niedziela, 10 kwietnia 2016

S6 - Rozdział 14

I just wanna have some fun with you


            Minął miesiąc. W ciągu tego czasu tak wiele się zmieniło. Nasza paczka zyskała nowe relacje, a co za tym idzie, nowe osoby, które dołączyły do naszego grona. Nikt tu już nie miał statusu singla. Ashton i Becky zmienili się w parę – w sumie stało się to zaraz po ich pierwszej randce, choć przez kilka dni skutecznie to ukrywali. Jednak nie mogli tego pociągnąć dłużej, gdyż tę zmianę zauważyły czuje oczy moje i Lori. Niedługo po nich, zeszli się Calum z Maya’ą, co było dość sporym zaskoczeniem, szczególnie, że nikt z nas z początku nie brał takiego ich połączenia na poważnie. Oprócz tego można uznać, że do naszej paczki dołączyli w pewien sposób Trevor i Jesse – również para. Chłopaki ewidentnie od samego początku czuli do siebie miętę i nawet temu nie zaprzeczali. Ta dwójka spędzała z nami tak wiele czasu, że nic dziwnego, że w końcu zaczęliśmy traktować ich, jak swoich. A Green… Miałam wrażenie, że odkąd się przed nami otworzył, zyskał w oczach każdego z nas. Jego maska wrednego dupka opadła, a on pokazał nam swoje całkiem inne i przyjemniejsze oblicze – sympatycznego kolesia, który służy pomocą przy każdej nadarzającej się okazji.
             Co innego tyczyło się Blake’a. Im bardziej Jesse zbliżał się do nas, tym blondyn oddalał się od naszej grupy. Ale wcale się temu nie dziwiłam. Jego relacja z Lukiem wcale nie uległa, jakieś poprawie. Panowie nadal reagowali na siebie agresją i ewidentną alergią. Z równowagi potrafiło ich wyprowadzić, nawet niewinnie wypowiedziane imię tego drugiego. Na szczęście widywali się ze sobą bardzo rzadko, przeważnie przypadkowo wpadając na siebie.
             
              Dzisiaj przypadał australijski Dzień Studenta. Z tej okazji odwołano nam wszystkie zajęcia, byśmy mogli uczcić nasze święto. Głównie chodziło w nim o rozrywkę. Do tego dochodziło przebieranie się i zabawa do białego rana, na co ja i dziewczyny nie mogłyśmy się doczekać. A w szczególności na to pierwsze, bo stroje zaczęłyśmy wymyślać od razu, gdy usłyszeliśmy wybraną przez studencki parlament tematykę. Mianowicie, dzisiaj na kampusie roić się będzie od zombie w każdej postaci. Chyba grono naszych reprezentantów są oddanymi fanami The Walking Dead i innych tego typu krwawych produkcji.
             Razem z dziewczynami wymyśliłyśmy, byśmy tworzyli z chłopakami dobrane pary pod względem kostiumów. Reszta chętnie się na to zgodziła. Ze skompletowaniem przebrań nie mieliśmy większych problemów. Większą komplikacją była charakteryzacja, która jest ważnym elementem przy przemianie w zombie. Jako, że naprawdę dobrze radziłam sobie z pędzlami i farbami, a także nie brakowało mi takich zdolności manualnych, to na moje braki spadło to jakże odpowiedzialne zadanie. Wzięłam je na przysłowiową klatę na poważnie i przez kolejne dni przeglądałam wszelkie dostępne w internecie filmiki i porady, jak między innymi zrobić sztuczne rany czy pseudo krew. Moim królikiem doświadczalnym został Luke, na którym wypróbowywałam wszystko to, czego nauczyłam się z poradników. Niektóre efekty były całkiem niezłe, a inne wyglądały naprawdę bombowo. Podziwiam ludzi, którzy w tej dziedzinie potrafią robić takie rzeczy i przeprowadzać tak niesamowite metamorfozy. Ja tylko lekko liznęłam tej małej sztuki, a i tak byłam z siebie cholernie dumna.
             Był piątek, a Mason i tak zagonił swoją drużynę do treningu, który odbywał się od dwunastej. Mój kuzyn skorzystał z tego, że jest wolne od zajęć i mógł legalnie wszystkich ściągnąć o wcześniejszej porze. Kiedy chłopaki wylewali na boisku siódme poty, prażąc się w słońcu, które nie schodziło od kilku dni z jasnego nieba, my zaszyliśmy się w pokoju moim i Lori, aby powoli zacząć przygotowywać się na wieczór. Trzeba było, nie tylko sprawdzić, czy każdy strój ma wszystko, co mieć powinien, ale także skontrolować najpotrzebniejsze do charakteryzacji rzeczy – glicerynę, barwniki, chusteczki czy szkła kontaktowe. Chcieliśmy być grupą zombiaków na wypasie. 
              Oczywiście najbardziej ekscytowała się tym wyjściem nasza damska część, plus Jesse. Chłopaki podchodzili do tego z mniejszym entuzjazmem, choć i tak było widać, że tylko udają. Podsłuchałam rozmowę Michaela i Caluma, którzy z nieukrywanym ożywieniem paplali na temat imprezy i tego, jak wszyscy będę zajebiście wyglądać.
- Za ile łosie kończą trening?- zapytałam, tworząc jedną z mieszanek. Mianowicie, sztuczną krew.
- Łosie? – odparł rozbawiony Jesse.
- O czwartej – odpowiedziała Lori.
- To za niecałą godzinę – skwitowała Maya, z zaciekawieniem przyglądając się moim szybkim ruchom, kiedy łączyłam żelatynę, wodę i glicerynę.
- To za godzinę zrobi się tu harmider, jak wpadnie dodatkowe pięć osób – rzuciła Becky, segregując ubrania. Musieliśmy mieć jakiś plan działania, szczególnie, że było nas, aż dziesięciu. W pokoju z pewnością zrobi się cholernie tłoczno.
- Dobra Lori, idziesz na pierwszy ogień. Później przed wyjściem, tylko zrobimy ostatnie poprawki.
- Poczekaj, mam problem ze szkłami kontaktowymi – rzuciła, a potem skrzywiła się, kiedy trafiła się palcem w oko. – Co za chujostwo do kwadratu.
- Czekaj, pomogę ci.
- Umiesz to robić? – zapytała, spoglądając na bruneta jednym nieuszkodzonym okiem.
- Kiedyś zamiast okularów nosiłem soczewki – powiedział uśmiechnięty Jesse. – Przed chwilą myłem ręce, jakby co – dodał, przejmując od niej pudełeczko z czerwonymi soczewkami. – Dobra, nie ruszaj się.
- To wygląda cholernie przerażająco, jak widzę twoje palce tak blisko – skomentowała dziewczyna, a my parsknęliśmy śmiechem.
- Jedno jest – rzucił zadowolony Jesse, a potem zabrał się za zmianę drugiego. – Zamrugaj. Uwiera coś?
- Nie, jest w porządku.
- Widzisz dobrze?
- Tak.
- To wygląda zajebiście. Zobaczcie – powiedział z uśmiechem, odsuwając się, byśmy mogły spojrzeć na blondynkę. Ciemne oczy Lori stały się teraz krwisto czerwone. Naprawdę efekt był nieziemski.
- Ekstra – rzuciła Maya, kiwając pospiesznie głową.
- Siadaj, przyszłe zombie – rzuciłam, obracając krzesło w jej stronę. Lori podskoczyła w miejscu i ochoczo zajęła wskazane przeze mnie miejsce.
- Zrób ze mnie potwora.
- Zamierzam – odparłam, łapiąc za przygotowany kubek.
            Jesse wlał do niewielkiego garnka gorącej wody, a ja wstawiłam do niego naczynie, aby rozrzedzić masę z żelatyny. Lori chciała mieć ranę postrzałową na samym środku czoła, więc zabrałam się za tworzenie jej życzenia. Oprócz masy użyłam do tego także zwykłych chusteczek higienicznych, rozwarstwionych i podartych na kawałki.
            Chciałam, by rana postrzałowa była idealna, więc naprawdę się przyłożyłam do pracy. Z wynalezionym w internecie instruktarzem, robienie jej było łatwe, bo dziewczyna z filmiku wszystko ładnie i prosto tłumaczyła. I efekt końcowy naprawdę był znakomity. Dodałam do tego wcześniej zrobionej sztucznej krwi, która wypływała z rany, cieknąc przez nos i brodę. W między czasie wpadliśmy na mały dowcip, który chcieliśmy wykręcić naszym sportowcom, więc równo o czwartej przerwałam dokańczanie charakteryzacji Lori. Zresztą, nie wiele mi do końca zostało.
             Dziewczyna przyczaiła się przy drzwiach, a my odsunęliśmy się wszyscy w głąb pokoju, aby to najpierw ją zobaczyli. Z tej odległości będziemy mieć też całkiem niezły widok na całą scenkę, jaka się miała odegrać. Luke napisał do mnie, że w czasie treningu zamówił nam pizze i będą gotowe do odebrania zaraz po nim, więc liczyliśmy się z tym, że ich czas przybycia do pokoju może się odrobinę wydłużyć.
            Kiedy się na kogoś czeka, czas mija stanowczo za wolno. Cała nasza piątka zaczęła się już niecierpliwić. Lori nadal czatowała przy drzwiach, wyłapując z korytarza każdy najmniejszy odgłos. W końcu drgnęła nerwowo, a potem dała nam znak, że słyszy pozostałą część naszej grupy. Musiałam zasłonić usta ręką, aby nie parsknąć za wcześnie śmiechem i nie zepsuć wszystkiego. Podobny pomysł miał Jesse, tyle że on wcisnął buzię w moją poduszkę, którą przed chwilą zagarnął z łóżka.
             Usłyszałam znane głosy, które zaczęły kumulować się przy drzwiach. Chłopaki rozprawiali o treningu, nawet nie starając się być cicho. W sumie to i dobrze. Gdy będą zagadani, łatwiej wyjdzie nasz mały dowcip. Uwielbiałam ich wkręcać, a w szczególności Luke'a, więc nic dziwnego, że cieszyłam się z tego, jak małe dziecko.
- Więc się na szybko zastanawiam, czy uderzyć z prostej czy może ją podkręcić, aby go bardziej zaskoczyć – ciągnął Michael, otwierając drzwi. On i Calum wchodzili jako pierwsi, trzymając w dłoniach pudełka z dużymi pizzami.
- Pizza i mózg! – krzyknęła Lori, wylatując im naprzeciw.
              To był moment, w którym Michael pisnął, jak mała dziewczynka. Blondynka złapała za pierwszy karton, wyrywając go Hoodowi z rąk. Mulat podskoczył, gwałtownie się cofając. Rozległ się kolejny wrzask, a potem głośne o kurwa, gdy jeden powpadał na drugiego. To był ewidentny efekt domina, kiedy pociągnęli siebie w dół. Żaden z nich nie spodziewał się takiego przywitania. Najgorzej miał Green, który szedł jako ostatni. Chciał się ustrzec spotkania z podłogą i poleciał do tyłu. Starał się utrzymać równowagę, przez co dość mocno zaliczył przyłożenie do sąsiedniej ściany. Nasz gromki śmiech słychać było chyba w całym budynku.
- Czy was już kompletnie pokręciło? – warknął Hemmings, próbując się uwolnić od torby, której pasek zaplątał się wokół jego ramienia i pasa.
- Mózg! – odparła Lori po raz kolejny, a potem znów ryknęła śmiech.
- O to ta dorosła część naszej paczki – skwitował Irwin, kręcąc nosem.
- Dorosła i bardziej dojrzała – dodał Calum, spychając z siebie Michaela, który nie mógł oderwać wzroku od swojej dziewczyny.
- Coś ty zrobiła?
- To nie ja – powiedziała z zadowoleniem blondynka. – To dzieło Rose.
- Ekstra! – podsumował Clifford.

              Przy pomocy dziewczyn i Jesse’go udało mi się ucharakteryzować każdego. Dzięki nim praca poszła sprawniej i szybciej. O wpół do dziewiątej byliśmy już przebrani i gotowi do wyjścia. Calum i Ashton obskoczyli wszystkich, by uwiecznić nas na zdjęciach. A prezentowaliśmy się naprawdę ciekawie i różnorodnie. 
             W naszym gronie byli pan i panna młoda – w tej roli Michael i Lori. Blondynka miała zakrwawioną białą sukienkę, obdarty welon oraz bukiet czarnych róż, zaś Clifford paradował po pokoju w postrzępionym i brudnym garniturze. Ich oczy były czerwone, a to za sprawą soczewek. Ashton i Becky byli przedstawicielami służby zdrowia. Ona, jako pielęgniarka z wielką strzykawką, a on chirurg z tasakiem w ręku. Calum i Maya postawili na coś bardziej klasycznego, przemieniając się w zombie uczniów. Mieli identyczne zakrwawione mundurki i czarne oczy. Ja zaś postawiłam na policjantkę, a Luke'a przemieniłam w swojego więźnia. My również postanowiliśmy zmienić kolory naszych tęczówek. Postawiliśmy na biały kolor z czarnymi mocno zarysowanymi obwódkami. Jednak i tak najlepiej prezentowała się ostatnia para. Trevor zmienił się w księdza, a Jesse w zakonnicę, odsłaniając swoje naprawdę zgrabne męskie nogi, otoczone czarnymi kabaretkami.
             Główna impreza odbywała się na stadionie, gdzie zaraz po treningu, zmieniono to miejsce w prowizoryczny klub pod gołym niebem. Ustawiono niewielką scenę, gdzie znajdował się DJ i jego konsola. Z głośników dudniła muzyka. Po jednej stronie były miejsca do siedzenia, zaś po drugiej parkiet do tańczenia. Alkohol i przekąski trzeba było przynieść we własnym zakresie. Wszystkie mijane przez nas osoby były poprzebierane, więc stanowiliśmy naprawdę wielką grupę umarlaków.
              Zajęliśmy większy stolik, byśmy na pewno wszyscy się zmieścili. Przez chwilę dołączył do nas Mason i Chloe. Kuzyn postawił na klasykę, zmieniając się w zombie zawodnika, a jego dziewczyna stała się truposzem cheerleaderką. Nie czekaliśmy długo, by oficjalnie rozpocząć zabawę.

             Równo o jedenastej odbył się konkurs na najlepszy stój truposza. Wcale nie zdziwiło mnie to, że nasz Jesse zgarnął główną nagrodę. Nie dość, że był chłopakiem przebranym za kobietę, to jeszcze jego postać zakonnicy całościowo prezentowała się fenomenalnie. Dodatkowo przyjaciel wszedł w swoją rolę, często zachowując się, jak dziewczyna. A raczej dziewczyna zombie.
- Hej, Rose!
- Jej, Blake, niezły z ciebie zombie strażak – odpowiedziałam z uśmiechem, kiedy natrafiłam na blondyna, pochlapanego krwią od góry do dołu.
- Jak się bawisz?
- Wyśmienicie.
- Ja to samo. Gdyby gdzieś się paliło, to wiesz, kogo wołać – dodał ze śmiechem. Zaśmiałam się pod nosem, kiwając głową. – Moja cała grupa, to straż pożarna.
- Zapamiętam.
- Myślisz, że strażak może zatańczyć z policjantką? – wypalił, a ja zagryzłam wargę. Blake zmieszał się, a potem uśmiechnął się blado. – Zapomnij. Nie było pytania. Pewnie ten twój, gdzieś tu jest i wyszedłby z tego kolejny kwas.
- Tak, nie jest to dobry pomysł.
- Szkoda. Zauważyłem, że on jest o ciebie mocno zazdrosny. Trochę przegina, choć z drugiej strony wcale mu się nie dziwę.
- Ja się dziwię, że w ogóle otwierasz do niej jadaczkę, po tym, jak ją traktowałeś dawniej. Dziwię się, że Rose mimo wszystko traci oddech, na jakąkolwiek konwersację z tobą. – Niemalże podskoczyłam, słysząc głos Hemmingsa za plecami. Standardowo blondyn objął mnie ramieniem, definitywnie zaznaczając swój teren.
- Nie wiedziałem, że znasz takie trudne słowa.
- Tak, to coś spoza twojej działki, kretynie. Nie sądziłem, że przyjmują na uniwerek takich półgłówków.
- Mówisz o sobie? Też się dziwię, że tu jesteś. – Blake spojrzał na mnie. – Nie wiem, jak ty z nim wytrzymujesz.
- Dobra, starczy – rzuciłam, kiedy Luke zrobił krok do przodu. Złapałam go za pasiaste ubranie, ciągnąc do tyłu. Naprawdę nie chciałam, by się teraz na siebie rzucili.
- Powinieneś leczyć się pod kątem agresji, bo ewidentnie masz z nią problem i nie potrafisz tego kontrolować – ciągnął dalej Blake.
- Pieprzony kutas.
- I ty uważasz się za lepszego?
- Przestańcie do cholery! – warknęłam, ale żaden z nich mnie słuchał.
- Oczywiście, że jestem lepszy od ciebie. Przynajmniej nie jestem nadętym dupkiem, który potrafił krzywdzić dziewczynę, z którą był. Nie miałeś do niej szacunku!
- Och, bo ty jesteś nieomylny i nigdy nie popełniłeś błędu? Byłeś tak święty od samego początku czy tylko jest to dobra poza? Może jesteś dobrym aktorem, Hemmings?
- Przeszkadzam wam, panienki?
             Prawie jęknęłam pod nosem, słysząc głos Masona. Już myślałam, że osoba która się pojawiła, jakoś rozdzieli dwójkę blondynów, ale mój kuzyn raczej nie był dobrą opcją. Sam był mocno cięty na Blake’a i to się w dalszym ciągu nie zmieniło. Miałam ochotę trzepnąć ich po tych głupich łbach.
- Jeszcze ten – mruknął Blake, przekręcając oczami.
- Jestem za tym, byś schował swoje wydumane ego w kieszeń i spieprzał na drugi koniec boiska, tam, gdzie nie sięgają moje oczy - powiedział Mason, świdrując mojego byłego wściekłym spojrzeniem. – Co jest z tobą koleś nie tak? Miałeś swoją szansę, ale to spierdoliłeś, a teraz znowu przykleiłeś się do Rosalie, jak pieprzony rzep. Wkurwiasz mnie po całości.
- Mnie też wkurwiasz po całości – dodał Hemmings, mierząc go ostrym spojrzeniem.
- Wy naprawdę macie nie równo pod sufitem – skwitował Blake. – Do zobaczenia kiedy indziej, Rose. Może uda nam się normalnie porozmawiać, jak nie będzie obok tych…
- Dokończ tylko, a urwę ci jaja – warknął Luke, a ja zrobiłam wielkie oczy, kiedy jego dłoń zacisnęła się na strażackim kombinezonie Blake’a. Szarpnął nim, niczym szmacianą lalką. Mason stał tylko obok, pewnie gotowy do tego, by przyłożyć blondynowi, jakby chciał wywinąć jakiś numer Hemmingsowi.
- Starczy! – krzyknęłam, chcąc ich rozdzielić, ale kuzyn złapał mnie za ramiona i odciągnął na bok. Pewnie bał się tego, że mogę przez przypadek oberwać. – Zrób coś!
- Nie mieszaj się – powiedział Mason poważnym tonem.
- Ej, ludzie! Kontrola do cholery!
             Znikąd pojawił się Jesse w towarzystwie Greena. Obydwoje rozdzielili Luke'a i Blake, którzy zaczęli obrzucać się niecenzuralnymi epitetami. Widziałam, jak Mason się zagotował, ale Trevor odciągnął również i jego.
- Rozejść się – zarządził brunet, co pewnie z boku wyglądałoby dość zabawnie. Szczególnie, że miał na sobie przebranie zakonnicy. – Bez takich spin. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi.
- On chyba nie – rzucił Luke. Jesse przekręcił oczami.
              Blake w końcu skapitulował. Kiwnął do swojego przyjaciela głową, a następnie odwrócił się i zniknął w tłumie innych bawiących się studentów. Pokręciłam głową, czując, że ta sytuacja naprawdę zaczyna mnie powoli przerastać. Obawiałam się tego, że dojdzie w końcu do momentu, w którym ta dwójka naprawdę się na siebie rzucić. A tego nie chciałam.
- Luke, porwę twoją pannę – rzucił Jesse z uśmiechem, chcąc złagodzić atmosferę. Hemmings uniósł lekko brwi do góry. – Ej, żadne dziwne rzeczy dziać się nie będą, chcę z nią zatańczyć.
- Spoko – odparł blondyn, kiwając głową.
- Chodź, Hemmo, napijesz się z drużyną. Green, zgarnij resztę naszych. Czas wypić kolebeczkę z kapitanem!
- Pewnie.
- Oni naprawdę przeginają – skwitował Jesse, kiedy pozostali zniknęli nam z oczu. – Wiem, że można się nie lubić, ale takie podejście w końcu ich zgubi.
- Podobnie było między Trevorem i Ashtonem.
- Nie, tam chodziło o coś innego – pociągnął powoli brunet. – Kiedy w grę wchodzi druga połówka i uczucia, wtedy w takich przypadkach puszczają wszelkie hamulce.
- Czyli jest źle.
- Jest źle, ale mam nadzieję, że się w końcu ogarną i chociaż zaczną siebie ignorować tak, jak to było na początku.
- Też mam taką nadzieję.
- To, co? Zatańczysz z zakonnicą?
- Pewnie.
- Może załatwię ci u mojego księdza rozgrzeszenie – skwitował, a ja parsknęłam śmiechem.

             Wynurzyłam się z tłumu tańczących ludzi. Musiałam mocno się postarać, by nikogo nie potrącić po drodze, choć to było cholernie trudne. Kawałek boiska, które było przeznaczone na pląsy, stało się wielkim skupiskiem kolorowej zombiakowatej masy studentów.
             Zanim doszłam do stolika, zauważyłam, że nasi sportowcy wrócili już do wspólnego grona. Uśmiechnęłam się, widząc stojących kawałek dalej Caluma i Maya’ę. Dziewczyna owinęła się wokół pasa Mulata, a on pocałował ją przelotnie w skroń, co było cholernie urocze. Blondynka nadal była osobą, która szybko się rumieniła, więc byłam pewna, że z pewnością ten czuły gest ze strony Hooda, wywołał u niej właśnie taką reakcję. Jednak miała na sobie tak mocny makijaż, że nic nie było pod tym kątem widać.
             Podeszłam do stołu. Green i Luke siedzieli naprzeciwko siebie, o czymś zacięcie rozmawiając. Musiałam mocno się powstrzymać przed tym, by nie trzepnąć dla zasady Hemmingsa w tył głowy. Nadal byłam na niego zła za to, jak się zachował w stosunku do Blake’a, choć i ten drugi też nie był bez winy. Obaj pod tym względem byli siebie warci.
- Jak tam, księżniczko? – zapytał Luke z uśmiechem.
- Gdzie zgubiłaś Jesse’ego? – odparł Trevor, poprawiają koloratkę.
- Poszedł na stronę – rzuciłam, mrużąc na Hemmingsa oczy.
- Co znowu zrobiłem? – jęknął, przekręcając oczami.
- Jeszcze się pytasz?
- To ja zostawię was samych – skwitował Green, pospiesznie wstając od stołu. – Poszukam mojej zakonnicy. – Odwrócił się na pięcie i szybko zniknął w tłumie. Wcale się mu nie dziwiłam, że zarządził ewakuację z tego miejsca.
- Co jest?
- Luke, serio?
- Chodzi ci o tego kretyna?
- Prowokujecie siebie nawzajem, co jest zupełnie niepotrzebne – wydusiłam, kręcąc głową. Wyciągnęłam mu z dłoni plastikowy kubek i upiłam odrobinę piwa.
- To jego parszywa gęba mnie prowokuje.
- Luke!
- No, co?! Nie lubię go. Nie powinnaś z nim w ogóle rozmawiać.
- Będziesz stawiał mi teraz zakazy?
- Nie, nie zamierzam, ale mam nadzieję, że pod tym względem sama się ogarniesz.
- Serio?! Jesteś niemożliwy!
- Ja po prostu nie chcę… On mnie wkurwia!
- Luke!
- Widzisz, co on z nami robi?! Kłócimy się przez tego kutasa! Ja po prostu nie chcę… Nie chcę, by on… Nie ważne – mruknął, opierając łokieć o stół. Ułożył na ręku głowę, patrząc w ciemny blat.
- Kotku – powiedziałam, przysuwając się do niego bliżej. Objęłam go i delikatnie musnęłam ustami jego szyję. Chciałam pocałować go w policzek, ale ten był zasłonięty dużą sztuczną raną, z której lała się pseudo krew. – Mówiłam ci to tyle razy, on nas nie rozdzieli.
- Wiem.
- Niby to wiesz, ale nadal w to nie wierzysz. – Pogłaskałam go po ramieniu. Luke spojrzał na mnie. Dziwnie było nie widzieć tych jego błękitnych tęczówek, które teraz były zasłonięte przez białe soczewki.
- To silniejsze ode mnie. Nie mówmy już o tym i o nim. Nie psujmy sobie imprezy.
- W porządku.
- Zatańczysz ze mną?
- Znowu? – wydusiłam, a on przekręcił oczami. – To miłe, że ostatnio coraz częściej wyciągasz mnie na parkiet. Podoba mi się to.
- Może się nawracam.
- Green dał ci rozgrzeszenie? – Luke parsknął śmiechem, łapiąc mnie za rękę. Oboje wstaliśmy.
- A wy, dokąd? – zapytał Calum, podchodząc do stolika razem z Maya’ą.
- Idziemy potańczyć – odpowiedział szybko Hemmings.
- Dobry pomysł. Zatańczysz ze mną? – zwrócił się do blondynki, Hood. Pokiwała głową. Zaraz po tym cała nasza czwórka, ruszyła w stronę parkietu.

              Musiałam mocno zacisnąć usta, by nie ryknąć śmiechem po raz kolejny. Był mały problem z usunięciem soczewek u Luke'a. Do tego chłopak nie potrafił usiedzieć na miejscu, a ja miałam ochotę przywiązać go do krzesła, by choć przez chwilę się nie ruszał. Byłam pewna, że jego jęczenie i zawodzenie, jakbym go torturowała, słychać było także na korytarzu.
- Poczekaj…
- Nic nie widzę na lewe oko!
- Bo się przesunęło! Luke, no! Nie ruszaj się!
- Wyciągnij to! - Zazgrzytałam zębami. Zaraz naprawdę stracę do niego cierpliwość, choć z drugiej strony było to cholernie zabawne. – Nigdy więcej takich pomysłów!
- Było by dobrze, gdybyś od samego początku siedział i się nie ruszał. Ja szybko ściągnęłam swoje.
- Stracę oko!
- Wcale nie.
- Stracę i będę ślepy! Będziesz mnie kochać pomimo tego?
- Będę. Możesz przestać się wiercić? Zaraz cię naprawdę uszkodzę.
- Już, już. Wyjmij to.
             Ponownie nachyliłam się nad nim, by w końcu pozbyć się upartej soczewki, która naprawdę nie chciała zejść z jego oka. Luke jednak załapał, że naprawdę nieruszanie się dużo mi pomaga, więc po chwili został uwolniony z jednej soczewki, a potem z drugiej. Zamrugał pospiesznie, a następnie uśmiechnął się szeroko.
- I po kłopocie – rzucił zadowolony. Uniosłam jedną brew do góry.
- Jesteś niemożliwy.
- Nienawidzę soczewek – skwitował, wzruszając ramionami. Odwróciłam się, by umieścić soczewki w pojemniczku. Jak tylko to zrobiłam, blondyn klepnął mnie w tyłek. Niewiele myśląc odwróciłam się i trzepnęłam go w klatkę piersiową. - Ej! Matko… Jesteś zołzą.
- Widziały gały, co brały.
- Zdecydowanie widziały – odparł, łapiąc mnie za rękę.
- Zgubiłam twoje soczewki – rzuciłam, zdając sobie sprawę z tego, że najnormalniej w świecie mi wypadły, kiedy ja rewanżowałam się Hemmingsowi.
- Nie będę za nimi płakać – powiedział, pociągając mnie w swoją stronę. Wpadłam w jego ramiona. Zanim zdążyłam wziąć głębszy oddech, Luke złączył nasze usta. Od razu odpowiedziałam na pocałunek, obejmując jego kark rękami.
- Jesteś wariat.
- Wcześniej mówiłaś, że jestem niemożliwy.
- I to i to.
- Pasuje, bo to cię kręci – skwitował, przejeżdżając palcem po moim nosie. Zaśmiałam się, by po chwili znów wpić się w jego ciepłe wargi.


***
Mamy mały przeskok w czasie i... jak widać pary już się stworzyły. Jak na razie solo biega tylko Blake - którego i tak większość (jak i nie wszyscy) nie lubią. Waszym zdaniem, kto się gorzej czepia drugiego - Luke czy Blake? 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze :)

Standardowo przypominam Wam o Asku, gdzie możecie zadawać mi pytania odnośnie bohaterów i fabuły. 

Kolejna część w następną niedzielę.

Pozdrawiam :)


W następnym odcinku:

- Jasne, czemu nie. U mnie?
- Może być u ciebie.

***

- Co cię tak bawi?
- Przypomniało mi się, jak kiedyś uczyliśmy się na chemię. Wkurzyłaś się na mnie tak bardzo, że prawie zatłukłaś mnie poduszką, a to tylko dlatego, że nie mogłaś zrozumieć pojęcia tlenki zasadowe.

***

- Gyros z podwójnym sosem czosnkowym…
- I dużą ilością pieprzonego ciągnącego się sera – dodał Michael, rozmarzonym głosem.
- I frytki do tego.

***

- Ty żartujesz?
- Nie, na razie grzecznie proszę – pociągnął Michael.

***

- Jeszcze się pytasz?!
- Co on tu do cholery robił? 



5 komentarzy:

  1. Jesse - kocham tego gościa. Pasują do siebie z Trevorem, cieszę się, że są razem. Rozdział oczywiście wspaniały! Czekam z niecierpliwością na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że go lubisz, a także że podoba Ci się ta część :) Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Fajny pomysł z tą imprezą zombie :D Rose mogła się popisać. To oczywiste, że Luke i Blake będą skakać sobie do gardeł. Luke może reaguje zbyt gwałtownie, ale ja jego rozumiem. I dobrze robi XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :) W sumie, jak to pisałam to przypomniało mi się Halloween, gdzie też się przebieraliśmy na imprezę :)
      Hehe czyli jesteś za Hemmo :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń