sobota, 26 września 2015

S4 - Rozdział 14

But even when we fight, girl you turn me on


         Od samego rana stresowałam się rozmową z dyrektorem. Choć miałam dobrze przyszykowaną mowę i mocne argumenty, to jednak wiedziałam, że coś może pójść nie tak, a dyrcio może odesłać mnie z tak zwanym kwitkiem. Starałam się uspokoić i za często o tym nie myśleć, ale to wbiło mi się tak twardo do mózgu, że nie mogłam skupić się na niczym innym, jak tylko na tym, co chcę mu powiedzieć.
- Co jest? – zapytał Luke, bacznie mi się przyglądając. 
         Siedzieliśmy w jego samochodzie i jechaliśmy do szkoły. Przestałam bębnić palcami w kolano, odrywając jednocześnie wzrok od ulicy. Spojrzałam na niego.
- Nic nie jest – skłamałam. Na razie z dziewczynami ustaliłyśmy, że nic chłopakom nie powiemy, aby nie rozbudzać w nich niepotrzebnej nadziei. W końcu dyrektor mógł się nie zgodzić na nasz genialny plan.
- Jasne – mruknął pod nosem, przenosząc swoje błękitne oczy z powrotem na drogę. – Dobrze widzę, że się czymś denerwujesz.
- Tak jakoś – wydusiłam z siebie, co było poniżej mojego poziomu, jaki wytrenowałam w kłamstwie.
- Jakoś?
- Luke?
- Tak?
- Błagam, odpuść – jęknęłam, kręcąc głową.
- Po prostu się martwię.
- Niepotrzebnie – odparłam, splatając dłonie ze sobą i mocniej zaciskając palce. – Jest w porządku. Przejdzie mi. Naprawdę jest spoko.
- Spoko – odpowiedział, kiwając głową. 
          Po jego wyrazie twarzy widziałam, że nie dał się na to nabrać. Zacisnęłam lekko usta, a potem uśmiechnęłam się do niego. Luke zmierzył mnie szybko wzrokiem, unosząc przy tym brwi do góry. Wypuścił ciężko powietrze z płuc. Na szczęście przestał mnie wypytywać o mój dziwny stan. Znów skupił się na drodze, przemilczając moje zachowanie. Choć ja czułam, że co jakiś czas zerka na mnie badawczo, jakbym w każdej chwili miała mu zakomunikować, że jednak coś jest nie tak.

          Przez moje zachowanie w samochodzie, Luke przykleił się do mnie, jak rzep do psiego ogona i był obok na każdej przerwie. Zresztą nie tylko on. Michael również nie odstępował Lori na krok. Częstym towarzystwem naszej trójki był także Ashton i Calum. Nie rozumiałam, o co im chodzi, ale postanowiłam w to nie wnikać. Domyśliłam się tylko, że któryś z nich wyczuł spisek i teraz starali się dowiedzieć, co się dzieje i co takiego kombinujemy.
          Te ich ciągłe łażenie za nami, uniemożliwiało nam odbycie spokojnej rozmowy na temat umowy, jaką chciałyśmy zawrzeć z dyrektorem. Na szczęście Becky wpadła na pomysł, by odwiedzić damską toaletę wspólnie. Chłopaki nie mieli, więc wyjścia i musieli zostać na korytarzu. Dopiero tam, mogłyśmy odetchnąć i skupić się na zadaniu.
- Idź do niego na następnej przerwie – powiedziała cicho Lori. – Jest dłuższa.
- Będę musiała pozbyć się Asha – odparłam, przypominając im, że chodzę z nim na lekcję, którą teraz miałam mieć.
- Każda z nas będzie musiała wykazać się sprytem i zwiać spod ich czujnych oczu – pociągnęła Lori. – Ja będę uciekać przed twoim blondasem.
- Ja mam Caluma- odezwała się Becky.
- Ale jeśli zadziałamy szybko, to jest to do wykonania – powiedziałam z pewnością w głosie. – Zwiejemy im sprzed nosa i spotkamy się pod gabinetem dyra.
- W razie czego, gdybyśmy się tam nie pojawiły, to wchodź i nie czekaj na nas – rzuciła blondynka. – Wtedy oznaczać to będzie, że ich zagadujemy.
- Zgoda – odpowiedziałam, kiwając głową.
- Pamiętasz wszystko, o czym rozmawiałyśmy wczoraj? – zapytała Lori.
- Tak, mam to wyryte na pamięć – odpowiedziałam.
- Ekstra. To jesteśmy umówione- rzuciła blondynka z uśmiechem.

