niedziela, 13 marca 2016

S6 - Rozdział 11 cz.1

Midnight memories


            Wyszedł z zajęć, rozmawiając z kumplem. Czarnowłosy nawijał o teorii poruszonej na zajęciach. Jego policzki robiły się coraz bardziej czerwone, gdyż zupełnie nie zgadzał się z wykładowcą. Luke zaśmiał się pod nosem. Nie zamierzał wdawać się z nim w dyskusję, szczególnie, że Daniel zaczął obrzucać profesora nieprzyjemnymi epitetami, które miały jeszcze bardziej wspomóc jego argumentację. Dodatkowo Hemmings się z nim zupełnie nie zgadzał. Mimo tego i tak kiwał, co jakiś czas głową.
           Pożegnał się z Danielem i jego długim monologiem, kiedy znaleźli się przy głównym wyjściu. Odwrócił się, dostrzegając znaną mu sylwetkę, która kręciła się przy tablicy ogłoszeń. Mason powiesił na niej, jakąś kartkę w formacie A4. Luke wytrzeszczył oczy. W końcu przyszły wyniki eliminacji.
            Poprawił plecak, który miał na ramieniu i ruszył w stronę bruneta. Starszy chłopak w tym samym momencie odwrócił się. Ich spojrzenia spotkały się ze sobą. Mason jednak machnął mu ręką, uśmiechając się, a następnie szybkim tempem wyszedł z budynku. Blondyn zauważył, że miał jeszcze kilka kartek, więc pewnie musiał zaliczyć kolejne budynki, aby do wszystkich dotarła ta informacja.
            Doskoczył do tablicy. Przycisnął palec do kartki, sprawdzając nazwiska, które na niej widniały. Były wypisane w dużej kolumnie. Dostrzegł na liście Michaela, na co zareagował uśmiechem. Po chwili odnalazł Caluma, Ashtona i nawet Greena. Zagryzł wargę, sprawdzając kartkę po raz kolejny. Nigdzie nie było jego nazwiska. Przeklął cicho pod nosem, czując zawód. Zawalił. Zawalił te pieprzone eliminacje, pomimo tego, że włożył w nie cały swój wysiłek. Wylał na stadionie siódme poty, dając z siebie wszystko, a i tek nie było to wystarczające. Był rozczarowany sam sobą.
            Westchnął ciężko pod nosem, kierując się w stronę drzwi. Wyszedł na zewnątrz, mrużąc oczy. Słońce skutecznie go oślepiło, ale czemu się dziwił. Od rana niemalże przesiadywał w auli pozbawionej okien. Zmarszczył lekko nos, kierując się w stronę ławki, na której umówił się z Rosalie. Mieli jeszcze trochę czasu do wspólnego obiadu, który zawsze jedli ze swoją paczką i chcieli to wykorzystać, idąc na spacer.
             Do parku miał mały kawałek, więc dość szybko zauważył siedzącą na ławce rudowłosą dziewczynę. Rose pospiesznie stukała palcem w ekran swojego telefonu. Kiedy jednak zbliżył się do niej, ona podniosła głowę i obdarzyła go szerokim uśmiechem. Musiała od razu zobaczyć, że jest w dość kiepskim humorze, bo spojrzała na niego z troską i niepokojem.
- Co się stało? – zapytała, kiedy padł na ławkę obok niej. Luke przetarł twarz rękami, opierając łokcie o uda. – Kotku? – Pogładziła go czule po plecach, a on wzruszył ramionami. – Powiedz mi.
- Właśnie wywiesili listę nowych zawodników.
- To już? – Pokiwał głową. – I jak?
- Chłopaki się dostali – powiedział powoli, spuszczając głowę w dół.
- Super. A co z tobą?
- Mi nie wyszło – mruknął. 
            Jej dłoń znów kilka razy przejechała po jego plecach. Oparła brodę na jego ramieniu, nie spuszczając z niego wzroku. Czuł na policzku jej gorący oddech. Wsunęła wolną dłoń w jego rękę, zaciskając mu palce na skórze.
- Przykro mi, kotku.
- Przynajmniej będę mieć więcej czasu dla ciebie – rzucił, odwracając się w jej stronę. Nie uśmiechnęła się. – Powinnaś się cieszyć.
- To miłe, ale nie mam zamiaru z tego powodu skakać z radości. Wiem, jak ci na tym zależało. Może spróbujesz za rok?
- Może piłka nie jest już dla mnie.
- Luke – jęknęła, całując go szybko w nos. – Jest dla ciebie. Jedna porażka nie powinna przekreślać wszystkiego. – Kiwnął jej głową. Miała rację, ale to nie poprawiało mu humoru.
           Nagle dziewczyna odsunęła się, a on pokręcił nosem z niezadowoleniem. Uwielbiał ją mieć tak blisko, szczególnie, gdy czuł się rozwalony od środka. Kiedy go obejmowała, gładziła jego dłoń, czy obdarowywała drobnymi pocałunkami, jego samopoczucie nie spadało niżej, a z każdym gestem ciągnęło się powoli ku górze.
           Spojrzał na nią, kiedy wyciągnęła wibrujący telefon. Po raz kolejny westchnął pod nosem, odwracając się w stronę parku. Skupił wzrok na pobliskich drzewach, wsłuchując się w krótką rozmowę, którą prowadziła jego dziewczyna. Nie wiedział, z kim rozmawia, ale miał nadzieję, że nie jest to ten kutas Blake. Luke chciałby, aby on nie miał numeru do rudowłosej. W sumie… Nigdy się jej o to nie pytał.
           Poczuł, że Rosalie podskoczyła w miejscu, a potem pożegnała się z entuzjazmem. Minęła chwila, a ona przylepiła się do jego ciała, obejmując go ciasno. Uśmiechnął się lekko pod nosem, bo ten gest był dla niego naprawdę uroczy. Drgnął, gdy musnęła jego szyję ustami. Dopiero to spowodowało, że jego błękitne tęczówki ponownie spojrzały wprost na nią. Widział, jak szeroko się uśmiecha. Kochał ten uśmiech i mógłby patrzeć na niego godzinami.
- Co jest?
- Mam dobre wieści.
- Mów – powiedział, czując, jak Rose zaciska mocniej dłonie wokół jego pasa.
- Dzwonił Mason.
- Co?
- Trener zapomniał wpisać cię na listę.
- Co?! – odparł, robiąc wielkie oczy.
- Przeoczył cię podczas wypisywania listy. Mason wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Zauważył to dosłownie przed chwilą.
- Żartujesz?
- To nie żart, kotku – powiedziała z uśmiechem, muskając jego usta. – Jesteś w drużynie. Chcą cię w drużynie. - Luke przez chwilę patrzył się na nią, a następnie odpowiedział uśmiechem. Ujął jej twarz w dłonie, łącząc ich w szybkim pocałunku. Miał gdzieś to, że siedzą w parku. Teraz nie liczyło się nic innego.
- Przynosisz mi szczęście, księżniczko.
- To słodkie.
- Jesteś moim szczęściem.
- To było jeszcze słodsze – podsumowała, a potem zrobiła smutną miną.
- Co jest?
- Teraz nie będziesz mieć więcej czasu dla mnie – odpowiedziała, a następnie zaśmiała się. Luke dołączył do niej, by po chwili cmoknąć ją w czubek nosa. – Pewnie będziecie chcieli to opić?
- Z pewnością.
- Mason powiedział, że dzisiaj wyciągnie was na spotkanie z całą drużyną.

***
           Byłam wtajemniczona w plan Masona i jego kumpli, którzy mieli mu we wszystkim pomóc. W sumie wygadał się mi przypadkowo przez telefon.  Kuzyn szybko wyjaśnił, co zamierza zrobić, a ja miałam milczeć. Zresztą i tak nie zamierzałam nic mówić chłopakom, by nie psuć im zabawy – choć oni pewnie nie będą uważali tego z początku za dobrą zabawę – ale nie chciałam też zniszczyć im wspomnień oraz przygotowań Masona i jego kolegów. Mianowicie nowi członkowie drużyny mieli w nocy przejść swój chrzest. Przed zaśnięciem dałam kuzynowi cynk, że Clifford śpi u mnie w pokoju razem ze swoją dziewczyną. Aby Lori nie dostała zawału, uprzedziłam ją o planie.
            Luke oczywiście wielokrotnie mnie pytał, czemu Mason się nie odzywa odnośnie spotkania. Musiałam sprzedać mu bajeczkę o tym, że to ja musiałam coś pokręcić i że pewnie będą opijać to jutro, a potem zaciągnąć go do spania. Na szczęście Lori pomogła mi w tym, aby chłopaki faktycznie nie zaczęli świętować sami i grzecznie poszli do swoich łóżek. To był nasz taki mały wkład w całość planu.

            Nie chciałam zasnąć. Chciałam dotrzymać do tej godziny zero, ale nie dałam w końcu rady. Padłam praktycznie z nudów, bo po ciemku nie miałam, co robić, a nie chciałam budzić śpiącego obok mnie blondyna. Dlatego nic dziwnego, że mocno się wystraszyłam, gdy równo o drugiej w nocy, drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Luke jęknął coś przeciągle pod nosem, a potem uniósł się na łokciu.
- Co jest? – zapytał, zachrypniętym głosem, kiedy ktoś oślepił go światłem z latarki.
- Wstajemy, księżniczko! Pora się zabawić!
- Co? Ej, puszczaj!
- Idź z nimi Luke i baw się dobrze – powiedziałam ze śmiechem, wypychając go z łóżka. – Chcę zobaczyć, jakiś filmik czy zdjęcia z tego wydarzenia.
- Sie wie, Rose – odpowiedział Mason. Latarki przestały świecić, a ja dostrzegłam, że cała banda ubrana jest na czarno. Ich twarze zasłaniały kominiarki, które miały tylko otwory na oczy. Luke szarpnął się.
- Co jest?
- Idziesz z nami maleńki, pora na twój chrzest drużynowy! – odezwał się jeden z nich i zanim Hemmings zdążył się zorientować, narzucił mu na głowę worek. Złapał go za plecami za ręce, a następnie wyprowadził z pokoju w samych bokserkach.
- Miłych snów, Rose.
- W końcu mam całe łóżko dla siebie – wymamrotałam, padając na poduszki. Wcisnęłam się w nią, słysząc jeszcze odgłosy chłopaków, którzy urzędowali na korytarzu. Zaśmiałam się pod nosem. Akcja się udała, nie ma co.

***
            Nie widział zupełnie nic, choć światła z latarek od czasu do czasu przedzierały się przez materiał worka, dodatkowo go oślepiając. Był przez to zdezorientowany i nieco zestresowany. Skłamałby, gdyby zaprzeczył, że w którymś momencie nie ogarnął go także strach. Jednak ten minął, kiedy usłyszał głos Masona i Rose, która wygoniła go z łóżka, a także coś na temat chrztu drużynowego.
            Wyciągnęli go z pokoju pół przytomnego, bosego i ubranego jedynie w kolorowe bokserki. Ustawili na korytarzu tuż przy ścianie, w towarzystwie innych nowych osób z drużyny. Ze starego składu został, tylko Mason i trzech jego kumpli, więc nowi stanowili dużą dwudziestoosobową grupę.             Poczuł, jak drży na całym ciele. W jakiś sposób stresował się tym wszystkim, a w dodatku na holu było znacznie zimniej, niż w pokoju. W pokoju, w którym przyjemnie sobie spał pod cieplutką kołdrą.
- Dobra, koty, macie stać cicho i się nie odzywać, dopóki nie będziemy wszyscy w komplecie – pociągnął ze śmiechem, jakiś męski głos. – A potem zabieramy was na małą wycieczkę. Jaki mamy czas?
- Jest pięć po drugiej – odpowiedział drugi.
- Musimy się sprężyć.
- Dobra, mamy komplet. – Ten głos rozpoznał od razu. – Złapcie się za rączki, panienki i powoli na schodach. Nie chcemy, by ktoś się połamał – pociągnął Mason, świecąc na nich latarką. – Szybciej, szybciej kociaki, nie mamy całej pieprzonej nocy!
            Złapali się na oślep za ręce. Luke nawet nie wiedział, kogo ma za sobą, a kogo przed sobą. Starsi dali im znak, by ruszyli się z miejsca. Powoli, niczym ślimaki, szyli przed siebie. Blondyn w ogóle nie wiedział, w którą stronę się kierują, ale domyślał się, że zaraz zaczną się schody. Miał tylko nadzieję, że się z nich nie sturla. W końcu kiedy znaleźli się u szczytu, Mason po kolei kazał im złapać się barierki i ostrożnie schodzić na dół. Hemmings czuł pod stopami zimną podłogę, która wzmagała jego dreszcze i gęsią skórkę, która pojawiła się od chłodu, który odczuwał. Na dole znów musieli złapać się za dłonie, a jeden z kumpli bruneta wyprowadził ich na zewnątrz. Teraz dopiero zrobiło mu się zimno. Zatrząsł się jeszcze bardziej, gdy poczuł delikatny, chłodny wiatr na swojej odsłoniętej skórze.
- Dobra, koty! Wsiadamy do busów!
             Coś nim szarpnęło. Ciepłe dłonie owinęły się wokół jego ramienia. Poprowadzili go do wozu, a potem umiejscowili na tyłach. Nikt z nikim nie rozmawiał. Między nimi panowała cisza, rozdzierana jedynie przez pokrzykiwania starszych chłopaków, którzy nimi dyrygowali. Usłyszał ciche jęknięcie, które rozpoznał. Znalazł się w tym samym samochodzie, co Calum.
- W porządku? – wyszeptał, ale zaraz zastanowił się, dlaczego nie powiedział tego normalnym tonem.
- Luke?
- Nie, Święty Mikołaj.
- Bardzo śmieszne, Hemmings – mruknął Calum, a blondyn wyczuł, że musiał się uśmiechnąć.
- Dobra, panienki! Czas na przejażdżkę!- rzucił jeden ze starszych, a potem z hukiem zamknął tylne drzwi.

            Kierowca nie był zbyt delikatny podczas jazdy, więc nie tylko Luke odczuwał każdy wybój, który znalazł się na ich drodze. Wchodził też ostrzej w zakręty, przez co wpadali jeden na drugiego. Muzyka dudniła z głośników, kiedy zmierzali do… No, właśnie. Hemmings nie wiedział, co jest celem ich wycieczki. Dodatkowo miał wrażenie, że jadą już koszmarnie długo, a jemu zaczynały powoli drętwieć nogi i tyłek, który domagał się wstania z twardej podłogi busa. W końcu kiedy miał wrażenie, że zaraz odpadnie mu kręgosłup, samochód zatrzymał się. Zaraz po tym drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka chłodne nocne powietrze.
- Wysiadamy, panienki! Po kolei!
            Luke siedział w środku, więc dopiero po kilku dłuższych minutach mógł rozprostować nogi. Poprowadzili go po trawie, która lekko łaskotała jego bose stopy. Znów ustawiono ich w równym rządku. Blondyn ponownie zaczął się trząść z zimna. Worek, który nadal miał na głowie przepuszczał jasne światło, które dochodziło gdzieś z góry, jakby nad nimi znajdowały się mocne reflektory.
- Dobra, dziewczynki! –Tym razem odezwał się Mason. – Ściągnijcie worki! – Luke szarpnął za szorstki materiał. – Witam nowych członków drużyny! – kontynuował brunet.
            Hemmings rozejrzał się. Stali na ich uniwersyteckim stadionie. Z pewnością chłopaki zrobili im długą wycieczkę busem specjalnie, aby jeszcze bardziej ich zdezorientować. Spojrzał na swoich towarzyszy. Kilku z nich miało na sobie piżamy lub krótkie spodenki. Niektórzy tak, jak i on zostali wyciągnięci z pokoju w samej tylko bieliźnie. Mason i reszta pozbyli się kominiarek i teraz stali przed nimi w identycznych czarnych dresach z logo Uniwersytetu Melbourne.
- Tradycją jest chrzest, który musicie przejść, aby stać się pełnoprawnymi zawodnikami tej zacnej drużyny! Drużyny, która plasuje się na samej górze tabeli w rozgrywkach międzyuczelnianych! Drużyny, która w ciągu ostatnich pięciu lat, nie oddała pucharu innemu zespołowi! Drużyny, która wie, co to znaczy duch walki, ciężka praca i sumienność, a także wsparcie każdego ze swojego kręgu! Bycie jej częścią to zaszczyt! Jesteście z nami?!
- Jesteśmy! – odkrzyknęli.
- Idealnie! A teraz zakładać to, bo czeka nas dużo rzeczy do zrobienia!
            Chłopak, którego Luke kojarzył z uczelnianych korytarzy wcisnął mu w dłoń małą kupkę materiału, robiąc przy tym złośliwą minę. Powoli rozłożył strój. Pierwszą rzeczą była biała koszulka z napisem Jestem częścią drużyny na plecach. Jednak druga garderoba spowodowała, że Hemmings wytrzeszczył oczy z niedowierzania. Miał w ręku tiulową, wściekle różową spódniczkę. Zerkną na pozostałych, którzy niechętnie zaczęli wciągać na siebie tutu (choć nikt z nich nawet nie wiedział, że to dziwne coś właśnie tak się nazywa). Przekręcił oczami i sam wcisnął je na swój tyłek.
- Dobra, a teraz robicie dwa okrążenia naokoło boiska, panienki! Migiem, bo mamy przed sobą niecałą noc, a jest jeszcze trochę zadań do zrobienia!

            Stopy jeszcze bardziej mu marzły, kiedy biegł po mokrej od rosy trawie. Obok siebie miał swoich kumpli, którzy zrównali się z nim. Z ich ust wydobywała się para. Na szczęście zrobiło mu się cieplej i przestał się trząść. Żałował tylko, że Mason nie zaopatrzył ich, w jakieś buty.
            Zaraz po skończonych okrążeniach, starsi rozłożyli im pachołki. Nie robiąc żadnej przerwy musieli wykonywać slalomy, trzymając w dłoniach tacki z napełnionymi po brzegi plastikowymi kubeczkami. Ten kto wylał ich zawartość, robił karne pompki. Dopiero po tym nowi doznali chwili wytchnienia. Jednak nie na długo, bo zaraz rozpoczęła się konkurencja, w której wręczono im piłki. Niczym prawdziwe koty, musieli paść na cztery łapy i turlać je głową do celu. Aby utrudnić im zadanie, chłopaki rzucali w nich balonami z zimną wodą, a ich gromki śmiech roznosił się po stadionie. Następnie poczęstowano nowych okropnymi przekąskami z dużą ilością dziwnych przypraw, od których można było się porzygać. Na szczęście każdy z nich chciał wyjść na twardego zawodnika, który nie puści, przy czymś tak błahym pawia. Dziwne kombinacje utworzone na małych kanapeczkach były do przetrzymania. A potem znów biegali, robili skłony i masę innych ćwiczeń, aż w końcu na dworze zaczęło robić się jasno. Luke był pewny, że teraz zakończą się ich tortury, ale Mason i jego kumple zarzucali ich kolejnymi rzeczami do zrobienia.
- Dobra, panienki! – zaczął brunet, zerkając na zegarek. – Dochodzi godzina dziesiąta. – Hemmings zrobił wielkie oczy. Nie sądził, że spędzili na boisku, aż tyle godzin. Jego oddech był przyspieszony, a całe ciało lekko krzyczało z bólu, od tej ilości ćwiczeń, jakie im zafundowali. – Ściągajcie spódnice! – Jak na rozkaz wszyscy zrzucili z siebie tiulowe tutu. Jeden z kumpli Masona przeszedł obok nich z workiem, w którym ulokowali obciachową dla nich garderobę. – Jeszcze jeden krok dzieli was od oficjalnego statusu zawodnika – pociągnął brunet, spoglądając na swoją nową grupę. – Krok ten wykonacie dzisiaj! Macie pojawić się tu dokładnie o szóstej trzydzieści! Dlatego teraz, świeżaki, grzecznie wracamy na kampus, a wy wędrujecie do łóżek, by się przespać. O której macie być tu z powrotem?!
- O szóstej trzydzieści! – odpowiedzieli chórem.
- Idealnie. Dobra chłopaki, jazda za mną.
            Mason ustawił ich dwójkami. Luke za towarzysza miał Michaela, który zmęczony, ciągnął się obok niego, co jakiś czas ziewając i ciężko wzdychając. Za nimi podążał Calum i Ashton. Cała ich czwórka marzyła o prysznicu. Mimo wszystko byli zadowoleni i ten cały chrzest zaczęli odbierać całkiem inaczej, niż na początku. Powoli ta sytuacja zaczęła ich bawić.
            Weszli na teren kampusu, prowadzeni przez ich kapitana. Mason, co jakiś czas dmuchał w gwizdek, jeszcze bardziej zwracając na siebie uwagę pozostałych studentów, którzy z zaciekawieniem wlepiali w nich wzrok. Niektórzy wytykali ich palcami, a inni bili brawo i głośno skandowali nazwę uczelni, którą oni będą teraz reprezentować w rozgrywkach. Luke uśmiechał się pod nosem. To było całkiem inne, o wiele większe, niż to wszystko, co działo się w liceum. Zaczął czuć niesamowitą dumę, że tworzy razem z nimi coś tak fantastycznego. Wiedział, że czeka go mnóstwo pracy, ale uwielbiał piłkę nożną i był w stanie wycisnąć z siebie wszystko, byleby pomóc zdobyć swojej drużynie cel, jaki mieli. Aby po raz szósty puchar został u nich.
- Widzimy się o ustalonej porze – powiedział Mason, kiedy zaczęli wchodzić do akademika. Klepnął Michaela w plecy, a Hemmingsowi podał dłoń, uśmiechając się. – Wyśpijcie się, królewny!
            Weszli do środka, a następnie skierowali się do góry. On i Michael musieli zahaczyć jeszcze o pokój Lori i Rose, skoro chcieli dostać się do swojego. Żaden z nich, bowiem nie miał klucza. Wlecieli do środka, nawet nie pukając. Obie dziewczyny spojrzały na nich, leżąc w łóżkach i wcinając rogaliki z czekoladą. Zmierzyły ich wzrokiem od góry do dołu, a potem parsknęły śmiechem, który pewnie słyszeli ludzie na korytarzu.
- Jak było? – zapytała Rosalie, cała czerwona ze śmiechu.
- Tak, jak widać – wydusił z siebie Clifford. – Marzę o śnie i prysznicu.
- Trzymaj. – Rudowłosa złapała za kluczyk, leżący na szafce, a następnie rzuciła go w kierunku blondyna. Złapał go jedną dłonią, posyłając jej lekki uśmiech. – Odeśpijcie.
- Mamy być na stadionie o wpół do siódmej – pociągnął Michael.
- Czy to miało znaczyć, że zamierzasz spać do tej pory, a któraś z nas ma was obudzić? – odezwała się blondynka.
- Dokładnie to, rybko – odpowiedział chłopak, wskazując ją palcem.
- Okej, w takim razie dobranoc – powiedziała Rose.
- Wyganiasz nas?
- Spadajcie, bo jesteśmy w trakcie serialu – rzuciła Lori. Chłopaki przekręcili oczami i wyszli z pokoju, mając na twarzach lekkie uśmiechy. Całe one.

            Coś nim potrząsnęło. Cicho jęknął w poduszkę, mając nadzieję, że to mu się tylko śni. Jednak ktoś po raz kolejny popukał go w ramię. Po chwili doszedł do niego znany głos dziewczyny. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy wsunęła dłoń w jego włosy, delikatnie przeczesując je na bok. Nie otwierając oczu, wymruczał coś niezrozumiałego.
- Kotku, jest piąta – powiedziała Rose, nachylając się nad nim. – Wstawaj.
- Nie chce mi się.
- Domyślam się. Na biurku zostawiłyśmy wam ciepłe jedzenie, więc rusz ten swój seksowny tyłek. Musisz się jeszcze wyszykować.
- Michael dupa z wyra! 
            Aż podskoczył, kiedy Lori krzyknęła. Rozchylił powieki, patrząc, jak blondynka wskakuje na swojego chłopaka, trzęsąc nim tak mocno, że Luke dziwił się, że Clifford nie dostał od tego choroby lokomocyjnej. Cieszył się, że Rosalie postawiła dzisiaj na łagodną wersję pobudki.
- Już wstaję – powiedział, przekręcając się na plecy. 
           Rudowłosa cmoknęła go w czoło, a następnie usiadła na materacu, wpatrując się w parę naprzeciwko niej. Michael puścił wiązankę przekleństw, za co dostał rozpędzoną poduszką w głowę.
- Mason nie lubi spóźnialskich – pociągnęła Rose, gładząc go po klatce piersiowej. – Zresztą, ja i Lori chcemy wiedzieć, co robiliście przez całą noc. 
           Uśmiechnął się, nadal czując jej palce na skórze. Ten dotyk przyjemnie rozpalał miejsca, po których się poruszała. Luke w tym momencie żałował, że Lori i Michael są w tym samym pokoju. Nie miałby nic przeciwko, by zaliczyć z Rivers szybki numerek przed wyjściem.
- Michael, bo zaraz zepchnę cię z łóżka! Spaghetti będzie zimne!
- Powiedziałaś spaghetti? Trzeba było tak od razu! 
           Chłopak zerwał się z łóżka, a następnie chwycił za pudełko, z którego wydobywał się przyjemny zapach przypraw i sosu pomidorowego. Luke zaśmiał się pod nosem i sam usiadł na łóżku. Rose od razu podała mu drugą porcję, która na niego czekała.
- No, opowiadajcie – ponagliła ich, jednocześnie zacierając z ciekawości ręce.
- A więc tak… - zaczął Michael, z pełną buzią. 


***
Dzisiaj mamy rozdział w większości z perspektywy Hemmo :) Jak widać cała nasza czwórka + Green dostali się do składu :) Mam nadzieję, że ta część przypadła Wam do gustu. Druga oczywiście będzie kontynuacją tego dnia :)

Nawiązując do testu z środy - gratuluję Wam wyników. Aż trzy osoby zdobyły maksymalną ilość punktów. Reszta wcale nie była gorsza, bo też "ustawiłyście się" wysoko :) Chyba nie był, aż tak trudny, prawda? :) 

Przypominam również o oddawaniu głosów w dwóch sondach, które trwają do końca miesiąca. Jak na razie ulubioną historią jest Dwa Plus Jeden, zaś bohaterką Rosalie. Jestem ciekawa, czy się to utrzyma do końca czy jednak będzie, jakaś zmiana :) Dzięki bardzo za już oddane głosy :)

Dodatkowo i standardowo przypominam o Asku, gdzie możecie zadawać mi pytania odnośnie bohaterów i fabuły :) 

Dziękuję również za wszystkie cudowne komentarze! Naprawdę mnie motywujecie :) Uwielbiam je czytać.

Kolejny rozdział - klasycznie za tydzień.

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Trzeba to opić! – zawołał drugi starszy zawodnik.
- Słusznie! Nie stójcie tak, my nie gryziemy. Teraz jesteśmy kumplami z boiska!

***

- Jesteśmy kochanie, jak bumerangi – wybełkotał Clifford, chichocząc pod nosem. A zrobił to w taki sposób, że przypominał Ashtona lub małą dziewczynkę. Wytrzeszczyłam oczy. – Zawsze wracamy!

***

- Dlatego płaczesz? – pociągnęłam, a on kiwnął głową.
- Bo jestem chujem.

***

- A tak… I buduję samoloty.
- Samoloty?

***

- Naprawdę powiedziałaś, że go nienawidzisz? – Odwróciłam się, patrząc na Lori.


8 komentarzy:

  1. Nominacja do LBA
    Informacje tutaj raura-titanic.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały!! Kocham to, jak piszesz. Z niecierpliwością na następny, pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo, cieszę się, że się podobało :)

      Usuń
  3. Mason dał w kość chłopakom xD w ogóle rozbawiło mnie jak to Rose delikatnie budziła Luke'a, a Lori nie rozczulała się tak nad Michaelem.. biedny :D.
    Świetny rozdział, zresztą jak zwykle. Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w tym rozdziale, to Rose wyszła na tą delikatniejszą :) Cieszę się, że Ci się podobało i że udało mi się Cię rozbawić :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. No i idealnie !! :)
      Świetny rozdział :D Miałam śmiechawe minimum 15 minut :3 (wcale i wgl nikt na mnie nie patrzył jak na idiotke...wcale)

      Lori i Rose są miszczyniamipobudek...choc w tym przypadku Lori wygrala wszystko pozdro dla niej hah ^^

      Weź jak Luke byl taki przybity że go do drużyny nie przyjeli i wgl zaczął gadac o tym że sie nie nadaje...to taki SZMUTEG :\ :( ale Rose psycholog pocieszyciel wkroczyla do akcji i bylo lepiej :):)))
      A telefon od Masona to już wgl podniesienie na duchu heh *___*
      Przejdzmy do najlepszego .... Kocham Maaona i calą druzyne ... Nie spodziewalam sie takiego chrztu poczatkujacych tzn.ksiezniczek :):v
      Leżałam(czyt.tuklam sie bo wytrzymac nie moglam) na łóżku i ryczałam ze śmiechu (potrąciłam lampe ale nic jej sie nie stało*_* odzifoo)
      Troche mi ich szkoda ale jednak fajnie jest tak poczytac posmiac z idiotow :") :")

      Teraz czekam tylko na dalszy przebieg zdarzen hah pozdrawiam *-*

      Usuń
    3. To idealnie :) Cieszę się, że rozdział, aż tak Cię rozbawił :) Fakt to był ksieżniczkowy chrzest hehe :) Widzę Mason dalej punktuje. Szmuteczeg mały był, ale szybko zniknął.
      Dzięki za tak rozbrajający komentarz - uśmiałam się XD
      Pozdrawiam

      Usuń