niedziela, 20 marca 2016

S6 - Rozdział 11 cz.2

Tonight we own the night


           Mieli jeszcze chwilę czasu, do zarządzonej przez Masona godziny. Powoli zmierzali w stronę stadionu. Wymieniali po drodze swoje uwagi i śmiali się z tego, co działo się na ich chrzcie. Raz po raz jeden z nich wybuchał gromkim śmiechem, gdy inny zdawał relację z tego, co stało się na początku. A każdy prawie doznał mini zawału, kiedy wywlekli ich z łóżek, a potem z pokoi.
           W końcu zatrzymali się przy stadionie, który był dwa razy większy, niż ich szkolne boisko, na którym grali. Większa część drużyny już stała przy drzwiach od wejścia do szatni, czekając na pojawienie się ich kapitana. Luke rozejrzał się po zgromadzonych i dopiero teraz doszło do niego to, że nowi składają się z samych pierwszorocznych studentów. Mason i jego trzej kumple byli, więc najstarsi z nich wszystkich.
           Punktualnie o szóstej trzydzieści, drzwi od szatni otworzyły się. Stanął w nich Mason, ubrany w granatową koszulę i ciemne dżinsy. Uśmiechnął się na ich widok, a następnie zaprosił do środka. Jak tylko weszli, usłyszeli dochodzącą z dołu muzykę.
- Nasza mała impreza jest na dole. Trener już dawno udostępnił nam podziemną halę, którą nieco przerobiliśmy – poinformował ich brunet, prowadząc w kierunku schodów. – Nie korzystamy już z niej. Trener woli nas tresować na zewnątrz – dodał i zaśmiał się, na co inni również zareagowali śmiechem.
            Zeszli na dół wąskimi schodami, a echo ich kroków mieszało się z muzyką, którą teraz było słychać jeszcze bardziej. Kawałki były mieszane tak, by każdy znalazł w niej coś dla siebie. Mason pchnął duże brązowe podwójne drzwi. Spojrzał na nich, po raz kolejny uśmiechając się.
- Drodzy panowie, ustawcie się proszę w rządku.
            Jak tylko Luke minął próg, zrobił wielkie oczy. Nieużywana hala została przerobiona na coś w rodzaju olbrzymiego pokoju dla drużyny. Stały tu kanapy i fotele, a także stoliki. Hemmings zauważył na nich kartony z pizzą, przekąski i pełno butelek z alkoholem. Na środku znajdował się stół bilardowy i piłkarzyki. Zastanawiał się, jakim cudem chłopaki ściągnęli tu to wszystko i skąd mieli na to kasę. Po boku stało także biurko z komputerem oraz duże głośniki, z których to właśnie puszczano muzykę. Drabinki i ściany zostały obwieszone ciemnymi płachtami, a światła przygaszone, aby dodać temu miejscu klimatu. Podobało mu się to, co stworzyli.
            Nowi ustawili się w rzędzie tak, jak poprosił ich Mason. Luke dostrzegł, że oprócz zawodników znajdują się tu także ci, którzy pomagali przy organizacji i przebiegu ich bojowego chrztu. Oblegali kanapy, sącząc piwo prosto z butelek.
- Nie będzie wielkiej mowy – zaczął brunet, zatrzymując się naprzeciwko nich. – Jared, rozdasz im koszulki?
            Wysoki i dobrze zbudowany chłopak, który był bramkarzem, podniósł się z miejsca. Następnie przeszedł wzdłuż szeregu, wypytując o ich nazwiska. Kiedy ktoś mu je podał, on zaraz wyszukiwał odpowiednią koszulkę, wręczając ją konkretnej osobie. Kiedy Luke dostał swoją, rozłożył ją i uśmiechnął się lekko. Bluzki były niebieskie, w pionowe nieco ciemniejsze pasy. Na piersi znajdowała się nazwa i logo uczelni, na plecach zaś numer i nazwisko zawodnika. Blondyn z zadowoleniem odkrył, że znów gra z siódemką.
- Pewnie się domyślacie, że lista musiała powstać wcześniej, skoro dzisiaj wręczamy wam oficjalnie drużynowe koszulki – powiedział Mason, a z jego twarzy nie schodził uśmiech. – To prawda. Trener zdradził mi ją wcześniej, przez co mogliśmy zamówić dla was komplety strojów. Resztę dostaniecie później. Będzie czas oczywiście na przymiarki. Zgłosicie wszystkie te części, które nie będą na was pasować. W czasie gry liczy się też komfort. Tyle jeśli chodzi o kwestię organizacyjną. Pozostaje mi teraz, tylko jedno – rzucił, spoglądając na nich. Jego szare oczy dłużej zatrzymały się na Hemmingsie. – Witajcie w drużynie! – Rozległy się oklaski, a Jared zagwizdał pod nosem, kręcąc poduszką tuż nad swoją głową. – Dzisiaj bawimy się razem! Bierzcie, co chcecie i róbcie, co chcecie, to jest teraz wasze miejsce! Jesteśmy jednością!
- Trzeba to opić! – zawołał drugi starszy zawodnik.
- Słusznie! Nie stójcie tak, my nie gryziemy. Teraz jesteśmy kumplami z boiska!

            Alkoholu było tyle, że z pewnością starczyłoby dla jeszcze jednej drużyny. Jedzenie znikało w zastraszająco szybkim tempie, a starsi co chwilę donosili go z małego pomieszczenia, które kiedyś musiało być jakimś składzikiem na sprzęt sportowy. Ludzie rzucili się w stronę piłkarzyków i bilardu, a ci, co nie mieli szczęścia i nie załapali się na grę, usadzili się na sofach, poznając się i rozmawiając.
- Lukey! – krzyknął Mason, zarzucając mu rękę na ramię. – Musisz napić się z nami. Gdzie twoi kumple?- Rozejrzał się po pomieszczeniu. – Jest i Mikey! Zawołaj Caluma i Asha i dosiądźcie się do nas!
            Hemmings nawet nie protestował, kiedy Mason pociągnął go w stronę Jareda i reszty swoich kumpli. Co prawda wcześniej mu się przedstawili, ale on nie zapamiętał dokładnie tego, kto jak się nazywa. Zaraz obok niego pojawili się jego przyjaciele i Green, którego najwidoczniej zaciągnął tu Irwin. Blondyn słyszał o umowie, jaką zawarli między sobą, a popchnęła ich do tego Rose. Teraz ta dwójka starała się być przykładnymi znajomymi, którzy nie chcą się zabić przy najbliższej nadarzającej się ku temu okazji. Brunet pacnął na sofę i to samo zrobił Luke. Zaraz dostał plastikowy kubek, wypełniony po brzegi jakimś kolorowym drinkiem.
- Nieźle się tu urządziliście – skwitował Calum, rozglądając się po raz kolejny.
- To miejsce, tylko dla nas – powiedział Jared. - Jest idealne dla drużyny. Można tu przyjść w każdej chwili i się odchamić. Często też opijamy tu nasze zwycięstwa. Czasem wpadną też osoby spoza zespołu, jeśli oczywiście jest jakaś impreza i się je zaprosi. Jednak zasada jest prosta. Jeśli spotyka się tu drużyna to, to co się tu dzieje, nie wychodzi poza te ściany.
- Dobrze mówi – rzucił Mason. – A teraz zdrowie, panowie! Za przyszłe sukcesy i dobrą grę na boisku!
- Kapitan przemówił – odparł Jared ze śmiechem, a Mason sprzedał mu sójkę w bok.

