środa, 21 października 2015

S4 - Rozdział 19 cz.1

Need a little sweetness in my life


         Dochodziła godzina ósma, ale dzisiaj nie mogliśmy pozwolić sobie na zbyt długi sen. Mianowicie nastał wielki dzień dla naszej rodziny. Ślub naszych rodziców. Od rana było jeszcze pełno spraw do załatwienia. Wszystko miało być zapięte na ostatni guzik przed godziną zero.
        Wparowałam do pokoju blondyna, który dalej spał w najlepsze mimo tego, że jakiś czas temu dzwonił budzik. Ja się obudziłam i byłam pewna, że on też, ale najwyraźniej mocno się pomyliłam. Podeszłam do łóżka i niewiele myśląc, szarpnęłam za kołdrę odkrywając go całego. Poruszył się.
- Wstajemy – rzuciłam, siadając mu na pośladkach.
- Ej, no… Rose – wyjęczał, wtulając twarz w poduszkę.
          Oparłam się o jego plecy, niemalże zwisając tuż nad jego głową. Przejechałam palcami po jego blond czuprynie, która nawet w takim nieładzie prezentowała się całkiem nieźle. Jak on to robił, że prawie zawsze wyglądał tak cholernie dobrze? Luke by pewnie stwierdził, że to efekt Hemmingsa, szczerząc się do ciebie tym swoim pewnym siebie uśmieszkiem. Cały on.
- Pobudka kotku – powiedziałam, przejeżdżając dłońmi po jego plecach. – Dziś jest ten dzień!
- No, wiem… Ale… Jezu… Pięć minut.
- Miałeś swoje pięć minut, które było o wiele dłuższe.
- Skąd w tobie tyle energii o takiej porze?
- Widok ciebie w samych bokserkach tak mnie nakręca.
           Zerknął na mnie przez ramię, a potem szybkim ruchem zrzucił z siebie. Pacnęłam na pierzynę. Nim zdążyłam się podnieść, Luke nachylił się nade mną z szerokim uśmiechem. Spojrzałam w te jego cudne błękitne oczy i odwzajemniłam uśmiech.
- Aż tak na ciebie działam?
- Możliwe – odpowiedziałam, przejeżdżając palcem po jego dolnej wardze. – A teraz ruszaj się, bo mamy kilka spraw do załatwienia.
- Yhy… Za momencik.
           Przybliżył się do mnie jeszcze bardziej, a ja poczułam przyjemne ciepło bijące od jego ciała. Musnął ustami moje usta. Jego kolczyk przyjemnie mnie załaskotał. Oplotłam jego kark rękami, przyciągając go bliżej siebie. Luke złączył nasze usta, rozpoczynając od wolnego pocałunku, który z każdą chwilą zmieniał się w szybszy i bardziej zachłanny. W końcu pięć minut na wzajemnym obściskiwaniu się nas nie zbawi.
- To, co? – zapytał blondyn, przejeżdżając nosem po moim nosie. - Zakładam księżniczko, że już masz ułożony w głowie cały plan i zaraz będziesz wydawać mi polecenia.
- Dokładnie tak, kotku.
- Jest tam miejsce na szybki numerek?
- Zdecydowanie nie – odparłam, a on wysunął dolną wargę, robiąc smutną minę. Parsknęłam śmiechem, gładząc dłonią jego policzek. – Uśmiechnij się, dziś wielki dzień!
           Zdążyłam to powiedzieć, a drzwi od pokoju blondyna otworzyły się. Na mojej twarzy pojawiły się rumieńce, kiedy zobaczyłam wchodzącego do środka Dana. Mężczyzna z początku wpatrywał się w telefon, który miał w dłoni, ale w końcu podniósł głowę i wytrzeszczył na nas swoje niebieskie oczy.
- Jezu – mruknął. – Czy wy właśnie…
- Nie – odparłam szybko, starając się zepchnąć z siebie Luke'a, ale chłopak nic sobie nie robił z tej całej sytuacji.
- Cześć tato – rzucił, jak gdyby nigdy nic, a ja spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – Co jest?
- Mógłbyś z niej zejść, bo to wygląda dość dwuznacznie – powiedział Dan, a Luke parsknął śmiechem.
           Blondyn podniósł się najpierw ze mnie, a potem z łóżka. Zacisnęłam lekko usta i sama usiadłam na materacu, poprawiając niedbałego koka, którego miałam na głowie. Matko… Co za żenująca sytuacja. Żadne z rodziców nie przyłapało nas na czymś takim, pomijając dzień, w którym dowiedzieli się, że jesteśmy razem. Chyba, że widzieli nas w jakieś kompromitującej sytuacji, ale nie chcieli nam tego powiedzieć. I całe szczęście.
- Rodzice Sarah wylądują tu o pierwszej – powiedział.
- Wiem, rozmawiałam już z babcią – odparłam, a Dan spojrzał na mnie. – No, co? Pracuję na miano Druhny Roku – rzuciłam, na co on zareagował śmiechem. – Luke po nich pojedzie.
- Pojadę? – odezwał się blondyn, wciskając się w dresy.
- Pojedziesz – powtórzyłam, a on kiwnął mi głową, by znów spojrzeć na swojego ojca.
- Pojadę – powiedział Luke, a ja przekręciłam oczami.
- To… To w porządku – odparł Dan, wycofując się do drzwi.
- I tylko dlatego nam przerwałeś? – wydusił z siebie Luke. 
         Spojrzałam na niego, jak na kretyna. Dan uniósł brwi do góry. Niewiele myśląc złapałam za poduszkę i cisnęłam nią w Luke'a. Odbiła się od jego pleców, padając na podłogę tuż przy jego stopach. Starszy Hemmings parsknął śmiechem. 
- Rany… Przecież żartowałem, nie?
- A idź ty – mruknęłam, wstając z łóżka. – Za pięć minut widzę was obu na dole. Idę robić szybkie śniadanie – dodałam, a następnie wyszłam z pokoju zostawiając ich samych.

