wtorek, 13 października 2015

S4 - Rozdział 18 cz.1

If it's love if it really is, it's there in his kiss


         Nadszedł dla nas wielki dzień, mianowicie zakończenie liceum. Nauczyciele w ostatnich dniach zupełnie nam odpuścili, a parlament uczniowski dwoił się i troił, by razem z kadrą nauczycielską przygotować to całe wydarzenie. Na korytarzu uczniowie najstarszych klas mówili tylko o tym, a także o zbliżających się wakacjach i studiach, na jakie planują pójść. Żyliśmy tym, bardzo podekscytowani, a z drugiej strony doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że kończy się pewien szczególny okres w naszym życiu. Że pora, by wejść w dorosłość na całego.
          Dodatkowo ten piątek, nie tylko był naszym dniem – moim, Luke'a i całej naszej paczki. Wieczorem szykowało się podwójne, acz osobne wyjście. Wieczór panieński mojej mamy i kawalerski starszego Hemmingsa. Nic dziwnego, że byłam podekscytowana podwójnie. Ślub naszych rodziców zbliżał się wielkimi krokami i zostało naprawdę niewiele dni do tego ważnego wydarzenia.

          Kompletnie nie rozumiałam po co robili te całe togi tak wielkie i tak długie. Byłam pewna, że wpisałam w zamówieniu dobry rozmiar. Rękawy zwisały mi za palce, a materiał ciągnął się po podłodze, gdy tylko próbowałam zrobić krok do przodu. Spojrzałam w lustro i skrzywiłam się. Wyglądałam, jak owinięta czarnym błyszczącym workiem na śmieci.
- Co jest z tym gównem?- syknęłam do siebie, kręcąc jednocześnie nosem.
- Masz na sobie moją togę- powiedział Luke, opierając się o framugę drzwi. Odwróciłam się w jego stronę, a on parsknął śmiechem.
- Bardzo zabawne – mruknęłam, szybko ją z siebie ściągając. Złapałam za biret i razem z nim podeszłam do niego, by oddać mu jego strój wyjściowy.
- Nie bardziej, niż to, kiedy ja próbowałem wcisnąć się w twoją – odparł i znów zachichotał pod nosem.
- To pewnie było zabawne.
- Nawet nie zaprzeczę – powiedział, wymieniając się ze mną togami. – Musieliśmy je pomylić. Uroki mieszkania pod jednym dachem.
- Mam nadzieję, że nie próbowałeś wciskać się w moją bieliznę.
- Może raz czy dwa – rzucił rozbawiony, wchodząc do pokoju. 
           Przekręciłam oczami, a następnie wciągnęłam na siebie togę. No, teraz była idealna. Poprawiłam się przed lustrem, a potem wcisnęłam na głowę biret. Odwróciłam się do Luke'a, który też założył swój komplet.
- Poczekaj – powiedziałam, pochodząc do niego. 
          Poprawiłam mu wystający kołnierzyk, a on uśmiechnął się do mnie. Podniosłam głowę do góry, a blondyn wykorzystał ten moment, by ująć moją twarz w dłoniach i pocałować mnie. Niewiele myśląc oddałam mu pocałunek, mocniej zaciskając palce na jego todze.
- Dzieciaki pospieszcie się! Takie zakończenie zdarza się raz w życiu i głupio by było się na nie spóźnić! – Doszedł do nas głos Dana.
- Już idziemy! – odpowiedział Luke, nawet się nie odwracając. Przejechał palcem po moich wargach, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Złączył nasze usta po raz kolejny.
- Luke! – krzyknął Dan, który był już na dole.
- Nie możemy zostać w domu? – zapytał ze śmiechem blondyn.
- Calum, by się na nas obraził, że ominęło nas jego przemówienie, nad którym tak ciężko pracował - powiedziałam, odsuwając się od niego.
- On? A nie pomagała mu w tym Lori?
- Tym razem nie – pociągnęłam i złapałam za telefon, który szybko wcisnęłam do kieszeni marynarki, którą miałam pod spodem. Tak, oprócz togi nadal musiałam mieć na sobie nasz obciachowy mundurek.
- Co wy tam robicie?! – odezwał się znowu Dan.
- Nie chcesz wiedzieć! – odpowiedział Luke, a ja trzepnęłam go w ramię. Chłopak zrobił minę niewiniątka, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Jesteś niemożliwy – mruknęłam, ruszając w stronę drzwi.
- Dlatego za mną szalejesz – skwitował, idąc za mną. Przekręciłam oczami. Cały Luke.
           Wyszłam na korytarz, a blondyn był tuż za mną. Zeszliśmy po schodach. Tuż przy drzwiach wyjściowych stał ubrany w ciemny garnitur Dan, który tupał nogą zniecierpliwiony tym, że musi na nas czekać.
- Co tak długo? – rzucił, otwierając je i przepuszczając mnie pierwszą.
- Pomyliliśmy togi – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Wyglądacie cudownie! – krzyknęła mama z daleka, stojąc przy swoim samochodzie. – Jezu, jestem tak mocno podekscytowana!
- Nawet nasi sąsiedzi to wiedzą – odparł Dan, a mama niewiele myśląc pokazała mu język. Luke i ja wybuchliśmy śmiechem. – Kochanie, no… - pociągnął starszy Hemmings i sam zaśmiał się pod nosem. – Kobiety…
- Kobiety – rzucił Luke, a ja prychnęłam pod nosem, co wywołało u nich jeszcze większe rozbawienie. Nie wiem, co w tym było takiego śmiesznego, ale postanowiłam ich zignorować.               Podeszłam do samochodu Dana, a Luke skierował się do auta mojej mamy. Oboje postanowiliśmy się dzisiaj pomieszać i pojechać z rodzicem tego drugiego. Nie mogliśmy wziąć jednego samochodu, bo później mama musi jeszcze podjechać na lotnisko, by odebrać stamtąd swoje przyjaciółki, które przylecą do niej na wieczór panieński. Szykował się, więc dzień pełen atrakcji.

