piątek, 9 października 2015

S4 - Rozdział 17

We are the Champions


         Od momentu podpisania umów przez kapitanów, wojna między Kingsford a Picton dobiegła końca. Chłopaki nadal się nie lubili, ale przynajmniej przestali wywijać sobie numery. Nie widywali się w ogóle, co działało na ich korzyść. Denerwowałam się za to ostatnim meczem. Meczem, który ma odbyć się w szkole Greena i jego kumpli. Miałam nadzieję, że chłopaki pohamują się na tyle, że nie doprowadzą do zerwania całej tej umowy.
          Całą akcję i nerwy potęgował fakt, że obie drużyny znajdowały się na górze tabeli. Mieli po tyle samo punktów i to właśnie dziś ma się rozstrzygnąć to, kto z nich zgarnie puchar. A jedni i drudzy bardzo chcieli go zdobyć. Wieść o podpisanej umowie szybko rozniosła się po szkolnych korytarzach i byłam wdzięczna reszcie uczniów za to, że nie podsycali agresji między nimi. Wyczuwało się, tylko podniecenie nadchodzącym wydarzeniem, ale nikt nie prowokował, czy to słowami czy obrazkami, jak to nieraz się zdarzało, do wywołania jakiegoś konkretnego działania ze strony, któregokolwiek członka drużyny.

           Siedziałam na łóżku w pokoju blondyna. Luke właśnie skończył się pakować, a ja dla pewności wyliczyłam mu wszystkie rzeczy, jakie powinien ze sobą zabrać. Kiedy okazało się, że wszystko ma, dałam mu spokój pod tym względem.
- Pamiętaj o umowie – powiedziałam, machając w jego stronę palcem.
- Pamiętam. Wyluzuj, księżniczko – odparł, nachylając się w moją stronę. Odsunęłam się od niego, uniemożliwiając mu pocałowanie mnie, na co on zareagował niezadowolonym prychnięciem.
- Mówię serio, kotku. Spotkacie się z nimi, więc zachowujcie się – pouczyłam go, niczym małe dziecko. Hemmings wyprostował się, kręcąc nosem. Wstałam z łóżka, bacznie go obserwując. – Zrobiliście coś?
- Co? Nie… Wcale nie. Wiemy, co będzie, jak któryś z nas ich sprowokuje. Naprawdę Rosalie nic się nie dzieje.
- To skąd ta mina?
- Stąd – powiedział, wskazując na mnie.
- A co ja takiego zrobiłam?
- Zachowujesz się, jak moja matka. A dla przypomnienia, ja już jedną mam i drugiej nie potrzebuję. Za jakiś czas zyskam też macochę, więc możesz odpuścić i nie zamieniać się w mojego kolejnego rodzica.
- Urzekła mnie twoja historia – rzuciłam, uderzając go lekko w ramię. Blondyn skrzywił się. – Mówię poważnie, Luke. Może przesadzam, ale…
- Zdecydowanie przesadzasz – odparł, podchodząc do mnie. Objął mnie i przyciągną do siebie. – Nie martw się.
- A jak przegracie? – jęknęłam, a on przekręcił oczami. – Mogę zmienić dyskusję na ten temat.
- Nic się nie stanie i nie przegramy.
- Och, jaki pewny siebie – mruknęłam, a on zaśmiał się pod nosem.
- Wyluzuj, tylko o to proszę.
- Niech ci będzie.
- Luke! – krzyknął Dan z dołu. – Złaź na dół, bo się spóźnimy!
- Już idę! – odpowiedział blondyn, odwracając się w stronę otwartych drzwi. – Muszę iść – odparł po chwili, zaczesują mi rudy kosmyk włosów za ucho.
- Widzimy się po meczu – powiedziałam, a on pokiwał głową. – Powodzenia.
            Uśmiechnął się szeroko i szybko cmoknął mnie w usta. Złapał za torbę i wyszedł z pokoju. Słyszałam, jak zbiega na dół, a potem, jak oboje wychodzą z domu. Dan miał go podrzucić pod szkołę. Tam było miejsce zbiórki dla drużyny piłkarskiej. Do Picton mają dojechać wynajętym przez szkołę autokarem. My również jechaliśmy na mecz. Dlatego westchnęłam ciężko i sama zabrałam się za szykowanie do wyjścia.

            Dojechaliśmy do szkoły Picton dziesięć minut przed rozpoczęciem meczu. Razem z nami jechała Lori, a Becky i jej ojciec byli tuż za nami. Cała nasza grupa wygramoliła się z samochodów i razem ruszyliśmy w stronę sektora dla gości, który był już prawie pełny. Udało nam się jednak znaleźć całkiem niezłe miejsca, z których dobrze było widać boisko.
- Denerwuję się – powiedziała Becky, nachylając się w moją stronę. Po tych słowach wcisnęła do ust wielką owocową gumę. Uniosłam brwi do góry, powstrzymując się od śmiechu. – No, co? To pomaga mi się uspokoić!
- Nic nie mówię – odparłam, kręcąc głową. – Wystarczy, że nasi strzelą o jedną bramkę więcej i puchar jest nasz.
- Według statystyk… - zaczęła Lori, a Becky głośno jęknęła. – Co?!
- Zostaw statystyki – powiedziała brunetka, mlaszcząc mi nad uchem. Siedziałam między nimi, więc Becky musiała pochylić się jeszcze bardziej, by Lori ją słyszała. – One nie wróżą niczego dobrego.
- Właśnie o tym mówię! – warknęła Lori, machając rękami. – Że statystyki pokazują…
- Nie słucham cię! – krzyknęła Becky, zasłaniając dłońmi uszy.
- Że na wyjazdach najczęściej się przegrywa w takich ważnych meczach! – kontynuowała Lori, a ja byłam pewna, że jeśli nie skończą przekrzykiwać się nawzajem, to z pewnością ogłuchnę.
- Zaczyna się! – powiedziała głośno moja mama, wskazując na murawę.
           Cheerleaderki zeszły z boiska, a na ich miejscu pojawiły się dwie drużyny oraz sędziowie. Nie odrywałam oczu od chłopaków. Przedstawiono składy obu zespołów, a potem nastało standardowe przywitanie się obu drużyn. Wytrzeszczyłam oczy, widząc, że chłopaki najnormalniej w świecie podali sobie ręce. Zazwyczaj przechodzili obok siebie z obojętnymi minami, a Irwin i Green potrafili pokazać sobie środkowe palce. Teraz jednak zarówno kapitanowie, jak i pozostali zawodnicy bez mrugnięcia okiem, ściskali swoje dłonie.
- O kurwa – syknęła cicho Becky.- Czy ja mam jakieś zwidy?
           Ashton podał rękę ostatniemu zawodnikowi z drużyny Picton, a następnie odwrócił się w stronę sektora dla gości. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy podniósł wyciągnięty do góry kciuk.
- Gratulacje dziewczęta – powiedziała mama, która siedziała ławkę wyżej. Nachyliła się nad nami i poklepała mnie po ramieniu. – Pogodziliście ich.
- Nie nazwałabym tego pogodzeniem, ale zawieszeniem broni na pewno – odpowiedziałam, a Sarah zaśmiała się.
           Rozległ się pierwszy gwizdek, rozpoczynający grę. A było, o co walczyć, bo każda z drużyn chciała zgarnąć puchar. Od pierwszych minut widać było zacięcie i dużą rywalizację, choć nie przesadzali tak, jak to miało miejsce do tej pory. Umowa uspokoiła nieco ich grę. Chłopaki skupili się bardziej na samej taktyce wymyślonej przez trenera, a nie na tym, by wybić zęby przeciwnikowi. Rozdano mniej żółtych kartek, a chłopaki nie schodzili na przerwę skopani i posiniaczeni.
           W drugiej połowie – bo nadal spotkanie odbyło się bez bramek – rywalizacja między nimi, nieco podskoczyła. Gra zmieniła się w nieco bardziej brutalniejszą, ale nadal mieściła się w jakieś sferze normy, delikatnie rzecz ujmując.
           Miałam wrażenie, że ze zdenerwowania stracę wszystkie paznokcie, choć nigdy nie miałam zwyczaju ich obgryzania. Teraz jednak bębniłam nimi w wargę, walcząc z ochotą gryzienia ich. Okrzyki i przyśpiewki na stadionie robiły się coraz głośniejsze, gdy jedni kibice chcieli przekrzyczeć drugich. Nas jednak było mniej, choć i tak byliśmy dobrze słyszani.
          Wstrzymałam oddech, a potem zerwałam się z miejsca na równe nogi, gdy nasi rozpoczęli kolejny atak na bramkę przeciwnika. Zauważyłam, że chłopaki z Picton nieco się pogubili, gdy Calum i Michael szybko zaczęli wykonywać między sobą krótkie podania, przybliżając się do ich pola karnego. Do akcji dołączył Luke i Mark.
          Spojrzałam na duży zegarek wiszący z boku stadionu. Za niecałe dwie minuty mecz dobiegnie końca. Wróciłam do obserwowania tego, co dzieje się na boisku. Zagryzłam wargę, gdy Luke wysunął się do przodu i przyjął podanie od Clifforda. Byłam pewna, że strzeli. Hemmings jednak okiwał jednego obrońcę, a potem podał do Hooda, który grzmotnął mocno w światło bramki.
          Trybuny ryknęły – oni z zawodem, my z euforią. Zdobyliśmy gola. Gola, który przeważa o naszym zwycięstwie. Musielibyśmy mieć naprawdę wielkiego pecha, gdyby Picton udało się wyrównać w tak krótkim czasie. Lori wpadła w moje ramiona, podskakując w miejscu, a Becky wykonała dziwny, dziki taniec zwycięstwa, wymachując rękami i jedną nogą. W ostatniej chwili złapałam ją za koszulkę, ochraniając ją przed poleceniem na plecy pewnemu starszemu mężczyźnie, który siedział przed nią.
           Wszyscy spojrzeli na boisko, gdy Picton rozpoczął grę. Zacisnęłam mocno palce, licząc na to, że im nie uda się strzelić bramki. Co jakiś czas zerkałam na zegarek, ale miałam wrażenie, że cyfry zmieniają się w ślimaczym tempie. W końcu jednak sędzia zakończył spotkanie, a kibice znów krzyknęli z radością. Puchar był nasz!

           Po szybkiej dekoracji, która składała się z wręczenia pucharu dla naszej drużyny za zajęcie pierwszego miejsca w szkolnych rozgrywkach oraz patery pamiątkowej dla drużyny przeciwnej i zdjęciach obu zespołów, wyszliśmy ze stadionu w wyśmienitych humorach. Teraz czas udać się na standardowe świętowanie sukcesu, które dzisiaj pewnie będzie jeszcze bardziej huczniejsze, niż zazwyczaj.

          Rodzice podrzucili nas pod plażę. Z różnych stron schodzili się uczniowie z naszej szkoły. Nawet ci, co nie byli na meczu w Picton, słyszeli dobrą nowinę. Z daleka i z bliska słychać było wesołe okrzyki, a także skandowanie imion i nazwisk poszczególnych zawodników. Ludzie zachowywali się tak, jakby Kingsford wygrało mistrzostwa świata w piłce nożnej.
           Ruszyłyśmy za głośną grupą chłopaków, z którymi chodziłyśmy na niektóre lekcje. Ci dla odmiany wyśpiewywali zwycięskie piosenki, a Becky pochwyciła je. Ja i Lori nie namyślałyśmy się długo i również dołączyłyśmy do wspólnego śpiewania, mając gdzieś to, że przechodnie dziwnie na nas patrzą. Chłopaki wciągnęli nas do swojego grona, więc na miejsce dotarłyśmy razem z nimi.
          Ben już puszczał głośno muzykę, bujając się w jej rytm. Znów całe świętowanie odbywało się na pobliskiej polanie, położonej niedaleko dzikiej plaży. Gromadziło się tu coraz więcej osób, więc szybko zabrałyśmy swoje rzeczy od naszego szkolnego Dj-a i ulokowałyśmy się przy drzewach, z dala od tłumu ludzi.
          Standardowo nie czekając na resztę, otworzyłyśmy pierwsze drinki, które zrobił Ashton. Nadal były tak samo mocne i w dalszym ciągu wykrzywiało ci od nich twarz, ale dzisiaj nawet nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Wygraliśmy i tylko to się liczyło.
          Nie wiem ile minęło czasu, ale w końcu na polanie zjawiła się nasza szkolna drużyna. Poderwałyśmy się z miejsca i dołączyłyśmy do tłumu ludzi, którzy witali naszych bohaterów. Od bicia brawa bolały mnie ręce, ale miałam to gdzieś. Uśmiechałam się szeroko, widząc, że i oni to robią.
- Chcemy przede wszystkim podziękować wam za głośny doping, nie tylko na dzisiejszym meczu, ale na każdym spotkaniu, które rozgrywało się na boisku. Za to, że byliście z nami mimo naszych porażek i potknięć – zaczął Ashton, a tłum znów zaczął klaskać. – Potrafiliście zmotywować nas do dalszej pracy, a wierzcie nam, że treningi z naszym trenerem nie były łatwym spacerkiem. Ten puchar nie jest, tylko nasz, jest także wasz. Jest całej naszej szkoły! – Tłum ryknął zadowolony po raz kolejny. – Skoro już dopuściliście mnie do głosu, a wiem, że już macie ochotę zacząć imprezę, więc będę się streszczał – rzucił, a my zaczęliśmy się śmiać – chcę powiedzieć coś jeszcze. To ostatni mój rok w tej szkole, więc chcę podziękować także chłopakom, za wspólną pracę i wspólne dążenie do celu. Dzięki, że daliście mi szansę bycia waszym kapitanem i mam nadzieję, że ani razu was nie zawiodłem. Jeśli jednak tak się stało, to przepraszam. Staliśmy się kumplami na boisku i mam nadzieję, że będzie tak dalej, także poza nim. – Tłum znów zaczął bić brawa.
           Wyłapałam moment, kiedy Calum poklepał Irwina po plecach. Uśmiechnęłam się szeroko, a potem spojrzałam na Lori, która przełykała łzy. Szybko się od niej odwróciłam, wiedząc, że im dłużej bym na nią zerkała, tym rosło prawdopodobieństwo, ze sama się popłaczę.
- Chcę też podziękować moim przyjaciółkom, które w momencie zagrożenia i naszej totalnej głupoty, wyciągnęły nas z kłopotów. Zrobiły wszystko, byśmy mogli grać dalej. Bez nich nie byłoby nas tutaj, a puchar trafiłyby pewnie w ręce kogoś innego. Dziewczyny, jesteście wielkie! Jeszcze raz ogromne dzięki! – Teraz to i mi zaszkliły się oczy, więc musiałam mocno zacisnąć usta, by się uspokoić. – Nie przedłużam! Rozpoczynajmy imprezę!

         Siedziałam na kocu, wciśnięta w bok Luke'a, który obejmował mnie ramieniem. Naprzeciwko mnie znajdowała się Lori i Michael. Tuż obok nich rozłożył się Calum, a po drugiej stronie Ashton i Becky, która wcinała drugą paczkę słonych paluszków. Upiłam łyk drinka, spoglądając na ich roześmiane twarze. Każdy miał dobry humor i nie wiem, co musiałoby się stać, by ten stan się zmienił.
- Powinniśmy pojechać gdzieś razem w wakacje – rzucił Hood, przeciągając się, a potem opierając się na ręku.
- To całkiem niezły pomysł – odparła Lori, a potem lekko odepchnęła Michaela, który zaczął bawić się jej włosami.
- Kto jest za? – powiedział Ashton i podniósł rękę do góry. Wszyscy zrobili to samo. – Ekstra. To czeka nas wspólna wycieczka.
- Gdzie? – zapytał Luke.
- Plaża, czy góry? – rzuciła Becky.
- Plaży, to ja mam po dziurki w nosie – odparłam. – Co powiecie na jezioro?
- Jezioro, jestem za jeziorem – odezwał się Clifford i dla odmiany, to on lekko odepchnął Lori, kiedy ona zaczęła ciągnąć go za jego czerwone włosy.
- Więc trzeba zorganizować wypad nad jezioro – rzucił Calum. – Coś się wymyśli.
- Nie mamy dużo czasu. Niedługo kończymy szkołę, a takie miejsca w wakacje są oblegane – powiedziałam, upijając kolejny łyk drinka.
- Dlatego musimy działać szybko – odparł Calum.
- Czuję, że będzie fajnie – skwitowała Becky.
- Bo?
- Bo ja tam będę – odparła, a Ashton przekręcił oczami. Dziewczyna spojrzała na niego. – No, co?
- Bo się w sobie zakochasz.
- Wal się, Irwin – wysyczała przez zaciśnięte zęby, a my parsknęliśmy śmiechem. – Przypomnij mi, dlaczego ja się w ogóle z tobą kumpluję?
- Bo jestem gorący.
- Bo się w sobie zakochasz – odparła, a Ashton prychnął pod nosem.
- Przenieś swoje zainteresowanie na inną osobę.
- Bo?
- Bo to jest wkurzające – skwitował, a ona pokazała mu język.
- Zachowujecie się, jak Luke i Rose na początku swojej znajomości – rzucił ze śmiechem Michael.
- Tak, tylko, że oni są w stanie z sobą wytrzymać – powiedział Calum, a potem spojrzał na mnie i na Luke'a. – Bo wy wcześniej nie mogliście się znieść.
- Wiem, co masz na myśli – odparł szybko Luke i zaśmiał się pod nosem.
- A mi się to wcale nie podoba – powiedziała Becky.
- Bo? –wydusiłam z siebie, a potem zachichotałam, widząc mordercze spojrzenie przyjaciółki. – No, co?
- A idźcie wy – rzuciła Becky, a potem wstała z miejsca, trącając niby przypadkowo ramię Ashtona. Chłopak warknął pod nosem.
- A ty dokąd? – zapytała Lori.
- Idę na stronę – odpowiedziała brunetka i weszła w głąb lasu.

          Świętowanie wygranej w całych rozgrywkach przemieniło się w naprawdę wielką imprezę. Ludzie nie żałowali sobie alkoholu, opijając zwycięstwo swojej drużyny. Zresztą sami zawodnicy wcale nie byli lepsi. Chłopaki tak dali sobie do pieca, że ledwo ich poznawałam, choć widziałam ich pijanych nie raz.
         Michael odpłynął jako pierwszy, wtulając się w swoją bluzę, którą Lori podłożyła mu pod głowę. Calum i Ashton zachowywali się, jak para nastolatek chichocząc i bełkocząc jednocześnie pod nosami. Nagroda Nobla dla tego, kto byłby w stanie zrozumieć cokolwiek z ich wspólnego wywodu. A Luke… Odwróciłam się, unosząc brwi do góry. Luke właśnie zniknął.
- Nie dobudzę go – jęknęła Lori, przejeżdżając dłonią po ramieniu swojego chłopaka. – Jak ja go zaciągnę do domu? – Spojrzała na Asha i Caluma, którzy kiwali się nawet w pozycji siedzącej.
- Na nich bym nie liczyła – powiedziałam z rezygnacją. – Widziałaś, w którą stronę poszedł Luke?
- Gdzieś tam – powiedziała, wskazując na drzewa, które odgradzały polanę od plaży.
- Tam?! Po co on tam polazł? – rzuciłam, wstając z miejsca. – Jeśli go uduszę, to na jak długo pójdę siedzieć?
- Nie pójdziesz. Załatwimy ci dobrego adwokata i mocne alibi – skwitowała ze śmiechem Becky. – Nie Calum! Tego się kurwa nie je! – odparła, rzucając się kierunku chłopaka, który zamiast cukierka władował sobie do buzi papierek po nim. – Oszaleję z wami!
- Be-cky no… weź – wyjęczał Irwin, a potem parsknął śmiechem. – Nie… bądź taka… zła. Nie jesteś… zła. Co prawda… nie?
- Ash stul dziób – powiedziała, wyrywając Calumowi papierek i wkładając mu do ręki odpakowanego już cukierka.
- Zostawię was na chwilę. Muszę znaleźć Luke'a. Mam nadzieję, że nie wpieprzył się do wody.
            Machnęłam im ręką, mając nadzieję na to, że dziewczyny dopilnują chłopaków, by nie tknęli, ani kropelki więcej alkoholu. Bowiem każda większa ilość może spowodować kolejnego zgona, a niekontaktujący Michael w zupełności nam wystarczył. Minęłam grupę śpiewających chłopaków, którzy przytulali się do jakiś panienek, które kojarzyłam z korytarza. W końcu dotarłam do drzew. Zrobiłam slalom i stanęłam na plaży.
          Było tu jeszcze ciemniej, niż na polanie. W końcu tam rozwieszono te ozdobne lampki i załatwiono dodatkowe oświetlenie, dzięki czemu ludzie widzieli się nawzajem. Mój wzrok musiał się przyzwyczaić do tego nagłego braku światła i dopiero po chwili mogłam ruszyć dalej.           Ominęłam kamienie i krzaki, wychodząc na równy piach. Rozejrzałam się dookoła. Plaża była niemalże pusta, nie licząc kilku par, przechadzających się – a raczej zataczających się wzdłuż linii brzegu. Nigdzie jednak nie dostrzegłam Hemmingsa.
          Luke może nie był, aż tak mocno pijany, jak pozostali, bo w miarę się kontrolował z limitem picia, ale jednak też do najtrzeźwiejszych osób nie należał. A plaża z połączeniem jego staniu nie wróżyła niczego dobrego. Dlatego zaczęłam się denerwować tym, że tak szybko zniknął mi z oczu.
           Wysunęłam się bardziej na środek piasku, w dalszym ciągu rozglądając się dookoła. Odbiłam bardziej w bok, by sprawdzić prawą stronę. Nagle dostrzegłam znajomą postać siedzącą na kamieniu. Ręce oparte miał o głowę i przez chwilę myślałam, że faktycznie coś się stało. Podbiegłam do niego.
- Luke, co jest?
- Rose – powiedział z ulgą na mój widok.
- Co się stało?
- Nic. Ja tylko – wskazał na krzaki za sobą. – Szukałem łazienki.
- Łazienki? – dopytałam, bo przez chwilę myślałam, że źle go zrozumiałam.
- No…
- Znalazłeś ją?
- Nie. Nie ma tu łazienki – powiedział, kręcąc głową. Zacisnęłam usta, by nie parsknąć śmiechem. – Musiałem iść w krzaki.
- I co się stało?
- I nie wiedziałem, jak mam wrócić do ciebie – odparł, spuszczając głowę w dół.
- Mój biedny kotek – rzuciłam, obejmując go ramionami. – Ale na szczęście ja cię znalazłam.
- Wkurwisz się, jak coś ci powiem.
- Co?
- Zgubiłem telefon –powiedział, przejeżdżając dłońmi po kieszeniach.- Nie mam go.
- Nie zgubiłeś – odparłam, a potem objęłam go mocniej, kiedy wtulił się we mnie jeszcze bardziej. – Schowałam ci go w mojej torebce.
- Zaliczyłem glebę.
- Matko, Luke – jęknęłam, siląc się na powagę. – Mocno?

- Nie wiem. Zahaczyłem o coś i… tak o…

- Zęby całe? – zapytałam, a on pokiwał głową. – To w porządku. Resztę obejrzymy w domu.
- Jezu… Jestem najebany – wydusił z siebie, a potem zachichotał pod nosem. – To taki dziwny stan... – Złapał mnie za rękę i spojrzał na mnie. – Rose…
- Co? Źle ci?
- Nie, nie o to mi chodzi.
- A o co?
- Kochasz mnie?
- Głupie pytanie. Oczywiście, że tak – powiedziałam, przejeżdżając palcami po jego włosach, które już nie prezentowały się tak wspaniale, jak na początku. Luke zamruczał pod nosem i znów wtulił się we mnie, ciaśniej obejmując mnie rękami.
- Mimo tego, że byłem takim skurwielem?
- Luke, kocham cię mimo tego, że nieraz przeginasz. Co ci się nagle zebrało na takie tematy?
- Bo zacząłem się zastanawiać, jak to jest…
- W związku z czym?
- Nie… Nie ważne – mruknął, a potem znów zasłonił twarz rękami. Zagryzłam lekko wargę i puściłam go. Ukucnęłam obok niego.
- Luke? Powiedz mi, o czym myślałeś. – Pokręcił głową. – Kotku… - Złapałam za jego dłonie i odciągnęłam je od jego twarzy. To spowodowało, że blondyn znów na mnie spojrzał. – Mów. Zrobiłeś coś?
- Nie.
- To, co się stało? Jeśli mi nie powiesz, nie będę wiedziała, jak ci pomóc. 
         Ujęłam jego twarz w dłoniach, nie odrywając od niego wzroku. Luke wziął głęboki oddech i lekko zakołysał się. Na szczęście złapał pion i nie przewrócił się na mnie, bo pewnie oboje nabilibyśmy sobie po komplecie siniaków.
- Zastanawiałem się, czy ty kiedyś też mnie zostawisz.
- Co?
- Moja matka mnie zostawiła, więc może pod tym względem mam, jakiś pieprzony defekt?
- Zapomniałeś o tym, że mój ojciec też raczej nie zasługuje na miano Ojca Roku?
- Zapomniałem.
- Więc o to samo mogę zapytać też i ciebie.
- Nie zostawię cię, nigdy… Nigdy, obiecuję – powiedział, łapiąc mnie za rękę.
- Ja ciebie też nigdy nie zostawię kotku. I błagam, przestań myśleć o takich rzeczach. Powinieneś być uśmiechnięty i zadowolony, bo w końcu należysz do zwycięskiego składu. No i dzięki twojemu podaniu, zdobyliście ważną bramkę, która zadecydowała o wszystkim.
- Ta… Czadowo było, czuć to… To wszystko… Jestem zadowolony.
- To głowa do góry – pociągnęłam z uśmiechem, a on od razu odwzajemnił go. – Możemy wracać?
- Do domu?
- Tak, wy zdecydowanie macie kierunek dom – odparłam, a potem złapałam go w pasie i pomogłam mu wstać.

           Udało nam się dobudzić Michaela, a potem wpakować całą czwórkę do taksówek. Dziewczyny zajęły się Cliffordem i Irwinem, a na mnie padło niańczenie Hooda i Hemmingsa. Calum tak sobie dał do pieca, że musiałam wysiąść z taksówki i pomóc mu dotrzeć do domu. Na całe szczęście jego rodzice mają mocny sen i nie słyszeli, jak ich syn dwa razy przewrócił się na schodach, prawie zwalając mnie przy tym z nóg. Pomogłam mu w dojściu do pokoju. Kiedy Calum padł na łóżku, niemalże od razu zasypiając, ściągnęłam mu buty i przykryłam go kołdrą, a następnie wyszłam z jego królestwa. Potem zatrzasnęłam za sobą drzwi wejściowe i wróciłam do taksówki.
          Z Lukiem było nieco łatwiej, choć też wymagał pomocy przy utrzymaniu pionu. Do tego, co chwilę się śmiał, bo nagle prośba o ciszę wydała się być taka zabawna, że nie mógł się powstrzymać. Miałam wielką nadzieję, że nie obudzi on naszych rodziców.
          Doprowadziłam go do pokoju, a potem popchnęłam na łóżko. Opadł na nie, niczym człowiek bez kości. Stanęłam nad nim i ściągnęła mu buty i skarpetki. Następnie nachyliłam się, by rozpiąć mu pasek i rozporek.
- Dobierasz się do mnie księżniczko? – wydusił z siebie, chichocząc pod nosem, jak nienormalny.
- Tak, chcę cię wykorzystać póki jesteś nieprzytomny.
- Jestem przy… przy…
- Jaki?
- Że wiem – odparł, unosząc się na łokciach. Zakołysał się znowu, a potem z powrotem padł na łóżko.
- Cieszę się, że wiesz – powiedziałam, kręcąc głową.
          W końcu ściągnęłam mu spodnie. Teraz przyszła pora na górę. Chwyciłam za jego koszulkę i szarpnęłam nim tak, że Luke znalazł się w pozycji siedzącej. Uśmiechnął się i złapał mnie za rękę.
- Co?
- Kocham cię, księżniczko – rzucił i pocałował zewnętrzną stronę moje dłoni.
- Też cię kocham kotku, a teraz łapki do góry. – Luke znów się zaśmiał, ale posłusznie wyciągnął ręce. Ściągnęłam z niego koszulkę i rzuciłam ją na spodnie. – Kładź się. – Pociągnął się i padł na poduszki, wtulając w nią twarz.
- Jezu…
- Co?
- Świat mi się kręci – odparł, kręcąc nosem.
- Niedobrze ci?
- Nie jest okej, ale chyba… nie, jest okej.
- Luke, jeśli masz zamiar wymiotować, to lepiej mi to powiedz teraz, a nie jak będę w łazience – powiedziałam, a on zaśmiał się pod nosem.
- Nie będę rzygać.
- Trzymam cię za słowo.
           Zebrałam jego rzeczy, a potem razem z nimi poszłam do łazienki. Wrzuciłam je do kosza i szybko ogarnęłam się. Skoczyłam jeszcze po piżamę do swojego pokoju. Gotowa do spania, wróciłam do Luke'a, który już pochrapywał. Cicho weszłam na łóżko i przykryłam go kołdrą, bo Luke zupełnie sobie to darował. Położyłam się obok niego, wtulając się w jego plecy. Złapałam jego rękę, a on splótł nasze palce ze sobą. Przez chwilę myślałam, że go obudziłam, ale on dalej przebywał w krainie snów. Uśmiechnęłam się pod nosem i również zamknęłam oczy, licząc na szybki sen.

            Obudziłam się i przekręciłam na plecy. Czułam lekkie oznaki kaca, więc już współczułam blondynowi tego, jak on będzie się czuł po przebudzeniu się. Powoli usiadłam na łóżku, zerkając na śpiącego Hemmingsa. Wstałam z miejsca i przeciągnęłam się. Wtedy usłyszałam cichy jęk.
- Luke?
- Dobij mnie – powiedział zachrypniętym głosem, a ja wybuchłam śmiechem. Nachyliłam się nad nim i pocałowałam go w skroń, dłużej zatrzymując usta w tym miejscu.
- Oby ten dzień był dla ciebie łaskawy. Pamiętasz coś z wczoraj?
- Nie wszystko. Chyba urwał mi się film. Rany… Źle mi…
- Jak bardzo?
- Tak, że muszę porozmawiać z toaletą – powiedział, szybko wstając. Był blady, jak ściana, a jego błękitne oczy były przekrwione. Ruszył w stronę drzwi przygarbiony, a potem wleciał do łazienki. Przekręciłam oczami. Biedny skacowany Luke.


***
Jako, że chłopaki kończą szkołę postanowiłam im dać wygrać, aby mogli cieszyć się zdobyciem pucharu - i jak widać u góry, faktycznie są zadowoleni XD 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Czy połączę Asha i Becky? - Może... Nic nie zdradzam, ale też niczego nie obiecuję :)

Dziękuję za wszystkie wasze cudne komentarze, a także za uwagi. Cieszę się, że historia się wam podoba. Wasze opinie mocno i skutecznie motywują mnie do dalszej pracy! Jeszcze raz wielkie dzięki!

Do zakończenia sezonu numer cztery zostało nam dosłownie trzy rozdziały. Dwa z nich będą do podzielenia, bo wyszły mi dość długie :) 

Na kolejny zapraszam we wtorek :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Co wy tam robicie?! – odezwał się znowu Dan.
- Nie chcesz wiedzieć! – odpowiedział Luke, a ja trzepnęłam go w ramię. Chłopak zrobił minę niewiniątka, uśmiechając się przy tym szeroko. 

***

- Panie Dyrektorze, drodzy nauczyciele, pracownicy szkoły, zaproszeni goście, kochani rodzice, koleżanki i koledzy...

***

- Jezu – wydusiłam z siebie, bo kompletnie odebrało mi mowę.
- Nie podoba ci się?

***

- Czy chłopak Rose też nie nazywa się Luke? – wypaliła Debbie.
- Nazywa – odpowiedziała ze śmiechem Sarah.

***

- Daj spokój Sarah, uwielbiasz to w naszym wykonaniu – pociągnęła Meggie, zrywając się z kanapy.
- Uwielbiałam, dopóki nie poznałam Dana – powiedziała, siadając na kanapie i upijając łyk drinka. – Rose wtedy biegała za mną i ciągle mi ją śpiewała, uważając, że to takie zabawne.
- Bo było zabawne. Twoja mina była zabawna – odparłam, a mama pokręciła nosem. 

9 komentarzy:

  1. Świetny rozdział !
    Błagam połącz Ashtona i Becky <3

    OdpowiedzUsuń
  2. aww kocham to ff :D nie mogę się doczekać kolejnego! POZDRAWIAM <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo przyjemny rozdział. :) Umiliłaś mi dzisiejszy dzień jeszczw bardziej, o ile było to możliwe po wyjściu Hey Everybody. :D
    Leth

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeeeeju, pijany Luke - najlepszy Luke!
    Ale od początku :D. Moim zdaniem to super, że dałaś chłopakom wygrać, w końcu kurde coś im się należy. Wspólny wyjazd na wakacje - jestem bardzo, ale to bardzo za. I serio, chciałabym żebyś jednak połączyła Asha i Becky, serio zachowują się tak jak Rose i Luke, na samym początku swojej znajomości.
    Gif na końcu mnie rozbroił, padłam i nie wstaję. :D
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  5. NASI GÓRĄ !!!
    Jestem bardzo dumna z chłopaków ;-) Mega pozytywnie się zdziwiłam, że wszyscy podali sobie ręce Sądziłam, że będą tacy obojętni, ale na szczęście się myliłam :D Przy przemowie Ashton'a bardzo się wzruszyłam, a pijany Luke, jak zwykle mnie pozytywnie rozwalił!
    Rozdział wspaniały i już nie mogę doczekać następnego :P
    Błagam niech ten blog nigdy się nie kończy !!!
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  6. Dopiero we wtorek ? Ooo nie myslisz ze wytrzymam tyle czasu? A tak poza tym kocham twoje blogi ♥ ten rozdzial troche krótki ale i tak świetny
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. LOOOL prawie mi szczena opadła czytając to, że oni jednak sobie nawet ręce na meczu podali - łoczy miałam jak pić złotych O_O. Czyli jednak jak się chce, to można! Jezu pijany Luke jest super - taki słodziak i tak się przejmuje. Ej, Hemmo nie załamuj się niepotrzebnie - Rose zawsze z tobą będzie - bo nie przewiduję żadnej innej opcji! Gif na końcu - BUHAHAHAHAH rozwalił mnie!
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział, który chciałabym już teraz!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń