niedziela, 27 marca 2016

S6 - Rozdział 12

It must've been good 'cause I can't remember


          Kiedy tylko otworzyłam oczy, już czułam, że ten dzień będzie ciężki. Przez nocną akcję, jaką zafundowali nam chłopaki, byłam ledwo przytomna. Wiedziałam jednak, że już nie zasnę, słysząc chodzącą po pokoju Lori. Choć blondynka zachowywała się cicho, to nie potrafiłam zmusić się do tego, by wyrwać jeszcze odrobinę snu.
           Powoli wstałam z łóżka. Zerknęłam na śpiącego blondyna. Był wciśnięty w poduszki i niemalże zakopany pod pierzyną. Wiem, że jak zaczęło świtać i się przebudziłam, to Luke trząsł się, jakby dostał poalkoholowej delirki. Opatuliłam go mocniej kołdrą, by było mu cieplej, ale to i tak na wiele się nie zdało. Musiał swoje odchorować. Moje ciemne oczy przeniosły się na Michaela, który pochrapywał pod nosem. Rozwalił się prawie na całym łóżku, a ja dziwiłam się, że w nocy nie zgniótł swojej dziewczyny.
- Hej.
            Podniosłam głowę, by spojrzeć na zaspaną blondynkę. Widać było, że ona również jest padnięta. Spięła niedbale swoje włosy, przecierając twarz rękami. Nadal była ubrana w piżamę. Najwidoczniej ona także, dopiero co wstała.
- Hej – odpowiedziałam zachrypniętym głosem.
- Nadal mam ochotę ich zabić.
- Nie ty jedna…
- Ale nie mam kurwa na to siły. Robię kawę w łazience.
- Chcę też – wyjęczałam, a ona cicho zaśmiała się pod nosem. 
           Skinęła mi głową, wracając do białego pomieszczenia, które znajdowało się obok. Ja zanim do niej dołączyłam, otworzyłam jeszcze okno. Nawet nie skłamię, jak powiem, że w naszym pokoju, najnormalniej w świecie śmierdziało. Sam alkohol. A winowajcy tego wszystkiego znajdują się dalej w krainie snów.

           Przed dwunastą ja i Lori byłyśmy już rozbudzone i ogarnięte. Stan Luke'a i Michaela nadal był niezmienny. Spali dalej, a ja miałam wrażenie, że mogłybyśmy urządzić w pokoju wielką imprezę, a ich to i tak by nie ruszyło. 
           Siedziałyśmy przy stoliku, co jakiś czas chichocząc pod nosem. Odebrałam zaległego maila z wczoraj, w którym to Mason podesłał mi zdjęcia i filmiki z ich chrztu. Miałyśmy naprawdę wielki ubaw, patrząc, jak wystrojono nowych członków drużyny i co im robili. Byłam pewna, że chłopaki będą to później w pozytywny sposób wspominać. W końcu takie akcje nie zdarzają się na co dzień.
            Przesunęłam komputer w stronę Lori, gdy usłyszałam znany dźwięk dzwonka. Mój telefon zaczął podskakiwać na szafce, która stała tuż przy łóżku. Ani Hemmings, ani Clifford nawet nie drgnęli, gdy komórka zaczęła wydzierać się coraz bardziej. Złapałam dzwoniące urządzenie, spoglądając ze śmiechem na wyświetlacz.
- Hej, Panie Nie Wiem Gdzie Mam Pokój – powiedziałam, a po drugiej stronie usłyszałam ciężkie westchnięcie Asha.
- Wiem, że masz prochy. Ty zawsze masz jakieś prochy.
- Mówisz, jakbym była dilerem – skwitowałam, odwracając się do Lori, która skupiła na mnie swoje ciemne oczy.
- Ratuj nas – wyjęczał, a w tle dało się słyszeć cichy jęk Trevora. – Zdychamy. Poratuj, czymkolwiek na ból głowy.
- Jasne. Nie ma sprawy.
- Rose, jesteś najlepsza.
- Oczywiście, że jestem. Czy ty kiedykolwiek w to wątpiłeś? – Irwin zaśmiał się cicho. – No, właśnie. Zaraz będę.
- Dzięki. Wchodź od razu, drzwi będą otwarte. - Rozłączyłam się, wsuwając telefon do kieszeni dżinsów. Lori uniosła brwi do góry, a potem lekko uśmiechnęła się pod nosem.
- Ktoś wrócił do świata żywych?
- Ashton i Trevor – odpowiedziałam, odwracając się z powrotem w stronę szafki. 
            Ukucnęłam, a następnie zaczęłam w niej grzebać. W końcu udało mi się odnaleźć białe pudełko z tabletkami przeciwbólowymi. Wyprostowałam się, ponownie skupiając się na przyjaciółce.
- Zaniosę też kilka Calumowi. Myślę, że Hood będzie zdychał najmocniej.
- W to nie wątpię. No i oni też. Jestem pewna, że Michael zapamięta to sobie na długo.
- O ile będzie pamiętał cokolwiek.
- Ale po imprezowego kaca na pewno zapamięta – ciągnęła z pewnością w głosie.
- Niedługo wracam.
- Pewnie – rzuciła, kiwając głową. Następnie wróciła do przeglądania zdjęć z drużynowego chrztu chłopaków.
           Wyszłam na korytarz. Było tu cicho i spokojnie, jakby większość studentów z tego akademika również odsypiało lub spędzało czas w mniej hałaśliwy i chaotyczny sposób. Zaciskając palce na białym opakowaniu, ruszyłam w stronę schodów, aby dostać się na górę. Najpierw postanowiłam udać się do pokoju Caluma, który był pierwszy. Irwin i Green znajdowali się w głębszej części holu.
           Zatrzymałam się przed drzwiami z numerem siedemdziesiąt dziewięć. Podniosłam rękę i cicho zapukałam. Po chwili drzwi otworzyły się. Uśmiechnęłam się do chłopka w okularach. Jesse już był na nogach. Gestem zaprosił mnie do środka. Skrzywiłam się lekko, na panujący w pokoju zapach. Mieszanina alkoholu i jakiegoś kwasu czy coś.
- Jestem w trakcie wietrzenia – powiedział ze śmiechem. – Pewnie w sprawie Caluma.
- Żyje?
- Żyje – odpowiedział z uśmiechem, wskazując na łóżko.
            Hood spał zakopany pod kolorowym kocem. Spod materiału wystawały jego nogi. Włosy miał rozczochrane na wszystkie możliwe strony, a usta rozchylone. Chrapał jeszcze głośniej, niż Michael. Jedną dłonią obejmował wielką poduchę. Przyjrzałam się uważnie, porównując jej poszwę do tej z łóżka Jesse’go.
- Był mały wypadek – odezwał się brunet, widząc, jak próbuje połączyć jedno z drugim.
- Wypadek?
- Calum zarzygał sobie pościel. – Zrobiłam wielkie oczy, a chłopak cicho zaśmiał się pod nosem. – Zdarza się.
- Jesteś dla niego za łagodny.
- Oj, tam. Nic wielkiego – powiedział, wzruszając ramionami. – Cal, to naprawdę dobry kumpel i takie rzeczy nie sprawią, że przestanę go lubić. Zdarza się – powtórzył z uśmiechem. Teraz też wiedziałam, czemu tak tu śmierdzi. – Zmieniłem mu pościel. A raczej ściągnąłem brudną i wpakowałem do worka. Nie miałem zapasowej, więc musi mu wystarczyć moja pożyczona poduszka i koc.
- Niech da znać, jak dojdzie do siebie.
- Pewnie.
- Zostawię ci proszki przeciwbólowe, pewnie mu się przydadzą.
- Z pewnością – rzucił ze śmiechem. – Poczekaj, wezmę talerzyk.
            Jesse odwrócił się, a następnie cicho przeszedł wzdłuż pokoju. Z ciemnego biurka złapał za czysty, biały, mały talerzyk. Wrócił do mnie, a ja odkręciłam wieczko. Wysypałam kilka długich tabletek na naczynie.
- Jak reszta chłopaków?
- Ash się obudził i chyba całkiem nieźle kontaktuje. Luke i Michael jeszcze śpią.
- Drużynowe pijaki.
- Nawet nie zaprzeczę – odparłam, a następnie kiwnęłam mu głową.- Idę dalej.
- Miłego dnia, Rose.
- Wzajemnie – rzuciłam, wychodząc z powrotem na korytarz.

***
            Podniósł głowę, czując na sobie spojrzenie swojego współlokatora. Green odkąd przestał jęczeć, że umiera, zamilkł totalnie. Jego przekrwione niebieskie oczy dokładnie mu się przyglądały, jakby powoli badał każdy najmniejszy skrawek ciała kolegi. Ashton nie czuł się zbyt dobrze będąc pod taką obserwacją.
            W końcu wstał z łóżka, poprawiając białą koszulkę, która odsłaniała jego ramiona. Miał wrażenie, że zaraz ból głowy rozsadzi mu mózg od środka. Nawet najmniejszy ruch wzmagał pulsowanie w czaszce, ale nie był w stanie dalej siedzieć w miejscu. Nie, jeśli Trevor nie miał zamiaru przestać się gapić.
- Ash?
- No?
            Nawet nie usłyszał tego, że Green również podniósł się z materaca. Podszedł do niego, lekko przygryzając wargę. Brązowe rozczochrane włosy opadały mu na czoło, a on co chwilę przeczesywał je palcami. Ashton kiwnął mu głową, by jego współlokator mówił dalej. Chłopak nieco się zmieszał, a na jego bladej twarzy pojawiły się lekki wypieki.
- Chciałem cię przeprosić za wczoraj. Nie wszystko pamiętam, ale zachowywałem się, jak pizda.
- Spoko, ja sam święty pewnie też nie byłem. Przegięliśmy na imprezie. Zresztą, nie tylko my. Widziałeś, w jakim stanie był Hood? W sumie dalej nie wiem, jak on tak szybko zniknął. Byłem pewny, że Luke i on są za naszymi plecami. A potem okazało się, że faktycznie szedł za nami, ale tylko Hemmo. Pewnie i tak my kontaktowaliśmy najlepiej.
- Co nie zmienia faktu, że płakałem, jak dziewczynka, chociaż do tej pory nie wiem czemu.
- Przepraszałeś mnie za wszystko, tyle wiem.
- To… Musiały być długie przeprosiny.
- Z pewnością były, choć nie pamiętam całości. Mniejsza jednak o to. Zapominamy i wracamy do normalności. A raczej do zgodnej normalności i…
             Ale nie dokończył, bo Trevor podszedł do niego i bez żadnego cienia zawahania, wpił się w jego usta. Perkusista z początku w ogóle nie wiedział, co się stało. Dopiero po chwili jego oblały od kaca mózgu, zaskoczył. Wstrzymał powietrze, zanim Green naparł na niego mocniej. Nie odwzajemnił pocałunku. Już chciał w jakikolwiek sposób zareagować, ale w tym samym momencie drzwi od ich pokoju otworzyły się. Wtedy też raptownie odsunął się od chłopaka, prawie wlatując na stojący niedaleko nich stolik. Poliki Trevora przyjęły odcień ciemnej czerwieni.
- O ja pierdolę.
             Ashton powoli odwrócił się, słysząc cichy głos swojej przyjaciółki. Rosalie stała w drzwiach, robiąc wielkie, jak spodki oczy. Jej usta były rozchylone w szoku i zdziwieniu tym, co właśnie zobaczyła. Dostrzegł, jak zatrzęsła się jej dłoń, w której trzymała białą buteleczkę z środkami przeciwbólowymi. Miał wrażenie, że cała trójka przestała na moment oddychać. Rudowłosa powoli oderwała od niego wzrok, by przenieść go na Trevora, który wcisnął się w głąb pokoju.
- To nie to, co myślisz – wydusił z siebie Ash, czując, jak zadrżał mu głos. – Ja… Jestem hetero!
- Nie wnikam – rzuciła, a następnie podeszła do niego, wciskając mu w ręce tabletki. – Zostaw je sobie, mam w pokoju jeszcze jedno opakowanie.
- Rose…
- Nie, spoko. Nie mam nic do osób z inną orientacją, więc… luz.
- Ale… ja… on…
- Moja wina – odezwał się Trevor.
- Możesz… Możesz nikomu nie mówić?- pociągnął Irwin.
- Nic nie powiem, ale wy chyba powinniście to sobie wyjaśnić.
- Ja naprawdę jestem hetero.
- Okej – odpowiedziała szybko. Dla niego zdecydowanie za szybko.
- Kocham się w Becky!  - Oczy Rose ponownie wróciły do wielkich rozmiarów. – Kurwa!
- Ja już lepiej pójdę – powiedziała, a następnie w trybie natychmiastowym ulotniła się z pokoju.
            Wiedział, że Rose nie powie o tym nikomu. Nawet mu tego nie obiecywała, ale znał ją na tyle, że doskonale wiedział, że będzie trzymała buzię na kłódkę. Powoli odwrócił się do Trevora, który spojrzał na niego przepraszająco. Zagryzł wargę po raz kolejny. Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. Ash chciał coś powiedzieć, ale nic w tym momencie nie przychodziło mu do głowy.
- Przepraszam – wymamrotał Green.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Mason… Mason powiedział wczoraj, że pewnie jesteś gejem – zaczął, a Ash zrobił wielkie oczy. – I dlatego tak mnie nienawidziłeś, bo potajemnie się we mnie kochasz. No i nienawidzisz tego, że jesteś gejem. Chciałem… Cholera Ash, spodobałeś mi się, przepraszam.
- Jesteś gejem?
- Od dawna.
- Czemu nic nie powiedziałeś?
- Żebyś miał kolejną rzecz do wyśmiewania mnie? Zapomnij. Wolałem siedzieć cicho. Gdybym się wygadał, to pewnie nieraz słyszałbym, że jestem pedałem czy ciotą.
- Ja… Nienaśmiewałbym się z tego.
- Teraz tak mówisz, bo mamy lepszą relację. Ale bądźmy szczerzy, wykorzystałbyś tą informację, tak samo, jak zrobiłbym to ja.
- Jestem hetero.
- Załapałem i mam ochotę przypierdolić Masonowi za tą jebaną ściemę!
- Był pijany?
- Był… W sumie ja też. Nie wiem, co mnie podkusiło. – Padł na łóżko, zakrywając twarz dłońmi. – Przepraszam, czuję się fatalnie.
- Zapomnijmy o tym.
- A Rose?
- Ona nic nie powie.
- Jesteś pewien?
- To Rose – powiedział z lekkim uśmiechem Ash. – Tylko nie próbuj mnie już więcej całować. Naprawdę wolę dziewczyny.
- Słyszałem – odparł ze śmiechem Trevor. – Ty i Becky?
- Może coś z tego będzie – odpowiedział Irwin, wzruszając ramionami.
- Pasujecie do siebie.

***
            Wyszłam na korytarz, mając ciągle przed oczami Trevora całującego Ashtona. Słowo zaskoczona i tak lekko określało mój stan. Byłam w cholernym szoku. Zanim doszłam do schodów, po raz kolejny zaczęłam powoli analizować całą sytuację, która wydarzyła się w pokoju. Ash i Green… Ash i Green…
            Widziałam, że Irwin nie odwzajemnił tego nagłego pocałunku. Po jego minie wnioskowałam, że on sam był mocno tym zbliżeniem zaskoczony. Nie wiem, co ubzdurało się Greenowi i skąd nagle wziął się w nim taki wielki przejaw sympatii względem perkusisty. Oprócz tego zachodziłam w głowę, jak żadne z nas mogło nie zauważyć tego, że Trevor nie jest heteroseksualny. Być może był bi, a może był gejem? Z drugiej jednak strony nie słyszałam, by miał dziewczynę. Nigdy też nie zauważyłam, by na jakąś z zaciekawieniem spoglądał. Fakt, faktem zdarzały mu się dziwne odzywki, ale być może nimi tylko grał, aby jego sekret nie ujrzał światła dziennego. Ta cała sytuacja była tak powalona, że mój mózg naprawdę ledwo ją ogarniał.
            Była jeszcze druga strona medalu. Słowa, które powiedział Ash praktycznie zaraz po całym zajściu. Kocham się w Becky… Teraz wiedziałam, że brunetka w jego oczach zdecydowanie przeszła z poziomu przyjaciółki na coś ważniejszego i konkretniejszego. Byłam świadoma tego, że od ich pierwszego zbliżenia na imprezie integracyjnej, spędzali ze sobą więcej czasu. Najwidoczniej dla Irwina ten czas sprawił, że się w niej zakochał. Ta myśl wywoływała na mojej twarzy lekki uśmiech i satysfakcję. Wiedziałam, że i on nie jest jej obojętny, choć dziewczyna zapierała się zawsze rękami i nogami, gdy ja i Lori poruszałyśmy temat perkusisty. Zastanawiałam się, kiedy w końcu oficjalnie się zejdą. Bo mogli zaprzeczać, ale było widać to gołym okiem, że ciągnie ich do siebie. Byli, jak dwa magnesy, które potajemnie do siebie lgną.
            Oparłam się o ścianę. Po tym wszystkim musiałam odrobinę się uspokoić. W końcu obiecałam Ashtonowi, że nic nie powiem na temat tego, co zaszło między nim a Greenem. Wiedziałam, że moja twarz i wypisane na niej emocje, mogą łatwo mnie zdradzić. Nie chciałam złamać danego słowa i się wygadać przy najbliższej okazji. A tak by się pewnie stało, gdybym od razu poszła do pokoju, w którym była Lori.
            Do pokoju wróciłam, kiedy przetrawiłam całą tą sytuację po raz trzeci. Blondynki nigdzie nie było. Dopiero po chwili zauważyłam leżącą na stoliku karteczkę z informacją, że skoczyła do sklepu, aby kupić nam coś na śniadanie. Poczułam ulgę. Miałam więcej czasu na przybranie przysłowiowej pokerowej twarzy. Za żadne skarby nie chciałam zostać paplą i naruszyć zaufania Ashtona.

             Lori wróciła z zakupami do pokoju niemalże w tym samym czasie, co chłopaki wrócili do życia. Prezentowali się… znośnie, choć daleko im było do stanu sprzed imprezy. Obaj wyglądali, jakby balowali przez tydzień. Przekrwione oczy, bladość na twarzy, rozczochrane włosy, suche usta i zachrypnięte głosy – standard. Trzeba było pomóc im poskładać się do kupy. Dlatego od razu zaserwowałam im tabletki, bo narzekali na ból głowy, a Lori zajęła się robieniem ciepłej herbaty i kanapek. Problem pojawił się zaraz po podaniu przez nią tego późnego śniadania.
- Nie chcę – jęknął Luke, krzywiąc się, jakbym próbowała wmusić w niego coś obrzydliwego. Sama zajadałam się kanapkami zrobionymi przez Lori.
- Zjedz, chociaż jedną – pociągnęłam, a następnie podstawiłam mu pod nos gorzką herbatę. – Napij się, to ci pomoże.
- Nie chcę.
             Luke, który nie chce jeść, to ewidentnie chory Luke. Szczególnie, że blondyn był wiecznie głodny i nie miał praktycznie limitu przy jedzeniu. Był, niczym tasiemiec, który pochłaniał wszystko, co znalazł na swojej drodze. Teraz jednak odmawiał kanapki, która prezentowała się smacznie. Sama wciągnęłam czwartą z nich. Naprawdę musiał się kiepsko czuć.
- Jedna, tylko jedna – powiedziałam stanowczym tonem.
             Hemmings westchnął ciężko pod nosem. Błękitne, teraz zaczerwienione oczy, spojrzały na mnie z niezadowoleniem. Uśmiechnęłam się triumfalnie, gdy przejął ode mnie kanapkę. Wygrałam tą małą bitwę.
- Muszę? – Jeszcze się kurna będzie stawiać dalej.
- Jedz. Jak twój organizm dostanie, czegoś pożywnego na początek, to szybciej wznowi właściwą pracę.
- Gówno prawda – rzucił. Niewiele myśląc trzepnęłam go w tył głowy. Kanapka prawie wyleciała mu z dłoni. – Ała! Pogięło cię?!
- Gówno prawda – powtórzyłam za nim, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Księżniczko?
- Wal się.
- Kochanie?
- Wal się – odparłam, kiedy Luke musnął mój policzek ustami. – Wali od ciebie kacem. – Blondyn przekręcił oczami, ale mimo wszystko lekko uśmiechnął się pod nosem. – Co?
- Lubię, jak czasami jesteś taką zołzą.
- Ja cię zabiję, jak mamę kocham – mruknęłam, na co zareagował cichym śmiechem.
- Wiem, że twoje zabiję cię, to tak naprawdę kocham cię, jak wariatka i nie widzę świata po za tobą, mój ty kochany koteczku.
- Idź się lecz – skwitowałam, odwracając się od niego.
              Moje brązowe oczy zatrzymały się na Lori i Michaelu. Blondynka od dłuższego czasu również starała się przekonać swojego chłopaka do zjedzenia śniadania, ale Clifford nie był tak skory do współpracy, jak ten siedzący obok mnie przygłup. To znaczy… mój chłopak. W końcu ciemnowłosy wdusił w siebie połowę, a potem nagle zerwał się z miejsca i pobiegł do łazienki, by wszystko zwrócić. Lori zamrugała z niedowierzaniem, a Luke parsknął głośnym śmiechem, jakby to było naprawdę zabawne.
- Ty tak serio? – wydusiłam, kiedy Hemmimgs posłusznie zjadł kanapkę.
- To było cholernie śmieszne – pociągnął, wskazując palcem na białe drzwi od łazienki, za którymi męczył się biedny Michael. – Widziałaś jego minę? Aż mu oczy wyszły z orbit.
- Kotku?
- Tak?
- Zamilcz. – Luke znowu zaczął się śmiać. Machnęłam na niego ręką. Nie miałam już do niego, ani siły, ani cierpliwości. Banda łosi i tyle.

             Chłopaki postanowili, że zaserwują sobie dodatkową drzemkę. Nie poszli jednak do siebie, tylko dalej tkwili w naszym pokoju, jakby i on należał do nich. Udało nam się jednak wygonić ich na jedno łóżko tak, byśmy my na drugim w spokoju mogły się rozłożyć i obejrzeć serial. Teraz byłyśmy na etapie The Walking Dead.
             Nie sądziłyśmy jednak, że chłopaki dodadzą nam dodatkowej rozrywki. Mianowicie Michael wcisnął się pod ścianę, a od brzegu spał Luke. Blondyn jednak w czasie snu rozwalił się na większej części materaca, bardziej przybliżając się do swojego przyjaciela. W końcu skończyło się to tym, że Luke wtulił się w plecy Clifforda, obejmując go ramionami. Ja i Lori nie był byśmy sobą, gdybyśmy nie uwieczniły tego na filmiku i kilku fotkach. Nie muszę mówić, że po przebudzeniu się obu panów, w naszym pokoju rozległa się Apokalipsa, gdy jeden przez drugiego próbował nas zmusić do usunięcia fotek. Oczywiście nie byłyśmy na tyle głupie, by to zrobić.
             Luke i Michael niemalże walnęli na nas standardowego męskiego focha. W naszym pokoju nastała po raz kolejny cisza, gdy obaj w ramach sojuszu przestali się do nas odzywać. Szybko im jednak przeszło, a to za sprawą telefonu, który odebrałam. Mianowicie do świata żywych powrócił Calum Hood. Calum Głodny Hood, któremu najwidoczniej włączyło się mocne ssanie na jedzenie. Zaproponował, aby na kolację udać się do pobliskiej pizzerii. Ta wiadomość skutkowała tym, że Michael i Luke zapomnieli o kompromitujących ich zdjęciach i znów traktowali nas normalnie. Oczywiście normalnie, jak na nich.

             W pizzerii pojawili się niemalże wszyscy. Był oczywiście organizator wypadu, czyli Calum, który tak doszedł do siebie po imprezie, że nawet nie było po nim widać tego, jak go po niej sponiewierało. Zjawiła się także Becky w towarzystwie Maya’i, a także Jesse oraz ku naszemu zdziwieniu Trevor. Reszta naszej paczki doskonale wiedziała o próbie naprawienia relacji między byłymi kapitanami, która na szczęście szła w dobrym kierunku (nawet za bardzo), więc przyjęli go do swojego towarzystwa w sposób grzeczny i niekonfliktowy. Byłam im za to wdzięczna, bo wiadomo, jak osoby trzecie mogą namieszać.
             Siedziałam obok Asha i Luke'a. Hemmings zawzięcie dyskutował z Michaelem, Lori i Becky na temat uczelnianej drużyny. Jeden i drugi próbował coś tłumaczyć moim kumpelom, ale chyba nie do końca im to wychodziło. Brunetka w koło powtarzała to samo – nie rozumiem
            Zerknęłam w bok, uśmiechając się lekko pod nosem. Calum i Maya również, o czymś rozmawiali. Zauważyłam, że dziewczyna w towarzystwie Mulata czuje się naprawdę dobrze. Nadal jednak widać było u niej delikatne rumieńce i nieśmiały wzrok, gdy spoglądała na niego ukradkiem. Odzywała się jednak znacznie częściej, niż kiedyś. Byłam pewna, że mieli ze sobą dużo tematów do rozmów, bo praktycznie nie przerywali nawet na moment.
- Ash? – zwróciłam się do niego szeptem, kiedy spojrzałam na ostatnią dwójkę siedzącą przy stole.
- Tak?
- Jakiej on jest w końcu orientacji? – zapytałam, a Irwin doskonale wiedział, kogo mam na myśli.
- Przyznał się, że jest gejem.
- Czemu nie powiedział ci tego wcześniej?
- Był pewny, że będę się z niego naśmiewać.
            Kiwnęłam tylko głową, nie odrywając oczu od Jesse’go i Greena. Obaj również wciągnęli się w rozmowę, co jakiś czas uśmiechając się do siebie. I dopiero w tym momencie to zobaczyłam. Niebieskie oczy Trevora dokładnie śledziły ruchy warg bruneta, kiedy ten omawiał jakiś film. A przynajmniej tak mi się zdawało, bo nakreślał mu jakąś akcję. A może to była książka? Zresztą nieważne. Jesse również nie odrywał od niego wzroku, jakby Green był mocno interesującą dla niego osobą. Po chwili obaj zaśmiali się cicho. Miałam wrażenie, że każdy ich gest jest w pewien sposób nasiąknięty dyskretnym flirtem. A przynajmniej tak podpowiadał mi mój mózg. Czyżby jeden i drugi wpadł sobie w oko?
- Myślisz, że… - zaczęłam, nachylając się w stronę Irwina.
- Myślę, że Greenowi podoba się Jesse i na odwrót – skwitował Ash, popijając colę. – Mają w dupie nas wszystkich. Nawet na nas nie reagują.
- Jezu – wydusiłam, szczerząc się, jak wariatka.
- Co?
- Ale oni byliby cholernie słodką parą – wydusiłam z siebie.
- Dlaczego dla was każda para gejów jest słodka?
- Nie każda, ale większość.
- Ale dlaczego?
- Bo to urocze.
- To mało konkretny argument.
- Wal się Irwin, ty i ten twój męski mózg – skwitowałam, przekręcając oczami. W sumie sama nie znałam dobrej odpowiedzi na jego pytanie, a on się przyczepił. Ashton zaśmiał się, czym zwrócił uwagę Luke'a, Michaela, Becky i Lori. Dzięki temu, wciągnęli nas do swojej rozmowy.

            Razem z Lori dogadaliśmy się z resztą naszych doczepionych współlokatorów, że tej nocy dzielimy się na dwa pokoje. Jako, że kumpela szybciej zaklepała naszą miejscówkę, ja musiałam ewakuować się do pokoju Luke'a. Wyszłam razem z blondynem na korytarz, zostawiając za plecami gruchającą ze sobą parkę. Dobra, nie gruchali ze sobą, bo Lori była na etapie wydzierania się na Clifforda, który zrobił syf, rozrzucając w około opakowania po słodyczach, które pałaszował na jej łóżku. Ja i Hemmings woleliśmy się szybko stamtąd ulotnić, aby i nam się nie dostało. Choć bałaganiarą nie jestem. Ale Luke to już całkiem inna historia.
            Śmiejąc się cicho pod nosem – głos Lori ucichł dość szybko, co było równoznaczne z tym, że Michael załagodził sytuację i znów żyją w zgodzie. Zresztą, oni nigdy długo się na siebie nie gniewali i rzadko kiedy się kłócili. Te sprzeczki były tak niewinne, że nawet nie można było ich podciągnąć pod jakiś poważny kryzys. Doszliśmy do schodów. Powoli zaczęliśmy wchodzić na górę. Luke przejechał dłonią po moim pośladku. Klepnęłam go dla zgrywy w rękę, na co zareagował uroczym chichotem.
- Księżniczko? – wyszeptał mi przy uchu, łapiąc mnie za rękę. Zatrzymałam się, czując na plecach przyjemny dreszcz, który został wywołany przez jego ciepły głos.
- Co?
- Zobacz na to.
- Co? – zapytałam, zerkając na niego z zaciekawieniem. Luke wyszczerzył się do mnie, a następnie skinął głową w głąb korytarza.
            Szybko odwróciłam się w tamtym kierunku i aż zaczerpnęłam głośniej powietrza. Moje oczy po raz kolejny tego dnia zrobiły się wielkości spodków. Ashton całował się z Becky. Nie byli jednak tak mocno na siebie nakręceni, jak na pamiętnej imprezie integracyjnej. Mimo wszystko zbliżyli się do siebie po raz kolejny. Tym razem bardziej delikatniej i czulej, niż wtedy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jesteśmy na drugim piętrze, a oni zatrzymali się przy pokoju Becky. Najwidoczniej po wyjściu z pizzerii, musieli spędzić ze sobą więcej czasu.
- Myślisz, że w końcu będą ze sobą?
- Może – odpowiedział Luke. – Idziemy do nich?
- Zwariowałeś? – mruknęłam, odwracając się do niego. Spojrzałam na blondyna, jak na kosmitę. – Zostawmy ich, niech sobie nie przerywają.
- To chociaż go zawołam. Będzie śmiesznie. – Odruchowo zamachnęłam się i trzepnęłam go w ramię.- Ała. Co znowu? – syknął, choć wiedziałam, że go to wcale nie zabolało.
- Czego w zdaniu niech sobie nie przerywają, nie zrozumiałeś?
- Przecież żartuję, księżniczko.
- Jesteś niemożliwy, kotku.
- I to cię cholernie kręci.
- Oj, tak. Aż mam ochotę zerwać z ciebie ubrania.
- Namówiłaś mnie.
- Żartowałam.
- Nie zmieniaj zdania – mruknął, łapiąc mnie za rękę. Ruszyliśmy w kierunku schodów. – Więc, jak będzie?
- Zrobisz mi masaż pleców? – zapytałam, kiedy zostawiliśmy za sobą korytarz na drugim piętrze.
- Byłem pewny, że namówię ciebie na zrobienie mi masażu.
- No, weź – zajęczałam. – Teraz twoja kolej, szczególnie po tym, co ty i Mikey nam zaserwowaliście w nocy.
- Naprawdę przepraszam za scenę, jaką zrobiłem, choć wcale jej nie pamiętam – wyrecytował powoli. – Nie wiem, co mi odbiło.
- Dostanę masaż?
- A dostanę buziaka? – Przekręciłam dla zgrywy oczami. Luke zaśmiał się cicho. Wpięłam się lekko na palce i cmoknęłam jego usta, przetrzymując je odrobinę dłużej przy moich. – Sprzedane- rzucił Hemmings. – Pobawimy się w klientkę i pana masażystę.
- Nie był byś sobą, gdybyś nie wtrącił, czegoś z podtekstem seksualnym.
- Tak na mnie działasz. – Prychnęłam cicho pod nosem, co go rozbawiło.
- Nawet na kacu myślisz, tylko o jednym.
- Kac już mi przeszedł – powiedział pewnym siebie tonem. – A zresztą – objął mnie – zawsze myślę o tobie. I to nie tylko w tym jednym aspekcie.
- Pocieszające.
- Mówię poważnie. – Cmoknął mnie w skroń. – Serio, serio.
- Spoko – odparłam z uśmiechem.
- Spoko.



***
Jak widać czyiś sekret wyszedł na jaw :) Chłopaki kaca przeżyli i mają się dobrze, choć nie obyło się bez niespodzianek :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Do końca marca trwa głosowanie w sondach na ulubione opowiadanie i bohaterkę - nadal zachęcam do oddawania głosów. Za wszystkie już otrzymane - bardzo dziękuję :)

Standardowo przypominam o Asku :) 

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które są doskonałą motywacją! Dzięki wielkie!

Kolejny rozdział w następną niedzielę. 

Pozdrawiam i życzę Wam wszystkim wesołych i spokojnych Świąt oraz mokrego dyngusa!



W następnym odcinku:

- Co jest?
- Wszyscy gdzieś sobie poszli – wyjęczał tonem małego dziecka. – Dlaczego ty mnie nigdzie nie zaprosiłaś?
- Czemu mam cię niby gdziekolwiek zapraszać? – wypaliłam. 

***

- Już myślałem, że chociaż włączyła ci się odrobina zazdrości o mnie.
- Nie musi, cały limit w naszym związku wykorzystujesz ty.

***

- Zobaczymy, Panie Pewny Siebie.
- Podejmuję wyzwanie.

***

- Ej, księżniczko!
- Wal się, Hemmings!
- No, weź… To była mała pomyłka i…



3 komentarze:

  1. Genialny rozdział. Szczerze? Nie spodziewałam się tego, że Green jest gejem, ale musze przyznać, że pasują do siebie z Jessem. Oficjalnie im kibicuje! Czekam na następny rozdział. Pozdrawiam ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać Green miał swoją dużą tajemnicę :) Cieszę się, że Ci się podobało :) Pozdrawiam!

      Usuń