          Na szkolnym stadionie rozstawiono ozdobioną balonami i dużym transparentem scenę. Pod nią znajdowały się długie rzędy krzeseł i ławek. Na przedzie siedzieli uczniowie najstarszych klas, a na końcu znajdowały się miejsca dla rodzin, którzy przybyli na to ważne wydarzenie. Było ciepło, ale nie parno, choć i tak w tych czarnych strojach można było się ugotować. Na szczęście wiał przyjemny lekki wiaterek, więc wszystko to było o wiele łatwiejsze do zniesienia.
          Nasza paczka usadowiła się w trzecim rzędzie, skąd mieliśmy doskonały widok na to, co dzieje się na scenie. Po swojej lewej stronie miałam Luke'a, a po prawej Lori, która aż podskakiwała z emocji na swoim krześle. Kiedy wybiła godzina zero, na scenie pojawił się dyrektor wraz z całą swoją kadrą, którzy usiedli na wyznaczonych miejscach, a wśród nich wyłapałam Caluma, który jako przewodniczący parlamentu uczniowskiego, reprezentował nas uczniów.
           Dyrektor zafundował nam długą przemowę, w którą wciągnął też kilka anegdotek na temat życia i studiów. Potem zapowiedział Hooda, który podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do mównicy. Na twarzy miał swój znany, przyjazny i promienny uśmiech, którym zarażał wszystkich dookoła. Położył kartki i poprawił mikrofon. 
          Zacisnęłam palce mocniej na todze, nie mogąc się doczekać tego, co powie, bo od dłuższego czasu ciągle gadał o swojej mowie, ale nic konkretnego nie chciał nam zdradzić. Ashton nawet spróbował się dobrać do jego teczki, ale kiedy dostał nią po głowie, od poirytowanego Mulata, to skapitulował. Wstrzymałam oddech, kiedy cicho odchrząknął, a potem omiótł wzrokiem wszystkich zebranych na stadionie i znowu się uśmiechnął.
- Panie Dyrektorze, drodzy nauczyciele, pracownicy szkoły, zaproszeni goście, kochani rodzice, koleżanki i koledzy… Jest to nasz ostatni dzień w tej szkole. Ostatni raz odbierzemy świadectwa. Ostatni raz spotykamy się tu, właśnie w takim gronie. Kiedy w nowym roku zadzwoni pierwszy dzwonek, nas już tu nie będzie. Każdy będzie gdzieś indziej, rozpoczynając kolejny etap w swoim życiu. Mogę się założyć, że każdy z was doskonale pamięta swój pierwszy dzień w tym miejscu. Mam nadzieję, że niezapomnianym będzie też ten ostatni. Droga dyrekcjo, nauczyciele i wychowawcy, chcemy wam podziękować za cały ten trud, jaki wkładaliście w naszą edukację. Za to, że mimo naszych wielokrotnych błędów i porażek, potrafiliście być wyrozumiali i cierpliwi, wskazując nam odpowiednie drogi ku celu. Do skutku wpajaliście nam zasady, pomagaliście w zdobywaniu doświadczeń i poszerzaliście nasze horyzonty. Jesteśmy wdzięczni za całą waszą pracę, za wysiłek i poświęcenie, bo nie zawsze wszystko było tak kolorowe. Widząc nas wszystkich tutaj, mogę śmiało powiedzieć, że mimo naszych wielokrotnych oporów przed wiedzą w różnych dziedzinach, udało wam się osiągnąć cel. – Rozległy się oklaski, a ja miałam wrażenie, że najgłośniej bije barwo nasz dyrektor. – Drogie koleżanki, drodzy koledzy… Przyszedł ten trudny i smutny czas rozstania. Każde z nas zostawi w tej szkole cząstkę siebie. Odnosiliśmy tu zwycięstwa i porażki. Jedne większe, a drugie mniejsze. Zdobyliśmy tu pokaźny bagaż doświadczeń, które będziemy mogli wykorzystywać w kolejnych etapach naszego życia. Na szkolnych korytarzach zawiązywały się znajomości i przyjaźnie, które mam nadzieję, że będą trwać przez długie lata i nikt z nas nie zapomni tego cudownego czasu, jaki tu razem spędziliśmy. – Spojrzałam na Lori, która ocierała dłońmi oczy. Bez słowa wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę i podałam jej, a ona uśmiechnęła się lekko do mnie. – Każdy teraz pójdzie w swoją stronę i choć nasze drogi się rozejdą, to łączyć nas będzie wspólna przeszłość związana z tym miejscem. Następuje czas, w którym możemy testować swoje zdolności, zmieniać uczelnie pod względem jednej chwili, wyznaczać sobie kolejne cele i dalej popełniać błędy, ucząc się na nich. Nie idźmy jednak starymi wydeptanymi ścieżkami. Stwórzmy własne drogi, które będą tylko nasze. Życzę wam nowych sukcesów, radości i wielu wspaniałych chwil w nowym etapie, który właśnie się zaczyna. Dziękuję za wszystkie wspólne chwile, które razem przeżyliśmy- i te dobre i te złe. Nadszedł czas pożegnania… Z jednej strony jest to koniec, a z drugiej początek czegoś nowego. Dziękuję! 
          Wszyscy uczniowie zerwali się z miejsc, by wśród krzyków i owacji pożegnać naszego przewodniczącego szkoły. Uśmiechnęłam się pod nosem, ocierając pojedynczą łzę, która wypłynęła z moich oczu. To była naprawdę rewelacyjna mowa w wykonaniu Caluma.
         Po wystąpieniu Hooda nadszedł czas na wręczanie świadectw. Uczniów było sporo, więc miałam wrażenie, że ciągnie się to w nieskończoność. W końcu kiedy każdy z nas ściskał w ręku upragniony świstek, świadczący o zakończeniu edukacji, zgromadziliśmy się wszyscy pod sceną, by tradycyjnie rzucić nasze birety do góry. Towarzyszyło temu głośne okrzyki, piski i śmiech. Teraz naprawdę wszystko się skończyło.

           Po zakończonej uroczystości w szkole, wsiedliśmy do samochodów naszych rodziców – tym razem każdy ze swoim  – i udaliśmy się na wczesny obiad. Wczesny, bo dochodziła godzina dwunasta, ale Dan i Sarah chcieli uczcić nasze zakończenie liceum i dlatego zabrali nas do restauracji na wspólny posiłek.
           Po deserze mama odłączyła się od nas, by pojechać po swoje przyjaciółki na lotnisko, a nasza trójka wróciła do domu, by powoli przygotować się na kolejne ważne wydarzenie. A raczej na dwa osobne wydarzenia.
           My dziewczyny wybierałyśmy się na imprezę, aby szaleć na parkiecie do białego rana. Oprócz mamy i jej psiapsiółek, szły z nami także Lori i Becky, bo Sarah uznała, że i ja powinnam mieć towarzystwo w swoim wieku. Miałyśmy zarezerwowaną lożę w jednym z tych mocno odstawionych klubów, w których to od samych świateł można było czuć się na haju. 
           Panowie zaś wybierali się do kasyna. Do ekipy Dana wliczał się jego o dwa lata młodszy brat i trójka najlepszych kumpli, a także Luke i jego banda. Z początku nie wierzyłam w to, że chłopaki tam w ogóle wejdą, bo wstęp był od dwudziestu jeden lat. Blondyn jednak z triumfalnym uśmiechem na ustach poinformował mnie, że kasyno należy do jego wujka i z wejściem problemów nie będzie. Dan nie chciał mieć jakiegoś mega szalonego kawalerskiego, więc panowie mieli się bawić z kulturą i na spokojnie, co było zupełnym przeciwieństwem naszych planów, o których nie do końca wiedzieli. U nas miał być szał i pełna swoboda, choć ja i mama z minami aniołków zapewniałyśmy, że idziemy tylko potańczyć.

           Czekałam na powrót mamy, a także na zjawienie się u nas moich przyjaciółek, by szykować się wspólnie. To był początek naszego planu, by już w domu dziabnąć sobie po małym drinku na rozgrzewkę. Po raz kolejny sprawdziłam swój zestaw ubraniowy, który przyszykowałam sobie na dzisiejsze wyście. Z nudów zaczęłam grzebać przy dodatkach, co jakiś czas dokładając, to zmniejszając ilość ozdób, jakimi chciałam się obwiesić.
           Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się i do środka wszedł zadowolony z życia Luke. Podszedł do mnie, opierając się o krzesło, na którym siedziałam, dłońmi obejmując mnie w pasie. Zerknęłam na niego, zastanawiając się, czy ma zamiar się do mnie odezwać czy od tak przyszedł się tylko poprzytulać.
- Luke, no – jęknęłam, kiedy przejechał ustami po skórze na mojej szyi. – Weź mnie nie prowokuj – rzuciłam, co wywołało u niego cichy śmiech.
- Będziecie na imprezie grzeczne?
- Zawsze jesteśmy grzeczne – powiedziałam z pewnością w głosie.
- Ta… W to akurat ci nie wierzę.
- Co? Zabronisz mi iść?
- Bez takich księżniczko, nie jestem psychopatą.
           Powoli odwróciłam się, przez co blondyn musiał mnie puścić. Spojrzałam w jego błękitne tęczówki. Lekko zacisnął usta, robiąc znów minę niewinnego psiaka. Uniosłam lekko brwi do góry i wstałam z miejsca.
- To dobrze – odparłam, podchodząc do łóżka, by po raz kolejny zerknąć na moją sukienkę.
- Ale na imprezach jest dużo psycholi…
- Luke – warknęłam.
- Po prostu chcę byś na siebie uważała – powiedział szybko, znów owijając się wokół mnie. Uśmiechnęłam się. – Mam coś dla ciebie.
- Dla mnie?
- Dla ciebie, księżniczko – odparł, przejeżdżając palcem po moim nosie. – W sumie… Mam to od jakiegoś czasu i czekałem na jakąś okazję, by ci to dać. Myślę, że zakończenie roku jest dobrym powodem.
            Podniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Ujęłam jego policzki w dłoniach i pocałowałam go delikatnie. Poczułam jego dłonie na swoich plecach, co wywołało u mnie szybkie dreszcze, jakie przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa. Przybliżyłam się do niego jeszcze bardziej, czując przyjemne ciepło bijące od jego ciała.
- Jeszcze ci tego nawet nie pokazałem – powiedział ze śmiechem, muskając palcami mój policzek.
- Nie podoba ci się mały bonus?
- Uwielbiam te bonusy – odparł, znów przybliżając się do mnie. Odchyliłam się jednak, uniemożliwiając mu złożenie kolejnego pocałunku na moich ustach. – No, ej!
- Pokaż, co tam masz, bo jestem ciekawa – powiedziałam, ciągnąc go za dół jego koszulki.
           Luke uśmiechnął się szeroko, a potem sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej kwadratowe czerwone pudełko. Zrobiłam wielkie oczy, wpatrując się w nie, a potem niepewnie podniosłam głowę do góry. Hemmings zaśmiał się i cmoknął mnie szybko w nos.
          Wyciągnął w moją stronę rękę, a ja przejęłam zamszowe pudełko. Otworzyłam je i lekko rozchyliłam usta z zaskoczenia. W środku znajdowała się srebrna zawieszka dwa w jednym – obie w kształcie serca. Pierwsza z pustym środkiem, z brzegami w delikatne, przezroczyste cyrkonie, a druga pełna z wygrawerowanymi pierwszymi literami naszych imion – R+L. Do kompletu był cienki łańcuszek.
- Jezu – wydusiłam z siebie, bo kompletnie odebrało mi mowę.
- Nie podoba ci się?
- Żartujesz?! Jest prześliczny – powiedziałam, lekko przejeżdżając palcami po wisiorku. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się szeroko.
- Wiem, że wolisz srebrną i delikatniejszą biżuterię na co dzień, więc mam nadzieję, ze trafiłem.
- Trafiłeś, bardzo trafiłeś… Rany… Naprawdę mi się podoba.
- Cieszę się, naprawdę… 
          Ale nie dokończył, bo rzuciłam się w jego stronę i wpiłam w jego usta, prawie zwalając go z nóg. Luke objął mnie mocniej, a potem pociągnął do góry, przez co straciłam kontakt z podłożem. Oplotłam jego biodra nogami, napierając na jego usta jeszcze bardziej.
          Blondyn odwrócił się i padł razem ze mną na łóżko. Wsunął mi dłoń we włosy, nie przestając całować, a ja poczułam, jak zrobiło mi się gorąco. W końcu jednak oderwałam się od niego. Wyprostowałam się i spojrzałam po raz kolejny na wisiorek. Luke oparł się na łokciach, przyglądając się mi z uśmiechem.
- Skąd ten pomysł?
- Sam od ciebie, jakiś czas temu dostałem wisiorek z łańcuszkiem, więc pomyślałem, że i ja mogę sprawić ci taki prezent. – Uśmiechnęłam się do niego, muskając szybko jego usta swoimi.
- Tak, tyle, że ty kotku sam sobie swój wybrałeś i prawie mi go wyjęczałeś, kiedy się okazało, że wszystkie sprzedali.
- Ale nas szczęście jesteś specjalistką od zdobywania rzeczy niemożliwych, więc wiedziałem do kogo się zwrócić.
- Mój za to jest boski. – Zaśmiał się i przejechał zewnętrzną stroną dłoni po moim policzku. – Pomożesz mi go zapiąć?
            Kiwnął głową i usiadł. Musiałam przesunąć się na jego uda, by mógł to zrobić. Powoli wyjęłam łańcuszek z pudełeczka, a potem podałam mu go. Nachyliłam się bardziej, a Luke szybko mi go zapiął. Dotknęłam wisiorka palcami, a potem spojrzałam w jego błękitne tęczówki, w których widziałam te znane wesołe iskierki. Znów ujęłam jego twarz w dłoniach, by po raz kolejny połączyć nasze usta ze sobą.

***
           Pierwsze, co usłyszał to otwierające się drzwi wejściowe, a potem dziki kobiecy pisk. Podskoczył w miejscu, prawie przewracając puszkę z napojem. Nie był to głos, który znał. Oznaczało to jednak, tylko jedno – przyjaciółki Sarah zawitały do ich domu.
          Odwrócił się i uśmiechnął lekko, widząc, jak nieznajoma mu blondynka mocno przytula do siebie Rosalie. Potem jego dziewczyna wpadła w objęcia wysokiej brunetki, która czule poklepała ją po plecach.
- Jest i on! – powiedziała głośno blondynka.
- Meggie, Debbie dobrze was widzieć – powiedział jego ojciec, podchodząc do nich.
- Jak ty to robisz Dan, że dalej jesteś takim przystojniakiem – pociągnęła blondynka, sprzedając mu sójkę w ramię.
- Dobrze się konserwuję. Wy też nic się nie zmieniacie.
- To też zasługa dobrej konserwacji – odpowiedziała ze śmiechem brunetka.
- Kawy, coś do jedzenia? – rzuciła Sarah, ale blondynka machnęła na nią ręką.
- Tylko kawy, bo zdążyłyśmy się najeść przed wyjazdem. Zresztą najpierw chcemy poznać młodego Hemmingsa. Gdzie ten twój syn, Dan?
           Blondyn zeskoczył z krzesła i szybko ruszył w stronę gości. Nikt go wcześniej nie zobaczył, bo wszyscy stali odwróceni do niego plecami, więc się temu nawet nie dziwił. Wyszedł na hol, łapiąc kontakt wzrokowy ze swoim ojcem, który uśmiechnął się szeroko. Starszy Hemmings wskazał go palcem i wszystkie kobiece oczy, spojrzały w jego stronę.
- To syn Dana, Luke – przedstawiła go Sarah. – A to moje przyjaciółki Meggie – blondynka uśmiechnęła się do niego – i Debbie – brunetka machnęła w jego stronę, grzechocząc bransoletkami.
- No, no… Widzę, że uroda odziedziczona po tatusiu – powiedziała Meggie. – Miło w końcu cię poznać.
- Panią też…
- Mów nam po imieniu, aż takie stare to nie jesteśmy – pociągnęła blondynka, a następnie zmierzyła go wzrokiem. – Panny to się pewnie za tobą uganiają. W sumie się im nie dziwię.
- Zrobię kawy – powiedziała Rose, mijając je.
- To jak to jest z tymi dziewczynami, Luke?
- W sumie nie narzekam – odpowiedział, a młodsza Rivers niewiele myśląc uderzyła go w ramię, kiedy przechodziła obok niego. - No, weź… - rzucił ze śmiechem, oglądając się za nią.
- Czy chłopak Rose też nie nazywa się Luke? – wypaliła Debbie.
- Nazywa – odpowiedziała ze śmiechem Sarah.
- Też chętnie go poznam – pociągnęła brunetka.
- Już poznałaś –rzucił z uśmiechem Dan. – Zaniosę wam walizki na górę.
- O! To wy jesteście razem? – wydusiła z siebie Meggie, a potem pisnęła z podekscytowania. Luke zacisnął lekko usta, starając się nie parsknąć śmiechem. Mógł się założyć, że to właśnie blondynka w tej trójce jest najbardziej pokręcona z nich wszystkich.
- Nie mówiłam ci? – odezwała się ponownie Sarah, wchodząc z nimi do kuchni. Obie jej przyjaciółki pokręciły głowami. – Żadnej nie mówiłam? Byłam pewna, że tak…
- Mniejsza z tym Rivers – rzuciła Meggie, machając na nią ręką. Dopiero teraz Luke zauważył, że kobieta w drugiej dłoni ściska zafoliowany kosz ze słodyczami.
- Szybka kawa i możemy się szykować – pociągnęła Sarah, kiedy Rose ustawiła przed nimi parujące kubki. – Kiedy przyjdą Lori i Becky? – zwróciła się do córki.
- Myślę, że niedługo powinny tu być – odpowiedziała Rose.
- Zanim jednak zaczniemy się szykować – powiedziała Meggie, stawiając na stole kosz ze słodyczami. – Mały prezent dla was dzieciaki z okazji zakończenia szkoły. Od naszej dwójki.
- Nie musiałyście…
- Oczywiście, że musiałyśmy. Takie zakończenie zdarza się raz w życiu – powiedziała Debbie, a potem zarzuciła rękę na ramiona Rosalie i przytuliła ją do swojej piersi. – Macie się tym podzielić.
- Podzielą się bez obaw – rzuciła Sarah.
           Rose chwyciła za kosz. Postawiła go na blacie, niedaleko kuchenki, robiąc takim sposobem miejsce na stole. Rozwinęła folię. Luke zatrzymał się obok niej, sprawdzając, co takiego znajduje się w środku.
- O moje ulubione! – powiedzieli jednocześnie i wyciągnęli ręce w stronę paczki z małymi okrągłymi wafelkami w białej czekoladzie. Blondyn jednak był szybszy i porwał słodycz tuż sprzed nosa swojej dziewczyny. Rose warknęła cicho, a on zachichotał, uśmiechając się przy tym triumfalnie.
- Kto pierwszy ten lepszy – rzucił, odciągając paczkę od jej ręki.
- No, nie bądź taki!
- Weź sobie coś innego.
- Luke, no…
- I oni się o to nie pobiją? – rzuciła ze śmiechem Meggie, wskazując ich palcem.
- Nie – skwitował Dan, wchodząc do kuchni. – Myślę, że to ich hobby. Denerwowanie się nawzajem. Idzie się przyzwyczaić.
           Luke podciągnął rękę wyżej, kiedy Rose podskoczyła, by dosięgnąć wafelki. Zaśmiał się cicho, widząc jej zaciętą minę. Naprawdę je uwielbiała. Rodzice i przyjaciółki Sarah pogrążyli się w rozmowie i praktycznie nikt oprócz Meggie, nie zwracał na nich uwagi. Wiedział jednak, że im dłużej będzie prowokować Rosalie, tym ona mocniej się zdenerwuje, a tego nie chciał. Lubił jednak się z nią od czasu do czasu nieco podroczyć.
           Kiedy Rose zazgrzytała zębami, Luke po raz kolejny zaśmiał się i pokręcił głową. Dziewczyna złapała go za ramię, starając się go zmusić do tego, by odrobinę się pochylił. On jednak w dalszym ciągu stał prosto, a jej wysiłki szły na marne. W końcu jednak lekko nachylił się w jej stronę i wolną ręką popukał się w policzek, dając jej znać, że może wafelki wykupić w taki właśnie sposób.
            Rose uśmiechnęła się w taki sposób, który uwielbiał najbardziej. Przybliżyła się do niego i musnęła ustami jego policzek, powodując, że blondyn uśmiechnął się z zadowoleniem jeszcze szerzej. Wyciągnął w jej stronę rękę, a ona porwała kolorowe opakowanie w obawie, że Luke znów je zabierze.
- Jacy oni są słodcy – powiedziała Meggie, uśmiechając się szeroko.

***
          Lori i Becky zjawiły się niedługo po przyjaciółkach mojej mamy. Jako, że było nas więcej, panowie dostali eksmisję z salonu, który zajęłyśmy. Ubrałam czarną sukienkę przed kolano, na grubych ramiączkach, z dekoltem w głębsze karo. Do tego dwie srebrne bransoletki, nieco dłuższe kolczyki i łańcuszek, który dzisiaj dostałam od Luke'a. Na nogi wcisnęłam czarne buty na obcasie.
           Już chciałam wyjść z pokoju i dołączyć do pozostałych szykujących się balangowiczek, które malowały się w salonie, ale drzwi otworzyły mi się przed nosem, zanim zdążyłam dotknąć klamki. Mama weszła do środka, ubrana w sukienkę podobną do mojej tyle, że w odcieniu butelkowej zieleni. Uśmiechnęła się na mój widok.
- Ślicznie wyglądasz córciu.
- Ty też mamo.
- Pościel zmieniona?
- Tak. Obie ciocie będą tu spały? – zapytałam, wskazując na moje łóżko.
- Obie.
- A gdzie ja mam spać? – wydusiłam z siebie. Mama zaśmiała się pod nosem, a potem spojrzała na mnie rozbawiona. Uniosłam ze zdziwieniem brwi do góry nie wiedząc, o co jej chodzi.
- Co? Masz wizję spania na kanapie?
- Coś w tym stylu.
- Nie oszukujmy się, Rose – powiedziała powoli, zamykając za sobą drzwi. – Ja i Dan nie jesteśmy głupi. Dobrze wiemy, że od dłuższego czasu ty i Luke śpicie razem w jednym pokoju. Albo tu albo u niego. – Wytrzeszczyłam oczy, co wywołało u mojej mamy cichy chichot. Zrobiło mi się dziwnie gorąco i mogłam się założyć, że moje policzki lekko poczerwieniały. – Ej, ale to tylko spanie, tak? Samo w sobie złe nie jest, o ile nie dochodzi do innych rzeczy…
- Nie, nie, nie – przerwałam, jednocześnie machając jej ręką przed nosem. – Nie brnijmy w te tematy, błagam!
- Powiem tylko tyle, jesteście dorośli i znacie konsekwencje…
- Mamo!
- Już nic nie mówię – powiedziała, unosząc dłonie w obronnym geście. – Ale tak, śpisz dzisiaj w pokoju naprzeciwko. Idziemy?
- Idziemy.
           Kiedy zeszłyśmy na dół, Meggie już czesała Lori, a Becky malowała Debbie. Cała czwórka popijała wolno drinki, chichocząc pod nosami. Nikt mi nie powie, że przy takich wyjściach istnieją bariery wiekowe. Ten obrazek przede mną idealnie pokazywał to, że młodsi mogą na równi bawić się ze starszymi. 
          Uśmiechnęłam się pod nosem i zajrzałam do kuchni, którą okupywali panowie. Na razie sztuk dwa. Z resztą byli umówieni pod kasynem Dylana.
          Dylan był młodszym bratem Dana, a różnica między nimi wynosiła dwa lata. Byli do siebie mocno podobni pod względem wyglądu, za to charakterami bardzo się różnili. Dan zachowywał się o wiele dojrzalej, zaś Dylan był wiecznie szalejącym mężczyzną. Nadal miał status kawalera, nie miał dzieci, a jego hobby składało się w zdobywaniu kolejnych młodszych od siebie kobiet, z którą nigdy nie wiązał się na długo. Limit to trzy miesiące, przerwa i kolejna. Obaj jednak mieli smykałkę do interesów. Dan był gigantem na rynku firm transportowych, a Dylan prowadził cztery hotele – i jak to on mówił, były to bogate hotele dla snobów. Pięć lat temu poszerzył swoją działalność i otworzył cztery dobrze prosperujące kasyna.
           Weszłam z mamą do środka, a ciocie od razu spojrzały w naszą stronę. Nie zdążyłam się nawet odezwać, a Meggie wcisnęła mi w rękę szklankę z drinkiem. Meggie nie była moją prawdziwą ciotką. Była najlepszą przyjaciółką mojej mamy z czasów szkolnych. Ona, Sarah i Debbie trzymały się razem od początku do końca, a ich przyjaźń przetrwała nawet poza murami liceum. Meggie była z tych szalonych kobiet, które jak się bawią, to po całości. Dodatkowo miała dość wybuchowy charakter i wszędzie było jej pełno. Była mężatką od wielu lat, a także matką dwójki bliźniaków o dwa lata młodszych ode mnie.
            Debbie zaś była z tych nieco spokojniejszych osób. Czasem zachowaniem przypominała mi moją mamę. Dziwiło mnie to, że to właśnie ona wpadała na najdziwniejsze pomysły – a przynajmniej tak wnioskowałam z zasłyszanych historii. Była młodszą siostrą mojego ojca, moją chrzestną, a jej syn Mason był moim ulubionym kuzynem, wręcz bratem, który zawsze się mną opiekował. Oprócz tego była naprawdę wyrozumiała i miła.
           Becky puściła kolejną piosenkę z laptopa mojej mamy. Meggie klasnęła w ręce i wskazała na mnie. Zrobiłam zaskoczoną minę, nie za bardzo wiedząc, o co jej chodzi. Blondynka pokiwała głową.
- Co?
- Cher – powiedziała i zachichotała pod nosem, jak małolata.
- Co Cher? – Dopiero po chwili zorientowałam się, że Becky włączyła piosenkę Cher If I Could Turn Back Time. Uśmiechnęłam się i pokazałam jej wyciągnięty kciuk do góry.
- Pamiętasz to? To znaczy nie to, ale inny jej utwór? – pociągnęła blondynka. Zastanowiłam się nad jej słowami, a potem zaśmiałam się pod nosem i szybko pokiwałam głową.
- Jaką? – dopytała się Lori.
- Z filmu Syreny – powiedziałam, odwracając się do Sarah.- Mamy ulubiony film.
- Przez was już mniej – odparła, a Meggie prychnęła z oburzeniem.
- Nie byłyśmy takie złe – rzuciłam.
- Co takiego zrobiłyście? –zapytała Becky.
- Może im pokażemy? Co ty na to, Rosalie?
- Błagam, no… - wydusiła mama.
- Daj spokój Sarah, uwielbiasz to w naszym wykonaniu – pociągnęła Meggie, zrywając się z kanapy.
- Uwielbiałam, dopóki nie poznałam Dana – powiedziała, siadając na kanapie i upijając łyk drinka. – Rose wtedy biegała za mną i ciągle mi ją śpiewała, uważając, że to takie zabawne.
- Bo było zabawne. Twoja mina była zabawna – odparłam, a mama pokręciła nosem.
- Zróbcie to, a ja się dołączę- powiedziała Debbie.
- No nie, ty też? – jęknęła Sarah.
- Wy też to znacie – pociągnęłam, wskazując na moje przyjaciółki. – Też dołączcie.
- Poszukam muzyki w necie – powiedziała szybko Meggie i dorwała się do laptopa mamy.
- Która to piosenka?- zapytała rozbawiona Lori, zerkając na moją mamę, która miała minę, jakbyśmy miały ją zaraz zacząć torturować.
- The Shoop Shoop Song – odpowiedziałam, a Becky pisnęła.
- Uwielbiam ją! – powiedziała brunetka i klasnęła w ręce.
- Jesteś w mniejszości Sarah – rzuciła ze śmiechem Meggie. – Rose, przygotuj się! Robimy przedstawienie dla twojej upartej mamusi. Rose odtwarza rolę Cher, my robimy chórki. Zgoda?
            Kiedy to powiedziała, wszystkie wybuchłyśmy śmiechem, kiwając jednocześnie głowami. Nawet mama się uśmiechnęła. Meggie nacisnęła play, a ja ustawiłam się obok niej.
- Dose he love me I wanna know, how can I tell if he loves me so? – zaśpiewałam pierwszy wers.
- Is it in his eyes – dołączyła do mnie reszta.
- Oh, no you’ll be deceived.
- Is it in his sighs.
- Oh, no he’ll make believe. – Zaśmiałam się pod nosem, gdy wszystkie zaczęłyśmy ruszać się tak, jak to robiła Cher i jej filmowe córki w teledysku. – If you wanna know…
- Shoop, shoop, shoop, shoop, shoop…
- If he loves you so, It’s in his kiss.
- That’s where it’s is, oh yeah!

***
           Luke spojrzał na ojca, gdy usłyszał głos Rosalie. Po chwili do niej dołączyła reszta kobiet, znajdujących się w salonie. Dan uniósł brwi do góry i roześmiał się. Obaj byli ciekawi, co dzieje się w pomieszczeniu naprzeciwko.
          Niewiele myśląc podnieśli się ze swoich miejsc i ruszyli w stronę salonu, by na chwilę zerknąć na to, co one tam robią. Zatrzymali się w wejściu, widząc roztańczone towarzystwo. Sarah zerkała na nie z kanapy, kiedy Rose wyśpiewywała dalszy tekst piosenki, ruszając się w niemalże równym rytmie z pozostałymi. Luke uśmiechnął się pod nosem, nie mogąc oderwać wzroku od swojej dziewczyny. Mógł na nią patrzeć godzinami, szczególnie, że umiała idealnie się poruszać.
- Woh-oh-oh hug him and squeeze him tight and find out what you want to know – pociągnęła Rosalie, a Luke zachichotał pod nosem, gdy podeszła do swojej matki i objęła ją ramionami. – If it’s love i f it really is, it’s there in his kiss!
- How ‘bout the way he acts – odezwała się chórem reszta.
- Oh, no that’s not the way and you’re not listening to all I say – odpowiedziała Rose, machając palcem w stronę Sarah, która parsknęła śmiechem, kołysząc dłonią z drinkiem. Następnie wstała i dołączyła do tańczącej reszty, kontynuując piosenkę.
           Gdy ta dobiegła końca, Sarah zaczęła bić brawo, a do wspólnych owacji dołączył Luke i Dan. Spojrzały w ich stronę, a oni zrobili przepraszające miny, bo obiecali im nie przeszkadzać. One jednak ukłoniły się, a potem wybuchły śmiechem, by po chwili wrócić do wspólnego szykowania się.


***
Rozdział pojawia się z lekkim poślizgiem, ale po północy nie dałam go rady wrzucić i musiałam to zrobić teraz po pracy :) 
Rozdział musiał zostać podzielony na części, bo wyszedł nieco długi - kolejny również zostanie wrzucony tu w dwóch częściach, więc sezon numer cztery nieco się rozciągnie :)

Jak widać nasi bohaterowie skończyli szkołę - myślę, że mimo wszystko będą za nią trochę tęsknić :)

Cały czas biorę pod uwagę połączenia Asha i Becky - może kiedyś do tego dojdzie, zobaczymy co mi tam wena podrzuci :D No i by trzeba było znaleźć też jakąś kandydatkę dla Caluma :)

Oczywiście dziękuję wam za wasze komentarze, które uwielbiam :) Jesteście najlepsiejsze i wiecie, jak człowieka porządnie zmotywować :) Dzięki raz jeszcze!

Kolejny rozdział w sobotę :)

Pozdrawiam!



W następnym odcinku:

- Wyglądasz uroczo. Podoba mi się to – rzucił, pukając w jeden plastikowy róg.
- Nie dotykaj – odparłam, uderzając go lekko w rękę.

***

- Nie, nie, nie – odezwała się Debbie, kręcąc głową.- Chodźmy na imprezę! Mieliśmy znaleźć męża…
- Przecież ty masz męża – wtrącił się Dan.

***

- Przepraszam – powiedziała, siląc się na powagę. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam…

***

- To twoje? – zapytał, machając papierosami.
- Co?
- Twoje?

***

- Jesteś okropny…
- Wczoraj twierdziłaś, że jestem gorący i cudowny.
- Najwidoczniej mi przeszło.

8 komentarzy:

  1. Ja! Ja! Ja! *wyrywa reke do gory*
    Zlaszam sie na kandydatke na dziewczyne Caluma :)
    Jestem zabawna, pomyslowa i od zawsze marzylam o tym, by urodzic dzieci o kolorze czekolandki. Taki malutki slodziutki mulacik ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam przyjaciółki Sarah xD
    Uwielbiam romantycznego Luke'a *.*
    Kocham to tak bardzo mocno <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam przyjaciółki Sarah xD
    Uwielbiam romantycznego Luke'a *.*
    Kocham to tak bardzo mocno <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham to opowiadanie. Kocham każde twoje opowiadanie. <3
    Jak czytałam przemowę Caluma to mi się łezka w oku zakręciła. To było takie wzruszające przemówienie.
    Przyjaciółki Sarah - mega pozytywne kobiety. Już je lubię XD
    Rozdział genialny
    Czekam na następny ♥
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham Cię kocham Cię kocham kocham Cię. Jeszcze jeden i jeszcze jeden. Dodaj go szybciej proszę. Złam zasadę dla swoich fanek. Plose kto mnie POPIERA???????????????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To oczywiste, że ja popieram :)

      Usuń
    2. Ja też oczywiście popieram - Roxy weeeeeeeeź zlituj się kobieto! - dobrze, że zauważyłam ten apel, bo już chciałam wychodzić z bloga i przejść na drugiego :) - Milena

      Usuń
  6. Ten gif z Lukiem jest taki AWWWWWWWWWW SUPER SWEET :D Jezu... Cal przez ciebie prawie się poryczałam na tej twojej mowie! Była cudna! Już polubiłam te kumpele Sarah - są fajnie walnięte - szczególnie Meggie :D Luke i Rose - uwielbiam ich gdy są we dwoje i ten preeezeeeent :D No, Hemmo zyskujesz punkty :) Oczywiście, że Ash i Becky powinni być razem - ZAPAMIĘTAJ TOOO!
    OOO! Ja chcę być dziewczyną Caluma - chociaż jestem od niego starsza, ale to co :D Wiek to tylko liczby, jak to mówią. TEŻ SIĘ ZGŁASZAM. (stwierdzam za dużo caps locka XD).
    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń