiający mi przyjście wiadomości. Puściłam jego rękę i wyciągnęłam telefon.

Od Lori:
Zadzwoń, jak będziesz mogła gadać. Obojętnie, o jakiej porze.

        Przeczytałam tą krótką wiadomość trzy razy z rzędu, zastanawiając się, o czym chce rozmawiać Lori, ale szybko zorientowałam się, o co może jej chodzić. Wiadomo, że chciała poruszyć temat tego, co się stało.
        Już chciałam się podnieść, ale Luke złapał mnie za ramię, unosząc się na łokciu. Spojrzałam w jego błękitne oczy, w których brakowało mi tych znanych wesołych iskierek. W dalszym ciągu było mi go żal. Mimo tego, że chłopaki ponosili winę za to, co się stało, to jednak żaden z nich nie zasługiwał na taką karę. Dyro nie mógł wymyślić, czegoś mniej brutalniejszego?
- Zostań ze mną… Chociaż ty mnie nie zostawiaj – powiedział niemalże szeptem, a ja szybko pokiwałam głową. W tym wypadku Lori musiała poczekać.
       Luke padł na poduszki, a ja weszłam na jego łóżko. Ułożyłam się tuż obok niego, wsuwając twarz w zagłębienie w jego szyi. Objęłam go ciasno ramieniem, a on wtulił się we mnie bardziej. Słyszałam jego cichy oddech tuż nad głową. Udało mi się złapać podobny rytm i teraz oboje wciągaliśmy i wypuszczaliśmy powietrze w tym samym momencie.
        Wiedziałam, że Luke tego potrzebuje. Że nie chodziło o rozmowę, ale tylko o to, by ktoś był blisko niego, gdy coś się dzieje. Już na samym początku uznaliśmy, że nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic i sekretów i blondyn któregoś dnia przyznał mi się do tego, że od małego właśnie tego mu brakowało. Nie było tak, że Dan był złym ojcem i nie poświęcał mu uwagi. Chodziło bardziej o to, że przed rozwodem jego rodziców, Dan ciężko pracował by utrzymać firmę i zapewnić środki do życia rodzinie. Panował wtedy kryzys w tego typu firmach, bo stworzyło się ich tak dużo, że konkurencja była spora, a co za tym idzie usługi kosztowały, co raz mniej. Przetrwać to mogli, tylko najsilniejsi i starszemu Hemmingsowi się to udało. Teraz był jednym z większych gigantów na rynku.
         Kiedy Dan zatapiał się w pracy, opiekę nad małym Lukiem sprawowała jego matka Kate, która była pokroju mojego ojca. Zupełnie nie nadawała się do tej roli i myślę, że ona i Adam pod tym względem mogli podać sobie ręce.
         Mały Luke był często pozostawiany sam sobie, a kiedy coś zbroił, mógł liczyć tylko na krzyk swojej matki. Nigdy po czymś takim do niego nie przyszła, nie przytuliła i nie wytłumaczyła tego, co zrobił źle. Jako mały chłopiec miał nadzieję na to, że w końcu doczeka się tego, czego dzieciaki w jego wieku tak potrzebują. Odrobiny więcej matczynej miłości i zrozumienia. Zamiast tego siedział sam w pokoju, wylewając kolejne krople łez, wsłuchując się często w to, jak jego rodzice rozpoczynają kolejną kłótnię. Jego ojciec był tym, który starał się zastąpić mu oboje rodziców, ale nie bądźmy naiwni. Nie jest to w stu procentach możliwe.
        Opowiedział mi nawet to, jak kiedyś jego matka zostawiła go samego w domu, gdy ten miał sześć lat. Kazała mu zjeść o ustalonej porze kolację, a potem położyć się spać. W tym dniu Lukowi przyśnił się koszmar, a w domu nie było nikogo, kto mógłby obronić go przed jego dziecięcymi demonami. Obudził się z krzykiem, a potem tak długo płakał, dopóki w domu nie zjawił się Dan, który wracał późnym wieczorem z dwu dniowej konferencji ze stowarzyszenia, do którego należał. Dopiero on był w stanie uspokoić swojego małego synka. Oczywiście po powrocie do domu Kate, znów rozbrzmiała kłótnia, na temat jej nieostrożnych metod wychowawczych, których nie popierał Dan.
         Luke określił to kiedyś mianem braku bliskości w sytuacjach kryzysowych, co na początku mnie bawiło. Jednak kiedy zaczął o tym mówić, ja coraz bardziej go rozumiałam. Byliśmy dwójką dzieci rozwodników, którzy mieli podobne doświadczenia. On chciał mieć kogoś, kto będzie obok, kiedy coś będzie się działo, a ja kogoś kto da mi poczucie bezpieczeństwa, którego nie zaznałam od swojego ojca. Pod tym względem uzupełnialiśmy się nawzajem, a ja wiedziałam, że to dodatkowo wzmacnia uczucie i wieź, jaka była między nami.
          Nic więc dziwnego, że szybko zrezygnowałam z telefonu do Lori, tylko po to, by z nim być. Żeby czuł, że nawet w tej sytuacji nie będzie miał powtórki z dzieciństwa. Zresztą starałam się być z nim zawsze, gdy działo się coś złego. A on był w takich sytuacjach ze mną, bo działało to w dwie strony.
          Musnęłam lekko ustami skórę na jego szyi, a Luke mocniej zacisnął ramiona wokół mnie. Westchnął ciężko, a ja pogładziłam go kciukiem po policzku. Chłopak wtulił się we mnie jeszcze bardziej, choć nie wiedziałam, że jest to jeszcze w ogóle możliwe. Czułam przyjemne ciepło bijące od jego ciała. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że jakoś to wszystko się ułoży i może nie będzie tak tragicznie, jak myśleli wszyscy inni.

          Wyszłam na dwór, aby szybko ściągnąć pranie, które suszyło się na zewnątrz. Pogoda w Sydney była nie ciekawa i niebo od samego rana straszyło mieszkańców mocną ulewą i burzami. Miałam nadzieję, że rozpada się w nocy. Żadna to przyjemność, gdy pada w ciągu dnia.
           Z koszem pełnym suchego prania, wróciłam do domu, a następnie ulokowałam się w salonie. Mama szykowała kolację, a Dan siedział z nią w kuchni. Co jakiś czas słyszałam skrawki ich rozmowy. Byłam już w stu procentach pewna, że starszemu Hemmingsowi złość na Luke'a przeszła. Chciałam, by panowie znów dogadywali się, jak dawniej.
          Szybko złożyłam pranie, które składało się z samych ręczników. Już chciałam z nimi wejść na górę, ale mama odezwała się do mnie informując o tym, że za dziesięć minut mamy pojawić się na kolacji. 
          Weszłam z ręcznikami na górę, część zanosząc do łazienki naszych rodziców, a część zostawiając w naszej. Potem wróciłam do swojego pokoju. Usiadłam po turecku na łóżku i chwyciłam za telefon. W końcu musiałam zadzwonić do Lori. Wykręciłam numer i przyłożyłam komórkę do ucha. Blondynka odebrała po pierwszym sygnale.
- Jest, aż tak źle? – wypaliła na wstępie, zanim zdążyłam się odezwać.
- W jakim sensie źle?
- Długo nie oddzwaniałaś.
- Nie… Jest chujowo, ale stabilnie, Lori – odpowiedziałam, a ona lekko zaśmiała się.
- Myślisz, że jest szansa na wyciągnięcie chłopaków z tego syfu?
- Co masz na myśli?
- Na razie nic konkretnego. Po prostu nie wiem… Szkoda mi ich, mimo tego, że to głupki – powiedziała, a ja pokiwałam głową, choć ona tego nie mogła zobaczyć.
- Widzę, że nie tylko ja o tym myślałam.
- Ty też?
- Ja też – odparłam, zagryzając lekko wargę. – Spotkamy się jutro na jednej z przerw, ale same bez nich.
- Widzę, że kiełkuje ci się już jakiś plan.
- Kiełkuje to dobre słowo, bo na razie jest małe prawdopodobieństwo, że w ogóle coś z tego wyjdzie.
- Warto spróbować.
- Oczywiście, że warto. Trzymaj na razie buzię na kłódkę, Bentley – rzuciłam, a ona zaśmiała się. – Nikt nie może wiedzieć.
- Jasne, jak słońce.
- Super. To do zobaczenia jutro.
- Pa, Rose!



***
Kolejna część za nami, w której to chłopaki wpakowali się w końcu w prawdziwe kłopoty. Mam nadzieję, że rozdział się wam spodobał :)

Dzięki bardzo za tak bardzo pozytywne komentarze! Naprawdę wasze słowa są mocną motywacją do dalszego pisania! Jesteście NAJLEPSZE!
Raz jeszcze dziękuję Natalii za bardzo miłego maila z pytaniami - nie sądziłam, że może kogoś interesować m.in. to kiedy, gdzie i jak piszę. Pierwszy raz też zostałam zapytana o swoje samopoczucie i mijający dzień, co naprawdę mile połechtało moje ego :) Naprawdę mail był mega przyjemy!
Cóż więcej mogę napisać - UWIELBIAM WAS! :)

Cieszę się, że dłuższe rozdziały was nie odstraszają, bo niektóre faktycznie nie wiem, jak podzielić i lepiej mi się je wrzuca w całości.

Kami PL - Harper niestety usunęła się w cień i już się nie pojawi. Nie powiem, ale z tymi kangurami to mnie rozbawiłaś :) Nie sądziłam, że one tak otwarcie sobie łażą :) Może faktycznie kiedyś Malia spotka jednego na swojej drodze :)

Annie - nieźle ci nawalili na początek roku. Przeżyjesz, wierzę w ciebie :) 

Dzięki za życzenia odnośnie miłej zabawy - było mega fajnie i nawet nieźle się czuję, mimo, że byłam w domu dopiero rano :) Tak trochę znowu moją grupę poniosło :D

A na koniec dwie informacje:
1. To opowiadanie, jak i dwa pozostałe będą miały w końcu swoją wersję na wattpadzie. Posłuchałam jęczenia Mileny i w końcu postanowiłam też tam je zamieścić (nie powiem, ale intensywne myślenie co i jak tam się robi, a także walka z samą stroną nieźle ożywia skatowany po imprezie mózg - polecam haha :D). Od dziś można tam już znaleźć The Great Escape, a niedługo pojawią się tam pozostałe opowiadania. Monia dzięki za śliczne okładki!

2. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości pojawią się dwa nowe opowiadania (zbyt dużo pomysłów skutkuje nowymi blogami :)). Postaram się to w miarę szybko ogarnąć i zbytnio nie przedłużać tego momentu. Nie wiem jeszcze, które wyjdzie pierwsze. Mam jednak nadzieję, że również przypadną wam do gustu - to taka mała zapowiedź dla ciekawych :) 

Kolejny rozdział w... paczę w kalendarz... środę lub czwartek. W zależności, jak się ogarnę z czasem :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Luke musisz wstać - powiedziałam, a on wymamrotał coś pod nosem. – Co?
- Nigdzie nie idę. Nie chce mi się- rzucił, jeszcze bardziej wtulając się w poduszkę.

***

- Dziwię się, czemu oni nic nie robią – odezwała się Becky, mając na myśli pozostałą część naszej paczki. – Przecież powinni spróbować!

***

- Co jest?
- W salonie panuje masakryczna atmosfera – skwitowała.
- Ta, na pogrzebach jest weselej – odparła Becky, a ja zrobiłam wielkie oczy i parsknęłam śmiechem. – Naprawdę musimy coś zrobić, bo inaczej dłużej sama tego nie zniosę – pociągnęła ciszej.

***

- No, śpiewaj dalej…
- Nie umiem śpiewać- rzuciłam, krzywiąc się. 

***

- A ty kotku, jak słony popcorn. Popcorn, który masz posprzątać.
- W sumie to twoja wina, że się rozsypał.
- Nie mam czasu.

6 komentarzy:

  1. Wspaniały rozdział. Czekam na następny ! ♥
    Jesteś niesamowita :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta scena z Rose i Lukiem była taka słodka ❤❤❤ genialnie piszesz *__*

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudne czekam na kolejne rozdziały
    Życzę weny i duuuuzo wolnego czasu na wstawianie nowych rozdziałów ;* ♡ obys zdarzyla w środę bo nie mogę sie doczekać następnych ...
    Milego tygodnia ;) nie wiem jak twój ale moj zapowiada się pracowicie

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniały rozdział <3 !
    Uwielbiam plany Rose, więc jestem baaardzooo ciekawa co będzie w następnym rozdziale! Co też ona wymyśliła? Mam ogromną nadzieję, że jej plan wypali i, że chłopaki wyjdą z tego łajna... Słodcy idioci.
    Genialnie piszesz.
    Dwa nowe opowiadania - WOW !!! Kiedy ty masz na to czas? Wiesz, że ja cię podziwiam? Bo podziwiam. BARDZO. Jesteś niesamowita ! ♥ Już nie mogę się ich doczekać.
    Błaaagam, proszę niech next będzie w środę, bo dłużej nie wytrzymam XD
    Pozdrawiam
    - twoja wierna NA ZAWSZE czytelniczka ♥ ;-* <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Poniosło nas, jak zawsze hahaha Ale wracając do rozdziału - CO ZA STADO ŁOSI!!! Wiedziałam, że w końcu w coś się wpakują, ale nie sądziłam, że ich zawieszą w grze. Dobra, ich wina i w ogóle, ale tak szkoda mi się Hemmo zrobiło, jak to czytałam, że myślałam, że mi serducho pęknie na pół. Rose weź go pociesz, zrób coś nie wiem... Ta scenka między nimi -MIODZIO!!! Jestem ciekawa planu Rose :)
    Jest i Wattpad, choć nie powiem, że długo ci to zajęło by się w końcu na to zdecydować. Moje jęczenie na coś się przydaje - może wykorzystam je do uchylenia rąbka tajemnicy na temat nowych opowiadań. I TAK NIE MOGĘ SIĘ ICH DOCZEKAĆ! Jezu.. zdecydowałaś się na dwa! Cieszę michę z tego powodu! :D
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  6. DLACZEGO DOPIERO TERAZ TO CZYTAM? BO SZKOŁA TO ZŁO I TYLE W TEMACIE.
    rozdział jest cudowny, aż mi się ich szkoda zrobiło, zwłaszcza Luke'a ;-;
    Mam nadzieję że znajdę czas na komentowanie i nauka jednak całkowicie mnie nie pochłonie
    A gdyby jednak
    Będziesz mogła mnie zabić ;-;
    KOCHAM I NIGDY NIE PRZESTANĘ <33

    OdpowiedzUsuń