piątek, 20 listopada 2015

S5 - Rozdział 5

I dare you to kiss me


          Jak tylko Calum się obudził, razem z Lukiem opowiedzieliśmy mu o jego nocnej wizycie. Chłopak był tak zaskoczony, że z początku w ogóle nie chciał nam uwierzyć. Potem przepraszał nas raz za razem, a mnie zrobiło się go szkoda, bo przecież to nie było coś, co było jego winą. W końcu nie mógł tego w żaden sposób kontrolować. Na szczęście potem mu przeszło, a cała ta historia teraz nas mocno bawiła.

          Wybieraliśmy się na festyn. Musieliśmy jednak wyłonić między nami kierowcę, który dostarczy nas na miejsce pickupem wujka Asha, a potem zabierze bezpiecznie z powrotem do domu. Do pokonania było około czterech – pięciu kilometrów, a nikt z nas nie chciał iść i wracać stamtąd piechotą. Aby było sprawiedliwie Calum wpadł na pomysł zorganizowania losowania.
          Po obiedzie zgromadziliśmy się w salonie. Ustawiliśmy się wokół stolika do kawy. Po chwili obok nas pojawił się Hood, trzymając w dłonic czarną czapkę z daszkiem. Wewnątrz niej znajdowały się małe, białe, poskładane karteczki. Michael przejął od niego czapkę i zamieszał w niej raz jeszcze, a następnie położył ją na środku stolika.
- Wszyscy mamy prawo jazdy, więc udział w losowaniu biorą wszyscy. Każdy łapie za jedną karteczkę – zarządził Calum, zerkając na nas. – Większość jest pustych. Jedna zawiera napis, który wskaże nam pechowca, który przez całą imprezę będzie musiał zachować trzeźwość.
- To, co? – powiedział Luke, wskazując brodą na czapkę. – Bierzmy się za to.
- Otwieramy wszyscy razem – rzucił Calum. 
          Irwin wzruszył ramionami i jako pierwszy wyciągnął rękę po karteczkę. Poszliśmy w jego ślady i po chwili każdy trzymał w dłoni mały świstek papieru. Zerknęliśmy po sobie i z głupimi uśmieszkami rozłożyliśmy karteczki. Moja okazała się być pusta. W sumie miałam to gdzieś, czy będę pić czy nie. Umiałam się bawić bez alkoholu. Miałam nadzieję na to, że padnie, na któregoś z chłopaków. Chciałam wtedy zobaczyć minę delikwenta, który będzie musiał wytrzymać z pijącą częścią grupy.
           Rozejrzałam się po pozostałych. Męska część paczki szczerzyła się, jakby co najmniej wygrali milion dolarów. Po ich minach wiedziałam, że brutalny los zrzucił, na którąś z dziewczyn odpowiedzialność za transport.
- Kurwa – syknęła Lori, a wszystkie oczy przeniosły się na nią.
           Blondynka pokręciła nosem, a potem rzuciła karteczkę na stół. Stałam obok niej, więc nachyliłam się nieco w jej stronę, by zobaczyć hasło wypisane na świstku. Zacisnęłam lekko usta, starając się nie wybuchnąć śmiechem, bo chłopaki już zdążyli to zrobić i teraz mieli dobry ubaw, widząc skwaszoną minę Lori. Spojrzałam na kartkę po raz kolejny. Moje oczy lekko się powiększyły i naprawdę musiałam się postarać, by nie dołączyć do rechoczącej reszty. Na kartce, bowiem widniało, tylko jedno słowo. Frajer.

           Lori miała obawy przed kierowaniem dużym pickupem. Irwin zabrał ją na szybką przejażdżkę, by dziewczyna przyzwyczaiła się do wozu. Na całe szczęście przyjaciółka była pojętnym uczniem i radziła sobie całkiem nieźle. Dlatego z ulgą przyjęliśmy to, że bez szwanku dotrzemy na miejsce i z powrotem. Ashton dodatkowo zachwalał jej ostrożną jazdę, a pochwała ze strony faceta jest naprawdę dobrym kopem do wzrostu samooceny, jeśli chodzi o prowadzenie samochodu. Jestem ciekawa, czy Luke kiedyś zdobędzie się na to, by docenić moje umiejętności. Ta… Mogę pomarzyć. Blondyn dalej twierdzi, że prowadzę, jak wariatka.
           Wyszykowani do wyjścia, wytoczyliśmy się całą grupą na zewnątrz. Calum zamknął domek, w którym musieliśmy zostawić Rocky’ego. Następnie wpakowaliśmy się do czerwonego samochodu. Lori zasiadła za kierownicą, a obok niej znalazł się Ashton. Ja, Calum i Becky zajęliśmy siedzenia z tyłu. Luke i Michael musieli zadowolić się miejscami na skrzyni ładunkowej. Ich zadowolone miny, z perspektywą przejażdżki w tej części wozu, mówiły tylko o tym, że raczej nie mają nic przeciwko temu.

           Dojechaliśmy na miejsce. Lori zaparkowała z samego brzegu, z dala od wejścia i płotu. Samochodów było mało, bo większość osób przyszła tu piechotą. Najwięcej było miejscowych, zaś wczasowicze stanowili mniejszość. Od razu doszedł do nas wesoły harmider, a także muzyka country- jak byśmy byli w Teksasie, a nie w Australii - i odrobina folku. Poustawiano namioty z piciem i jedzeniem, którego zapach roznosił się po boisku, na którym odbywał się festyn. Było po ósmej, więc nadal znajdowało się tu dużo atrakcji dla dzieciaków. Przy scenie, na której stał długi stół, skąd puszczano muzykę, zrobiono prowizoryczny parkiet, a resztę krzywo ściętej murawy zajmowały drewniane stoły i ławy.
            Wysiedliśmy z samochodu, a następnie całą grupą skierowaliśmy się w stronę podwójnej otwartej bramy, która zapraszała do wspólnej zabawy. Gdy tylko znaleźliśmy się na terenie boiska, zaczęliśmy się rozglądać, za jakimś miejscem do siedzenia. Musieliśmy zająć większy stół, bo przecież byliśmy umówieni z drugą grupą wczasowiczów – naszymi wakacyjnymi sąsiadami, którzy też mieli się pojawić na festynie.
           Przeciskając się przez skupiska ludzi, brnęliśmy w głąb stołów, by znaleźć coś dla siebie. W pewnym momencie Calum zatrzymał nas i wskazał palcem, gdzieś przed siebie. Wszystkie nasze oczy skierowały się na grupę Justina, która najwidoczniej postanowiła przyjechać nieco szybciej. Chłopak od razu nas zauważył, machając energicznie w naszą stronę ręką.
- Jesteście! – zawołała Nicki, kiedy podeszliśmy do stolika. – Siadajcie.
          Każdy z każdym się przywitał. Nasi znajomi ścisnęli się i przegrupowali, robiąc nam miejsce. Michael, Calum i Becky postanowili od razu uderzyć w stronę namiotu z napojami, by przynieść nam piwa, a dla Lori puszkę coli. Wcisnęłam się na miejsce obok Luke'a, mając po swojej prawej stronie Ashtona. Justin siedział centralnie naprzeciwko nas, co z pewnością mu odpowiadało, bo od razu wlepił swoje ciemno brązowe oczy w twarz mojego faceta. Próbowałam nie parsknąć śmiechem, gdy Luke udawał, że wszystko jest w porządku i niczego nienormalnego nie zauważa w jego zachowaniu. Zresztą Hemmings bardzo dobrze wiedział, jak na niego działa, bo w końcu Justin wcale się z tym nie krył.
- Długo siedzicie? – zapytałam, podciągając nogi do góry, by oprzeć je na wsporniku ławy. Położyłam dłoń na kolanach, lekko nachylając się do przodu, by lepiej ich słyszeć. Luke wykorzystał ten moment, by ukradkiem spleść swoje palce z moimi.
- Przyjechaliśmy, z jakąś godzinę temu – poinformował mnie Alex. – Ale już mam mózg sfiksowany od tych piosenek – dodał ze śmiechem. Chłopak preferował muzykę metalową, a wyciągnęli go do słuchania country.
- Zmuszę cię do tańca przy niej – odparła Kathy, a chłopak rzucił jej współczujące spojrzenie. Po jego minie wnioskowałam, że dziewczyna będzie musiała mocno się postarać, by ten ruszył tyłek z miejsca.
- Ja tam zatańczę – odezwał się Marcus. – Tyle pięknych kobiet, że aż chce się pokręcić wokół nich na tym parkiecie.
- I takie podejście mi się podoba – rzuciła Lizzy.

           Siedzieliśmy, jedliśmy, piliśmy i rozmawialiśmy. Podzieliliśmy się na grupki, bo nie byliśmy w stanie rozmawiać wszyscy razem na jeden temat. Co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, ktoś z kimś dyskutował, mocno i głośno broniąc swoich argumentów. Ogólnie byliśmy głośni. Na szczęście nie tylko my.
          Około jedenastej atmosfera na festynie się zmieniła. Dzieciaki zostały odstawione przez rodziców do domów, a na boisku zostali sami pełnoletni. W ruch poszły kolejne piwa, a do tego zaczęliśmy pojawiać się na parkiecie. Z początku oczywiście z naszego stolika ruszyły się w tamtą stronę, tylko dziewczyny, ale w końcu i niektórzy panowie postanowili się przyłączyć do wspólnego tańczenia.
           Puścili stary przebój – Rednex Cotton Eye Joe. Zostałam porwana do pląsów przez Caluma, który miał się czym popisać, bo ruszał się naprawdę nieźle. Obok nas tańczyła Becky z Marcusem, a niedaleko Clifford z Lori. Gdy jednak z takich rytmów przerzucili się na kolejny przebój – utrzymany w innym klimacie – ludzi na trawiastym parkiecie przybyło. Zrobiło się tłoczno. Mianowicie zagrali Los del Rio Macarena.

          Wyłoniłam się z tłumu tańczących. Ruszyłam w kierunku naszego stołu, mając nadzieję, że zaraz dorwę się, do czegoś do picia. Puszczano same szybkie kawałki i naprawdę można było się zmachać. Zdążyłam pokonać połowę drogi, gdy zauważyłam blondyna. Luke uśmiechnął się do mnie, zatrzymując się.
- Picia – jęknęłam, a on zaśmiał się. Zarzucił mi rękę na ramiona, a następnie cmoknął mnie w skroń, co było uroczę i słodkie z jego strony.
- Właśnie idę po piwo. Chcesz też?
- Tak. Pójdę z tobą. - Luke kiwnął mi głową, a ja pozwoliłam mu się poprowadzić w stronę namiotu, który głównie był okupowany przez panów, którzy trąbili jedno piwo za drugim.
           Odsunęłam się od blondyna, dając mu jednocześnie znać, że będę za nim. Luke dopchał się do starszego mężczyzny, który po chwili zaczął napełniać dwa plastikowe kubki jasno brązowym płynem. Rozejrzałam się po namiocie, skupiając się na kolorowych półkach z chipsami i słonymi przekąskami. Nagle jednak usłyszałam głos, którego dotąd nie znałam, ale który sprawił, że automatycznie odwróciłam się w jego stronę.
- Luke Hemmings?!
          Spojrzałam na dziewczynę idącą w kierunku Luke'a, który od razu spojrzał w jej stronę z lekkim uśmiechem. Musiałam mieć dość zabawną, zszokowaną minę, ale na szczęście żadne z nich tego na szczęście nie widziało. Nieznajoma dziewczyna wyglądała bowiem, jak wyrwana z jakiegoś wybiegu. Była wysoka, ciemnooka, z długimi czarnymi włosami sięgającymi jej po łopatki. Miała idealnie zarysowane malinowe usta, zgrabne i długie nogi, a do tego równą opaleniznę. Musiałam to przyznać, że naprawdę była bardzo ładna.
          Podeszła do blondyna, od razu obejmując go. Myślałam, że zaraz mnie rozniesie. Kim do cholery była i dlaczego wlepiała się w mojego faceta? Luke – na swoje szczęście, bo inaczej miałby przekichane po całości – od razu przypomniał sobie o mnie. Jego błękitne oczy spojrzały w moją stronę, więc podeszłam do nich.
- Tak dawno cię nie widziałam – powiedziała z przejęciem, a potem zerknęła na mnie. – Jestem Zoey.
- Rosalie.
- Nowa dziewczyna Hemmings? – zaśmiała się, unosząc jedną brew do góry. – Znowu?
- Jak znowu? – rzucił Luke, spoglądając na nią z niedowierzaniem.
- Przecież żartuję. – A potem znów jej ciemne oczy przeniosły się na mnie. – Naprawdę żartuję. – Machnęłam ręką, jak gdyby nic się nie stało. W środku nadal jednak chciałam wiedzieć, co to za panna i skąd się tu u licha wzięła. – Nadal gracie? Są tu też chłopaki?
- Gramy nadal i tak, jesteśmy tu całą paczką.
- Ekstra! – odparła i klasnęła w ręce. Powstrzymałam się, by się nie skrzywić. Wiem, byłam już do niej uprzedzona, ale przy niej w pewien sposób czułam się zagrożona. Szczególnie, że Zoey wyglądała, jak marzenie. – Masz jeszcze kontakt z Hayley?
- Nie.
- Kurczę, a byliście taką śliczną parą. Co prawda zawsze nad nią dominowałeś przez osobowość, bo Hayley była szarą i cichą myszką, więc to ty Hemmings byłeś na pierwszym miejscu. Ale… Byliście tacy uroczy! Ile razem pociągnęliście, bo już nie pamiętam?
- Rok. Na szczęście podjęliśmy wspólną decyzję o rozstaniu, więc przebiegło ono w spokojnej atmosferze. Jesteś tu na wakacjach?
- Tak, z moją paczką. Ale ten świat mały, co? Nigdy nie spodziewałabym się tego, że was tu spotkam! Trzymasz się nadal z Harper?
- Nie.
- Szczęście. Ta laska zawsze mnie przerażała. Przeproszę was teraz, bo naprawdę chciałabym znaleźć Michaela!
- Jasne.
           Zoey uśmiechnęła się do nas szeroko, a następnie odwróciła się i ruszyła w tłum ludzi. Uniosłam brwi do góry, w dalszym ciągu mało rozumiejąc z tej całej sytuacji. Luke zerknął na mnie, a potem złapał za dwa piwa, które od dawna stały na ladzie i czekały na to, by je zabrać. Jak tylko wyszliśmy z namiotu, złapałam go za rękę i pociągnęłam na drugi koniec boiska, by móc przeprowadzić swoje przesłuchanie.
- Ej, księżniczko zwolnij – rzucił ze śmiechem. Gdy znaleźliśmy się dalej od tych tłumów, zatrzymałam się raptownie.
- Kim jest Zoey? – zapytałam, pukając go palcem w klatkę piersiową. Hemmings uśmiechnął się do mnie, a ja po jego wyrazie twarzy wnioskowałam, że jest mega zadowolony. – Co znowu?
- Zazdrosna? – odparł, ruszając sugestywnie brwiami.
- Ani trochę – skwitowałam, co było kłamstwem totalnym. Oczywiście, że byłam zazdrosna, szczególnie, że ona wyglądała tak, a nie inaczej. Jednak postanowiłam uparcie trzymać się moich wypowiedzianych słów. – Raczej zaintrygowana, kotku.
- Dobra, moja zaintrygowana księżniczko – powiedział Luke takim tonem, jakby nie kupował mojego zapewnienia o nie zazdrości. – Zoey to była Michaela.
- Żartujesz?- Pokręcił głową, a ja zrobiłam wielkie oczy. Blondyn zaśmiał się, podchodząc do mnie bliżej. Objął mnie i znów cmoknął w czoło.
- Byli ze sobą ponad rok. Michael szalał na jej punkcie.
- Rozstali się, bo?
- Zoey wyprowadziła się do Melbourne. Przez jakiś czas utrzymywali ze sobą kontakt, ale potem wszystko gdzieś siadło. Trzymała się z naszą paczką, choć chodziła do innej szkoły. Ona i moja była były kiedyś przyjaciółkami, ale wnioskuję, że i ten kontakt się urwał.
           Próbowałam przeanalizować wszystko to, co powiedział, choć nadal byłam w mocnym szoku. Dobra, Michael jest przystojniakiem, który wyróżnia się z tłumu. Zwrócił jednak uwagę na Lori, która raczej nie wygląda, jak seks bomba z magazynu dla panów, ale jest śliczną dziewczyną. Przy Zoey jednak upada do rangi przeciętniaka – zresztą nie tylko ona, bo ja i Becky też. Czy Clifford naprawdę gustował z początku w takich wystrzałowych laskach? I z tego co zrozumiałam, rozstali się w zgodzie, wiec co będzie, gdy chłopak natknie się na swoją byłą, w której był tak mocno zakochany? Lori z pewnością się to nie spodoba, szczególnie, że objawiała mocną zazdrość względem naszych wakacyjnych sąsiadek. Czułam unoszący się w powietrzu kwas i katastrofę, a znając nasze szczęście, coś na pewno się wydarzy.

           Zostawiłam Luke'a i Ashtona przy stole, którzy zawzięcie paplali na temat sportu, od czasu do czasu wtrącając w to wątek muzyczny. Ruszyłam w stronę parkietu, aby odtańczyć jeszcze z jedną, może dwie piosenki. 
           Nagle jednak zatrzymałam się. Lori stała niedaleko namiotu z jedzeniem, intensywnie się w coś wpatrując. Zagryzłam lekko wargę, widząc, że wcale nie ma zadowolonej miny. W sumie wyglądała tak, jakby miała się zaraz rozpłakać.
           Niewiele myśląc, porzuciłam plan udania się na parkiet, skręcając od razu w jej stronę. Gdzieś w środku czułam i domyślałam się tego, co, a raczej kto może być przyczyną smutku blondynki. I wcale to mi się nie podobało.
- Co jest Lori?
           Dziewczyna jednak nic mi nie odpowiedziała. Wskazała tylko brodą, coś przed sobą. Podążyłam za jej wzrokiem. Uniosłam brwi do góry. Zoey w końcu odnalazła Michaela. Znajdowali się kawałek dalej od nas i od całego festynowego zgiełku. Chłopak opierał się o płot, a tuż obok niego stała ona. Oboje pogrążeni byli w rozmowie, co jakiś czas uśmiechając się do siebie. Nagle Zoey przejechała palcami po przedramieniu Michaela, a potem objęła go, klepiąc po plecach.
- Nie wytrzymam – warknęła Lori. – Wiesz kto to? – zapytała, spoglądając na mnie.
- Spotkałam ją, gdy poszliśmy z Lukiem po piwo – powiedziałam ostrożnie, dokładnie ważąc każde słowo. Nie chciałam jej dodatkowo zdenerwować, choć i tak to było nieuniknione. – Była kiedyś w ich paczce, ale wyjechała i kontakt się urwał. Z tego, co powiedział mi Luke… Oni… Bylikiedyśparą- wyrzuciłam z siebie szybko, a Lori zerknęła na mnie.
- Co?
- Byli razem, ale to stara historia – skwitowałam, jak gdyby nic się nie stało.
- Pięknie – mruknęła blondynka, dla odmiany wpatrując się w swoje czarne trampki.
            W tym momencie nie wiedziałam, co jej powiedzieć. W sumie Michael i Zoey nie robili nic złego. Dobra, dał się jej dotknąć i przytulić, ale to jeszcze nic strasznego. Z drugiej jednak strony, gdyby ta cała Zoey tak przykleiła się do Hemmingsa, to… nie ręczyłabym za siebie. Zazdrość jednak potrafi wywołać w człowieku dziwne instynkty i zachowania. Bo niby faktycznie nic nie jest, ale gdzieś w środku od razu czujesz się na zagrożonej pozycji. W jakiś sposób rozumiałam przygnębienie Lori. Z boku nie wyglądało to zbyt ciekawie. Ale gdyby Lori i Michael zamienili się miejscami, to z tamtej perspektywy blondynka nie uważałaby, że dzieje się coś złego.
- Chodźmy może…
- Nie, spoko. Daj mi chwilę, okej?
- Ja… Jasne – wydusiłam. Lori kiwnęła mi głową, a ja niechętnie zostawiłam ją samą.

***
            Sam do końca nie wiedział, jakim cudem to się stało, ale został przy stoliku praktycznie sam z Justinem. Nicki siedziała obok swojego przyjaciela, ale od dawna przestała kontaktować i teraz przysypiała, wciskając się w pozostawioną przez Alexa bluzę. Justin też nie należał już do najtrzeźwiejszych osób, bo narzucił sobie dość spore tempo. Dodatkowo znów wlepiał w niego maślane spojrzenie, przez co blondyn znowu czuł się dziwnie nieswojo. Teraz to odczucie było większe, bo nie było przy nich innych osób.
- Jezu… - wymamrotał Justin, nachylając się w jego stronę. – Jak możesz taki być?
- Jaki?- odparł Luke, unikając jego ciemnych oczu, które teraz przez alkohol były zaszklone. Złapał za swój prawie pusty kubek z piwem i upił z niego mały łyk.
- Taki mega seksowny – pociągnął Justin. – Taki… Idealny pod każdym względem.
- Nie jestem idealny.
- I tu się mylisz, słodziutki- rzucił Justin, wyciągając rękę w jego kierunku. Jego palce musnęły materiał na koszulce blondyna, przez co Luke odsunął się od krawędzi stołu. – Spoko… Wiem, że jesteś zajęty, chciałem… W sumie sam nie wiem, co chciałem – dodał ze śmiechem. – Masz Rosalie… Lubię ją. Nawet bardzo, dlatego… Ręce mam przy sobie. – Podniósł je do góry, machając przy tym palcami, a potem znów się zaśmiał. Luke w myślach wołał o pomoc los, by ktoś tu w końcu przyszedł. Ale nikt się nie zjawił.
- Jestem hetero – powiedział blondyn, w końcu spoglądając na swojego towarzysza.
- Wiem. Szanuję to. Ale mogę się na ciebie pogapić, co?
- Możesz – rzucił z lekkim uśmiechem Luke, choć na usta cisnęło mu się inne słowo. Gdzie do cholery jest Rose, gdy on jej potrzebuje?
- Ciebie też lubię Luke.
- Ja ciebie też lubię Justin, choć czasem mnie przerażasz – skwitował Hemmings, a chłopak wybuchł śmiechem. Nicki wymamrotała coś przez sen, ale nie obudziła się.
- Śniłeś mi się i wierz mi, że żaden z nas w nim nie był grzeczny– pociągnął, a Luke wytrzeszczył na niego oczy. – Kręcisz mnie. Nawet nie będę zaprzeczał, że nie. I wiesz co… Jak kiedyś ci się odmieni i postanowisz spróbować z facetem, to koniecznie pamiętaj o mnie. Z chęcią wezmę cię pod skrzydła. Zrobię z tobą takie rzeczy, o których ci się nawet nie śniło…
- Skąd wiesz, że to ja nie jestem dominującą osobą w takich sprawach?
- Jezu, Luke… Teraz to mnie podnieciłeś! Serio? Jestem twój – rzucił Justin, łapiąc za swoje piwo. – Cholerny słodki blondas. Co ty ze mną robisz?
- Pójdę po piwo – powiedział Luke, odstawiając pusty kubek na stół, zarządzając jednocześnie ewakuację z tej niezręcznej rozmowy.
- Jasne, misiu.
            Hemmings przekręcił oczami, wstając od stołu. Skoro nikt tu nie chce przyjść, to on sam się ulotni. Kupi piwo i zaszyje się gdzieś sam, z dala od napalonego Justina. Miał tylko nadzieję, że chłopak go nie znajdzie i znów nie zacznie mu słodzić.

***
           Tańczyłam na parkiecie z Calumem i Kathy. W końcu jednak miałam dość. Ból nóg ostro dawał mi się we znaki i postanowiłam na dłużej odpocząć. Wynurzyłam się z parkietu i ruszyłam w kierunku naszego stolika. Musiałam przejść obok namiotu z napojami. Zauważyłam Luke'a, który szybkim krokiem szedł w jego kierunku. Gdy podniósł głowę, jego błękitne oczy od razu spoczęły na mojej osobie. Dostrzegłam na jego twarzy wyraz prawdziwej ulgi.
- Co jest, kotku?
- Błagam cię, nie zostawiaj mnie z Justinem nigdy więcej sam na sam – powiedział szybko, rozglądając się dookoła, jakby nasz sąsiad miał się pojawić tuż obok niego.
- Kleił się do ciebie? – zapytałam i choć powinnam być wściekła, to jednak w jakiś sposób mnie to bawiło. Powstrzymałam się jednak od parsknięcia śmiechem, widząc Luke'a, który był bliski paniki.
- Nie. Sam powiedział, że nie będzie się do mnie kleił z uwagi na ciebie i na moją orientację, ale… Kurwa, Rose! Poczułem się molestowany słownie, no! Mój delikatny i niewinny mózg chyba został mocno skopany. – Teraz to musiałam mocno wziąć się w garść, by nie wybuchnąć śmiechem. – Ja się go teraz boję. A raczej boję się tego, co on może sobie wyobrażać. Dlatego nie waż mi się, zostawiać mnie z nim samego.
- Już dobrze, kotku – powiedziałam, obejmując go w pasie. Luke westchnął głośniej. – Chcesz się stąd ulotnić?
- Tak, bardzo chcę. Piwo?
- Tak. Spotkajmy się tu za pięć minut. – Hemmings uśmiechnął się do mnie, a potem sprzedał mi szybkiego całusa w usta. Odpowiedziałam mu tym samym i ruszyłam w stronę Ashtona, który rozmawiał z Pheobe.

            Doszliśmy do samochodu Asha. Wyłączyłam w nim alarm, a Luke otworzył skrzynię ładunkową, byśmy mogli na niej usiąść. Pickup był zaparkowany z dala od festynu, więc tu nie było, aż tak głośno, jak tam. Światła z boiska nie dochodziły do tego miejsca, więc było tu dość ciemno. Na szczęście mój wzrok zdążył się do tego przyzwyczaić, więc co nieco widziałam.
            Luke rozłożył koc, byśmy nie siedzieli na zimnym. Usiadł, jako pierwszy, opierając się plecami o kabinę. Poszłam w jego ślady, a blondyn od razu objął mnie ramieniem, przyciskając się do mnie jeszcze bardziej. Mieliśmy piwo w butelkach, więc Hemmings zajął się ich otwieraniem. W końcu podał mi jedną z nich, a ja upiłam mały łyk gorzkiego napoju.
            Zaczęliśmy rozmawiać o naszym wyjeździe i o tym, co nam się tu podoba,  a potem płynnie przeszliśmy do tematu studiów i tego, że będziemy musieli się przyszykować na o wiele dłuższy wyjazd z domu. W końcu kiedy Luke był w trakcie rozprawiania na temat studenckiej drużyny w piłkę nożną i o tym, jak bardzo chciałby się do niej dostać, ja odstawiłam piwo na bok i wcisnęłam się w niego jeszcze bardziej. Moje usta szybko odnalazły jego szyję, a chłopak urwał w połowie zdania, głośniej wciągając powietrze.
- Księżniczko?
- No, kotku? – Luke zaśmiał się, gdy wsunęłam mu rękę pod koszulkę. Lubiłam go prowokować i teraz nie mogłam się powstrzymać, szczególnie, że wszyscy byli na festynie i nikt nam nie przeszkadzał.
            Blondyn odłożył piwo, odwracając się bardziej w moją stronę. Poczułam jego dłonie na udach, które pięły się coraz wyżej i wyżej. Jego usta szybko odnalazły moje, a potem połączyły się w szybkim i zachłannym pocałunku, który wywoływał przyjemne dreszcze i uczucie ciepła. Przygryzł mi wargę, na co niekontrolowanie cicho jęknęłam.
- Kocham cię – wyszeptał, a jego gorący oddech przyjemnie rozpalał mi skórkę na policzku. Jego dłoń znalazła się pod moim ubraniem, a jego palce powodowały lekkie mrowienie w miejscach, w których mnie dotknął.
- Też cię kocham, kotku – odpowiedziałam cicho, a Luke znów mnie pocałował. 
            Oplotłam jego kark rękami, zjeżdżając jeszcze niżej na koc. To spowodowało, że blondyn znalazł się nade mną, przyciskając się do mojego ciała jeszcze bardziej. Przyjemnie szumiało mi od tego wszystkiego w głowie, a to, co działo się na festynie przestało istnieć. Liczył się, tylko on. Uśmiechnęłam się, delikatnie przejeżdżając opuszkami palców po jego wargach, a on pocałował je lekko, co wywołało na moim ciele przyjemne dreszcze. Uwielbiałam z nim takie chwile. Gdy był tak blisko. 
           Nagle jednak usłyszeliśmy dwa znane nam dobrze głosy. Podnieśliśmy się do pozycji siedzącej, wlepiając oczy w mrok. Lori i Michael byli zdenerwowani i sądząc po ich tonie, o coś się kłócili. Zrobiłam zaskoczoną minę. Nigdy nie słyszałam, by na siebie wrzeszczeli, ba nigdy nawet Lori nie mówiła, że o coś się z ze sobą sprzeczali. Pod tym względem byli tak idealni, jak wyrwani z jakiegoś filmu. Pamiętałam tylko jeden raz, w którym to Michael wściekł się na swoją dziewczynę. Zresztą wtedy też i Luke był na mnie zły. A było to wtedy, gdy próbowaliśmy wyciągnąć ich z kłopotów, w jakie się władowali, walcząc z przeciwną drużyną piłkarską. Byli wkurzeni o zatajenie całej akcji.
- Przestań się wkurzać o takie coś! – warknął Clifford.
- O takie coś?! Dałeś się jej dotykać i przytulać i nie mów mi, że były to tylko przyjacielskie gesty!
- Bo były! Wyolbrzymiasz całą tą sytuację, a tak naprawdę nic się nie stało! Zoey, tylko…
- Co Zoey?! Co Zoey?! Przyssała się do ciebie, a ty nie miałeś z tym problemu! Nadal masz do niej słabość, Michael!
- To nie tak!
- A jak?! Wiesz, co… Pieprz się! – warknęła Lori, a ja usłyszałam w jej głosie, jak bardzo stara się nie rozpłakać.
- Lori!
- Odczep się!
- Ej, ludzie! – zagrzmiał drugi głos. – Zbieramy się do domu. Cal źle się poczuł. Chyba przesadził z alkoholem. - Pojawienie się Ashtona, spowodowało przerwanie kłótni tamtej dwójki.
- Znowu – mruknął ze śmiechem Luke, aby nieco rozładować napięcie. Michael i Lori w ogóle się nie odzywali. Chyba oboje mieli nadzieję, że ja i blondyn nie słyszeliśmy ich kłótni.
- Klucze dla ciebie kierowco – powiedziałam, wychylając się, by dać je przyjaciółce. Wzięła je bez słowa, a potem wpakowała się za kierownicę. Michael również wsiadł do samochodu, znajdując się po jej drugiej stronie.
            Przy pomocy Irwina zeszłam ze skrzyni ładunkowej. Potem chłopak wrócił po Hooda i Becky, która go pilnowała. Luke zarządził, że Calum pojedzie z nim na powietrzu, to może zrobi mu się lepiej. Ashton pomógł mu wejść na górę, a następnie my wpakowaliśmy się do kabiny, w której panowała nieprzyjemna i pełna napięć cisza.

            W końcu dotarliśmy do domu, ku uldze blondyna, który miał z Calumem pełne ręce roboty. Hood w czasie jazdy parę razy się pochorował i Hemmings asekurował go w trakcie tego, gdy Mulat wychylony przez maskę, znaczył polną drogę tym, co zjadł i wypił. Lori i Michael dalej się nie odzywali, choć Ashton i Becky dopytywali się, czy coś się stało. Ci jednak zbywali ich cichymi pomrukami. Ogólnie – bosko.
            Chłopaki pomogli Calumowi w dojściu do pokoju. Następnie rozebrali go i położyli spać. Dla bezpieczeństwa przytargali mu wiadro, gdyby znów zrobiło mu się nie dobrze. Becky, jak na dobrą przyjaciółkę przystało powiedziała, że będzie czuwać nad biednym Hoodem i w razie czego się nim zajmie.
           Weszłam do pokoju, przyszykowana do snu. Spojrzałam na Luke'a, który stukał palcami w telefon, opierając się o komodę. Nie miał na sobie nic oprócz kolorowych bokserek w Supermana, które przylegały do jego bioder. Uśmiechnęłam się do niego, gdy chłopak w końcu na mnie spojrzał. Bez słowa podszedł do drzwi, zastawiając je krzesłem, tak by nie można było ich otworzyć. Uniosłam zaskoczona brwi do góry.
- A ty co?
           Luke tylko uśmiechnął się szeroko. Odłożył telefon na szafkę, a potem podszedł do mnie, wpijając mi się w wargi. Od razu oddałam pocałunek, obejmując go ramionami i napierając na niego ze dwojoną siłą.
- Mam na ciebie ochotę- wyszeptał i tym razem to ja się uśmiechnęłam.
- Dwa razy nie musisz mnie namawiać – odpowiedziałam, a on musnął swoimi ustami moje usta. Nie miałam nic przeciwko temu, by oderwać się od rzeczywistości. By zaliczyć szybką odskocznię od tego, co się działo w końcówce.  – Też mam na ciebie ochotę, kotku.
- Jesteś najlepsza, księżniczko.
- Mów mi tak jeszcze – powiedziałam, lekko przygryzając jego wargę, co wywołało u niego ciche westchnienie. Następnie Luke znów się uśmiechnął i podniósł mnie do góry. Oplotłam jego pas nogami. Po chwili leżeliśmy w łóżku, mocno do siebie przyciśnięci, obdarowując się kolejnymi pieszczotami. 


***
Odpuściłam na razie Lukowi i Rose, jakieś kryzysy i zrzuciłam je na naszą słodką parę, czyli Lori i Michaela - oni przecież też nie mogą mieć za łatwo. 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Dziękuję za wasze pozytywne opinie i słowa na temat tej historii :) Cieszę się, że tak się wam podoba :)

Kolejny rozdział pojawi się w środę.

Z okazji swojego małego święta, na innych blogach też wyjątkowo pojawiły się kolejne części - dlatego serdecznie zapraszam na pozostałe historie :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Wal się.
- Sam się wal.
- Ty się wal.
- Wal się.

***

- To chyba nie jest jakaś wielka zbrodnia?
- Nie, zbrodnia na pewno nie, ale nie zapominaj, że Michael ma dziewczynę.
- Co?!

***

- Ja… Byłem pewny, że to przeze mnie i… - Uniosłam brwi do góry.- To nie przeze mnie? – Pokręciłam głową. Luke odetchnął z ulgą, a potem uśmiechnął się szeroko, sprzedając mi szybkiego przelotnego całusa. – Dobra, więc co to za pytanie?

***

- Mam nadzieję, że nasze dzieci nie odziedziczą po tobie tej zdolności potykania się o wszystko. Bo inaczej będziemy musieli mieć spore zapasy plastrów i bandaży albo mieszkać blisko całodobowej apteki lub przy szpitalu – skomentował ze śmiechem. Odwróciłam się do niego bokiem, aby lepiej go widzieć.
- Chcesz mieć ze mną dzieci? 

4 komentarze:

  1. Po prostu BOOOOSKOOOOOOO!!!! Ten festyn i... HAHAH nie mogłam z beki z Luka i Justina, on naprawdę się w nim zauroczył czy coś takiego. Nie, nie nie co to kurna za Zoey czy jak jej tam, niech ona z łaski swojej zabiera swoje wypacykowane łapska od Clifforda i nie psuje idealnego życia z Lori, bo jej do dupy osobiście nakopię! Bożeeee Luke jesteś przesłodki!!! Mój Cal jak zwykle się pochorował od alkoholu - ej, słodziaku bo będziemy musieli zawitać do klubu AA, jak nie wyluzujesz.
    Serio Roxy cholernie podoba mi się ten rozdział! Nie mogę doczekać się następnego!
    Z okazji urodzin moja kochana kumpelo obiecałam ci wierszyk i tak... napisałam go, choć jest tragiczny, bo ja pisać nie umiem. Ale proszę, specjalnie dla ciebie z okazji urodzin:
    Nie umiem pisać, nie umiem rymować
    Ale trzeba ci jakieś życzenia skołować
    Roxy dużo szczęścia zdrowia i słodyczy
    każdy kto wchodzi na twoje blogi - i nie tylko - ci tego życzy
    Byś zawsze była uśmiechnięta, pogodna i radosna
    Mimo tego, że dochodzi ci kolejna wiosna
    Byś zawsze dużo pomysłów miała
    I nam ciągle takie fantastyczne historie pisała
    Gdybym tylko mogła, na koncert bym cię zabrała
    Wiem,jak lubisz Ramstein - byś się wyszalała
    Niestety to teraz nie wyjdzie,
    ale może kiedyś taka okazja przyjdzie.
    Raz jeszcze, sto lat Roxy droga!
    To jest twój dzień... skończył mi się rym:D
    Najlepszego Roxy!!!

    Taaa... Zostawię moje nędzne rymy bez komentarza :D
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego najlepszego raz jeszcze! Zdrowia, szczęścia, miłości, pieniędzy, spełnienia marzeń, uśmiechu na twarzy, radości, wszystkiego co najlepsze.
    Rozdział wspaniały... Ten festyn ♥ Justin po prostu powalający, no, ale co zrobić, zadurzył się biedak w Luke'u, a serce nie sługa. Kocham to opowiadanie!
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^
    I jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej życzę Ci wszystkiego najlepszego z okazji wczorajszych urodzin ( wybacz wczoraj nie mogłam). Dużo zdrowia szczęścia pogody ducha i wszystkiego czego sobie będziesz marzyć. A rozdziały są świetne!
    Magdalena Rodziewicz

    OdpowiedzUsuń