          Moja mama była tak podekscytowana całym tym wydarzeniem, jak ja. Byłam pewna, że Dan czuje to samo, choć starszy Hemmings dobrze się maskował i udawał bardzo opanowanego. Najspokojniejszy i najbardziej wyluzowany był Luke, który zakładał, że przecież i tak wszystko się uda, bo ja i mama planowałyśmy całe to wydarzenie z takimi szczegółami, jakbyśmy co najmniej szły na wojnę. Nie powiem, ale ten jego spokój dobrze na mnie działał, bo pomagał mi trzymać jakiś fason i nie zwariować od tego wszystkiego.
          Po szybkim śniadaniu, przy którym ja z mamą trajkotałyśmy, jak nienormalne, przyszła pora na wręczenie ślubnych prezentów od nas. Choć rodzice ostro zarzekali się, że nie mamy im nic kupować. Ogólnie – mieliśmy się nie wygłupiać i nie bawić się w takie rzeczy. My jednak postanowiliśmy i tak coś dla nich przygotować.
           Kiedy oboje pakowali najważniejsze rzeczy, jakie mają zabrać na uroczystość – a zrobiłam im dokładną listę, by niczego nie zapomnieli – ja i Luke wparowaliśmy im do sypialni z szerokimi uśmiechami na twarzy. Mama spojrzała na nas znad siatki, a Dan odwrócił się w naszą stronę, zostawiając otwarte drzwi od garderoby, na których wisiał jego ślubny garnitur.
- Co jest?- zapytała Sarah, robiąc zdziwioną minę.
- Musicie teraz iść z nami – powiedziałam jednym tchem. – Mamy coś dla was.
- Przecież mówiliśmy, że… - zaczął Dan.
- Tak, wiemy, ale my i tak się was nie posłuchaliśmy – przerwał mu szybko Luke.
- Obiecaliście… - spróbowała mama, a ja prychnęłam pod nosem.
- Nic, nikomu nie obiecywaliśmy – rzuciłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Czy wy się boicie dostać od nas cokolwiek?
- No, nie… Ale nieraz przerażają mnie wasze pomysły- skwitował Dan, a ja znów prychnęłam pod nosem.
- Dobra, ruszcie się – zarządził ze śmiechem Luke, machając na nich ręką.
             Sarah uśmiechnęła się i jako pierwsza ruszyła w naszą stronę. Dan zaraz do niej dołączył i cała nasza czwórka wyszła z pokoju. Wskazałam im schody na mój strych, a oni wymienili spojrzenia w dalszym ciągu uśmiechając się, jak dzieci. I niech mi nie ściemniają, że nie byli ciekawi naszych prezentów dla nich, bo im nie uwierzę. Zresztą, kto nie lubi dostawać prezentów? Zaprowadziliśmy ich na górę.
- Mieliście nie wydawać na nas pieniędzy – rzuciła mama, wpatrując się w białą narzutę przed nią.
- Postawiliśmy raczej na inną formę prezentu dla was – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Dobra, pokazuj to, bo jestem ciekawy – skwitował Dan, zacierając ręce, kiedy podeszłam do płachty.
- Ten jest ode mnie – powiedziałam, łapiąc za biały materiał. 
           Jednym szybkim ruchem, ściągnęłam narzutę, by odsłonić im moje małe dzieło. Mama pisnęła pod nosem, łapiąc Dana za rękę. Potem zalała się łzami, wpatrując się w ich wspólny portret.
- Jezu, Rose… To jest niesamowite- wydusił z siebie Dan, pochodząc bliżej obrazu. – Takie prezenty to ja lubię.
- Podoba się? – zapytałam, kierując to zdanie do mamy, która ocierała łzy.
- Pewnie, że tak… Jest piękny – powiedziała, a potem podleciała do mnie, by mnie uściskać. Poklepałam ją po plecach, mając na ustach szeroki uśmiech zadowolenia.
- Teraz ja – odezwał się blondyn, który obserwował tą scenę z boku. Złapał ze stolika dwie zapakowane płyty i podszedł do nich, dając każdemu z nich po jednej. – Na płytach znajdują się wasze ulubione kawałki. Ostatni utwór jest waszą piosenką.
- Naszą? – zapytał Dan, obracając płytę w dłoniach.
- Waszą piosenką z pierwszego tańca, którą pozwoliłem sobie zmienić.
- Co? – wydusiła mama. – Zmieniłeś ją od tak?
- Taki był zamiar od początku, ale nie chciałem się przyznać, więc dałem wam coś podobnego melodyjnie, a potem zmieniłem to na inną. Nie mogę nic więcej wam powiedzieć, bo zepsuję niespodziankę. Nie otwierajcie tego teraz, bo wszystko się wyda – powiedział z uśmiechem. – Otwórzcie to po ślubie.
- Czyli to prezent tajemnica? – skwitował Dan, a Luke pokiwał głową. – Teraz to jestem jeszcze bardziej ciekawy.
- Nie otwieraj – powtórzył młodszy Hemmings, widząc, jak jego ojciec skubie kawałek foli. Dan zrobił minę niewiniątka, co wyglądało naprawdę komicznie w jego wykonaniu, a potem objął syna, klepiąc go po plecach. Następnie podszedł do mnie i również uściskał.
- Gwarantuje wam, że jest super – dodałam, kiedy się ode mnie odsunął. Mama uśmiechnęła się do blondyna i zgarnęła go w ramiona z taką siłą, że Luke ledwo ustał na nogach.
- Skoro prezenty od nas rozdane, to wracajcie do pakowania się – zarządziłam, wyganiając ich ze strychu.
- A ty? – zapytała mama, odsuwając się od Luke'a.
- Ja już się spakowałam.
- Zrobiła to wczoraj – rzucił blondyn, przekręcając oczami, a ja prychnęłam pod nosem. Nasi rodzice parsknęli śmiechem, choć nie wiem, co w tym było takiego zabawnego.  – Dobra, a co ja mam robić?
- Ubieraj się, jedziesz odebrać kwiaty.
- Co?- rzucił, krzywiąc się.- Ja się na tym nie znam…
- Nie każę ci ich wybierać. Masz je tylko odebrać – odparłam, a Luke odetchnął z ulgą. Faceci…

            Ślub i wesele miały się odbyć w Sydney Palace Hotel, który był położony na obrzeżach miasta. Rodzice oprócz sali i ogrodu, wynajęli też pokoje na pierwszym piętrze – dwa dla nich, aby się przyszykować do całej ceremonii, a reszta dla gości, gdyby ktoś w czasie imprezy musiał udać się na spoczynek. Hotel ten należał do Dylana, więc to z nim konsultowaliśmy najważniejsze rzeczy, jak między innymi wystrój, czy jedzenie. I nie powiem, ale brat Dana stawał na głowie, by wszystko wyglądało perfekcyjnie. Musiałam to przyznać, że jeśli chodziło o takie sprawy, to wujek Luke'a zmieniał się w odpowiedzialnego mężczyznę.
           Cała ceremonia miała się odbyć o piątej, a moi dziadkowie i tak pojawili się przed czasem, by pomóc mi i mamie się wyszykować. Dlatego zawitaliśmy do hotelu znacznie wcześniej, by zacząć żmudną pracę nad swoim wyglądem, a także by po raz ostatni skontrolować pozostałe rzeczy. 
           Najpierw jednak musiałam usiedzieć na miejscu i dać się uczesać i wymalować, wynajętej przez mamę kobiecie – specjalistce od wyglądu, wizażystce i fryzjerce w jednym. Oczywiście podczas siedzenia na krześle, wisiałam na komórce i dalej męczyłam blondyna, wydając mu rozkazy na odległość. Nie powiem, ale byłam wielce zdziwiona, że ani razu się na mnie nie wkurzył i bez jęczenia robił to, o co go prosiłam.
           W końcu kiedy miałam na głowie upięty kok, stworzony z mocno skręconych włosów i delikatny makijaż, mogłam zejść z krzesła, by wpuścić na nie mamę. Przejrzałam się szybko w lustrze i pokiwałam głową. Podobało mi się.
- Rose, Rose… Ja chyba nie spakowałam pończoch – rzuciła mama z paniką, niemalże wyrywając się Marie, która ze stoickim spokojem, przerwała swoją pracę.
- Oczywiście, że spakowałaś. Gdzieś je nawet tu widziałam.
- Nie… Nie ma ich – ciągnęła spanikowana mama.
           Wyciągnęłam palec wskazujący w jej stronę, prosząc ją o chwilę czasu, a potem sama szybko sprawdziłam wszystkie siatki, jakie miałyśmy ze sobą. Dobra… Jednej ewidentnie nie było.  A tam przecież były też moje pończochy, a co ważniejsze moje buty! Wzięłam głęboki oddech i chwyciłam za telefon, wykręcając szybko numer do Luke'a.
- Gdzie mam iść tym razem?- wypalił od razu.
- Chciałam się zapytać, czy nie gwizdnęliście nam jednej siatki – powiedziałam, raz jeszcze sprawdzając zawartość pozostałych siatek, zgromadzonych w naszym pokoju.
- Co tam miało być?
- Pończochy i moje buty.
- Zaraz to sprawdzę.
- Jesteś najlepszy – powiedziałam żeby go trochę udobruchać. Słyszałam, jak blondyn westchnął pod nosem. – Najlepszy z najlepszych kotku.
- O! Kotek, to takie słodkie- rzuciła moja babcia, ale ją zignorowałam. Szczególnie, że miała jakąś dziwną obsesję na punkcie Luke'a i traktowała go, jak ideał, co trochę mnie irytowało, bo to w końcu ja byłam jej wnuczką numer jeden i powinna o tym pamiętać. Na szczęście dziadek mnie nie zdradził i dalej byłam jego małą rudowłosą królewną.
- Będziesz musiała się mocno postarać żeby mi to wszystko wynagrodzić – mruknął do słuchawki Luke, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
- O to się nie martw.
- Chcę być wtedy na górze – powiedział z pewnością w głosie, a ja wyczułam, że i on się uśmiechnął. – Nie, tato… Nie gadam o seksie – dodał po chwili tonem niewiniątka, a ja uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Co za kretyn. Mój kochany kretyn. Mogłam jednak być pewna, że Dan to kupił.
- Co z tą siatką, Luke?
- Sprawdzę, czy nie zostało nic w samochodzie. Oddzwonię. – I rozłączył się.
            Odwróciłam się w stronę mamy, która wlepiała we mnie swoje niebieskie oczy, czekając na to, co powiem. Uśmiechnęłam się do niej, by nie wpadała w panikę. Panikować zaczniemy, jak się okażę, że została w domu albo że się zgubiła.
- I? – zapytała Sarah, nie dając za wygraną.
- Pewnie została w samochodzie – powiedziałam, wskazując na drzwi. – Luke poszedł jej poszukać. I przestań się w końcu ruszać mamo, bo Marie w końcu się wkurzy.
- Bez obaw, Rose – rzuciła ze śmiechem kobieta.- Nie takich klientów się czesało. Zresztą panny młode zawsze panikują przed ślubem, więc jestem na to uodporniona.
- Zawsze można ją przywiązać do krzesła – odezwał się dziadek. Sarah zgromiła go wzrokiem, a Dean wstał z miejsca. – Pójdę pogadać z Paulem – dodał, mając na myśli ojca Dana.
- Pogadać – prychnęła babcia pod nosem. – Już ja widzę te wasze pogadać. Pewnie po kielichu, miętówka w buzię i udacie, że nic się nie dzieje.
           Dziadek zrobił minę, jakby nie wiedział, o co chodzi, a potem wyszedł z pokoju. Teraz w środku zostały same kobiety. Marie parsknęła śmiechem, a był on tak zaraźliwy i lekko piskliwy, że sama zaczęłam chichotać pod nosem.
- Faceci – skwitowała babcia. – Oni wszyscy są tacy sami.
- Wszyscy – powtórzyła Sarah.
- Jeszcze ma pani czas, by uciec – powiedziała rozbawiona Marie. – Taka nowa wersja Uciekającej Panny Młodej.
           Wymieniłyśmy spojrzenia i wszystkie zaczęłyśmy się śmiać. Upiłam łyk napoju ze swojej szklanki, która stała na stoliku, a następnie założyłam z powrotem na szyję łańcuszek, który dostałam od Luke'a. Praktycznie się z nim nie rozstawałam i zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Nagle podskoczyłam słysząc znaną melodię. Dzwonił Luke.
- Znalazłeś?
- Tak. Była w samochodzie.
- Bosko – odparłam z ulgą. – Zaraz po nią…
- Spoko, zaraz ci przyniosę.
- Dzięki.
- I?
- Jesteś najlepszy.
- Zaraz tam będę. – Rozłączył się.
- I co? – zapytała mama, znów podskakując na krześle.
- Znalazła się w samochodzie – poinformowałam ją, a ona odetchnęła z ulgą. Zresztą nie tylko ona, bo ja też.

***
            Ubrał białą koszulę i szybko zapiął guziki. Następnie założył brzoskwiniową kamizelkę i krawat. Ani on, ani jego ojciec nie dali się wcisnąć w te śmieszne muszki, które z początku zaproponowała im Sarah. Na samym końcu naciągnął na siebie czarną marynarkę. Zanim jednak zdążył się poprawić, stery przejęła jego babcia, robiąc to za niego.
- Luke wyglądasz tak przystojnie – powiedziała, szarpiąc go w różne strony. – W garniturze ci do twarzy.
- Wiem, wszyscy mi to mówią – odparł ze śmiechem, stając się jej wyrwać.
- Mój skromny syn – rzucił Dan, przekręcając oczami.
- Ty też wyglądasz przystojnie, syneczku – powiedziała Emily.
- Mówisz tak, by mnie pocieszyć czy jak?- wydusił z siebie, a potem zrobił przepraszającą minę, widząc świdrujące spojrzenie swojej matki.
           Luke skorzystał z tego momentu, w którym jego babcia przyczepiła się dla odmiany do jego ojca i odsunął się od niej na bezpieczną odległość. Podszedł do swoich ubrań, które wisiały na oparciu jednego z krzeseł. Włożył rękę do kieszeni bluzy, ale natrafił na pustkę. Sprawdził drugą. Też nic. Zacisnął lekko usta i spróbował znaleźć pudełko z obrączkami w kolejnej kieszeni. Nic.
           Momentalnie wyprostował się i zerknął na Dana i Emily, którzy rozmawiali na temat zbliżającej się uroczystości. Luke przybrał normalny wyraz twarzy, jakby nic się nie działo, ale w środku poczuł panikę. Jeśli okaże się, że zgubił obrączki to… Nie, nie… On musiał je znaleźć.
- Zaraz wracam – powiedział, szybko podchodząc do drzwi.
- Ej, a ty dokąd?! – rzucił Dan, patrząc błagalnie na syna, by ten nie zostawił go samego.
- Rose napisała mi kolejnego sms-a – odpowiedział, przekręcając teatralnie oczami, a następnie wyskoczył na korytarz, jak oparzony.
           Ruszył w kierunku schodów, ale nie zdążył do nich dojść, bo na górze tuż przed nim, pojawili się jego kumple. Cała trójka ubrana była w eleganckie czarne garnitury i krawaty. Spojrzeli na niego i uśmiechnęli się szeroko.
- Ej, Hemmo, ale z ciebie model, jak z okładki z tych babskich pisemek – zaśmiał się Clifford, klepiąc go po policzkach. Luke odepchnął go od siebie, co wywołało jeszcze większy chichot ze strony czerwonowłosego.
- W już tu? – wypalił, wiedząc, że nie ma czasu na pogaduszki.
- Chcieliśmy sami sprawdzić nasz sprzęt – powiedział Ashton, a potem przyjrzał się blondynowi uważniej. – A tobie, co? Masz minę, jakbyś zaraz miał mieć zawał na miejscu.
- Co zrobiłeś? – odezwał się Calum, mierząc go wzrokiem. – Na pewno coś zrobiłeś. Gadaj to może…
            Ale nie dokończył, bo Luke złapał go i Ashtona za marynarki i pociągnął w stronę drugiego korytarza, kiedy usłyszał otwierające się drzwi od pokoju jego ojca. Clifford uniósł brwi do góry i schował się razem z nimi, informując go, że to jego babcia.
- Co zrobiłeś? – powtórzył szeptem Hood.
- Może zgubiłem obrączki – wydusił z siebie, a oni zrobili wielkie oczy.
- Może czy zgubiłeś? – dopytał Ashton.
- Nie wiem… Może… Nie wiem… Nie mam ich. Musiały wylecieć mi z kieszeni – syknął, kręcąc głową.
- Wyluzuj i…
- Twój ojciec się wkurwi – przerwał mu Michael. – No, co? – pociągnął, widząc, jak Irwin mruży na niego oczy. – Mówię, co myślę!
- Ciszej – mruknął na niego Calum, uderzając go w tył głowy. Clifford warknął pod nosem z niezadowoleniem.
- Wkurwi – rzucił Luke, znów kręcąc głową. –Będzie mnie musiał najpierw odkopać i wskrzesić, bo jak Rose się dowie, to mnie zamorduje na miejscu.
- Sprawdzałeś w pokoju? – zapytał Ashton.
- Nie, bo co miałem powiedzieć. Hej, tato nie widziałeś tam gdzieś obrączek, bo chyba je zapodziałem? Może wyleciały mi w samochodzie…
- Dobra, zrobimy tak – powiedział Calum, machając w ich stronę palcem. – My sprawdzimy twój samochód, a ty przeszukaj pokój.
- Jak?- zapytał, a Hood spojrzał na niego, jak na idiotę.
- Skłam, geniuszu – odpowiedział Mulat. – Powiedz, że czegoś szukasz i nie panikuj, bo się wydasz. My poszukamy w samochodzie. – Luke pokiwał głową. – Pójdę z tobą po kluczki.
             Złapał go za ramię i zanim Hemmings zdążył się zorientować, pociągnął go w stronę głównego korytarza. Blondyn jednak zatrzymał się w połowie drogi, dając mu znak, by poczekał. Calum spojrzał na niego zaskoczony, ale Luke tylko kiwnął mu palcem i zastanowił się. Musiał mieć jakiś plan. Po chwili pojawił się w jego głowie. Wskazał brodą na drzwi od jego pokoju, a Hood pokiwał mu głową. Oboje podeszli do nich i weszli do środka.
- No, w końcu... Nie zostawiaj mnie samego z moją matką – warknął Dan, odwracając się w ich stronę. Uśmiechnął się. – Cześć Calum.
- Witam panie D – rzucił roześmiany Mulat. – Najlepszego na nowej drodze życia.
- Dzięki, dzięki bardzo – powiedział mężczyzna, poprawiając biały krawat. Luke podszedł do stołu i podał kluczki Hoodowi. – A co ty tu robisz?
- Zapomniałem wziąć z samochodu Luke'a kostki do basu – odpowiedział Calum, wzruszając jednocześnie ramionami, a potem zwrócił się do blondyna – Podrzucę ci je za chwilę.
- Spoko. Nie spiesz się.
            Hood skinął głową w stronę Dana, nadal mając na twarzy swój znany uśmiech, a potem ulotnił się z pokoju. Luke spojrzał na ojca, który dla odmiany złapał za telefon, coś w nim sprawdzając. Blondyn powoli zaczął przeszukiwać każdy skrawek pokoju.
- Co ty robisz?
- Co?
- Czego szukasz? – dopytywał się Dan, a Luke w myślach, aż jęknął. Musiał się czepiać?
- Rose chciała ładowarkę do telefonu.
- Daj jej moją – powiedział ze śmiechem, widząc, jak jego syn zawzięcie grzebie w siatkach z ich rzeczami.
- Chce koniecznie swoją.
- A co to za różnica?
- Nie wiem, sam się jej zapytaj – rzucił, machając ręką. – Albo nie – powiedział, prostując się raptownie, by znów wlepić w ojca swoje błękitne oczy. – Nie pytaj się, bo się wkurzy.
- Kobiety…
- No, dokładnie – skwitował Luke, odwracając się od niego i przekręcają oczami.

***
             Wyszedł z pokoju Luke'a i Dana, a następnie podszedł szybko do pozostałych, którzy czekali na niego przy schodach. Machnął im ręką z kluczykami. Odwrócili się i niemalże zbiegli po schodach. Musieli, jak najszybciej dostać się na parking i przeszukać samochód, nie wzbudzając podejrzeń u innych ludzi, którzy zaczynali się tu kręcić.
           Wypadli na zewnątrz, z daleka namierzając samochód blondyna. Podeszli do niego, a Calum otworzył go. Wepchali się do środka, by zacząć sprawdzać każdy kawałek czarnego auta.
- Cały Hemmings – rzucił Clifford, myszkując w schowku.
- Byłoby chyba zbyt nudno, gdyby nic się nie stało – odpowiedział Ashton, który ulokował się z tyłu.
- Zdecydowanie byłoby za nudno – powiedział Calum, nurkując pod siedzenie od strony kierowcy.
           Nagle poczuł pod palcami zamszowy materiał. Uśmiechnął się pod nosem i mocniej wyciągnął rękę, by chwycić zgubę. Pudełko przesunęło się dalej, a on jęknął pod nosem.
- Co ty robisz?- wypalił Irwin.
- Chyba je mam – powiedział, pochylając się jeszcze bardziej.
          Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę mocniej. Jego palce zdążyły zacisnąć się na zamszowym pudełku, kiedy usłyszał znajomy kobiecy głos. Wystraszył się i podskoczył, uderzając głową w kierownice. Jęknął głośno pod nosem po raz kolejny, a potem wolną dłonią zaczął rozmasowywać sobie bolące miejsce. Pieprzony Hemmings i jego zdolność do gubienia rzeczy w najmniej odpowiednim momencie!
- Hej, chłopcy – powtórzyła babcia Luke'a, która nagle nie wiadomo skąd wzięła się na dworze.
- Pani Hemmings, dobrze panią widzieć – odezwał się Michael, wychodząc z samochodu.
- Znalazłeś? – wyszeptał Irwin, zerkając na Caluma. Mulat pokiwał mu głową, wciskając pudełko do kieszeni. Następnie i oni wyszli z auta.
- Zgubiło się coś? – zapytała, spoglądając na nich z ciekawością.
- Nie, nic takiego – powiedział Clifford, robiąc minę niewiniątka. – Musieliśmy coś sprawdzić.
- W takim razie widzimy się później na weselu chłopcy – rzuciła z uśmiechem i ruszyła w stronę głównego wejścia.
- Koniecznie musi pani ze mną zatańczyć! – zawołał za nią Clifford, a ona rozpromieniła się i posłała mu kolejny szeroki uśmiech. Michael odprowadził ją wzrokiem, a potem spojrzał na Caluma. – Masz?
- Mam – powiedział, wyciągając z kieszeni czarne zamszowe pudełko. Otworzył je. W środku były obrączki.

***
            Gdy Calum puścił mu sygnał, znów wyszedł z pokoju, mówiąc ojcu, że musi zajrzeć do Rose. Na korytarzu czekali na niego jego kumple. Widząc ich lekkie uśmiechy, odetchnął z ulgą. Kryzys zażegnany. Podszedł do nich, a Hood wcisnął mu czarne pudełko w dłoń.
- Wielkie dzięki – powiedział Luke.
- No, Drużbą Roku to ty nie zostaniesz – rzucił rozbawiony Clifford, a blondyn przekręcił oczami.
- Gdzie były?
- Pod twoim siedzeniem, kierowco – odpowiedział Calum. – I jeszcze przyrżnąłem się w łeb, bo twoja babcia pojawia się i znika, jak jakiś pieprzony magik.
- Widziała was?
- Widziała, ale na szczęście nie wie, co się stało – powiedział Ashton, kiwając lekko głową. – Nikt nic nie wie i niech tak zostanie.
- Tym lepiej dla mnie- skwitował Luke. – Przez to wszystko mam ochotę się narąbać w trzy dupy i przestać myśleć.
- Nie możesz się nachlać na ślubie własnego ojca – rzucił Calum, pukając go palcem w klatkę piersiową. – Jesteś drużbą, musisz trzymać fason.
- Przecież wiem – odparł Luke, przekręcając oczami.
- Widzimy się na ślubie. Muszę iść po Lori, bo zaraz przyjdzie tu z Becky – powiedział Clifford, klepiąc go po plecach.
- Jeszcze raz dzięki.
- Od tego są kumple – skwitował Hood.
- Ta… Żeby cię wyciągać z takich chujowych sytuacji – pociągnął Irwin z uśmiechem. – Do później, Hemmo.
            Luke machnął im, a potem odprowadził ich wzrokiem. Gdy zeszli po schodach, schował obrączki do marynarki, wciskając je na sam dół kieszeni. Miał nadzieję, że tym razem zostaną na miejscu. Odwrócił się i spojrzał na drzwi od pokoi. Powiedział ojcu, że zajrzy do Rose, więc w sumie mógł to zrobić. Zresztą był ogromnie ciekawy, jak ona i Sarah wyglądają. Co prawda widział jedną i drugą sukienkę, ale nie na nich. Dlatego z ciekawości podszedł do drzwi i zapukał.
- Proszę – rzuciła Rose, a on otworzył drzwi. Rozejrzał się po pokoju, w którym panował totalny chaos, ale najwidoczniej panie w stu procentach go ogarniały.
- Chciałem tylko… – zaczął, ale przerwał, gdy jego błękitne oczy natrafiły na rudowłosą. 
             Uniósł brwi, mierząc ją od góry do dołu. Miała na sobie zwiewną brzoskwiniową prostą suknie, z marszczoną górą bez ramiączek. Do tego buty na obcasie w tym samym odcieniu, delikatną biżuterię – w tym łańcuszek od niego – niezbyt mocny makijaż i luźny kok, składający się z loków.
- Co chciałeś, Luke? – zapytała z uśmiechem. Blondyn wszedł do środka, zamykając drzwi. Nigdzie nie widział Sarah, ale domyślił się, że może siedzi w łazience.
- W zasadzie to nic – odpowiedział, nie odrywając od niej wzroku. – Wyglądasz…
- Jak?
- Nieziemsko – wydusił z siebie, a ona zaśmiała się pod nosem.
- Ty też, kotku. Uwielbiam cię w takim zestawie.
- Gdzie twoja mama? – Rose wskazała na drzwi obok. Czyli jednak była w łazience. Podszedł do niej i objął ją w tali, przyciągając bliżej siebie.
- Ej – rzuciła, uderzając go lekko w ramię.
- Nie moja wina, tylko twoja – odparł, muskając lekko jej wargi. – Naprawdę wyglądasz niesamowicie.
- Bo się zakochasz.
- Za późno – powiedział i sam się zaśmiał. – Z drugiej strony to przykre – dodał ciszej.
- Co przykre?
- Bo mogę się założyć, że wszystkie oczy zamiast być skierowane na pannę młodą, będą zwrócone na ciebie– odpowiedział, a Rose uśmiechnęła się i szybko złączyła ich usta w delikatnym pocałunku.
- Jesteś wariat – wyszeptała, przejeżdżając dłońmi po jego bokach. - Dobrze, że przyszedłeś, bo nie wziąłeś dla was butonierek.
-To właśnie chciałem – skłamał, a Rose uniosła jedną brew do góry, nie dając się nabrać na to małe kłamstwo. Pokręciła głową i odsunęła się od niego, choć on wolał, by w dalszym ciągu mógł ją obejmować.
            Kiedy podała mu plastikowe pudełko, z łazienki wyłoniła się Sarah. Uśmiechnęła się na jego widok, a on odpowiedział tym samym. Jej włosy upięte były w wysoki kok, który ozdobiony został białymi różyczkami. Miała na sobie białą, prostą suknię ślubną bez ramiączek, z gorsetem w koronkę i lekkim zwiewnym dłuższym dołem, który ciągnął się po podłodze.
- Pięknie wyglądasz – powiedział, a ona uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Dziękuję – odpowiedziała, podchodząc do nich. – A jak Dan?
- Z pewnością prezentuje się gorzej od ciebie – rzucił Luke, a Rose i Sarah parsknęły śmiechem. – Zbieram się, bo niedługo widzimy się na dole.
- Niedługo – odparła Sarah, a on kiwnął głową.
            Pocałował Rose na odchodnym w policzek, a potem szybko wyszedł na korytarz. Zatrzymał się przed drzwiami obok i wszedł do pokoju, w którym był jego ojciec ubrany w czarny garnitur. Podszedł do niego, wciskając mu w ręce pudełko.
- Jak moja przyszła żona? – zapytał Dan. – Naprawdę nie mogę się doczekać, by ją zobaczyć. – Luke spojrzał gdzieś przed siebie i uśmiechnął się szeroko, przywołując obraz nie Sarah, a Rose. – Ej, jesteś tu ze mną?
- Co?
- Jak wygląda moja przyszła żona? – powtórzył Dan.
- Nieziemsko.
- To było o Rosalie, a teraz wróć na chwilę na ziemię i powiedz mi coś na temat Sarah – ciągnął jego ojciec i pstryknął mu palcami przed nosem. Luke poruszył się i spojrzał na niego.
- Obie wyglądają nieziemsko.
- Ty to jednak wpadłeś…
- Co?
- Wpadłeś...
- Przestań tato – jęknął, kręcąc nosem. 


***
Nie wiem jakim cudem, ale byłam pewna, że rozdział ma się pojawić w czwartek, a nie w środę, dlatego ta część pojawia się na ostatnią chwilę. Ale jakoś zdążyłam :)

Rozdział z przygotowaniami do ślubu - czyli wiadomo, czego można się spodziewać w drugiej jego części :) 
No i niestety powoli zbliżamy się do końca sezonu czwartego. Zobaczymy, jak to się potoczy dalej, choć nie powiem, ale lubiłam pisać o ich szkolnych perypetiach, a oni już szkołę skończyli i o! Są dorośli (chlipie), opuszczają rodzinne gniazdko (chlipie x2). Ale dość sentymentów :)

Dziękuję wam za wszystkie miłe słowa i komentarze! Jesteście NAJLEPSIEJSZE!

I nie przedłużając - kolejny w poniedziałek :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku (prawie bym zapomniała :D):

- Zapraszamy na środek świadków – powiedział do mikrofonu prowadzący naszą imprezę. Wytrzeszczyłam oczy. Że niby, jak?

***

- Fajne z niego młode ciasteczko – pociągnęła blondynka. Jej mąż spojrzał na nią, jak na kosmitkę.
- Przypomnieć ci ile masz lat? – wypalił, a my ryknęliśmy śmiechem.

***

- Było dobre – odpowiedział, oblizując lekko usta. Poruszałam nosem z niezadowoleniem.
- Będziesz teraz na niego krzyczeć? – wtrąciła się babcia, co wywołało u Luke'a jeszcze szerszy uśmiech, bo miał kolejnego damskiego obrońcę.

***

- To wypijmy teraz za naszą paczkę – zaproponowała Lori. - Za nas! Byśmy byli przyjaciółmi do końca życia i jeden dzień dłużej!
- O! To było ładne – rzucił Irwin.

***

- Szybko minęło. Ten cały czas odkąd zjawiłaś się w Sydney. Ty i twoja mama. A teraz bawiliśmy się na ich wspólnym weselu, skończyliśmy liceum, zaczynamy studia, a mam wrażenie, jakbym niedawno wpadł na ciebie na szkolnym korytarzu. 

11 komentarzy:

  1. Wspaniały rozdział, napisałabym pewnie więcej, gdyby nie to, że się śpiesze ...
    Tak, czy inaczej: rozdział, jak już wspominał boski, genialnie piszesz i nigdy nie przestawaj, jak wydasz książkę, chętnie ją kupię
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest tak świetne, że nawet nie wiem, co napisać... Nie umiem rozwodzić się za bardzo, więc powiem po prostu, że zakochałam się w tym ff i w Twoim stylu pisania. Jesteś niesamowita i zazdroszcze Ci talentu oraz tych genialnych pomysłów :) Uwielbiam Cie kochanie! ;) ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale super. Mam nadzieje że dodasz jutro kolejny rozdział....

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam wesela, dlatego fajnie mi się czytało ten rozdział.
    Przeważnie, dzieje się na nich coś niespodziewanego, niezaplanowanego itp, dlatego jestem bardzo ciekawa, co tutaj będzie nas czekać. Czyżby Panna Młodsza Rivers, miała złapać bukiecik/welon? Czy może jednak to Luke coś wykombinuje szalonego? A może jednak to któryś z ich wspólnych znajomych? Zawsze jeszcze mogę postawić na Parę Młodą, która od przyszłego rozdziału, stanie się pełnoprawną rodzinką Hemmings. Biedna Rose... musimy to w miarę szybko naprawić, gdyż w tym domu, to teraz ona jako jedyna pozostanie o innym nazwisku. Chyba, że nie planujesz zmienić Sarah nazwiska, to pozostaniemy w tym samym punkcie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A! Powiedz mi jeszcze proszę, że następny po następnym, pojawi się w Czwartek*błaga*. Jeśli by się tak stało, to powiem Ci wtedy, dlaczego prosiłam o ten dzień ;)

      Usuń
  5. Wyobrażam sobie minę Dana, jak wszedł im do pokoju hahaha musiała być bezcenna XD Będzie ślub, niedługo będzie ślub ;) Hemmo masz szczęście, że znalazły się te obrączki, bo miał byś przekichane po całości. Chłopaki jesteście wielcy, że uratowaliście mu tyłek ;) Lukey przyznaj się, że naprawdę wpadłeś. My to i tak wiemy!
    z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam to TAK BARDZO MOCNO
    Normalnie jak nowy album sosów *a kocham go bardzo* <33

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam to TAK BARDZO MOCNO
    Normalnie jak nowy album sosów *a kocham go bardzo* <33

    OdpowiedzUsuń
  8. Jutro poniedziałek! Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Ale powiedz / napisz mi czemu dopiero w poniedziałek rozdział? Płacze, jesteś mi potrzebna jak powietrze!

    OdpowiedzUsuń
  9. Żyjesz tu jeszcze? Czekam na rozdział...

    OdpowiedzUsuń