***
           Przebudziłam się. Powoli otworzyłam oczy, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Zerknęłam na zegarek. Była prawie trzecia w nocy. Już chciałam się położyć z powrotem, kiedy doszło do mnie pukanie. Chociaż pukaniem nie można tego było nazwać, bo coś dosłownie załomotało w nasze drzwi. Zza okna dochodziły ciche pokrzykiwania i śpiewy. Temu się akurat nie dziwiłam. Był weekend i studenci korzystali z tego pełną parą.
- Kurwa, co znowu? – mruknęłam, kiedy walnie się powtórzyło. Usłyszałam po drugiej stronie znane głosy, choć zupełnie nie zrozumiałam słów. Ekstra. Luke i Michael pojawili się na horyzoncie.
- Teraz ty otwierasz – powiedziała zaspanym głosem Lori, która też musiała się obudzić przez te ich walenie. Potem warknęła cicho pod nosem i puściła soczystą wiązankę przekleństw, kierowaną do osób stojących na korytarzu.
             Niechętnie wygramoliłam się z ciepłego łóżka. Miałam nadzieję, że ci idioci mają bardzo doby powód, by budzić nas w środku pieprzonej nocy. Doskoczyłam do drzwi, przekręcając klucz w zamku. Otworzyłam je. Spojrzałam na chłopaków i aż jęknęłam pod nosem. Byli pijani, choć to słowo delikatnie tylko określało ich stan.
- Moja księżniczka! – rzucił Luke z pijackim uśmiechem. Odsunęłam się od drzwi, bo ci zaczęli włazić do środka, mając gdzieś to, że stoję im na drodze.
- Powaliło was! – krzyknęła Lori, kiedy zapaliłam światło. Jeden z nich wpadł na nasz stolik. Wolałam, by cokolwiek widzieli i nie zniszczyli nic po drodze.
- Jesteśmy kochanie, jak bumerangi – wybełkotał Clifford, chichocząc pod nosem. A zrobił to w taki sposób, że przypominał Ashtona lub małą dziewczynkę. Wytrzeszczyłam oczy. – Zawsze wracamy!
- Ta… Dobrze mówi – powiedział Luke, wskazując na niego. 
            Zrobił kilka kroków do przodu, ale przeszkodą na jego drodze okazała się być stopa Clifforda. Chłopak, bowiem ruszył w naszą stronę w tym samym momencie, co on. Skutkiem tego było to, że Hemmings z hukiem rozłożył się, jak długi na podłodze. Michael nie wytrzymał, parskając kolejny raz gromkim śmiechem.
- Zabiję was – syknęłam, starając się podnieść Luke'a, ale było to nie możliwe. Udało mi się go jednak posadzić na podłodze i oprzeć o łóżko.
- Kocham cię – powiedział, łapiąc moje policzki.
- Fajnie, ja ciebie też – odparłam, wyplątując się z jego rąk. Skrzywiłam się, czując od niego mocny zapach alkoholu.
- Od tych oparów same zaraz będziemy pijane – skwitowała Lori, która wstała z łóżka, by pomóc ustać na nogach swojemu chłopakowi.
- Nie jestem pijany, rybko – wymamrotał Michael. – Calum jest. Zasnął na ławce.
- Co?! – odparłyśmy obie.
- Śpi sobie tam – pociągnął Luke z podłogi, machając ręką w stronę okna. – Gdzieś tam… Na ławce. – I zaczął się śmiać.
- Zostawiliście go samego?! – warknęłam, nie mogąc uwierzyć w ich głupotę.
- Nie samego. Jest z ławką – podsumował Luke. Przekręciłam oczami, odwracając się od niego. Dalsza konwersacja z nimi nie miała w ogóle sensu. Nie w stanie, w jakim byli.
- Jeśli faktycznie Cal śpi na ławce, to trzeba po niego iść – powiedziałam powoli, patrząc na blondynkę. Lori wzięła głęboki oddech. – Na trzy – pociągnęłam, chowając pięść za sobą. – Raz, dwa, trzy… Kurwa, nienawidzę tego! – odparłam, kiedy pokazałam papier, a ona nożyce.
- Peszek.
- Zawsze kurwa przegrywam – pociągnęłam, rozglądając się po pokoju. 
             Znalazłam szarą bluzę od dresów. Naciągnęłam ją na piżamę, a następnie niedbale związałam włosy. Założyłam adidasy. I tak pewnie wyglądałam lepiej, niż większość zataczających się studentów, którzy wracali z imprez do akademików.
- Zostanę z nimi – powiedział Lori, a ja kiwnęłam głową.
- Ej, księżniczko nie zostawiaj mnie!
            Zignorowałam swojego nawalonego chłopaka, wychodząc na korytarz. Zanim doszłam do schodów, minęłam grupkę kolejnych pijanych pierwszorocznych, a w ich skład oprócz panów wchodziły też i panie, które ledwo trzymały się na swoich wysokich szpilkach. Doszłam do schodów i zaczęłam schodzić na parter.
            Raptownie zatrzymałam się, spoglądając na dwóch siedzących przede mną chłopaków. Poznałam ich od razu. Ashton i Green znajdowali się na schodach. Najdziwniejsze jednak było to, że Irwin ciasno obejmował Trevora, gdy ten wypłakiwał mu się na ramieniu. Słyszałam cichy szloch, jaki wydobywał się z gardła bruneta. Uniosłam brwi do góry, patrząc na nich z niedowierzaniem. Co tu się kurwa dzieje?
- Hej, chłopaki – rzuciłam, omijając ich, by stanąć naprzeciwko.
- O! Zobacz! Jest i Rose – powiedział Ashton, uśmiechając się do mnie szeroko. Też był pijany. Jego ramię mocniej zacisnęło się na chłopaku. Trevor podniósł głowę do góry. Miał zaczerwienione oczy i rozbiegany wzrok. Chyba też zbyt szybko i często zaglądał dzisiaj do butelki.
- Rose – jęknął płaczliwym tonem były kapitan Picton. – Ja… Tak bardzo przepraszam Ashtona.
- Za, co? – dopytałam się.
- Za to, że byłem takim chujem. Takim dużym olbrzymim chujem w stosunku do niego. Lubię cię Ash, ty moja loczkowana mordo. – Cmoknął go w policzek.
- Dlatego płaczesz? – pociągnęłam, a on kiwnął głową.
- Bo jestem chujem.
- Okej, może pójdziecie spać?- zaproponowałam, patrząc to na jednego, to na drugiego. Ashton zakołysał się, a Trevor ponownie się w niego wtulił, jakby perkusista był najlepszą przytulanką pod słońcem.
- Pójdziemy… Pewnie, że pójdziemy, tylko jest jeden maleńki problem – pociągnął Irwin, kiedy Green znów zaczął moczyć mu koszulkę.
- Jaki to problem?
- Pomóż nam znaleźć odpowiedni pokój.
- Okej, pomogę.
- Nawet nie wiem, czy jesteśmy w dobrym budynku – odparł Ash, chichocząc pod nosem.- One wszystkie wyglądają tak samo. Tak… Identycznie, wiesz?
- Wiem. To, co? Podnosimy się? – powiedziałam, podchodząc do nich. 
            Hood musiał poczekać, aż ta dwójka trafi do pokoju. Miałam tylko nadzieję, że nikt go z tej ławki nie zgarnie. W sumie po kampusie zawsze kręciła się ochrona, ale teraz jakoś nigdzie jej nie było widać. Chyba, że mają takie przypadki gdzieś, bo nie robią hałasu i niczego nie niszczą.
- Wiesz, gdzie mamy pokój? – zapytał Ash, kiedy pomogłam mu wstać. Green przyczepił się do niego, jak rzep, niemalże wisząc mu na plecach. Na szczęście Irwin był w stanie go utrzymać.
- Wiem, zaprowadzę was.
            Wzięłam go pod rękę, kontrolując też idącego z nim Trevora. Nie chciałam, by któryś z nich zrobił sobie krzywdę i z turlał się ze schodów. Powoli zaczęliśmy wchodzić na górę. W końcu zatrzymaliśmy się przy odpowiednich drzwiach. Spojrzałam na Asha, który zerkał na mnie oczekująco.
- Daj klucz.
- Mam go w kieszeni.
- To go wyciągnij.
- Nie mogę, Trevor mi płacze.
- Która to kieszeń? – zapytałam zniecierpliwiona. Boże, daj mi cierpliwość, bo inaczej ich zabiję, jak mamę kocham.
- Ta – wskazał na prawą. 
            Przekręciłam oczami i niewiele myśląc, włożyłam do niej rękę. Od razu moje palce natrafiły na metalowy przedmiot. Wyciągnęłam klucz, umiejscowiłam go w zamku i w końcu otworzyłam te cholerne drzwi.
- Dobranoc, panowie.
- Dziękuję, Rosie.
- Nie nazywaj mnie tak – mruknęłam, kiedy powoli wpełzli do pokoju. 
             Ashton zaśmiał się jeszcze, a ja zamknęłam drzwi. Odwróciłam się i szybkim tempem ruszyłam w stronę schodów. Teraz musiałam odnaleźć Caluma i przytaszczyć go do akademika. Powinni mi płacić za takie niańczenie tych kretynów. Chociaż nie… To się nazywa dobra przyjaźń, bez względu na to, co odwalisz.
            Wypadłam na zewnątrz. Od razu uderzyło we mnie chłodne nocne powietrze. Opatuliłam się ramionami, by choć trochę pomogły mi utrzymać ciepło. Ruszyłam w stronę parku, licząc na to, że Luke nie walnął mi pijackiej ściemy i Hood naprawdę gdzieś tam będzie. Minęłam grupkę roześmianych starszych studentów, którzy szli w stronę swojego akademika.
            Kiedy dotarłam do parku, od razu odnalazłam odpowiednią ławkę. Zresztą, nie było ciężko nie zauważyć śpiącego na niej Mulata. Na szczęście rozłożył się zaraz przy jego wejściu, więc nie musiałam go szukać po całym tym terenie – choć nie był on zbyt duży. Doskoczyłam do niego. Hood spał, niczym małe dziecko przyciskając policzek do swojej dłoni. Już chciałam go obudzić, kiedy znikąd pojawił się Mason.
- Elo, moja kuzynko – powiedział i zaczął się śmiać. Nie zdziwiło mnie to, że był pijany. Zachwiał się, wpadając na ławkę. Zaasekurował się jej oparciem, przez co nie przewrócił się na śpiącego chłopaka. – O! Znam go! To Hoodini.
- Jak bardzo jesteś nawalony?- zapytałam, spoglądając na niego.
- Może tyle – odparł, wystawiając mi przed nos dwa palce. 
            Musiałam się odsunąć, by zobaczyć, jak pokazuje mi gestem odrobinę. Wcale mu nie uwierzyłam. Jednak Mason całkiem nieźle trzymał się na nogach, choć trochę się zataczał. Mimo wszystko mogłam go wykorzystać do zataszczenia Hooda do pokoju.
- Pomożesz mi z nim?
- Oczywiście. To jest mój człowiek.
- Hej, Calum – powiedziałam, przejeżdżając palcami po jego policzku. Wymamrotał coś przez sen. – Cal, budzimy się.
- Co?
- Wstawaj, zaprowadzimy cię do pokoju.
- A gdzie ja jestem? – wymamrotał, ale na szczęście go zrozumiałam, mimo tego, że plątał mu się język. – Sydney?
- Melbourne.
- A co ja tu robię?
- Studiujesz – podpowiedział mu Mason, a potem zaczął się śmiać.
- A tak… I buduję samoloty.
- Samoloty?
- Takie… Co latają po niebie i schodzą pod wodę – poinformował mnie z poważną miną, kiedy pomogłam mu usiąść. – Jestem kapitanem tego okrętu.
- Świetnie, kapitanie – rzuciłam, zerkając na Masona, który dusił się ze śmiechu. – To teraz może zaprowadzimy cię do twojej floty, co ty na to?
- Dobra, prowadź. Może zostaniesz moim marynarzem. Będziemy latać balonem.
- O co mu chodzi?
- Nie wnikam, po prostu chcę go zagadać, by nie zasnął nam po drodze. – Spojrzałam na Caluma. Jego oczy były maleńkie, a usta suche. Ktoś będzie miał jutro dużego kaca. – Mason, rusz się.
- Pewnie, kapitanie – odparł chichocząc. 
            Złapał Hooda pod ramię, a następnie pociągnął go do góry. Calum stanął na nogi. Przeniósł na niego swój ciężar ciała, ruszając się na różne strony, jakby nie mógł złapać pionu.
- Dasz radę?
- Dam radę. Idziemy Cal.
- Jestem kapitanem.
- Idziemy, kapitanie – poprawił się Mason i oboje ruszyliśmy w stronę akademika pierwszorocznych.
            Przez całą drogę Calum bredził od rzeczy. Zmuszałam go jednak do gadania, aby faktycznie nie walnął komara w trakcie marszu. W końcu jednak zatrzymaliśmy się przy jego drzwiach. Sprawdziłam mu kieszenie, ale nie znalazłam w nich klucza. Miałam nadzieję, że Jesse jest w pokoju i że wybaczy nam tą nocną pobudkę. Załomotałam do drzwi.
- Dobra, on jest coraz cięższy – jęknął Mason, który chyba odrobinę wytrzeźwiał od tej ciężkiej pracy, jaką musiał wykonać, jako dostawca pijanego kumpla. Zdążył to powiedzieć, a drzwi otworzyły się. Jesse podciągnął kraciaste spodnie od piżamy, zakładając na nos okulary.
- Rose?
- Przepraszam, że cię budzę, ale Calum…
- Ojej – odparł na jego widok. Zaśmiał się pod nosem. – Widzę, że Cal potrzebuje pomocy.
- Zdecydowanie.
- Dobra, daj go. Zajmę się nim.
- Serio?
- To mój współlokator. Zresztą trzeba sobie pomagać, co nie?
- Dobrze gada – skwitował Mason. Przekazał ledwo kontaktującego Caluma Jesse’mu, który pewnie chwycił go w pasie.
- Nie bój nic Rose. Cal jest w dobrych rękach.
- Dzięki, Jesse. Dobranoc.
- Dobranoc, Rose. – Uśmiechnęłam się do niego, a następnie zamknęłam za nim drzwi. Odwróciłam się do kuzyna, który miał na twarzy przyklejony głupkowaty uśmieszek.
- Ładnie zabalowaliście.
- Tak niewinnie.- Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Brunet w obronnym geście uniósł ręce do góry, robiąc minę niewiniątka. – Idę spać.
- Dobranoc.
- Pa, Rosie!
- Nie nazywaj mnie tak!
            Zeszłam razem z nim po schodach. Mason dalej chichotał, jak nienormalny. Pożegnałam się z nim po raz kolejny, gdy dotarłam na swoje piętro. Odłączyłam się od kuzyna, idąc w kierunku swojego pokoju. Otworzyłam drzwi, mając nadzieję, że Lori poradziła sobie z dwójką chłopaków i oni już grzecznie śpią w naszych łóżkach. Niestety rzeczywistość była całkiem inna.
- Dobrze, że jesteś – powiedziała z ulgą.
- Co jest? – Zerknęłam za nią. Zrobiłam wielkie oczy, widząc szlochającego Hemmingsa. – Co tu się dzieje? – Zaraz po tym pytaniu, doszedł do mnie odgłos wymiotowania. Lori przekręciła oczami.
- Zaczęło się, jak tylko wyszłaś. Luke uznał, że go nienawidzisz, bo go zostawiłaś. Rozpłakał się, jak dziecko. Michael w tym momencie coś tam wymamrotał, a ja wyłapałam z tego tylko jedno imię, które należy do twojego byłego. Wtedy Luke wpadł niemalże w histerię. Chciałam coś zrobić, ale wtedy mój dla odmiany zakomunikował mi, że będzie rzygać. Nie wiem, jakim cudem udało mi się go podnieść z łóżka i zaprowadzić do toalety. Do tej pory z niej nie wychodzi, bo ciągle prowadzi konwersację z muszlą klozetową.
- Lori –wyjęczał Michael z pomieszczenia obok.
- Widzisz – mruknęła, zaciskając usta. – Ja ich chyba zabiję.
- Poczekaj do rana, jak będą kontaktować. – Lori zerknęła w stronę pokoju. Jej oczy zatrzymały się na blondynie. – Dobra, teraz czas na niego.
- Calum w pokoju?
- I Calum i Ashton.
- Lori…
            Blondynka wskazała na łazienkę, a ja kiwnęłam głową. Poszła do swojego umierającego Clifforda. Moje ciemne oczy od razu skupiły się na Hemmingsie. Podeszłam do niego. Klęknęłam tuż przed nim, rozsuwając lekko jego kolana, abym mogła być bliżej. Słyszałam, jak pociąga nosem. Miał spazmatyczny przyspieszony oddech, jakby w tym momencie nabieranie powietrza było dla niego o wiele za trudne.
- Hej, kotku.
             Jak tylko to powiedziałam, wyprostował się, odsuwając dłonie od twarzy. Jego oczy był zaczerwienione, a policzki zaróżowione i mokre od słonych łez. Blond włosy sterczały mu we wszystkie strony. Zrobiło mi się go szkoda. W sumie Luke nigdy nie płakał przy mnie w taki sposób. Widziałam tylko parę razy to, jak zaszkliły mu się oczy lub jak kilka samotnych łez wypłynęło z ich kącika. Nic więcej. Nic, co by było podobne do tego. Hemmings przeważnie ukrywał tego typu emocje.
- Kotku, uspokój się – poprosiłam ciepłym głosem, przejeżdżając palcami po jego włosach.
- Zo-zostawiłaś m-mnie – wymamrotał, wycierając twarz w koszulkę. – Dla-dlaczego mnie zostawiłaś? – Kolejna porcja łez spłynęła po jego twarzy.
- Nie zostawiłam. Wyszłam dosłownie na chwilę. Musiałam pomóc Calumowi.
- Czemu mnie nie-nienawidzisz?
- Co?
- Tak powiedziałaś –zawył, zakrywając ponownie twarz rękami. Dobra, albo mam rozdwojenie jaźni, albo Hemmings wali mi ściemę.
- Kiedy ci tak powiedziałam?
- W Sy-Sydney w domu. Jak się… Jak się pokłóciliśmy. Powiedziałaś, że… Powie-powiedziałaś, że mnie nie-nienawidzisz. – Dopiero wtedy zyskałam pełny obraz. Wróciły do niego gorzkie wspomnienia, kiedy to faktycznie się pokłóciliśmy.
- Naprawdę powiedziałaś, że go nienawidzisz? – Odwróciłam się, patrząc na Lori.
- To było dawno. Byliśmy na etapie nielubienia się.
- Lori…
- Zabiję go – warknęła pod nosem blondynka, wracając do łazienki. – Już Michael… Będzie okej. Niedługo ci przejdzie.
- Luke – wróciłam do blondyna, odciągając jego ręce od twarzy. Ujęłam jego mokre policzki, przecierając je palcami. – Kocham cię, a tamto było dawno.
- Ty nie… Ty nie chcesz już ze mną by-być.
- Oczywiście, że chcę. Jesteś dla mnie wszystkim. Kocham cię głupolu, mimo tego, co odwalasz. Jesteś i będziesz moim kotkiem.
- Nie… Nie zostawiaj mnie.
- Nigdy cię nie zostawię – odpowiedziałam, całując lekko jego mokre od łez wargi. - A teraz chodź. Przyda ci się odpoczynek. No, już uspokój się, kotku – pociągnęłam, kiedy Luke zadrżał, a z jego ust wydobył się kolejny szloch. – Nic już się nie dzieje i wszystko jest okej.
- Będziesz ze mną?
- Będę cały czas obok.
           Wstałam z podłogi, a następnie wyciągnęłam w jego stronę ręce. Luke złapał za nie. Pomogłam mu się podnieść, co było łatwiejsze, niż przy pierwszej nieudanej próbie. Posadziłam go na łóżku. Ściągnęłam z niego ubrania, zostawiając go w samych bokserkach. Luke padł na poduszki. Przykryłam chłopaka kołdrą.
- Proszę… Proszę zostań.
- Już się kładę - powiedziałam, pozbywając się butów i bluzy. 
            Rzuciłam to wszystko na jedną kupkę, która utworzyła się na krześle. Podeszłam do łóżka i wsunęłam się pod pierzynę tuż obok roztrzęsionego Hemmingsa. Chłopak od razu wtulił się we mnie, a ja ciasno objęłam go ramionami. Z jego ust wydobył się kolejny cichy szloch, więc zaczęłam powoli gładzić jego plecy, aby pomóc się mu uspokoić. Miałam nadzieję, że szybko zaśnie. W sumie sama byłam już zmęczona tym wszystkim i też chętnie wróciłabym do spania. Na szczęście po dłuższej chwili Luke odpłynął. 


***
Chłopaki, jak to oni - znowu popłynęli :) Z pewnością będą mieli ciężki kolejny dzień XD Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Wg bałam się tego, że nie dam rady wstawić w niedzielę rozdziału, bo... KOMP. Tak mi się "rozłożył", że nic nie można było na nim zrobić. Łukasza nie ma, więc musiałam oddać laptopa w inne ręce, ale na szczęście udało się go przywrócić do życia - miły pan informatyk robił go po godzinach :) Bałam się, że coś będzie z dyskiem, a tam mam full rzeczy do pracy. 
Wg ten cały dzień był zakręcony, bo jeszcze spiesząc się na odbiór kompa, złapałam cholerną gumę. Tu składam serdeczne pozdrowienia dla pana po trzydziestce w ciaśniejszych spodniach, niż moje, który stwierdził, że "kobieta nie da sobie rady ze zmianą koła", patrząc na mnie z politowaniem (nie, nie pomógł - w sumie nie musiał, ale mógł zamknąć jadaczkę i wszyscy byliby szczęśliwi). Podziękowałam mu za ten komentarz, jednocześnie prosząc znanym słowem, by się natychmiastowo oddalił i mnie dalej nie denerwował. Żeby nie było, jestem przeważnie miła dla ludzi, ale mnie facet natychmiastowo przykurzył i włączyła mi się agresja. Szczególnie, że już wcześniej byłam podminowana. Liczę, więc na spokojną niedzielę :)

Dobra, tyle ode mnie - wygadałam się i jest mi lepiej haha :D 

W dalszym ciągu zachęcam do oddawania swoich głosów w sondach! Głosowanie trwa do końca marca. A także przypominam o Asku! 

Kolejny rozdział w następną niedzielę - będzie odrobinę dłuższy.

Pozdrawiam i Wam również życzę spokojnej niedzieli :)


W następnym odcinku:

- Nadal mam ochotę ich zabić.
- Nie ty jedna…

***

- Wiem, że masz prochy. Ty zawsze masz jakieś prochy.
- Mówisz, jakbym była dilerem – skwitowałam, odwracając się do Lori, która skupiła na mnie swoje ciemne oczy.

***

- Był mały wypadek – odezwał się brunet, widząc, jak próbuje połączyć jedno z drugim.
- Wypadek?

***

- Zapomnijmy o tym.
- A Rose?
- Ona nic nie powie.

***

- Księżniczko?
- Wal się.

6 komentarzy:

  1. Haha rozwaliło mnie to xD a Rose jak zwykle to ta od ogarniania wszystkiego i wszystkich. Płaczący Luke, kapitan Calum, pełen żalu Green, przyjaciel na piątkę Ashton i Michael, ten od gadania z muszlą klozetową XD czekam na następny rozdział!
    I znowu piosenka The Wanted 8)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię to "rozwaliło" :) Wnioskuję, że udało mi się Cię rozbawić :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Wspaniały!♥♥

    OdpowiedzUsuń
  3. No brawa dla cb za zajebisty rozdział !! ♡
    Padłam dosłownie padłam (normalnie kolanami na ryj :") :3 ) haah

    Impreza udała im się w 100% xx każdy zaliczył zgona o łiiii ;3 będzie kac akademik ;)

    Ale i tak najlepszy zgon zaliczył Green ... lałam :")
    "-czm płaczesz ? -bo jestem chujem.) ;*
    Dziwie się że Rose się jak kolwiek z nimi porozumiała hah ;) :")

    Michael ;3 i jego nowa BFF (muszla klozetowa) Lori bądź zazdrosna... ;")

    Calum :D niech się cieszy że go nikt nie zgwałcił ^^ hah i że ma tak bardzo fajnych przyjaciół (kamień papier nożyce jednak jest przydatne heh)

    No i nasz kochany Luke ^^ temu to już alkoholu starczy na długo ;3 Strasznie majaczyyy ;* ale Rosie jest kochana i się nim opiekuje *-* szweeed

    Już nie moge doczekać sie nexta :*
    Pozdrawiam życze miłych udanych i wgl wgl świąt :* 8)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe cieszę się, że Cię rozbawiłam :)
      Z pewnością będzie kac - cud by się stał, gdyby nie było XD
      Buhahah dobre - to z Cliffordem XD Aż chechłam, ale to standard przy Twoich komentarzach :D
      Dzięki bardzo za komentarz. Ja również życzę Wesołych Świąt!
      Pozdrawiam

      Usuń