         Zabrzmiał dzwonek oznajmiając uczniom zakończenie kolejnej lekcji. Zebrałam swoje rzeczy, wrzucając je niedbale do torby, a potem poderwałam się z miejsca. Jako jedna z pierwszych osób doleciałam do drzwi i wyszłam na korytarz, który powoli zapełniał się uczniami.
- Rose! – zawołał za mną Ashton.
- Pogadamy później –rzuciłam, przez ramię. –Muszę pilnie do łazienki.
         Widziałam, jak chłopak zmarszczył czoło, a potem otwiera usta, by odezwać się po raz kolejny. Machnęłam mu szybko na odchodnym i wbiłam się w najgęstszą grupę ludzi, aby Irwin nie widział, w którą stronę idę.
         Wybrałam okrężną drogę do gabinetu dyrektora, aby pominąć mały korytarz z salami komputerowymi, z których mógł wyłonić się Clifford, który kończył zajęcia z technologii informatycznej. Tak samo pominęłam odcinek, który przecinał drogę do radia i parlamentu. W końcu tam też mogłam na nich wpaść. Na całe szczęście dobrnęłam do celu bez najmniejszych komplikacji i liczyłam na to, że i dziewczynom się to uda.
          Byłam lekko zdyszana, bo cały ten dystans pokonałam półbiegiem. Do tego dochodziły liczne slalomy, bo uczniów na korytarzach przybywało, a ja nie chciałam na nikogo wpaść. Nagle usłyszałam znajomy głos i odwróciłam się. Z daleka zamajaczył mi nie kto inny, jak Hood. Chłopak na szczęście się nie rozglądał i był pochłonięty rozmową, jaką prowadził przez telefon. Zaraz za nim pojawiła się Becky, która w ostatnim momencie odłączyła się od niego i skręciła w moją stronę.
- Moja metoda na Caluma: idź i gadaj, a ja będę za tobą – powiedziała z triumfem, a potem wyprostowała się z dumą.
- Gratulacje, bo ja miałam maraton – odparłam, rozpinając torbę. Wyciągnęłam z niej białą teczkę. – Czekać na Lori?
- Idź – powiedziała szybko brunetka. – Ja przecież tu będę. – Kiwnęłam głową. – Rose?
- Tak?
- Powodzenia – rzuciła z uśmiechem, a ja odwzajemniłam go.
          Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do drzwi. Zapukałam, a potem chwyciłam za zimną klamkę. Nacisnęłam ją i weszłam do środka. Oczy dyrektora od razy spojrzały w moją stronę. Boże… W co ja się pakuję?
           Zamknęłam za sobą drzwi, rzucając szybkie dzień dobry i podeszłam do jego biurka, mocniej zaciskając palce na białej teczce. Dyrektor wskazał mi miejsce, a potem odwrócił się do swojego komputera. Poklikał parę razy myszką, jakby coś wyłączał, a następnie znów spojrzał na mnie z uwagą.
- Panno Rivers – zaczął, a ja lekko zacisnęłam usta. – Co panią do mnie sprowadza?
- Pewna propozycja- odpowiedziałam, siadając na miejscu, które mi wcześniej wskazał.
- Pewnie propozycja nie do odrzucanie, czyż tak? – zapytał ze śmiechem.
- Coś w tym stylu.
- Co będzie podmiotem naszych negocjacji?
- Drużyna piłkarska – odpowiedziałam, kładąc na biurku białą teczkę.
- Zdaje sobie pani sprawę, że chłopcy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony mocno narozrabiali?
- Tak i w tej kwestii nie zamierzam ich bronić – odpowiedziałam, a z każdym wypowiedzianym słowem czułam się pewniej. Może nie będzie tak źle?
- W takim razie zamieniam się w słuch – powiedział dyrektor, przysuwając się bliżej biurka. 
         Oparł łokcie na blacie i ułożył na dłoniach brodę, znów wlepiając we mnie swoje oczy. Miałam wrażenie, że jego czujny wzrok przeszywa mnie na wylot i sama nie byłam pewna, czy się dobrze z tym czuję. Ale klamka zapadła. Skoro powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B. Nie ma odwrotu. Wzięłam, więc głęboki oddech i zaczęłam.
- Tak, jak powiedziałam wcześniej, nie zamierzam chłopaków bronić. Wiem, że przegięli po całości. Tamci i nasi. Myślę jednak, że zawieszenie w rozgrywkach i wpis do papierów to dość sroga kara.
- Kara adekwatna do tego, co zrobili – wtrącił mężczyzna.
- Z drugiej jednak strony – ciągnęłam dalej, a on pokiwał głową. – Chyba każdemu należy się druga szansa. Nie byli święci, postępowali głupio, ale oni też zasługują na to, by móc się poprawić. Niektórzy z nich nie będą mogli tego zrobić w przyszłym roku, bo kończą szkołę. Dlaczego by nie dać tej szansy całej drużynie? Dlaczego nie dać im tej szansy już teraz?
- Nie mogę od tak ściągnąć kary. Kara to kara. Trzeba być konsekwentnym w swoich decyzjach.
- To też rozumiem, ale w końcu jesteśmy tylko dzieciakami, które uczą się na swoich błędach. Potrafimy jednak wyciągać wnioski ze swoich czynów. Dlatego pomyślałam o pewnej umowie. Umowie między drużynami i szkołami. – Przesunęłam teczkę, jeszcze bliżej niego. Dyrektor otworzył ją i wyciągnął przyszykowane przez nas umowy. Uniósł lekko brwi do góry i pokiwał głową. – Jak pan widzi, umowa ta nie omija kary, która jest o wiele znacznie surowsza, niż ta którą wyznaczył pan. Pojawiłaby się w momencie, gdyby doszło do złamania umowy. Umowa ta, była by tą szansą dla chłopaków na pokazanie, że jednak uczą się na błędach.
- To całkiem ciekawa propozycja – powiedział, nie odrywając wzorku od zadrukowanego papieru.
- Jak mówiłam wcześniej jesteśmy młodzi i popełniamy dużo błędów.
- To fakt – wtrącił z uśmiechem.
- A w końcu szkoła nie tylko ma nas uczyć historii, czy matematyki, ale także ponoszenia konsekwencji swoich czynów.
- Czy pani teraz nie zaprzecza sama sobie?
- Nie – rzuciłam szybko, kręcąc jednocześnie głową. – Ale gdzie, jak nie w szkole uczniowie mogą liczyć na drugą szansę i udowodnienia nie tylko panu, ale przede wszystkim sobie, że wynosi z tych budynków także inne umiejętności.
- Co za umiejętności pokazałaby ta umowa? – zapytał, machając kartką.
- Chociażby współpracy, motywacji do wyznaczonego sobie celu, a przede wszystkim negocjacji nawet z kimś, kogoś się nie lubi. Umowa ta postawiłaby przed drużynami pewne wyzwanie, które musieliby podjąć i się go trzymać. Trzymać do końca. A zresztą nie oszukujmy się – powiedziałam z uśmiechem, a mężczyzna znów skupił się na mnie. – Kocha pan tą szkołę i uwielbia pan swoich uczniów – zaśmiał się pod nosem. – Dla pana zawieszenie drużyny w rozgrywkach też nie jest na rękę, szczególnie, że nasza szkoła jest naprawdę w tym sporcie mocna. Śmiało mogę powiedzieć, że zarówno my, jak i Picton rozdajemy tu karty. Nieskromnie dodam, że chłopaki w tym sezonie są naprawdę mega dobrzy, a nie pogardziłby pan kolejnym pucharem. – Dyrektor zaśmiał się i pokiwał mi głową.
- Nie pogardziłbym – odparł po chwili.
- Chłopaki tak naprawdę wkopali się w takie coś po raz pierwszy. W końcu drużyna piłkarska nie składa się z rozrabiaków i awanturników. Taki Calum... Nie tylko piłkarz, ale też przewodniczący parlamentu, który angażuje się w życie szkoły i potrafi naprawdę motywować ludzi do pracy. A Ashton? Najlepszy, jako kapitan. Jest ze swoją drużyną i z każdym jej członkiem osobno. Nie tylko pomaga, ale i zagrzewa do dalszej pracy. Popełnili jeden fatalny błąd, dając się wciągnąć w tą głupią pozaboiskową rywalizację. Ale czy oni nie zasługują na drugą szansę?
- Muszę to przyznać panno Rivers, że ma pani naprawdę mocne argumenty. No i potrafi pani je przekazywać. Nie myślała pani, by zająć się tym w przyszłości?
- Ja… - wydusiłam z siebie, bo dyro najnormalniej w świecie mnie zaskoczył. – Nie myślałam o tym.
- Więc niech się pani nad tym zastanowi. Widziałbym panią, jako adwokata lub prawnika. – Zacisnęłam usta, a potem lekko uśmiechnęłam się do niego. – Bo widzę, że drużyna piłkarska ma dobrego adwokata w postaci pani.
- Tyle, że chłopaki nic o tym nie wiedzą – powiedziałam.
- Więc skąd pani wie, że zgodzą się na tą umowę?
- Znam ich i jestem tego pewna. Każdy chce wrócić do rozgrywek, szczególnie ci, co kończą szkołę. Przez zawieszenie nie tylko tracą punkty, ale stypendia dla sportowców, które otrzymują na studiach za wyniki. I tak naprawdę żaden z nich nie chce mieć tego incydentu w swoich papierach.
- Słuszna uwaga. Więc?
- Więc?
- Zróbmy tak – powiedział, wychylając się do mnie. – Jestem za umową. Podoba mi się, szczególnie, że chłopaki faktycznie powinni dostać szansę na naprawienie tego, co zrobili. Jednak nie byłem sam w tej decyzji. Podjąłem ją wspólnie z dyrektorem ze szkoły Picton. – Zrobiłam wielkie oczy. Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że to był tylko i wyłącznie jego pomysł. – Widzę jednak, że ma pani ducha naszej szkoły. Lubię tak mocno zaangażowane osoby. Chcę zobaczyć, czy naprawdę na tym pani zależy.
- Zależy mi – wydusiłam z siebie.
- Niech mi to pani udowodni jeszcze bardziej – odparł, a ja rozszerzyłam nieco oczy ze zdziwienia. – Zrobimy tak. Jestem za umową, ale to w pani rękach leży przekonanie tej drugiej strony.
- Co?
- To będzie takie małe sprawdzenie pani umiejętności negocjacyjnych. Pojedzie pani do Picton i jeszcze dziś spotka się z dyrektorem tamtej szkoły. Zaanonsuję panią. Ma pani na przekonanie mojego przyjaciela tylko dzisiejszy dzień. Może pani użyć do tego wszystkich możliwych metod, ja w to nie wnikam. Jeśli on się zgodzi, umowa zostaje zawarta. Oczywiście to w pani rękach leży namówienie do niej pana Irwina i pana Greena, ale na to dostaje pani więcej czasu. Jeśli mój przyjaciel się zgodzi, ja nie dzwonię do Związku Piłki Nożnej Szkół Średnich i nie zawieszam drużyn w rozgrywkach. Oczywiście nie wpisuję im tego też do papierów. Panowie z obu drużyn mają znów czyste karty. Warunek jest jeden, taki jaki podała pani w umowie, mają przestrzegać wyznaczonych tam punktów.
- Mam pojechać do Picton? Ale ja…
- Zostaje pani zwolniona z dzisiejszych zajęć. Osobiście usprawiedliwię pani nieobecności u nauczycieli. Podejmuje pani wyzwanie? – A następnie zerknął na zegarek. – Czas ucieka…
- Wchodzę w to – rzuciłam, a on uśmiechnął się szeroko.

          Wyskoczyłam z gabinetu, jak oparzona. Gdy tylko pojawiłam się na korytarzu, dziewczyny rzuciły się w moją stronę, zasypując mnie pytaniami. Przez chwilę nie wiedziałam, od czego powinnam zacząć. W końcu wzięłam głęboki oddech i szybko streściłam im rozmowę, jaką odbyłam z naszym dyrektorem.
- Bez jaj, rzucił ci wyzwanie – powiedziała Lori, robiąc duże oczy.
- I to nie byle jakie – pociągnęła Becky.
- On od czasu do czasu lubi wymyślać coś takiego – odparła blondynka, a potem poklepała mnie po ramieniu. – Dasz radę.
- Jak?- jęknęłam, zasłaniając twarz dłońmi. – Nawet nie mam dzisiaj samochodu, a Luke nie pożyczy mi swojego. Czas mnie goni i nie mogę marnować go na cofanie się do domu.
- Weźmiesz mój samochód – powiedziała szybko Lori. Uniosłam brwi do góry. – I jakieś inne ciuchy też się skombinuje.
- Co?
- Daj spokój – rzuciła Becky, patrząc na mnie z politowaniem. – Chyba nie sądzisz, że wkroczysz do Picton w naszym mundurku. Rozerwą cię wtedy na strzępy. Nie przeżyłabyś tam w tym stroju nawet pięciu minut.
- Pocieszające – wysyczałam, mierząc ją wzrokiem, a dziewczyna przekręciła oczami.
- Mam w samochodzie czarne spodnie, które miałam po lekcjach wymienić. Są na mnie trochę za ciasne, ale może ty się w nie zmieścisz- ciągnęła Lori. – Chodźmy – rzuciła, ciągnąc mnie za ramię. – Jest mało czasu!
          Ruszyłyśmy w stronę zatłoczonego korytarza, a potem włączyłyśmy się do ogólnego i synchronizowanego ruchu, w jakim poruszali się uczniowie naszej szacownej placówki. Lori narzuciła nam tak szybkie tempo, że ledwo mogłam za nią nadążyć. 
         W końcu zbiegłyśmy po schodach, przy okazji wpadając na Bena, którego prawie zwaliłyśmy z nóg. Lori w ogóle zignorowała młodszego kolegę, a ja rzuciłam mu na odchodnym szybkie przepraszam, bo nadal blondynka ciągnęła mnie za sobą.
         Wypadłyśmy na zewnątrz, a następnie podeszłyśmy do samochodu Lori, który stał zaparkowany niedaleko BMW Clifforda. Na szczęście pozostałej części naszej paczki nie było na horyzoncie, więc mogłam bez zbędnych pytań ulotnić się z terenu szkoły.
         Lori podeszła do bagażnika, otwierając go. Wyjęła z niego kolorową siatkę i wcisnęła mi ją w ręce. Bez słowa wyciągnęłam czarne długie dżinsy. Były proste, bez żadnych ozdób i idealnie nadawały się na tą okazję.
- Zakładaj – rozkazała Lori, a ja niewiele myśląc, wciągnęłam na siebie spodnie. Ku mojej wielkiej uldze, pasowały. Ściągnęłam spódnicę i wrzuciłam ją do siatki. – Ej, wyglądasz w nich lepiej, niż ja.
- Może dlatego, że miałaś kupiony za mały rozmiar – rzuciłam, przekręcając oczami. – Są fajne… Naprawdę, podobają mi się.
- Są twoje.
- Serio?
- A no, serio –powiedziała z uśmiechem i do tego pokiwała głową.
- Dzięki.
- Wróćmy jednak do twojej prezencji– pociągnęła Becky. – Ściągaj marynarkę i krawat. – Posłusznie zrobiłam to, o co prosiła. - Masz zwykłą białą koszulę, więc wygląda to w miarę elegancko. Pomijając oczywiście twoje czarne trampki, które nieco psują cały ten obraz, ale na to nic nie poradzimy.
- Wielkie dzięki.
- Nie, serio – rzuciła brunetka, unosząc lekko brwi do góry. – Jest całkiem nieźle.
- Lepiej i tak nie będzie – mruknęłam, machając w jej stronę ręką.
- Wiesz, jak tam dojechać?- zapytała Lori.
- Tak. W razie problemów mam GPS w telefonie – odpowiedziałam, sprawdzając w torbie, czy nadal moja komórka tam jest. – Teczka też jest.
- Daj znać, jak poszło – powiedziała Lori, a ja znów pokiwałam głową. – Oczywiście tajemnica przed chłopakami nadal nas obowiązuje.
- Jasne, jak słońce- odparłam, a dziewczyna podała mi kluczyki. Przejęłam je, obracając powoli w palcach.
- Do Picton jedzie się ponad godzinę, oczywiście przy dobrych wiatrach. Pewnie wrócisz tu już po zakończeniu naszych lekcji…
- Odstawię ci samochód pod dom – przerwałam jej.
- A ja cię odwiozę – rzuciła, a ja uśmiechnęłam się lekko. – To do dzieła.
- Jeszcze raz powodzenia Rose – odparła Becky.
- Dzięki, przyda się – powiedziałam, a następnie odwróciłam się i otworzyłam drzwi od strony kierowcy. Wsiadłam do auta Lori i po chwili wyjechałam ze szkolnego parkingu, zostawiając swoje przyjaciółki za plecami.

***
         Luke zacisnął usta i podszedł do rzędu szafek, przy których stali jego kumple. Ashton zerknął na niego i pokręcił głową. Czyli nie tylko Lori zniknęła. Najwidoczniej cała trójka zmówiła się i dała nogę, robiąc ich w balona. Hemmings zastanawiał się jednak, co takiego się stało, że dziewczyny zaczęły mieć przed nimi, jakieś tajemnice.
- Serio? – wydusił z siebie Michael, kiedy blondyn, oparł się o zimny metal. – Ciebie też zrobiła w wała?
- Nawet nie wiem, kiedy zniknęła mi z oczu – odpowiedział Luke, rzucając plecak na ziemię. – Była szybka.
- Nie szybsza, niż Rose. I ta ściema… Idę do łazienki – rzucił Ashton, udając jej głos. – Dałem się nabrać.
- Nie ty jeden – odezwał się Calum. – Przynajmniej nie łyknąłeś tak prostej ściemy, jak będę za tobą – pociągnął i pokręcił głową, sam w dalszym ciągu nie wierząc w to, jak bardzo był naiwny.
- Teraz przynajmniej jesteśmy w stu procentach pewni, że dziewczyny coś kombinują – powiedział Michael. – Zastanawia mnie tylko, co. Co tak bardzo chcą ukryć?
- Musi być to coś poważnego, skoro od rana nie dość, że zachowywały się dziwnie, to jeszcze te ich tajemnicze zniknięcie  - pociągnął temat Ashton.
          Michael odwrócił się w stronę blondyna. Luke uniósł brwi do góry, nie wiedząc skąd u niego ta bardzo poważna i przejęta mina. Od razu było widać, że Clifford snuje już czarne scenariusze i Hemmingsowi wcale się to nie podobało.
- No? – wypalił Luke, bo wzrok Michaela był dla niego coraz cięższy do zniesienia.
- Myślisz, że Rose i Lori mogą mieć kogoś na boku, a Becky ich kryje? – wydusił z siebie, a blondyn wytrzeszczył na niego oczy.
- Serio, Mikey? – prychnął Calum. – Myślę, że to chodzi o coś innego.
- To oświeć mnie geniuszu – mruknął Clifford, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Nie wiem o co chodzi, ale myślę, że nie o to, co ty myślisz- powiedział jednym tchem Hood, a czerwonowłosy machnął na niego ręką.
- Myślicie, że uda nam się w końcu z nich to wycisnąć? – zapytał Irwin.
- Będzie ciężko – odpowiedział Luke. – Rose się wkurzy.
- Rose? – Usłyszeli za plecami znajomy głos. Cała czwórka odwróciła się w stronę Bena, który zatrzymał się kawałek od nich.
- Widziałeś ją? – zapytał Irwin.
- Ją i resztę. Gdzieś się im spieszyło, bo prawie zleciałem razem z nimi ze schodów. Kierowały się w stronę głównego wyjścia.
- Dzięki Ben – odparł Calum, a chłopak tylko pokiwał głową i ruszył w stronę drugiego korytarza.
- To się robi coraz dziwniejsze – skwitował Luke.

***
          Udało mi się wyjechać z Sydney, w którym już panował duży ruch. Na szczęście na bocznych odcinkach było o wiele mniej samochodów, niż w centrum miasta. Nie byłam nawet w połowie drogi, kiedy w samochodzie rozbrzmiała moja komórka. Jedną ręką sięgnęłam w stronę torby i wyciągnęłam drące się urządzenie. Widząc dzwoniącą osobę, aż jęknęłam. Mimo tego, że prowadziłam, odebrałam telefon.
- Nie mogę rozmawiać Luke – powiedziałam szybko.
- Gdzie ty jesteś? Mamy matmę, a ty znikasz – odpowiedział, a ja wyczułam w jego głosie dziwny niepokojący ton. Luke był podejrzliwy i nieco spięty.
- Mam coś do załatwienia.
- Co?
- Luke, musimy o tym rozmawiać teraz?
- A kiedy?
- Kieruję.
- No i?
- Ty koniecznie chcesz bym dostała mandat lub spowodowała wypadek – mruknęłam, zaciskając mocniej palce na telefonie.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
- Powiem ci, okej – warknęłam cicho pod nosem. – Powiem ci w swoim czasie.
- Jasne. Jak tam sobie chcesz – odpowiedział, a potem, jak gdyby nigdy nic rozłączył się.
          Odciągnęłam telefon od ucha i zerknęłam na urządzenie, jakby miało mi zaraz wybuchnąć w ręku. Świetnie. Luke strzelił mi focha. Teraz będę musiała się mocno nagimnastykować, aby mu przeszło. Z drugiej jednak strony wcale mu się nie dziwiłam. Z całej akcji zrobiłyśmy wielką tajemnicę, trzymając ich z dala od planu. A wszystko tylko dla tego, by nie dawać im zbyt wczesnej nadziei. To wszystko skutkowało kłamstwami i milczeniem, a przecież oboje obiecaliśmy sobie, że nie będziemy mieć przed sobą żadnych tajemnic. Swoim zachowaniem łamałam daną mu obietnicę i nie czułam się z tym faktem zbyt dobrze. Oprócz tego zarządziliśmy w naszej paczce zero kłamania i ściemniania, a my – dziewczyny – łamiemy ten nakaz, o który tak mocno walczyłyśmy. Wszystko było tak zakręcone, tylko dlatego, że postanowiłyśmy wybrać tak zwane mniejsze zło.

           Zaparkowałam samochód kawałek od bramy. Mundurek to jedno, ale Lori przecież miała rejestracje, które ewidentnie wskazywałyby na kogoś z Sydney. Aby nie doszło do uszkodzenia auta w ramach zemsty, za to co się stało, postanowiłam nie wjeżdżać nim na teren szkoły. Ten kawałek w końcu mogę pokonać piechotą.
           Zatrzymałam się przed dużym budynkiem z ciemnej cegły. Uczniowie to wchodzili, to wychodzili z budynku, a wszyscy poubierani byli w swoje zielono-żółte stroje. Przełknęłam cicho ślinę, a potem ruszyłam w stronę drzwi, mając wrażenie, jakbym wchodziła do paszczy lwa, który zaraz połknie mnie żywcem.
          Na korytarzach było jeszcze więcej ludzi, a ja z daleka wyróżniałam się z tłumu. Czułam czujny i zaciekawiony wzrok innych. Na szczęście uczniowie Piction mieli dość dobrze oznakowane korytarze, więc nie musiałam po nich błądzić. Liczne strzałki i tablice skutecznie doprowadziły mnie do celu, bez potrzeby zaciągania języka od uczniów tejże placówki.
          Niepewnie zapukałam do drzwi, czując, jak moje serce przyspiesza. Miałam negocjować z obcym mi człowiekiem, nad przywróceniem jego drużyny do rozgrywek. Drużyny, której nie cierpiałam tak samo mocno, jak oni nas. Czysty paradoks. Ale czego się nie robi dla przyjaciół.
          Weszłam do środka, a mężczyzna za biurkiem od razu spojrzał w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zmierzył mnie od góry do dołu, a potem wskazał mi miejsce.
- Czekałem na panią, panno Rivers – powiedział spokojnie, a ja wiedziałam, że już teraz nie ma naprawdę odwrotu od tego, co się dzieje.

          Siedziałam pod drzwiami dyrektora Picton, czekając na decyzję. Produkowałam się tak mocno i intensywnie, jakby od tego zależało moje życie. Jedna i druga rozmowa skutecznie zmęczyła mnie psychicznie i najchętniej zwinęłabym się do domu, a potem pogrążyła w długim śnie.
          Dyrektor z Picton oznajmił mi bowiem, że musi przedyskutować to raz jeszcze z naszym dyrektorem, przed wydaniem ostatecznej decyzji. Kazał mi poczekać na korytarzu, a ja modliłam się w duchu, by nasze starania nie poszły na marne. Jakby nie patrzeć włożyłyśmy w to trochę pracy i wysiłku.
          Korytarze w szkole zielono-żółtych powoli pustoszały, gdy rozbrzmiał dzwonek oznajmujący uczniom o kolejnej rozpoczynającej się lekcji. W końcu zrobiło się wokół mnie tak dziwnie cicho, że aż zaszumiało mi w uszach. Wolałam chyba jednak ten głośny i denerwujący harmider, który mnie otaczał, bo przynajmniej nie mogłam skupić się na tych złych myślach, jakie pojawiły się w mojej głowie.
          Nie wiedziałam, ile dokładnie minęło czasu, odkąd opuściłam gabinet. Miałam wrażenie, że siedzę tu całą wieczność. W końcu jednak usłyszałam otwierające się drzwi. Na korytarz wyszedł dyrektor Picton. Spojrzał na mnie z uśmiechem. Poderwałam się z miejsca.
- Umowa zaakceptowana – powiedział, kiwając mi głową, a ja zrobiłam wielkie oczy. Przez chwilę myślałam, że się najnormalniej w świecie przesłyszałam. – Oboje idziemy na ten układ. Oczywiście pan Green i pan Irwin muszą podpisać przyszykowane umowy, ale z tego co wiem, to pani również się tym zajmie. Dyrektor Kingsford chce mieć je na biurku w poniedziałek rano. Dwie kopie. Jedna oczywiście dla mnie.
- Naprawdę? – wydusiłam z siebie.
- Naprawdę – odpowiedział, w dalszym ciągu uśmiechając się szeroko.
- Bardzo dziękuję- pociągnęłam i również się uśmiechnęłam.
- Niech tylko chłopaki nie zmarnują tej szansy.
- Na pewno nie zmarnują – zapewniłam z entuzjazmem.

          W czasie drogi do Sydney czułam, jak te wszystkie emocje i stres powoli ze mnie schodzą. Włączyło mi się porządne ssanie – w końcu pominęłam lunch – do tego bardzo chciało mi się pić. Postanowiłam zahaczyć od McDonald i napełnić brzuch śmieciowym, ale pysznym żarełkiem. Korzystając z okazji, że zrobiłam sobie chwilowy postój, zadzwoniłam do Lori i oznajmiłam jej wesołą nowinę. Blondynka nie kryła zadowolenia.
          Zatrzymałam samochód przed jej domem. Lori po chwili wyłoniła się z białego budynku i podbiegła w moją stronę. Pierwsze, co zrobiła, to uściskała mnie mocno, a potem poklepała po ramieniu. Uśmiechnęłam się do niej, opierając się o samochód.
- Część pierwsza za nami – powiedziała, pukając się po policzku. – Teraz trzeba obmyślić dalszy plan.
- Myślałam o tym – odparłam, wlepiając w nią swoje ciemne oczy. – Nie możemy urządzić spotkania dwóm drużynom na raz. To by groziło pozabijaniem się nawzajem. Nie opanujemy tego tłumu.
- To samo chciałam powiedzieć- rzuciła, kiwając głową.- Postawiłabym tylko na kapitanów. W końcu to ich podpisów potrzebujemy. Oni przekażą tą dobrą nowinę reszcie swoich kumpli.
- Irwin i Green to lepsza opcja. Ustalimy dzień…
- Numer – przerwała mi.
- Co numer?
- Musimy skombinować numer do Greena. – Uniosłam brwi do góry. – No, co ty Rose… Chyba nie chciałaś wydusić go od Ashtona. Gdyby on się dowiedział, że ma się spotkać z Greenem, na pewno by wygadał się przed resztą. Na spotkaniu wtedy i tak pojawiłaby się większa grupa, a tego nie chcemy.
- Słusznie. Jeden i drugi nie może wiedzieć, że się spotkają – pociągnęłam i tym razem to ja pokiwałam głową. – Pierwszy punkt nowego planu, to zdobyć numer do Trevora.
- Pomyśl, jak to zrobić i ja też pomyślę. No i jest jeszcze jedna sprawa…
- Jaka?
- Michael chyba jest na mnie wkurzony – powiedziała ciszej, a ja ciężko westchnęłam.
- Witaj w klubie tych złych – mruknęłam, zaciskając lekko usta.
- Nie możemy się wygadać.
- Wiem.
- Ale musimy zrobić coś, by załagodzić sytuację między nami. Pomyślałam, by może nie powiedzieć im całej prawdy, a tylko napomknąć, że działamy w tym kierunku. Oczywiście bez żadnych szczegółów. Na razie tyle musi im wystarczyć.
- Dobry pomysł- rzuciłam, choć w głębi duszy wiedziałam, że jak Luke się przyczepi, to będzie ten temat tak długo wałkował, że będę mieć mordercze myśli względem niego. Najpierw oczywiście będę musiała zmusić go do tego, by w ogóle zechciał ze mną porozmawiać.

          Lori wysadziła mnie przed domem. Poprawiłam torbę, którą miałam na ramieniu. W ręku trzymałam siatkę ze swoimi szkolnymi ubraniami. Przeszłam przez furtkę, zatrzymując wzrok dłużej na samochodzie blondyna. Luke był w domu.
          Weszłam do środka, zrzucając z siebie buty, a potem od razu skierowałam się na górę. Wszędzie panowała cisza, więc zastanawiałam się, czy blondyn czasami nigdzie nie wyszedł. Przecież nie zawsze używał swojego cud, wypacykowanego autka.
          Wparowałam do swojego pokoju, odkładając rzeczy na łóżko. Następnie opuściłam moje królestwo, by zrobić najazd Hemmingsowi. Mógł być u siebie lub urzędować w piwnicy. Postawiłam najpierw na to pierwsze. I bingo. Trafiłam za pierwszym razem.
          Weszłam do jego pokoju, oczywiście ówcześnie nie pokajać. Spojrzałam na Luke'a, który leżał na łóżku. Na uszach miał swoje czarne słuchawki, a kabel podłączony był do laptopa, który stał obok niego. Chłopak jednak zamiast skupiać wzrok na komputerze, trzymał w rękach książkę. Czytał kolejną powieść Stephena Kinga.
           Zacisnęłam lekko usta i podeszłam do niego. Nie liczyłam na razie na żadną reakcję, bo Luke słuchał muzyki tak głośno, że z łatwością mogłam wyłapać melodie i niektóre słowa piosenki, która grała mu w tle. Zauważył mnie dopiero wtedy, kiedy usiadłam obok niego na łóżku, lekko dotykając palcami zewnętrznej strony jego dłoni.
          Powoli zamknął książkę i spojrzał na mnie. Uniosłam lekko brwi do góry, a ten przekręcił oczami i zsunął z głowy słuchawki. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej, nie spuszczając z niego wzroku, a on zrobił to samo. Przez chwilę między nami panowała cisza. Walka na spojrzenia trwała. W końcu jednak dałam za wygraną, wiedząc, jaki Luke potrafi być uparty, kiedy naprawdę się zaweźmie.
- Przepraszam – powiedziałam. – Za to, że ukrywam przed tobą jedną rzecz.
- Że ukrywasz? – prychnął pod nosem, a potem przekręcił oczami.
- Staram się Luke – jęknęłam pod nosem, wiedząc, że i tak nie mogę powiedzieć mu za dużo.
          Hemmings usiadł na łóżku, nie odrywając ode mnie swoich błękitnych tęczówek. Minę miał zaciętą, a ja wiedziałam, że jest wkurzony. Widziałam go już w tym stanie tak wiele razy, że jego emocje potrafiłam wyłapać  na odległość.
- Jakoś dziwnie to pokazujesz – odpowiedział. – Co jest takiego ważnego, że nie mogę o tym wiedzieć? Co takiego robisz z dziewczynami, że musicie to tak mocno ukrywać i do tego kłamać?
- Próbujemy wyciągnąć was z tego syfu, w jaki się wpakowaliście, dobra?! – warknęłam, zupełnie nie potrzebnie unosząc przy tym głos. Luke zrobił zdziwioną minę. Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. – Ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć, bo inaczej to wszystko szlag trafi!
         Miałam dość. Moja energia całkowicie wysiadła, a ja już miałam gdzieś to, czy Luke będzie się na mnie wkurzał czy nie. Dzisiaj nie miałam już sił na to, by się z nim sprzeczać. Powiedziałam mu, co chciałam powiedzieć, dodatkowo go przy tym przepraszając. Był dorosły. Nie musiałam go niańczyć.
         Luke nadal milczał, jakby w dalszym ciągu analizował wypowiedziane przeze mnie słowa. Przekręciłam oczami i wstałam z łóżka. Bez słowa ruszyłam w kierunku drzwi.
- Rose, poczekaj! – zawołał za mną, ale ja już go nie słuchałam. Zatrzymałam się dopiero przy samych drzwiach, w momencie, kiedy usłyszałam, jak szybko podnosi się z materaca. W trybie błyskawicznym znalazł się blisko mnie, ujmując moją dłoń.
- Luke, naprawdę nie mam ochoty się dzisiaj z tobą kłócić – wydusiłam z siebie, a on pokręcił głową.
- Myślisz, że ja chcę się z tobą kłócić? Że kiedykolwiek chciałem się z tobą kłócić? – Już otwierałam usta, ale on szybko mi przerwał. – Nie łap mnie za słówka. Naprawdę chodzi tylko o to?
- Tylko? – jęknęłam, z niedowierzaniem.
- Nie… To nie tak… Ja… Po prostu Michael pieprznął tekst, że może ty i Lori macie kogoś na boku, a Becky was kryje i ja… No… Spanikowałem, dobra? Opanowałem się przy nich, ale jakoś nie mogłem przestać o tym myśleć i chyba to spowodowało, że zachowywałem się, jak przewrażliwiony dupek, chociaż naprawdę nie lubię, jak masz przede mną tajemnice – powiedział jednym tchem, a ja ledwo nadążałam za potokiem słów wypływających z jego ust. Uniosłam brwi do góry. – Naprawdę chcecie nas wyciągnąć z tego wszystkiego?
- Tak, skoro wy sami tego nie zrobicie. Nie wiem, czy to się uda. Nic nie mówiłyśmy, byście nie złapali zbyt szybkiej nadziei, ale wy jak zwykle potraficie wszystko pokomplikować. – Luke zrobił oburzoną minę. – Nie unoś się, a doceń to.
- Doceniam to, księżniczko – powiedział z uśmiechem. Czasami zupełnie nie ogarniałam szybkości zmian zachowania i nastrojów mojego faceta. Czy to się leczy?
- Spoko? – wypaliłam.
- Spoko – odpowiedział z uśmiechem. Wyciągnął ręce w moją stronę, chcąc mnie przytulić, ale ja odepchnęłam go lekko od siebie. Luke przekręcił oczami. – Co znowu?
- Czy ty z początku swojego szybkiego, acz krótkiego monologu powiedziałeś, że ja mogę mieć kogoś na boku? – zapytałam, a Hemmings pokręcił nosem. – Serio?!
- Ja.. – zaczął, ale ja szybko mu przerwałam.
- To się nigdy nie skończy – mruknęłam pod nosem.
- To wszystko twoja wina – odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Że, co?!
- Gdybyś nie była taka, jaka jesteś, to może inni nie zwracaliby na ciebie uwagi- odpowiedział mi, a ja spojrzałam na niego, jak na kosmitę.
- Luke – zaczęłam.
- Co?
- Weź się lecz – skitowałam i złapałam za klamkę, a potem szybko wyszłam z jego spokoju. Nie wytrzymam przez niego psychicznie, jak mamę kocham. Wyląduję w końcu przez Hemmingsa na oddziale zamkniętym.
          Poszłam do siebie, zatrzaskując za sobą drzwi. Następnie pacnęłam na łóżko, zakrywając się swoim błękitnym kocem, aż po sam czubek głowy. Nagle usłyszałam otwierające się drzwi. Jęknęłam cicho pod nosem. Wiedziałam, że to on, w końcu w domu oprócz nas, nie było nikogo.
- Ej, księżniczko – powiedział, a po tonie jego głosu mogłam szybko wyłapać to, że się uśmiechał.
- Idź sobie stąd ty zazdrośniku – wydusiłam z siebie, co wywołało u niego cichy śmiech.
           Poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem. Blondyn wszedł na łóżko, a potem objął mnie ciasno ramieniem. Zsunął mi koc z twarzy i pocałował mnie w skroń, zatrzymując w tym miejscu usta na dłużej.
- Nie wkurzaj się na mnie – poprosił, a ja ciężko westchnęłam.
- Chcesz odbyć ponowną pogadankę na temat pieprzonego zaufania?
- Przepraszam – powiedział, mocniej wtulając się we mnie.
- Mam ochotę cię udusić, kotku – mruknęłam, a on zaśmiał się.
- I żadnego mordowania – poprosił i mimo wszystko, ja też uśmiechnęłam się pod nosem. Objęłam go ramionami, czując przyjemny zapach tak bardzo znanych mi perfum. Moje palce mocniej zacisnęły się na jego koszulce.
- Spoko? – zapytał.
- Spoko – odpowiedziałam, co wywołało u niego jeszcze szerszy uśmiech.
          Odgarnął mi koc, a potem zawisł nade mną. Wstrzymałam oddech, kiedy musnął swoimi ustami moje wargi. Splotłam ręce na jego karku, a Luke wpił się w moje usta, co spowodowało przyjemne łaskotanie w moim brzuchu.
          Naparłam na niego mocniej, a blondyn poddał się temu i teraz to on leżał na łóżku, a ja byłam nad nim. Dotknęłam palcami jego twarzy, przejeżdżając opuszkami wzdłuż linii jego szczęki. Luke przymknął oczy i zamruczał pod nosem, co wywołało u mnie jeszcze większy uśmiech zadowolenia.
- Kocham cię księżniczko – wyszeptał, kiedy nachyliłam się nad nim.
- Ja ciebie też kocham kotku – odpowiedziałam.
          Luke posłał mi łobuzerski uśmiech, a potem przekręcił się. Znów był na górze. Ponownie połączył nasze usta, a ja jeszcze mocniej przycisnęłam go do siebie, pałając się tą przyjemną chwilą. Uwielbiałam, gdy mnie całował i sposób, w jaki to robił. Od jego ciała biło przyjemne ciepło. Nie miałam ochoty się od niego odrywać.
          Chciałam być jednak na górze, więc znów podniosłam się i popchnęłam go. Niestety żadne z nas nie wzięło pod uwagę tego, że łóżko też ma swoje granice i kiedyś się kończy. Oboje polecieliśmy w dół, uderzając w twardą podłogę. Słyszałam cichy jęk, jaki wydobył się z jego ust. Luke, bowiem zrobił za mój amortyzator. On zaliczył bliski kontakt z podłogą, a ja padłam na niego, uderzając tylko w deski łokciem.
- Jezu, kotek nic ci nie jest? – wypaliłam, podnosząc się z niego.
- Kurwa – jęknął, a potem spojrzał na mnie. – Nic ci nie jest?
- Pierwsza pytałam – rzuciłam, a on przekręcił oczami.
- Mniejsza o mnie – powiedział i powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Skrzywił się, masując sobie łopatkę i kark.
- Luke?
- Co?
- Nic ci nie jest?
- Jest w porządku, księżniczko – powiedział z uśmiechem, a potem, jakby nic się nie stało, złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie, znów całując mnie szybko i zachłannie. Uśmiechnęłam się, gdy powoli oderwał się ode mnie, a ja nadal czułam na swoich wargach, jego ciepły oddech.
- Wiesz – zaczął, a ja spojrzałam w te jego cudne błękitne oczy.
- Co?
- Przyda mi się jednak masaż pleców. Cholernie mnie bolą – powiedział, a ja uśmiechnęłam się do niego, kiwając jednocześnie głową. 


***
Jak widać, aż tak strasznie nie było :D Liczę na to, że rozdział wam się spodobał.

Mam też nadzieję, że zdrowiejecie - bo ja czuje się już lepiej, choć nadal mam katar i kaszel, ale gorączka mnie opuściła i nawet w pracy dałam sobie radę. Niestety zaraziłam mojego faceta, więc mamy teraz w domu teren epidemii. Co gorsza mój facet przechodzi chorobę, jak stereotypowy mężczyzna, czyli leży na łożu i żegna się z życiem, co i rusz jęcząc na mnie, że się z niego śmieję. Takie życie :D

Magda - wiesz, że o tym nawet nie myślałam. Ale dzięki za podsunięcie pomysłu, może coś w tym kierunku kiedyś zrobię :)

Kolejna część pojawi się w środę lub czwartek.

Na koniec ważna informacja!
Dziś oficjalnie otworzył się nowy blog z nową historią o 5SOS! 
Nigdy nie byłam dobra w klasyfikowaniu tego typu rzeczy, ale mogę powiedzieć, że będzie to trochę romansu i dramatu. Temat na niego podsunęłyście mi wy :D Mam nadzieję, że nowa historia się wam spodoba :)

Zapraszam więc na Dwa Plus Jeden.

A tu macie cudny zwiastun, który wykonała dla mnie standardowo Monia. Jesteś wielka dziewczyno!


Pozdrawiam!


W następnym odcinku:


- Nie mamy dzisiaj wf-u – rzuciła nie wiedząc o co mi chodzi.

- Ale oni mają – powiedziałam z triumfem i uśmiechnęłam się do niej szeroko.

***

- Nie wejdę tam – jęknęła Lori. – To męska szatnia i oni w dodatku będą tam się przebierać, co jest adekwatne z tym, że będą bez ubrań i … Nie wejdę tam – pociągnęła, oblewając się rumieńcem.

***

- O kurwa, to jednak działa – powiedziała uśmiechnięta Becky. – Zwracam honor – dodała, patrząc na mnie

***

- Jest sprawa…
- To już wiem słodziutka. – Zazgrzytałam zębami. – O co chodzi?

***

- To męska łazienka.
- Tak, wiem, ale mamy do pogadania – rzuciłam, podchodząc do niego.
- I to akurat w tym miejscu? 

8 komentarzy:

  1. Hahah no chłopaki nie wyszło wam z tym pilnowaniem dziewczyn. Rose jesteś najlepsza! Udało ci się! Oby tylko tak łatwo poszło z kapitanami obu drużyn :D Biedny Luke - sam sobie przysparza zmartwień i wszędzie widzi potencjalne okazje do zdrady przez Rose, wyluzuj chłopie ona kocha tylko ciebie! Te fragmenty hahah - czyżby dziewczyny będą próbowały dorwać się do męskiej szatni? Na to wygląda haaha, nie mogę się odczekać kolejnej części.
    Zdrowia Roxy, dla ciebie i Łukasza! Musisz mieć w domu z nim wesoło teraz :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
    Wspaniały rozdział!!! Ty na prawdę genialnie piszesz i na prawdę powinnaś kiedyś zacząć pisać książki. Ja bym czytała na pewno!
    Rozdział jak już mówiłam chwilę temu wspaniały, Rose po prostu jest świetna XD
    Czytając zapowiedź następnego rozdziału trochę mnie zamurowało ... Męska szatnia? O co może chodzić? Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać z niecierpliwością na następny rozdział.
    Przeczytałam prolog twojego nowego bloga i muszę stwierdzić, że zapowiada się super!
    Cieszę się, że lepiej się czujesz, mam nadzieję, że niedługo wyzdrowiejesz całkowicie... I twój facet też ;-)
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział!!!Rose jest genialna, a scenę "będę szła za tobą " trzeba przetestować w praktyce:)
    Jesteś the best<3<3<3Mam ogromna nadzieje, że już niedługo ty i twój facet poczujecie się lepiej;)
    Pozdrawiam i życzę duużżo weny ^-^

    OdpowiedzUsuń
  4. Calum to jak zwykle wychodzi na tego najgłupszego xd
    Wybacz mi kochana, że ostatnio nie komentuję ale szkoła wysysa ze mnie wszystkie siły ;-;
    Co nie zmienia faktu, że czytam! Bez twojego bloga nie mogłabym przeżyć ;*
    Rozdział cudowny, a ten gif na końcu... nwm czemu ciągle leję z Caluma xDD
    Kocham <33

    OdpowiedzUsuń
  5. Calum to jak zwykle wychodzi na tego najgłupszego xd
    Wybacz mi kochana, że ostatnio nie komentuję ale szkoła wysysa ze mnie wszystkie siły ;-;
    Co nie zmienia faktu, że czytam! Bez twojego bloga nie mogłabym przeżyć ;*
    Rozdział cudowny, a ten gif na końcu... nwm czemu ciągle leję z Caluma xDD
    Kocham <33

    OdpowiedzUsuń
  6. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥cudowne jak zawsze !kocham twoje blogi sa genialne
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha ha dobre. Brak mi słów przepraszam. Jeszcze robie prace na historię o komuniźmie masakra.

    OdpowiedzUsuń