niedziela, 29 listopada 2015

S5- Rozdział 7

I wanna say I'm sorry but I'm really not


         Obudziłam się. Wyślizgnęłam się spod sylwetki Luke'a, który tym razem spał wtulony w moje plecy. Opatuliłam go kołdrą, by było mu cieplej, a następnie złapałam za czyste rzeczy i ruszyłam do łazienki. Doprowadziłam się do stanu używalności i na palcach wróciłam do pokoju, aby odłożyć piżamę. Hemmings spał dalej.
          W całym domku panowała cisza, więc byłam przekonana, że znów jestem pierwszą osobą na nogach. Zeszłam na dół. Rocky wypełzł z pokoju Irwina, więc zamknęłam drzwi, aby swoją krzątaniną nie obudzić Asha. Wypuściłam psa na dwór, a następnie weszłam do kuchni.
          Uniosłam lekko brwi do góry, spoglądając na przygarbionego Clifforda, który stał przy blacie. Był odwrócony do mnie plecami, więc nawet nie zorientował się, że ktoś pojawił się w tym samym pomieszczeniu, w którym i on przebywał. Odchrząknęłam cicho, a chłopak lekko podskoczył w miejscu. Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął, chcąc zamaskować swój podły humor, w jakim ewidentnie był. Było po nim widać, że wcale nie czuje się dobrze po wczorajszej kłótni z Lori.
- Kawy? – zapytał, kiedy woda zagotowała się w czajniku.
- Poproszę – odpowiedziałam, siadając przy stole. Nie spuszczając z niego wzroku, obserwowałam jego powolniejsze ruchy, gdy wyciągał kolejny kolorowy kubek, by zaraz dodać do niego kawy i zalać go gorącą wodą.
- Mleko?
- Tak.
- Cukier?
- Nie.
- Okej – rzucił z lekkim śmiechem.
           Usiadł obok mnie, stawiając przed nami dwa parujące kubki. Od razu złapałam za ten, który mi wskazał i upiłam łyk ciepłego napoju. Nie ma to, jak kofeina z rana. Michael zerknął na mnie, a potem jego zielone, nieco przygaszone oczy, skupiły się na naczyniu przed nim. Utkwiłam w nim swoje ciemne tęczówki i choć obiecałam Lukowi, że nie będę się wtrącać w ich kłótnię, to jednak nie mogłam od tak bezczynnie patrzeć się na to, jak się wzajemnie pogrążają. Byli naszymi przyjaciółmi i to też w jakiś sposób odbijało się na nas.
- Co? – zapytał Michael, przenosząc wzrok z powrotem na mnie. – Zapewne słyszeliście nas wczoraj?
- Trudne to nie było. Byliście dosyć głośni.
- Przepraszam – wydusił z siebie, a ja znów uniosłam brwi do góry.
- Nie masz, za co nas przepraszać – wyrzuciłam z siebie, kręcąc głową. Oparłam rękę na jego ramieniu, klepiąc go lekko, by dodać mu tym gestem nieco otuchy. – Chcę wiedzieć tylko jedno. – Michael pokiwał głową. – Czy ty…
- Jeśli chcesz wiedzieć, czy zdradziłem Lori z Zoey, to moja odpowiedź brzmi nie. Nie zdradziłem Lori z Zoey, ani z żadną inną dziewczyną. Kocham ją i nigdy nie zrobiłbym jej takiego świństwa. To jednak boli, że ona oskarża mnie właśnie o coś takiego – powiedział jednym tchem, a potem odwrócił się w stronę lodówki, jakby to urządzenie nagle stało się dla niego bardzo interesującym zjawiskiem.
- Nie o to mi chodziło. Wiem, że nigdy byś tego nie zrobił. – Chłopak spojrzał na mnie, a ja wyczytałam na jego twarzy ulgę. Ulgę, że ktoś z damskiej części paczki mu wierzy. – Chciałam się tylko dowiedzieć, czy ty nadal czujesz coś do Zoey?
- Lubię ją, ale jako koleżankę. Nie patrzę już na nią, jak na dziewczynę, z którą mógłbym być. Mam Lori, która jest dla mnie najwspanialszą osobą pod słońcem. Zrobił bym dla niej wszystko. Nigdy bym jej nie skrzywdził – odpowiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. – Co?
- Podoba mi się to, jak o niej mówisz.
- Szkoda, że do niej to nie dociera.
- Wiem, jak się czujesz – odparłam, upijając po raz kolejny odrobinę ciepłej kawy. Michael kiwnął mi głową. Z pewnością wiedział, jakim zazdrośnikiem bywa Hemmings, gdy go poniesie. – Z drugiej jednak strony, wcale się Lori nie dziwię, że czuje się o ciebie tak cholernie zazdrosna.
- Będziesz jej teraz bronić?
- Nie. Próbuję, tylko w logiczny sposób uargumentować jej głupie zachowanie. Zoey jest naprawdę śliczną dziewczyną. Pewnie ja też poczułabym się zagrożona, gdyby ona przykleiła się do Luke'a. – Clifford się skrzywił. – Nie rób takiej miny. Wszyscy to widzimy. Powiedziała mi, że gdy tylko cię zobaczyła to, to co było dawniej odżyło w niej na nowo. Chyba znów to poczuła. Wiesz… To, co kiedyś. Dziwię się, że nie powiedziałeś jej tego, że jesteś zajęty.
- Nie powiedziałem?
- A mówiłeś?
- Szczerze? Nie mam pojęcia. Rozmawiałem z nią na wiele tematów, więc być może pominąłem w tym Lori. Sam nie wiem czemu… Jeśli faktycznie nic nie powiedziałem, to zrobiłem to nieświadomie.
- Spoko… Wierzę ci. – Michael znów utkwił we mnie swoje zielone oczy. Uśmiechnęłam się do niego lekko. – Problem Zoey chyba jest taki, że przy niej zupełnie zapominasz o innych. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, patrząc na ciebie i na Lori, która poczuła się pominięta.
- Naprawdę?
- Wy faceci naprawdę często jesteście ciemną masą bez mózgów – skwitowałam, wzruszając ramionami. – Gdy się pogodzicie, a znów pojawi się Zoey, weź nie koncentruj się tylko na swojej byłej. To wyjdzie wam na dobre – skwitowałam, mierzwiąc mu włosy na głowie.
- Ej! – rzucił z lekkim śmiechem Michael.
- Uśmiechnij się i na spokojnie pogadaj z Lori.
- Problem w tym, że ona nie chce ze mną rozmawiać.
- Zechce z tobą porozmawiać, uwierz mi.
- Jak?
- Sama ją do tego zmuszę, jeśli będzie trzeba. Jesteście moją ulubioną parą. Kibicowałam wam od samego początku i teraz nie zrobicie mi tu wielkiej dramy z powodu tej całej Zoey.
- Wiesz, że pokłóciliśmy się pierwszy raz – powiedział cicho, znów skupiając wzrok na parującym kubku.
- Pierwszy raz zawsze jest chujowy… W sumie każdy kolejny też – odparłam, wzruszając ramionami. – Nie możecie jednak przekreślić wszystkiego przez jedną kłótnię.
- Rose?
- Tak, Mikey?
- Dziękuję.
- Za co?
- Za to, że jesteś dobrą przyjaciółką. – Uśmiechnęłam się do niego po raz kolejny, a potem objęłam go ramionami, lekko klepiąc go po plecach.
- Głowa do góry, będzie dobrze. Co, nie? – rzuciłam, sprzedając mu pstryczka w nos, co wywołało u chłopaka kolejny cichy śmiech.

            Śniadanie upłynęło nam w dość napiętej atmosferze. Chłopaki próbowali rozmawiać na temat muzyki, ale widać było, że i to im za bardzo nie wychodziło. Co jakiś czas zerkali na Michaela i Lori, którzy nawet na siebie nie patrzeli. No, może Clifford próbował nawiązać kontakt wzrokowy ze swoją dziewczyną, ale blondynka przestawiła się w stan kompletnej ignorancji względem jego osoby. Było mi go naprawdę szkoda. Lori przeginała i wszyscy to dobrze widzieliśmy.
            Poprosiłam Becky, by posprzątała po śniadaniu, choć to Lori miała się tym zająć. Korzystając z chwili, gdy każdy zajmował się sobą, wyciągnęłam ją na spacer. Dziewczyna od razu zrozumiała, że czeka ją dłuższa pogadanka ze mną, ale o dziwo nie protestowała. Wiedziałam, że tego potrzebuje, bo zarówno ona, jak i Becky, gdy coś się działo lubiły się wygadać.
            Wyszłyśmy z domu, zabierając ze sobą Rocky’ego. Poszłyśmy, tylko we dwie, by łatwiej nam się rozmawiało. Becky miała dopilnować, by żaden facet za nami nie poszedł. W końcu nie potrzebowałyśmy tajnej obstawy, która by nas dodatkowo podsłuchiwała.
             Szłyśmy w milczeniu przez dłuższy czas, mijając pojedyncze drzewa i krzewy, które rosły przy polnej drodze. W końcu złapałam ją za ramię i skręciłam w stronę lasu. Przeszłyśmy kawałek, a potem zatrzymałyśmy się przy obalonych konarach, które idealnie nadawały się na prowizoryczne ławki.
             Spojrzałam na Lori, która usiadła na jednym z nich, ciężko wypuszczając powietrze z płuc. Przez moment wpatrywała się w swoje dłonie, a potem jej brązowe oczy przeniosły się na mnie. Odchrząknęłam, zajmując miejsce obok niej.
- Przegięłam prawda? – wydusiła z siebie cicho.
- Przegięłaś – odparłam, kiwając głową. Usłyszałam ciche pociągnięcie nosem. Zerknęłam na nią. Lori płakała. – Ej, spokojnie. Trochę cię poniosło, ale to da się naprawić.
- Jak? Michael nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
- Uwierz mi, że będzie chciał. O ile oczywiście znów nie będziesz na niego wrzeszczeć.
- Po prostu… Uh… Gdy tylko sobie pomyślę o tej czarnowłosej zdzirze to, aż mnie nosi!
- Lori, wyluzuj – rzuciłam, obejmując ją. – Robisz sobie i jemu krzywdę. Michael nigdy by cię nie zdradził. Kocha cię. Niepotrzebnie rzucałaś mu takie oskarżenia.
- To czemu tak go do niej ciągnie?
- Mają wspólne wspomnienia, ale wierz mi, że on nigdy by nie zrobił ci czegoś takiego. Wiem, że czujesz się źle, gdy ona jest blisko. Ale robienie mu takich scen, gdy nie masz do tego podstaw jest bezsensowne. I to cholernie boli. Nie tylko ciebie, ale też i jego. Wiem to. Znam to. Luke też potrafi robić mi takie jazdy i to nie jest przyjemne. Musisz odpuścić. Michael wie, że robił źle spychając cię na drugi plan, choć coś mi się zdaje, że robił to nieświadomie. – Lekko co prawda nagięłam prawdę, ale nie chciałam by Lori wiedziała o mojej porannej rozmowie z Michaelem. Chyba, że on się jej do tego przyzna.
- Jestem taką kretynką –jęknęła, a na jej policzkach pojawiły się kolejne słone łzy.
- Nie jesteś. Po prostu trochę cię to przytłoczyło. Pogadaj z nim. Tak na spokojnie. Powinnaś go też przeprosić. Przyznanie się do błędu jest dobre i ty to wiesz.
- A jak… A jak mnie zostawi?
- Jezu, Lori. On cię kocha. Nie zostawi cię. Kochasz go?- Pokiwała szybko głową, wycierając policzki dłońmi. – Właśnie. Więc nikt nikogo nie będzie zostawiał. Potrzebujecie po prostu spokojnej rozmowy, by to wszystko sobie ogarnąć i poukładać. Nie spinaj się w jej takcie i daj mu dojść do słowa. Jesteście moimi ulubionymi gołąbkami – rzuciłam, lekko szczypiąc ją w policzek. Dziewczyna roześmiała się przez łzy.

            Nasz spacer się nieco przedłużył, bo Lori chciała mieć pewność, że po jej powrocie nikt nie zauważy, że płakała. Dla rozrywki bawiłyśmy się z Rockym, ganiając się po lesie, jak dwie małe dziewczynki. Myślę, że ta niewinna zabawa jeszcze bardziej rozluźniła i poprawiła humor blondynce.
           Po powrocie do domu, Lori od razu poprosiła Michaela o rozmowę. Gdy oboje ruszyli w stronę schodów, Clifford spojrzał w moją stronę, a ja uniosłam zadowolona kciuk do góry. Puściłam mu też oczko, a on ze śmiechem pokręcił głową. Postawiłam na swoim i miałam nadzieję, że jako ich kumpela-psychoterapeutka odniosłam sukces.
           Michael i Lori rozmawiali na górze. Nie dochodziły do nas żadne krzyki, więc byłam pewna, że wszystko tam przebiega w spokojnej atmosferze. Calum i Ashton kłócili się o to, który z nich oszukuje w karty, a Becky patrzyła na nich z politowaniem, co jakiś czas krzywiąc się, gdy jeden znów atakował drugiego. Nikt z Lukiem nie chciał grać w Monopoly, bo tamta trójka na dziś preferowała karty, dlatego siedział ze mną w kuchni, co jakiś czas mi przeszkadzając, gdy ja szykowałam obiad.
- Wtrąciłaś się – powiedział szeptem, a ja podskoczyłam w miejscu. Łyżka wypadła mi z ręki, bo Hemmings znalazł się obok mnie, a ja nawet nie słyszałam tego, że zmienił położenie.
- Weź – mruknęłam, odpychając go lekko. – Nie skradaj się tak!
- Przyznaj się- pociągnął, unosząc jedną brew do góry.
- Może odrobinę, ale ktoś musiał. Nie mogłam patrzeć na to, co się między nimi dzieje. I słyszysz?
- Co?
- No, właśnie. Na górze jest cicho. Może to poskutkowało. W końcu mam doświadczenie.
- Doświadczenie?
- No, w sprawach z zazdrośnikami – rzuciłam, klepiąc go po klatce piersiowej. Blondyn przekręcił oczami. – Z jednym nawet jestem…
- Nie zaczynaj znowu.
- Jest cholernie kochany i seksowny – dodałam, a on zaśmiał się pod nosem. Przejechałam palcem po jego dolnej wardze. – Ale też przegina. – Odepchnęłam go lekko biodrem. Luke oplótł mnie szybko w pasie, znów przyciągając do siebie.
- Przepraszam.
- O! Ale umie mnie przepraszać. To słodkie, kotku – skwitowałam, a on prychnął cicho i szybko cmoknął mnie w nos.
- Coś jeszcze?
- Co jeszcze?
- Zapomniałaś dodać, że jest świetny w łóżku.
- Tak, to też – odpowiedziałam, a Luke wyszczerzył się do mnie szeroko.
- Fajnie, że tak sobie gruchacie, ale jesteśmy głodni! – Ja i Luke odwróciliśmy się, widząc Michaela i Lori, stojących obok siebie. Clifford niewiele myśląc objął dziewczynę, co wywołało u nas zadowolone uśmiechy.
- Jak jest? – zapytałam, wracając do mieszania sosu.
- Świetnie.
- Cieszy mnie to. Każcie tamtym kończyć, bo zaraz będzie obiad.

            Nasza paczka nie jest do końca normalna. W naszej paczce jest mocno postawiony akcent na rywalizację w sporcie i grach. Często ta rywalizacja doprowadza do podziału na dwie drużyny. Kobiety kontra mężczyźni. Dlatego, gdy tylko pojawiło się hasło nocne podchody, rozbrzmiała dyskusja na temat potencjalnych składów. W tym przypadku Becky i Ash nakręcili się podwójnie, skacząc sobie do oczu, jak dwa rozwścieczone psy.
- Jesteście słabszą płcią! – warknął Irwin, machając rękę. Rocky zaszczekał. – Słodką i kochaną, ale słabą w takie rzeczy!
- O! Żebyś się od tego nie przekręcił, Irwin! – odparła Becky. Ja i Lori wymieniłyśmy spojrzenia. Blondynka zachichotała pod nosem. – Może i jesteście silniejsi, ale to my jesteśmy od was sto razy mądrzejsze!
- Chyba twoje ego się za mocno rozhulało, Thomposn!
- O, czyżby Irwin?! W takim razie dzielmy się na drużyny – dziewczyny kontra – zmierzyła go wzrokiem – faceci – dodała takim tonem, jakby patrzyła na obrzydliwego robaka.
- Zgoda! Wchodzicie w to? – zapytał, odwracając się do nas. Pokiwaliśmy głowami, bo dobrze wiedzieliśmy, że nie ma szans by ta dwójka odpuściła.
- Ash – odezwał się Michael. – Jest ciemno, a one są w mniejszości. Gdyby było ich więcej, to spoko, ale uważam, że we trójkę nie powinny łazić same. Szczególnie, że nie znamy dobrze terenu.
- O, nagle zacząłeś się martwić o słabą płeć? – rzuciła Becky, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- To nie ja to powiedziałem, tylko on – odpowiedział Clifford. – Wcale nie uważam, że jesteście słabsze. Ale powinniście mieć obstawę.
- Też tak uważam – powiedział Hood, a Luke szybko pokiwał głową. – Jeden z nas pójdzie z wami. Będzie robił wam za prywatnego ochroniarza. Oczywiście nie pomaga wam w rozwiązywaniu zadań, ani w żaden sposób nie podpowiada.
- Na pewno Irwin z nami nie idzie – wydusiła zaciętym tonem Becky.
- Nie bój żaby, słoneczko. To ja poprowadzę moją drużynę do zwycięstwa.
- Kapitan się znalazł…
- Byłem w tym całkiem niezły, złociutka.
- Irwin! – warknęła rozdrażniona brunetka, która chyba nie mogła już dłużej słuchać tych pieszczotliwych określeń w stosunku do niej. Chłopak zaśmiał się pod nosem, czując się na wygranej pozycji.
- Kto z nas idzie z laskami? – zapytał Calum. Uniosłam jedną brew do góry. – No, co Rose? Jesteście laski – rzucił rozbawiony.
- Michael idziesz z nimi – zarządził Ashton.
- Czemu ja?
- Jesteś kiepski w podchody – skwitował perkusista.
- O! Pierdol się – mruknął, opadając na sofę.
- Serio stary, jesteś kiepski – poparł kumpla Calum. Clifford spojrzał na Luke'a.
- Przykro mi, ale to prawda – odezwał się blondyn.
- Nienawidzę was – powiedział czerwonowłosy, udając obrażonego. – Dobra, pójdę z dziewczynami.
- Tylko nas nie spowalniaj – rzuciła Becky, a następnie odwróciła się na pięcie. – Dziewczyny, musimy zrobić naradę wojenną!

             Wymyśliliśmy proste zasady. Jedna drużyna ucieka, zostawiając drugiej wskazówki, zapisane na kartkach. Do zebrania jest pięć czerwonych chorągiewek – które Michael zrobił ze swojej starej koszulki, tnąc ją na trójkąty. Oprócz tego grupa goniąca, musi dostać się do punktu docelowego, nie później, niż pół godziny po drużynie uciekającej. Inaczej przegrywa.
           Wyszliśmy wszyscy na zewnątrz. Michael, jako osoba nie biorąca udziału w grze, dostała do przechowania klucze od domku. Miał też pilnować czasu. Na dworze panowała ciemność. Chłopaki ruszyli jako pierwsi, wychodząc na polną drogę. Gdy minęło pół godziny, ruszyliśmy za nimi.
            Do dyspozycji mieliśmy tylko latarki, ale i tak było całkiem ciemno wokół nas. Szliśmy szybkim tempem, a Becky co chwilę nas poganiała, mamrocząc pod nosem, że prędzej umrze, niż da się pokonać Irwinowi. Jej zachowanie bawiło pozostałą nasza trójkę, która nie traktowała tej rywalizacji zbyt poważnie.
            Doszliśmy do pierwszego rozwidlenia. Lori na gałęzi odnalazła białą karteczkę. Była ona zawieszona tak wysoko, że domyślałam się, czyim wzrostem mogli się inspirować uciekający. Jednak, gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że kartka wisi naprawdę wysoko. Z pewnością jeden drugiego podsadzał.
- Może to nie dla nas – odparła Lori.
- Dla nas. Widzę pismo Caluma. Zresztą jest napisana na niej jedynka – pociągnęła Becky. – Tylko, jak to kurestwo ściągnąć?
- Dobra, wskakuj mi na plecy – powiedziałam, pukając blondynkę w ramię. Lori była nieco lżejsza od Becky, więc istniało większe prawdopodobieństwo, że wytrzymam z nią dłużej.
- To ty powinnaś wejść mi na plecy – odezwała się brunetka, wskazując na mnie.
- Dlaczego?
- Chyba ważysz najmniej – pociągnęła. Uniosłam brwi do góry. – Serio. Widać to po ubraniach, jakie nosimy. Twoje na nas zawsze są nieco opięte.
- To nie znaczy, że ważę mniej.
- Nie chcę się wtrącać, ale marnujecie czas – odezwał się rozbawiony Clifford.
- Ma rację – powiedziałam, machając na niego palcem.
- Dobra, wskazuj mi na barana.
- Co?- rzuciłam, robiąc wielkie oczy, gdy Becky odwróciła się do mnie.
- Wskakuj. Dam radę cie utrzymać. Lori będzie nas asekurować. Poświeci ci też latarką. No! Dajesz, Rivers!
- O kurwa, muszę to nagrać – usłyszałam głos Michaela, który z pewnością już wyciągał komórkę.
             Przy pomocy Lori, wdrapałam się na plecy Becky. Dziewczyna była dość silna, bo udało jej się mnie utrzymać przez cały proces ściągania z drzewa kartki. Potem wyprostowała się, a ja szybko rozmasowałam jej kark. Zaśmiała się.
- Praca zespołowa – oznajmiła Lori, otwierając widomość od chłopaków. W środku oprócz czerwonej chorągiewki, była wskazówka.

Na lewo.

***
            Poubierani w najciemniejsze rzeczy, szli szybkim krokiem, pokonując kolejny dystans. Starali się być cicho i nasłuchiwać, czy aby dziewczyny nie poruszają się szybciej, niż by oni tego chcieli. Na razie jednak otaczała ich cisza, przerywana tylko odgłosami ich kroków na ubitej ziemi. Dookoła nich panowała ciemność, a oni co jakiś czas odwracali się, mając nadzieję, że nie dojrzą innych świateł z latarek.
- Ale się zawziąłeś – skwitował Hood, doganiając Irwina, który szedł jako pierwszy.
- Becky mnie denerwuje.
- O, to słodkie – wtrącił Luke. – Lubisz ją chociaż?
- Pewnie, że tak.
- Czuję w powietrzu miłość – dodał Calum ze śmiechem. Po chwili jednak jęknął, gdy Irwin przyłożył mu otwartą dłonią w tył głowy. Czapka zsunęła mu się na oczy, więc prawie wleciał w idącego obok Hemmingsa. – Pogrzało cię?
- Żadnych tego typu aluzji.
- Dlaczego nie? – pociągnął temat Luke. – Nie uważasz, że pasowalibyście do siebie?
- Bo, co? Bo zachowaniem nieraz przypominamy ciebie i Rose z waszych początków? I nie… Jestem zdania, że nie przypominamy, bo my polubiliśmy się od razu.
- Dobra, dobra- rzucił blondyn, unosząc ręce do góry. – Koniec tematu.
- Tu zostawmy kolejną wskazówkę- zarządził Calum, który odzyskał wzrok, poprawiając czapkę.

***
             Nasza grupa po zdobyciu trzeciej chorągiewki, przyspieszyła jeszcze bardziej. Michael dotrzymywał nam tempa, choć on nie miał problemu z szybkością. Jako piłkarz był wytrzymały i miał dobrze zbudowaną i wyćwiczoną kondycję. Dlatego my już lekko dyszałyśmy, a on wyglądał, jakby w ogóle się nie zmęczył.
- Jest kartka! – rzuciła Becky, świecąc latarką w stronę drzewa, na której – już na normalnej wysokości – zawieszono biały świstek. Podeszłam do niej, zrywając ją.
- W morzu są mokre, a na lądzie suche. Wszędzie ich pełno, bo mają różne wielkości. Chorągiewka jest pod jednym z nich – przeczytałam, a potem spojrzałam na dziewczyny. Obie zamrugały oczami.
- Że, co kurwa? – wydusiła brunetka, siadając na kamieniu, który znajdował się przy drzewie. – W morzu są mokre?
- Na lądzie suche. Wszędzie ich pełno, bo mają różne wielkości. Chorągiewka jest pod jednym z nich – doczytałam.
- To coś z waszej dziedziny, inteligenci – powiedziała Becky, a ja i Lori spojrzałyśmy na siebie. – Chociaż to nie może być trudne, bo to oni wymyślili.
- W morzu mokre, na lądzie suche. Są wszędzie i mają różne wielkości. Co jest na lądzie i co może być też w wodzie?
- Piach? – odpowiedziałam, pukając się palcem w policzek. – Chociaż piach nie ma różnych wielkości. To musi być coś większego, niż piach.
- Kamień – powiedziała Lori i szybko klasnęła w dłonie.
- Kamień – powtórzyłam, kiwając głową.- No, tak! 
            Obie zaczęłyśmy się rozglądać, a gdy nasze oczy spoczęły na Becky, od razu nas olśniło. Niewiele myśląc podleciałyśmy do niej i prawie, że zwaliłyśmy ją z kamienia, na którym siedziała.
- Powaliło was?! – mruknęła, ale zaraz uśmiechnęła się szeroko, gdy ja i Lori przesunęłyśmy kamień. Wystawał spod niego kawałek czerwonego materiału.
- Na trzy, odchylimy go w bok – zarządziłam, a dziewczyny pokiwały głowami. – Raz, dwa, trzy… - Udało nam się go nieco podnieść. Wsunęłam rękę i złapałam za chorągiewkę. – Jest! – Do niej przyczepiona była kolejna kartka.

Cały czas prosto.

           Miałyśmy niezłe tempo, a do tego znalazłyśmy cztery chorągiewki. Piąta miała się znajdować w widocznym miejscu, w którym to ukryli się chłopaki. Przyspieszyłyśmy jeszcze bardziej, czując narastającą ekscytację. Wierzyłam w to, że może uda nam się wygrać, choć wiedziałam, że ta uciekająca trójka łosi, jak chce to potrafi wykazać się inteligencją. Michael dostał sms-a od nich, że dotarli do celu i już upływa nam ustalony czas.
           W ostatnim etapie chłopaki wprowadzili nas do lasu, więc musiałyśmy patrzeć pod nogi, by żadna z nas nie zaliczyła bliskiego kontaktu z ziemią. To właśnie tam musiałyśmy odszukać ostatnią chorągiewkę, która oznaczała wygraną. W końcu kawałek od drogi, na niewielkim wystającym badylu, dostrzegłyśmy czerwony materiał. Lori odwiązała ją i z triumfem podniosła do góry.
- I co? – zapytała się Becky.
- Gdzie oni są? – odparłam, rozglądając się dookoła, jednocześnie świecąc latarką na wszelkie możliwe strony.
- Pewnie się schowali – powiedział ze śmiechem Michael. – Klasyka. O! Mam wiadomość. Ta… Wiedziałem.
- Co?
- Znajdźcie nas – przeczytał Clifford, a potem odciągnął telefon od twarzy. 
- Chociaż wygrałyśmy? – zapytałam z nadzieją.
- Ciężko mi to przyznać, ale tak. Dosłownie wyrobiłyście się dwie minuty przed końcem.
- O, tak! I co Irwin! – zawołała z triumfem Becky, a potem cała nasza trójka przybiła sobie piątki.
- Poszukajmy tych geniuszy – zarządziła Lori.
- Ej, ale nie odchodzicie daleko – poprosił nas Michael. – Czekam tu na was i chce was mieć w zasięgu wzroku.
- Jasne, tato – odparłam, a chłopak zaśmiał się pod nosem.
            Odbiłam w bok, zastanawiając się, gdzie trójka facetów mogłaby się ukryć. Wszędzie były drzewa i poprzewracane konary, więc nie mogli zakopać się pod ziemią. Chyba, że wpadli na pomysł, by przykryć się liśćmi, więc najwyżej na nich wejdę. Zaświeciłam też na drzewa, gdyby któryś z nich postanowił wdrapać się na górę. Tam jednak też było pusto.
            Kroki pozostałej dwójki słyszałam gdzieś z boku. Były dalej ode mnie, a Michael, co jakiś czas pokrzykiwał na nas, upewniając się, że jesteśmy wszystkie. Odpowiadałyśmy tym samym, jednocześnie zdradzając pozostałym panom, nasze położenie. Ale… Mówi się trudno.
            Minęłam stertę suchych gałęzi, które ktoś ułożył w olbrzymią kupkę. Odwróciłam się, by obejrzeć sąsiednie drzewo i mieć pewność, że nie wystaje stamtąd żaden skrawek zdradzieckiego materiału. Wtedy coś mocno złapało mnie w pasie i pociągnęło w dół. Poczułam dłoń, zatykającą mi usta. Nie ukrywam, ale w tym momencie najnormalniej w świecie się przestraszyłam. Nic dziwnego, że instynktownie zaczęłam się rzucać.
- Ała! Rose! – Usłyszałam podniesiony głos Luke'a, gdy przywaliłam mu łokciem w twarz.
- Luke?
- A kto? Święty Mikołaj? Mój Boże…
- Ty i twoje głupie pomysły. Musiałeś mnie straszyć? – warknęłam na niego, ale zaraz kucnęłam obok. Przyświeciłam sobie latarką, by móc go zobaczyć. Skrzywił się, dalej siedząc na ziemi. – Przepraszam.
- Spoko, ja też przepraszam.
- Spoko. – Uśmiechnęłam się do niego. – Pokaż się.
- Odsuń się.
- Co?
- Czuję w ustach krew – odpowiedział, a potem wstał i wypluł trochę śliny.
- Otwórz buzię – rozkazałam, a chłopak posłusznie to zrobił. – Ta, przywaliłam ci w zęby. W usta chyba też, bo masz tu – wskazałam górną wargę – czerwony ślad.
- Przynajmniej mam pewność, że jak ktoś cię zaatakuje, to będziesz w stanie się obronić – skwitował, wycierając kącik warg, w których pojawiła się krew.
- Masz. – Wcisnęłam mu w dłoń białą chusteczkę. – Będziesz żył –dodałam, cmokając go w policzek. Następnie złapałam go za rękę i poprowadziłam do czekającego na nas Michaela. Obok niego już znajdował się Calum i Becky. Po chwili Lori przyprowadziła skrzywionego Irwina.
- A tobie, co? – zapytał ze śmiechem Hood.
- Lori na mnie wlazła.
- Przygniotłam mu rękę – dodała rozbawiona. – Naprawdę nie chciałam.
- Wygrałyśmy, Irwin. – Perkusista prychnął pod nosem.
- Cudem wam się udało – odezwał się Hemmings, czym zwrócił na siebie uwagę.
- A ty, co? Walczyłeś z grizzly czy jak? – zapytał ze śmiechem Clifford.
- Rose mnie załatwiła.
- Bo mnie wystraszył! – rzuciłam, machając ręką w stronę chłopaka. Po chwili wszyscy wybuchliśmy śmiechem.

             Wracaliśmy do domu, rozmawiając i śmiejąc się. Ashton i Becky przeszli w stan spoczynku i przestali na siebie syczeć. Funkcjonowali normalnie tak, jakby ich jazd względem płci nie było. Michael pokazał chłopakom filmik, który zrobił, gdy zdobywałyśmy pierwszą chorągiewkę. Grupa uciekających miała z tego niezły ubaw.
           Byliśmy już przy płocie, gdy usłyszeliśmy liczne kroki kierujące się w naszą stronę. Zatrzymaliśmy się, świecąc latarkami w stronę odgłosów. Po chwili dostrzegliśmy inne światła, a zaraz po nich znane nam osoby. Grupa Justina wyszła nam na spotkanie.
- Cześć – powiedział chłopak, wychodząc nam naprzeciw. Spojrzał na Hemmingsa. – Cześć Luke.
- Cześć Justin – odpowiedział szybko blondyn. My też przywitaliśmy się z naszymi sąsiadami.
- Widzieliśmy, że poszliście na podchody – odparła Nicki. – Gracie dalej czy kończycie?
- Skończyliśmy, a co chcieliście się dołączyć? – zapytał Irwin.
- Tak, ale jak już koniec to trudno – rzucił Alex. – Chyba, że macie ochotę zabawić się raz jeszcze?
- Podchody? – odezwała się Becky, a on kiwnął głową. – Nie, dzięki. Ale możemy zagrać w coś innego.
- Co powiecie na grę w Świetliki? – zaproponowała Lori.
- W Świetliki? – zainteresowałam się, odwracając w jej stronę.
- To prosta gra. Są dwie drużyny. Jedna wyposażona w latarki, druga bez. Chodzi o to, że świetliki mają poprowadzić drużynę przeciwną do jakiegoś miejsca. Tam, ci bez latarek, ich szukają. Mają na to dziesięć minut. Oczywiście świetliki nie świecą latarkami cały czas. Trzeba szukać znaków i iść za nimi. Świetliki też nie mogą się rozproszyć i dezorientować grupy szukającej.
- Podoba mi się to – rzuciła Lizzy. – Z chęcią się w to zabawię.
- To, jak? – zapytał Justin, spoglądając na nas. Pokiwaliśmy głowami. – Jak się dzielimy?
- Dziewczyny na facetów – zarządziła Nicki. –Jesteśmy sprytniejsze.
- Zaczyna się- mruknął Calum ze śmiechem.
- Chyba w innej rzeczywistości – odparł Paul.
- Dobra – powiedział Michael.- Chłopaki kontra dziewczyny runda druga. Wy uciekacie.
- Zgoda – rzuciła Nicki. – Oddawać latarki!

            Co jakiś czas wybuchałam śmiechem, widząc skrzywione miny chłopaków. Choć wygrali, to i tak wyglądali, jakby stoczyli ciężką bitwę o przetrwanie, która ich zmiażdżyła i zmasakrowała. Powodem tego było to, że my dziewczyny znów wprowadziłyśmy ich do lasu. A tam… Tam nie trudno było o to, by co jakiś czas, któryś z nich zaliczał spektakularne upadki. Nie było to celowe, bo w końcu w lesie lepiej się ukryć, niż na otwartej polnej drodze. Niestety nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że nasi ślepi chłopcy mogą się trochę poturbować.
- Masz trochę liści we włosach – powiedziała Lori, starając się nie parsknąć śmiechem, gdy podeszła do Clifforda. – I zadrapanie na policzku.
- Nie on jeden – pociągnęłam, spoglądając na pozostałych.
- Świetliki –mruknął Paul, oglądając swoje podarte spodnie. – Jesteście okropne.
- Silniejsza płeć, ot co! – rzuciła ze śmiechem Nicki.
- Raczej podstępna – poprawił ją, a dziewczyna pokazała mu język.
- Co teraz robimy? – zapytała Pheobe.
- Co powiecie na małe After Party? – zaproponowała Becky. – Możemy posiedzieć i popić.
- Ja z wami nie piję – rzucił nadąsanym tonem Alex. – Wrogowie numer jeden.
- Wal się – mruknęła Vicky. – Nie to nie. Wypad.
- Co?
- Dobrze słyszałeś, wypad. Dwie imprezy. Dziewczyny osobno i faceci osobno. Dobrze nam zrobi, tylko damskie towarzystwo.
- To gdzie my mamy iść? – zapytał Irwin.
- Idźcie do nas, a my zostaniemy tu, Misiaku – zarządziła Kathy.
- Dobra, pasuje – skwitował Justin. – Panowie, zapraszam do nas.

              Gdy tylko chłopaki wyszli z naszego domku, ja, Becky i Lori wyciągnęłyśmy z szafek nasze zapasy przekąsek. Wzięłyśmy też piwa z lodówki. Dodatkowo zabrałam się za zrobienie nam czegoś ciepłego do jedzenia, a w tej czynności pomagała mi Nicki.
             Kiedy wszystko było gotowe, włączyłyśmy telewizor, odnajdując kanał z muzyką. Rozsiadłyśmy się na kanapach i fotelach, a następie zaczęłyśmy rozmawiać na temat facetów, z którymi przyjechaliśmy na wakacje. Co chwilę wybuchając śmiechem, wlewałyśmy w siebie kolejne ilości alkoholu. Atmosfera naprawdę była miła i przyjemna. Czasami naprawdę dobrze posiedzieć, tylko w damskim towarzystwie.
             Dziewczyny zwinęły się od nas, gdy dochodziła druga lub trzecia w nocy. Wyposażone w latarki, ruszyły do siebie. My ogarnęłyśmy salon i poszłyśmy przygotować się do snu. Nie mogłam jednak zasnąć, nie będąc pewna, co dzieje się z chłopakami. Pewnie będąc w Sydney nie denerwowałabym się tak o nich, ale tutaj, tkwiąc na totalnym zadupiu wszystko mogło się zdarzyć. Postanowiłam na nich poczekać, aby mieć pewność, że wrócili cali do domu. Bo trzeźwi na pewno nie będą.

***
            Nie był pewny, kiedy dokładnie opuścili dom ich wakacyjnych sąsiadów. Wiedział, że Alex, Paul i Marcus mieli dość i poszli spać, zanim oni zdążyli się porządnie napić. Dziewczyny wróciły, patrząc na nich z rozbawieniem. Po tym, jak i one zniknęły na górze, Calum zarządził zmianę miejsca, by nikogo nie budzić. Wyposażeni w kolejne butelki z drinkami, wyszli z domu. Ich kroki skierowały się nad jezioro. Towarzyszył im Justin, który był mocniejszym zawodnikiem w piciu, niż jego kumple.
- Ale jaja – mruknął Michael, kiwając się na boki. – Jak to fajnie widać. Jak to fajnie się odbija.
- Co? – zapytał Luke, odwracając się do niego, ale był już w takim stanie, że nie widział go zbyt wyraźnie.
- Księżyc ładnie odbija się w wodzie – powiedział Clifford, a potem padł na trawę śmiejąc się pod nosem.
- Ej, pij z nami dalej – rzucił Justin, pukając go w udo.
- Piję… Przecież jestem!
- Justin – odezwał się Calum.
- No…
- Jak to jest być gejem? – zapytał Mulat, przystawiając butelkę do ust.
- Tak samo, jak być hetero, tylko kręcą cię faceci. No i seks wygląda inaczej, ale tak to chyba różnicy większej nie ma – odpowiedział chłopak, próbując wstać. Dźwignął się ciężko na nogi.
- Nie chciałem cię obrazić – pociągnął Calum, machając w jego stronę ręką.
- Nie obraziłeś – powiedział ze śmiechem. – Idę się odlać. Tylko…
- Tylko, co? – odezwał się Ashton.
- Za chuja nie wiem, jak mam iść – odpowiedział, a potem zachichotał pod nosem.
- Jesteś uroczy – stwierdził Michael.
- Dzięki, ale uroczy jest Luke – odparł Justin, a potem odszedł w stronę kolejnych drzew.
              Hemmings zaśmiał się pod nosem po jego słowach. Oparł głowę o rękę, starając się utrzymać pion. Świat kręcił mu się przed oczami, ale mimo tego, czuł się dobrze. Nie sądził, by miał się pochorować, więc niewiele myśląc złapał za swoją butelkę. Zastanawiał się, co teraz robią dziewczyny. Co robi Rosalie…
- Ej, nasza blond królewno – zaśmiał się Ashton, machając mu ręką przed oczami.
- Weź…
- Śpisz?
- Nie.
- To dobrze, jeszcze cała noc przed nami – odparł Justin, siadając obok niego. – To, co chłopaki? Za miłe spotkanie!
- Tsaaaa – wydusił Calum, podnosząc butelkę. Clifford dźwignął się do pozycji siedzącej. Dopiero za trzecim razem udało im się stuknąć, bo wcześniej butelki mijały się ze sobą. – Chyba się zdeczka najebaliśmy.
- Przeszkadza ci to? – odparł Luke ze śmiechem.
- Nic, a nic.
- I słusznie – pociągnął Justin, a potem spojrzał na blondyna. – Jesteś śliczny.
- O! Kolega nam się zakochał – rzucił Michael. – Może dasz mu buzi?
- Nie mogę, jest zajęty.
- Czuję się pominięty – powiedział Calum.
- Bo? – wydusił Ashton, przybliżając się do nich. – Co znowu ci się nie podoba?
- Czemu to Luke jest tym ładnym?
- Ty też jesteś ładniutki – pociągnął Justin.
- O, dzięki stary. To chciałem usłyszeć – rzucił, a potem zaczął czkać. – Naprawdę… Dzięki.
- Stwierdzam, tylko fakty. Ale to Luke podoba mi się najbardziej.
- O tak… Ma coś w sobie – odparł Michael, łapiąc twarz blondyna za policzki. Poruszał nią. – Nasza mała miss.
- Pierdol się – powiedział Hemmings, odpychając go ze śmiechem. Czerwonowłosy zaśmiał się po raz kolejny, a potem pacnął z powrotem na trawę.
- Oj, daj spokój Luke – rzucił Justin, klepiąc go po ręku.
- Daj mu buzi! – zawołał Clifford, w dalszym ciągu leżąc na ziemi.
- On jest zajęty, kretynie – powiedział Irwin. – Ale w policzek? Luke! Daj mu się pocałować w policzek!
- Dlaczego go podjudzasz? – rzucił Calum.
- Jesteś zazdrosny, bo Justin leci na Luke'a, a nie na ciebie?
- Nie.
- Oczywiście, że jesteś! – zawołał rozbawiony Irwin.
- Jeb się!
- Ach… Zraniłeś me uczucia Hood – pociągnął Ashton, dalej rechocząc, jak nienormalny. – Może to ty dasz buziaka Justinowi, jak jesteś taki zazdrosny.
- Jestem hetero, ale tak dam mu buziaka – powiedział pewnym siebie tonem, Calum.
- Serio? – zapytał Clifford. – Muszę to kurwa zobaczyć.
             Mulat podał butelkę Irwinowi, a potem przybliżył się do Justina. Nie zastanawiał się długo, tylko cmoknął go szybko w policzek. Chłopak zaśmiał się pod nosem, a potem złapał Caluma za twarz, całując go lekko w czoło.
- Jesteś uroczy – skwitował Justin, ze śmiechem.
- Ale nie tak, jak Luke, co?
- Nie. On jest najsłodszy z was wszystkich.
- Daj mu buzi, Hemmo!– zawołał Clifford.
- Jak mu dam, to się ode mnie odpierdolisz?
- Odpierdolę, przysięgam!
             Luke wziął głęboki oddech, a potem odwrócił się w stronę siedzącego obok Justina. Położył butelkę między swoje nogi, aby przypadkiem nic się z niej nie wylało. Następnie złapał go za brodę i przesunął jego twarz do siebie. Złożył na jego wargach szybkiego całusa. Clifford zawył z uciechy, a potem znów padł na trawę, w dalszym ciągu chichocząc.
- Podnieciłeś mnie w tym momencie – oznajmił Justin, oblizując wagi. – Ale spoko… Łapy mam przy sobie. Jesteś zajęty.
- No – wyrzucił z siebie Luke, łapiąc za butelkę. Wypił kolejny łyk. – I jestem hetero.
- Wiem, ale to nie zmienia faktu, że mi stanął – skwitował Justin, a potem wszyscy wybuchli śmiechem. 


***
Konflikt między Michaelem a Lori rozwiązany. Mamy też gry nocne i małe pijaństwo ze strony panów :) Już wiadomo, kto będzie miał na drugi dzień kaca - o ile dojdą do domu hahah :D 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Chcę was też zaprosić na Broken, które dzisiaj ma swoje oficjalne otwarcie. Możecie się tam dostać klikając na link poniżej :D Mam nadzieję, że się wam spodoba :)


Jako, że ten rozdział był dłuższy, kolejny pojawi się w następną niedzielę :)

Dziękuję wam też za wszystkie cudne komentarze - to wielka motywacja do pisania :)

Pozdrawiam!



W następnym odcinku:

- Czy jak uduszę Clifforda poduszką i powiem policji, że to był wypadek, to na długo pójdę siedzieć? – zapytała mnie Lori.
- Spoko. Zakopiemy ich za domkiem, to może nikt się nie skapnie, że przyjechali tu z nami – odpowiedziałam, a ona lekko uśmiechnęła się do mnie. 

***

- Akurat jestem bardziej hetero od ciebie – skwitował, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- O? Czyżby?
- Ja nie poleciałem w ślimaka z najlepszym kumplem… Dwa razy…

***

- No, kurwa – syknęła Lori. – A ta suka, co tu robi?
- Pohamuj swą agresję przyjaciółko – powiedziałam dyplomatycznie. – To koleżanka naszych łosi. Musimy to w jakiś sposób uszanować, choć i mi ona się nie podoba.

***

- To może od razu zróbmy wersję erotyczną?- powiedziałam od nie chcenia.
- O tak! – odpowiedzieli panowie. Spojrzałam na nich, unosząc jedną brew do góry.
- Żartowałam…
- Nie, to dobry pomysł. Lubię poznawać pikantne szczegóły z życia moich przyjaciół – skwitował Ashton, a potem spojrzał na mnie, na Lori i na Becky. –Wymiękacie?

***

- On kontra ona – podsumował Calum, zacierając ręce.
- Prawda czy wyzwanie? 

4 komentarze:

  1. Pogodzili się!!!!
    Jak to dobrze jest mieć taką przyjaciółkę, która co prawda wtrąca się w sprawy drugich, ale robi to wyłącznie z miłości do przyjaciół.
    Jak widzę, chłopcy nieco zabalowali, ale w sumie... należało im się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle rozdział byl kompletnie pochlaniajacy , nie moglam sie oderwać nawet na chwilę
    Jest mi smutno ze blog po woli dobiega konca ale ciesze sie ze jeszcze jak na razie mam co czytać ...a twoje pozostałe blogi tez sa fantastyczne
    Ostatnio zadko wstawiasz rozdziały ale rozumiem - brak czasu ,sama tez cierpie z tego powodu ;)
    Czekam na dalsze losy naszych kochanych bohaterów
    I serdecznie pozdrawiam
    wierna czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  3. No w końcu mogę skomentować ten megaśny rozdział - cieszę się, że jednak nie zrobiłaś wielkiego dramatu u Michaela i Lori bo bym tego niezniesła - zrozumiano! Oni muszą być razem, tak samo jak Luke i Rose! Ich pomysły rozwalają mnie na łopatki - oblewanie się wodą, a teraz podchody :) Jest i Justin -dobra na końcówce już leję - hahahahahahah takie całuśne chłopaki!
    Nie mogę doczekać się kolejnej części.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń