niedziela, 24 kwietnia 2016

S6 - Rozdział 16

You're the perfect lullaby


           Podniosłam głowę, kiedy drzwi od pokoju otworzyły się. Luke uniósł brwi do góry, a następnie z głupim uśmieszkiem na twarzy, wszedł do środka. Rzucił w kąt swój czarny plecak, a następnie padł na łóżko tuż obok mnie. Nasze oczy na moment spotkały się ze sobą. Chłopak parsknął cichym śmiechem. Miałam ochotę trzepnąć go poduszką.
- Co się stało z moim kujonem? – zapytał rozbawiony, jakby fakt, że zaspałam i w ogóle nie pojawiłam się na zajęciach (dla mnie nie było sensu wynurzać się z akademika na jeden wykład, skoro i tak ominęła mnie reszta), było takie śmieszne. Pierwszy raz w mojej studenckiej karierze opuściłam całościowo zajęcia. Ale w końcu kiedyś to musiało nastąpić.
- Nie mów do mnie.
- Jesteś zła?
- Nie.
- Masz okres? – Raptownie podskoczył w miejscu, kiedy zdecydowałam się w końcu wykorzystać moją broń. Biała poducha uderzyła go w twarz, a potem pacnęła na pościel tuż przed nim. – Ej! – warknął, kręcąc nosem. – Chciałem być dobrym chłopakiem i zaproponować ci… nie wiem, czekoladę, wiadro lodów czy komedię romantyczną, na której ty byś płakała, a ja bym mógł spać.
- Jesteś niemożliwy.
- I to we mnie kochasz. Bo jestem cudowny.
- I zakochany w sobie. – Luke wyszczerzył się szeroko, na co przekręciłam oczami. – Nie przepadam za komediami romantycznymi.
- Tak, wiem. Puściłbym ci, jakiś horror.
- To lepiej. Więc sobie to zapamiętaj.
- Spakowałaś się już? – zapytał, zmieniając temat. Rozejrzał się po pokoju, w poszukiwaniu torby lub jakiejkolwiek rzeczy, która świadczyłaby o tym, że jestem chociaż w części gotowa do drogi.
- Spakowałam.
- To gdzie masz torbę?
- Pod łóżkiem.
- No, tak – odparł, rozkładając się na materacu, jednocześnie przyciskając się do mnie.
- A ty pewnie w proszku?
- Mam czas. – Zerknęłam na zegarek.
- Masz dwie godziny.
- Czyli mam czas. Poprzytulaj się ze mną – wyjęczał, obejmując mnie ramionami.
- Co będę z tego miała?
- Jezu… Jesteś okropna – powiedział niezadowolony.
            Jednak po chwili uśmiechnął się szeroko, kiedy wpełzłam w jego ramiona, układając się wygodnie tuż obok niego. A raczej na nim. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej, niemalże od razu wyłapując bicie jego serca. Moje ręce oplotły go w pasie. Oplótł mnie bardziej ramionami, przejeżdżając palcami po moich włosach, które dzisiaj prezentowały się… powiedzmy, że znośnie. Ale od rana nie chciały mnie słuchać. Na szczęście ktoś kiedyś wymyślił gumki do włosów, więc dało się jakoś tę szopę ujarzmić. Przymknęłam oczy, ciesząc się perspektywą nadchodzącego weekendu, który właśnie się rozpoczął.

            Calum rozłożył mapę na masce swojego samochodu. Męska część naszej ekipy zgromadziła się wokół niego, raz jeszcze studiując trasę, którą mieliśmy do pokonania. Dzisiaj, bowiem wybieraliśmy się do Willow Grove, gdzie spędzimy cały weekend obcując z Matką Naturą. Aż do niedzieli naszym domem będą namioty, które rozstawimy tuż przy jeziorze Blue Rock Lane. Dawno nie byłam na takiej wycieczce i nawet nie ukrywałam tego, że nie mogę się doczekać, by już być na miejscu.
           W końcu chłopaki zarządzili nam zajęcie miejsc. Jechaliśmy tam na trzy samochody, bo było nas całkiem sporo. Cała grupa wycieczkowiczów liczyła dziesięć osób. Oczywiście każda para musiała być zaopatrzona w namiot. Do tego dochodziły bagaże, turystyczne lodówki, mała butla gazu z palnikiem i oczywiście jedzenie, które zakupiliśmy i zapakowaliśmy dzień wcześniej.
             Zajęłam miejsce z tyłu obok Jesse’go, który już zdążył rozwalić się na połowie swojego siedzenia. Poprawił okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa, a następnie uśmiechnął się szeroko, gdy fotel z przodu zajął jego chłopak, który doznał tego zaszczytu i mógł podróżować na takim miejscu. Zaraz po nim do samochodu władował się nasz kierowca Hemmings. Mieliśmy przed sobą prawie dwie godziny jazdy, więc miałam nadzieję, że ten czas szybko nam zleci.

             Kiedy wyjechaliśmy z zatłoczonego i głośnego Melbourne, otoczyły nas ciągnące się, aż po horyzont pola i lasy, które można było dostrzec z daleka. Ilość samochodów zmniejszyła się, dzięki czemu nie musieliśmy obwiać się tego, że natkniemy się na korek. Słońce przyjemnie grzało, a ja liczyłam na to, że tak dobra pogoda utrzyma się, aż do końca weekendu. 
              Za nami jechali Michael i Lori, a przed nami znajdował się samochód Caluma, a w nim oprócz właściciela siedziała Maya’, Becky i Ashton. Poruszaliśmy się takim wężykiem, aby nikt się po drodze nie zgubił i byśmy bez problemów dotarli na miejsce całą grupą.
- Luke, weź to głośniej – powiedział Jesse, wychylając się w jego kierunku.
- Nie, nie pogłaśniaj, bo… - zaczął Trevor, ale nie dokończył, ponieważ brunet już zaczął wtórować chłopakom z zespołu The Vamps. I nie był w tym sam, bo ja również uwielbiałam kawałek Wake up.
- You were scared, but I told you open up your eyes! – zaśpiewałam z Jesse’im, choć daleko nam było do perfekcyjnego wykonania. Żadne z nas nie szczyciło się talentem wokalnym, ale w danym momencie mieliśmy to gdzieś.
- Zaczęło się – mruknął Green, obniżając się na siedzeniu tak, że jego głowa zniknęła mi z pola widzenia. – Nie trzeba było pogłaśniać.
- Nie wiedziałem, że będziemy mieli prywatny koncert zawodzących kotów… Ej! Kurwa! Rose! Ja prowadzę! – warknął, kiedy kopnęłam go w siedzenie, nie przestając śpiewać. – Dobry Boże…
- So wake up! You sleeping heart! I know sometimes we’ll be afraid but no more playing safe, my dear! – wyśpiewaliśmy jeszcze głośniej, jakbyśmy się umówili, by to zrobić. W sumie nasza krótka wymiana spojrzeń mogłaby o tym świadczyć. Chcieliśmy im zrobić na złość.
- Oni mają jakiś guzik off czy coś? – wydusił Trevor.
- Oddychaj i przetrzymaj. Zaraz się skończy – ciągnął Luke, choć ja widziałam, jak delikatnie uśmiecha się pod nosem.
- WAKE UP! – wydarłam się tuż przy uchu Hemmingsa, a on podskoczył, łapiąc kurczowo za kierownicę.
- Pokręciło cię? To grozi wypadkiem!
- I’M HERE! – rzucił Jesse, wciskając głowę miedzy siedzenie a okno, by wykrzyczeć to do Trevora.
- Daleko jeszcze? – jęknął brunet, zakrywając twarz rękami.
- Cholernie daleko – odparł Luke. – Ale… No, nareszcie – dodał, kiedy piosenka dobiegła końca. – Mam nadzieję, że wam starczy i zajmiecie się… nie wiem… podziwianiem widoków czy…
- Kurwa – syknął Trevor, płaczliwym tonem, gdy zaraz po The Vamps puścili stary przebój Britney Spears. Ja i Jesse nie mogliśmy przepuścić takiej okazji, więc od razu zabraliśmy się za utwór Oops!... I Did It Again. – Możemy ich gdzieś wysadzić?
- Zasmarkalibyście się bez nas – skwitowałam, kiedy Jesse zaczął swój siedzący układ taneczny. – Spróbuj wyłączyć, a odgryzę ci palce – pociągnęłam, widząc dłoń Luke'a zbliżającą się do radia. Trevor spojrzał na niego, a następnie parsknął śmiechem.
- Kochane drugie połówki – powiedział blondyn, kręcąc głową.
- Wiem, jesteśmy zajebiści i jedyni w swoim rodzaju – rzucił zadowolony Jesse.
- Urosło wam ego – pociągnął Trevor.
- Powinniście się cieszyć, że nas macie – dodałam, pewnym siebie tonem. – Jest z nami wesoło.
- Mów dalej, Rose – odparł blondyn, machając ręką. Zmarszczyłam lekko brwi. – Przynajmniej, jak gadacie i się wychwalacie, to nie śpiewacie.
- Pieprz się, Hemmings – skwitowałam i sprzedałam mu pstryczka w ucho. Luke po raz kolejny podskoczył w fotelu, a następnie warknął pod nosem.
- Ja prowadzę! – Spojrzał na Trevora. – Weź coś zrób… - Ale przerwał, bo nagle rozdzwonił się jego telefon. – Cisza! Dzwoni Ash! – Przesunął palcem po ekranie, by zaraz po tym włączyć tryb głośnomówiący. – Co jest?
- Oops! I did it again to your heart! Got lost in this game, oh baby! – wyśpiewał Ashton, zdzierając gardło. Usłyszałam w tle śmiech Becky.
- Wy też? – jęknął Luke, przewracając oczami.
- Oops! You think tha I’m sent from above. I’m not that innocent!

            Wysiadłam z samochodu, rozkoszując się otaczającą mnie ciszą. Może nie do końca, aż taką, bo nasza grupa do milczków nie należała, ale i tak było tu o wiele bardziej spokojnie, niż na kampusie. Byśmy w samym sercu lasu, czując to inne powietrze, w którym mieszały się zapachy kory, zieleni i żywicy. Przed nami rozprzestrzeniało się duże jezioro Blue Rock Lane. Calum, jak zwykle stanął na wysokości zadania w wyborze miejsca na wycieczkę. Nie wiem, jak on odkrywał te wszystkie fantastyczne zakątki, ale zawsze potrafił strzelić w dziesiątkę, gdy podsuwał nam propozycje.
- Tu jest pięknie – powiedziała Maya, rozglądając się dookoła. – Koniecznie musimy się przejść – dodała, odwracając się do Mulata.
- Nie rozchodzimy się – zarządził Ash. – Najpierw się rozpakujmy i przygotujmy sobie namioty.
- Na pewno możemy tu parkować? – dopytał Luke, otwierając bagażnik.
- Tak – odpowiedział Calum z pewnością w głosie. – Dowiadywałem się wszystkiego. Ta część lasu udostępniona jest pod obozowiska. Z tego, co czytałem, to przyjeżdża tu całkiem sporo osób, choć bardziej w wakacje, a nie w czasie okresu szkolnego, więc powinniśmy mieć spokój.
- Najbliższy sklep? - dopytał Mikey.
- Nie kupiłeś sobie podpasek? – zakpił Hood, mierząc go wzrokiem. Clifford prychnął pod nosem, pokazując mu środkowy palec. – Około dwóch kilometrów stąd jest najbliższy sklep. Tuż przy stacji benzynowej na skraju lasu.
- Cal, jesteś, niczym przewodnik – podsumował go Jesse, wyciągając z samochodu nasze bagaże.
- Ktoś tu musi wiedzieć takie rzeczy, bo inaczej skończylibyście marnie.
- Marnie? – odparła Lori, kręcąc nosem.
- Jak w tych wszystkich horrorach – dodał zadowolony i dumny z siebie, Mulat.
- Że też to twoje wielkie ego, wcisnęło się do samochodu – podsumowała go blondynka, a następnie przejęła od Michaela siatki z jedzeniem.
- Starczy gadania – powiedział Ash, machając rękami. –Bierzmy się za rozkładanie tego wszystkiego.

            Męska część załogi jednogłośnie uznała, że my dziewczyny nie nadajemy się do rozstawiania namiotów i oni z tym poradzą sobie dużo lepiej, szybciej i sprawniej, niż gdybyśmy miały się im kręcić po nogami. Dlatego kiedy chłopaki męczyli się z tymi wszystkimi sznurkami i materiałami, ja, Lori, Maya i Becky zrobiłyśmy wszystkim po ciepłej herbacie lub kawie, a następnie rozłożyliśmy się niedaleko naszej prowizorycznej kuchni. Dokładnie obserwowałyśmy też proces rozkładania namiotów, z którymi panowie mieli niewielkie problemy. Bo co, do czego włożyć, aby to w końcu stało?
- Jak tak dalej pójdzie, to będziemy spać w samochodach – pociągnęła Becky, a następnie zdusiła śmiech, kiedy Ashton zaplątał się w sznurki. Irwin prawie zaliczył przyłożenie do podłoża, gdy niesforny biały sznurek owinął się wokół jego kostki. Na szczęście perkusista utrzymał pion.
- Ktoś i tak będzie musiał spać pod gołym niebem – wtrąciła cicho Maya.
- Na pewno, któryś z Panów Pewnych Siebie – dodała Lori, mieszając łyżeczką w kubku z kawą.
            Cała nasza czwórka ponownie spojrzała na chłopaków. Michael naprężył stelaż, aby wsunąć go w materiał. Rurka jednak odmówiła mu posłuszeństwa i wystrzeliła z jego rąk, niczym torpeda, pędząc w stronę stojącego naprzeciwko niego Hemmingsa. Luke pracował w parze z Cliffordem i wsuwał stelaż z drugiej strony. Niczego nieświadomy blondyn, dostał niesfornym elementem w twarz. Wrzasnął z bólu, odskakując do tyłu. Potknął się o kucającego obok niego Caluma. Przeturlał się przez jego plecy, wpadając na prawie kompletnie stojący namiot Irwina. Pod jego ciężarem, sznurki razem ze śledziami wyleciały z ziemi, a całość zmieniła się w dużą papkę żółtego materiału.
- Luke! – krzyknął spanikowany Michael, biegnąc kumplowi na pomoc. – Przepraszam, ja nie… Żyjesz?
- Ta… Ał!
- O stary, to było niezłe. Widziałem to, jak mamę kocham, w zwolnionym tempie – pociągnął Jesse, podchodząc do blondyna. – Straszne, ale kurwa niezłe. Nic ci nie jest?
- Nie – pociągnął Hemmings, łapiąc za wyciągniętą dłoń Michaela. – Paszcza mnie boli… Co? Co wy macie takie miny?!
             Nie usłyszałam odpowiedzi, bo reszta paczki ryknęła śmiechem. Wtedy Luke odwrócił się, a ja dostrzegłam na jego policzku pręgę, która kończyła się w połowie drogi do ucha. Wyglądał, jakby miał poszerzony uśmiech. Ślad był mocno zaczerwieniony i widoczny z daleka. Sądząc po uderzeniu, Luke będzie miał tą piękną ozdobę przynajmniej przez cały dzień. Trochę czasu minie, aż mu to zejdzie. Oprócz tego, nie zauważyłam nic niepokojącego, więc wyszłam z założenia, że nic mu się dodatkowego nie stało.
- Co wy do cholery się tak szczerzycie?! – warknął rozdrażniony, kiedy nie uzyskał żadnej konkretnej odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytanie.
- Wyglądasz… wyglądasz… jak… - Calum ledwo to z siebie wydusił, ale i tak nie dobrnął do końca, bo wybuchł śmiechem po raz kolejny.
- Jak Joker – dopowiedział Trevor. 
            Teraz nie tylko śmiali się oni, ale także i my. A Luke? Luke klasycznie wypuścił z ust wiązankę soczystych przekleństw, a potem się obraził. Na szczęście jego męski foch nie trwał długo i zaraz ponownie wszyscy wrócili do przerwanej pracy. Po godzinie od tego zdarzenia mogliśmy podziwiać pięć kolorowych namiotów. Przynajmniej obeszło się bez spania pod gołym niebem.

             Aby zaakcentować początek wspólnego wyjazdu i weekendu, rozpaliliśmy ognisko. Przygotowaliśmy sobie opał, a chłopaki znaleźli kilka większych poprzewracanych konarów, które jakimś cudem udało im się zataszczyć do ognia. Takim oto sposobem, mieliśmy prowizoryczne ławeczki, które obłożone kocami, były całkiem wygodne. Przyszykowaliśmy kiełbaski do pieczenia, a Hood ostrugał nam kije, byśmy mogli je upiec. Do tego były tradycyjne pianki i pieczone w żarze ziemniaki, które ówcześnie zawinęliśmy w folie. Pycha.
             Chłopaki odłożyli swoje gitary. Oczywiste było to, że i te instrumenty przyjechały do lasu razem z nami. Po rozmowach i wspólnym śpiewaniu, które chyba dla Luke'a i Trevora były o wiele bardziej znośne, niż moje wokalne popisy samochodowe z Jesse’im, nastała między nami cisza.
              Hemmings usiadł z powrotem na swoje miejsce. Złapał za paczkę owocowych żelków. Uniosłam brwi do góry, powstrzymując śmiech. Biedny został pokonany przez kolorowe opakowanie, które nie chciało z nim współpracować. Zerknął na mnie, przekręcił oczami, a następnie wcisnął mi je w dłonie.
- Otwórz mi.
- Pewnie, Joker – odpowiedziałam ze złośliwym uśmieszkiem. Blondyn warknął pod nosem. – No, co?
- Jeszcze ci nie przeszło? – mruknął nadąsany. – Inni odpuścili, a ty dalej. To jest mało śmieszne.
- To jest cholernie śmieszne, Joker.
- Rose – jęknął, kiedy cichy chichot wydobył się z mojego gardła. – Jesteś okropna.
- Ostatnio często to od ciebie słyszę. Uśmiechnij się, kotku. – Udałam, że mu się uważnie przyglądam. – A nie... Już to robisz.
- Rose, no…
- Dobra, już przestaję.
- Serio?
- Przestań, Luke. Wyluzuj. Ty nieraz nabijasz się ze mnie, ja z ciebie, ty znowu ze mnie, a potem ja z ciebie i… Teraz znowu padło na ciebie.
- Jako moja dziewczyna powinnaś być tą kochaną i pocieszającą mnie stroną – mruknął, przecierając palcami policzek w miejscu, w którym trafiła go rurka.
- Luke?
- Co?
- Why so serious?
            Na widok jego wkurzonej miny, nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, zwracając tym uwagę reszty grupy, która z zaciekawieniem odwróciła się w nasza stronę. Odgięłam się do tyłu, nie mogąc przestać rechotać, jak nienormalna. To był moment, kiedy konar, na którym siedzieliśmy przesunął się lekko do przodu, pod wpływem tego, że ja mocniej wysunęłam się w tył. Jedno z drugim dało taki efekt, że padłam na plecy, wyrzucając nogi do góry. Prawie spadły mi buty, tak szybko się to działo. Teraz nie tylko śmiałam się ja, ale i reszta paczki. Chociaż z mojej strony był to już histeryczny chichot połączony z popłakaniem się.
- Żyjesz? – wydusił Hemmings, wychylając się, by na mnie spojrzeć.  
- Nic mi nie jest.
- Dobraliście się – skwitował Jesse. – To było piękne.
- Dzięki, starałam się – odparłam, kiedy Luke pomógł mi się podnieść. Przeczesałam dłońmi włosy, czując w nich piach i drobne fragmenty suchych liści. Otrzepałam się.
- Głowa cała? – dopytał Hemmings.
- Wszystko na swoim miejscu.
- Na pewno?
- Chcesz to sprawdzić, kotku? – odpowiedziałam cicho, na co zareagował śmiechem. Pokręcił głową, a następnie objął mnie ramieniem.
- Co powiecie na kolejne piwo? – zaproponował Ashton. Wszyscy byliśmy za.

             Wokół mnie panowała cisza, przerywana tylko cichym oddechem leżącego obok mnie Luke'a. W namiocie było tak ciemno, że gdy wysunęłam przed siebie dłoń, to ledwo widziałam jej zarys. 
            Zatrzęsłam się, zakrywając się szczelniej śpiworem. To było głupie i irracjonalne z mojej strony, ale w tym momencie cholernie się bałam. Jakby zaraz przed zaśnięciem mój mózg włączył wyższe obroty. I wtedy też zaczął przypominać mi wszystkie straszne historie i filmowe horrory, których akcja działa się w lesie. Nakręciłam się do tego stopnia, że zaczęłam sama tworzyć dodatkowe dźwięki, których tu nie było. Byłam pewna, że ktoś krąży wokół nas. Byłam święcie przekonana, że słyszę kroki i szelest liści. Byłam pewna, że ktoś przed chwilą nadepnął na suchą gałąź, a ona pękła pod jego ciężkim butem.
              Wcisnęłam się w śpiącego obok mnie Hemmingsa. Jego dłoń mocniej zacisnęła się na moim śpiworze. Docisnęłam nos do jego koszulki, czując znajomy zapach. Miałam nadzieję, że to mnie w jakiś sposób uspokoi, ale wizja mordercy z siekierą, nie chciała opuścić mojej głowy. Byłam pewna, że zaraz rozpocznie się nasza walka na śmierć i życie. W końcu zawsze coś się dzieje pierwszej nocy. A przynajmniej tak podpowiadał mi mój zmęczony umysł.
- Co jest? – Niemalże pisnęłam, podskakując w miejscu, kiedy niespodziewanie usłyszałam cichy szept blondyna. – Rose?
- Zwariowałeś – odparłam drżącym głosem. – Prawie miałam zawał.
- Kręcisz się od dłuższego czasu i… - dotknął mojej ręki – Jezu… Cała się telepiesz. Co się dzieje?
- Nic takiego.
- Mów – powiedział, obejmując mnie ponownie ramieniem.
- Obiecasz, że nie będziesz się śmiać?
- Obiecuję – odpowiedział, a ja wyczułam, że musiał się uśmiechnąć. Zacisnęłam usta. – Chyba już wiem. Boisz się?
- To głupie, nie? Nie bałam się łazić w nocy po lesie, jak byliśmy w Brownlow Hill, a teraz nie… Mniejsza z tym. Idź spać. – Chłopak odsunął się. – Co ty robisz? – Usłyszałam, jak się podnosi.
- Poczekaj.
- Jeśli teraz sobie pójdziesz i mnie zostawisz, to… to się chyba rozpłaczę.
- Nigdzie nie idę – dodał ze śmiechem.
            Rozpiął swój śpiwór. Po chwili poczułam jego dłonie na sobie. Przejechał nimi po materiale, aż w końcu odnalazł zamek od mojego. Pociągnął go w dół, a ja poczułam chłodne powietrze, które wdarło się do środka mojej prowizorycznej pseudo kołdry. Luke szybkim ruchem owinął oba śpiwory wokół nas. Bariera materiałów między naszymi ciałami zniknęła. Położył się, przyciągając mnie do siebie. Wtuliłam się mocno w jego ciało, oplatając go rękami w pasie. Moja głowa znalazła się tuż przy jego klatce piersiowej, więc od razu wyczułam znajomy dźwięk. Wsunęłam stopę między jego łydki, przyczepiając się do niego, niczym miś koala. Luke zamknął mnie w szczelnym uścisku, co skutecznie pozwoliło mi poczuć się bezpieczniej. Musnął ustami moją skroń. Uśmiechnęłam się.
- Lepiej?
- Zdecydowanie lepiej.



***
Nasza grupa bohaterów wybrała się na małe wakacje w ciągu roku akademickiego. Zrealizowali też pomysł Michaela, stawiając na namioty :) Biedny Luke miał też mały wypadek, ale na szczęście nic mu się poważnego nie stało :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo przypominam Wam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau w obu przypadkach :)

Do następnej niedzieli :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku: (trochę okrojone, bo Word nie zapisał mi części rozdziału i muszę go napisać na nowo :\)

- Chyba musisz się przebrać – powiedział czerwony ze śmiechu, Hemmings.

- Pieprz się.

***

- Ty sobie żartujesz.
- Lepiej do tego, niż na siebie – skwitowałam, a on uśmiechnął się lekko.

***

- Jezu… Nie wstanę.
- Co ci? Oł… Tak. Trzeba będzie cię załatać – powiedziała, zerkając na mnie. 

***

- Nie będę umierał – powiedział blondyn ze śmiechem, kiedy Jesse, usiadł obok niego dokładnie mu się przyglądając. – Czuję się już dobrze.
- Rose kazała mi cię pilnować. Może nie dosłownie, ale… nie może ci się pogorszyć.
- Nic mi nie jest. 

5 komentarzy:

  1. Pf... drodzy panowie mogę wam śmiało powiedzieć, że panie też dały by sobie radę z namiotami :P biadny Luke to z pewnością bolało - hahaha dobra nowa ksywka dla Hemmo XD Joker. Podobał mi się ten rozdział :) a końcówka była urocza :)
    Czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :) Też jestem tego zdania, że panie dałyby sobie z tym radę :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń