niedziela, 1 maja 2016

S6 - Rozdział 17

'Cause nobody knows you, baby, the way I do, and nobody loves you, baby, the way I do


            Otworzył powoli oczy. Zamrugał szybko, a następnie spojrzał na śpiącą obok dziewczynę. Rose w dalszym ciągu obejmowała go w pasie. Jej oddech był spokojny i miarowy. Uśmiechnął się lekko pod nosem, przecierając zaspaną twarz. Delikatnie odsunął się od rudowłosej, nie chcąc jej obudzić. Śpiwory, którymi byli przykryci, zaszeleściły. Luke po raz kolejny zerknął na dziewczynę, ale ona dalej tkwiła we śnie. Wysunął się spod prowizorycznej kołdry.
             Rozpiął zamek od namiotu, mrużąc oczy. Do jego uszu doszedł głos Caluma, Ashtona i Jesse’go, którzy musieli od jakiegoś czasu być już na nogach. Wychylił się w stronę torby, łapiąc za telefon, by sprawdzić godzinę. Dochodziła dziesiąta. Odłożył komórkę na jej wcześniejsze miejsce i chwycił klapki. Wynurzył się z namiotu, czując, jak zdrętwiało mu ciało. Przeciągnął się.
              Spojrzał na chłopaków, którzy znajdowali się przy jeziorze. Calum i Ashton stali po kostki w wodzie, co jakiś czas śmiejąc się z tego, co opowiadał im siedzący na brzegu Jesse. Luke nie miał pojęcia, o czym mogli rozmawiać. Rzucił czarne japonki na ziemię, by po chwili wsunąć je na stopy. Przejechał dłonią po blond włosach, ruszając w stronę kumpli.
- Witamy kolejnego żyjącego – powiedział ze śmiechem, Calum. 
              Zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, dłużej zatrzymując się na bladej twarzy i tym, co znajdowało się na jego policzku. Ślad po uderzeniu nadal był doskonale widoczny. Z koloru czerwonego przechodził w lekki fiolet. Mulat zacisnął usta, powstrzymując się od śmiechu.
- Jeśli powiesz to słowo, to cię zabiję – mruknął niezadowolony Luke, marszcząc nos.
- Wyluzuj, powoli uśmieszek ci schodzi – odparł Jesse, wyciągając z kieszeni czekoladowego batona. – Kilka dni i zniknie w ogóle.
- Właśnie. Nie stresuj się – pociągnął Irwin, kiwając głową.
- Z tym będę musiał wrócić na zajęcia – powiedział Hemmings, wskazując palcem swój policzek.
- Wiesz… Zawsze mogło być gorzej. A tak… Tak to… Jesteś, tylko Joker – rzucił Calum, a potem parsknął śmiechem. Blondyn zacisnął dłonie w pięści, kiedy pozostali dołączyli do gromkiego rechotu.
               Nie zastanawiał się długo nad tym, co chciał zrobić. Bez cienia zawahania wszedł do jeziora, kierując się w stronę czerwonego ze śmiechu Mulata. Nie zwracał uwagi na zimną wodę, która schłodziła mu stopy. Podleciał do Caluma, a następnie ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, popchnął go. Hood nie utrzymał równowagi, lecąc na tyłek. Rozległ się plusk, a jego pośladki spotkały się z miękkim dnem jeziora.
- Kurwa! Powaliło cię?! – rzucił, mrużąc na niego oczy.
                Ash i Jesse po raz kolejny wybuchli śmiechem. Luke spojrzał na niego z satysfakcją. Następnie dołączył do chichoczącej się dwójki, kiedy Calum próbował wstać. Jego jedna noga zassała się w mulisty brzeg, czego skutkiem było to, że chłopak po raz kolejny poleciał w dół. Tym razem jednak padając na brzuch.
- Kurwa! – warknął, dźwigając się na dłoniach.
- Chyba musisz się przebrać – powiedział, czerwony ze śmiechu, Hemmings.
- Pieprz się.
- Oj, zabrzmiało groźnie – skwitował Jesse. Wymienił szybkie spojrzenie z Ashtonem, by po raz kolejny uraczyć ich swoim śmiechem.
- Jesteście do kitu. 
               Cała czwórka spojrzała na Michaela, który wyłonił się ze swojego namiotu. Jego włosy sterczały we wszystkie strony jeszcze bardziej, niż zawsze. Podciągnął krótkie spodenki, w których spał, a następnie ziewnął szeroko. 
- Musicie tak drzeć mordy? I co ty do chuja wyprawiasz, Cal? – wydusił, spoglądając z politowaniem na Hooda, który podnosił się z wody.

***
                Po zjedzonym śniadaniu, postanowiliśmy skorzystać z tego, że mamy czyste jezioro tuż pod nosem. Wszyscy poszliśmy się przebrać, a następnie wskoczyliśmy do wody, pływając i wygłupiając się w niej. Nie odbyło się także bez rozegrania wodnej siatkówki, w której to moja drużyna, złożona z Luke'a, Michaela, Becky i Jesse’go, przegrała z kretesem z drugą częścią paczki.
              Weszłam do namiotu, w którym leżał Luke. Spojrzałam na bladego blondyna, który zawinął się w dwa śpiwory. Nie byłam pewna, czy zdążył już zasnąć czy nie, dlatego starałam się być cicho. Nachyliłam się nad nim, dotykając lekko jego czoła. Hemmings jako pierwszy zrezygnował z dalszej zabawy w wodzie. Przyczyną tego było to, że rozbolał go żołądek. Zastanawiałam się, co takiego mogło mu zaszkodzić. Może dzisiejsze śniadanie, które pochłonął zdecydowanie za szybko i w zbyt dużej ilości. Świeże ogórki, rzodkiewka i podwójny ser na kanapce, który sobie zażyczył, mogły doprowadzić go do takiego stanu.
              Chłopak drygnął, kiedy skończyłam się przebierać. Rozchylił powieki, a błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. Uśmiechnęłam się, całując go w czubek nosa. Luke wcisnął się mocniej w poduszkę, krzywiąc się lekko.
- Nie przeszło ci?
- Nie.
- Może w końcu skusisz się na te proszki? – zapytałam, przypominając mu po raz kolejny, że mam w swojej torbie do dyspozycji, coś na ból brzucha. Chłopak szybko przeanalizował wszystkie za i przeciw, kiwając w ostateczności głową.
               Odwróciłam się, by zacząć kopać w swoim bagażu. W końcu moje palce natrafiły na przezroczystą siatkę z lekarstwami. Zawsze wolałam mieć coś pod ręką. Otworzyłam ją i zaczęłam przeglądać kolorowe opakowania. Kiedy natrafiłam na to właściwe, wyciągnęłam z pudełka podłużną saszetkę. Spakowałam pozostałe niepotrzebne proszki, wkładając je z powrotem do torby.
- Zaraz wrócę – powiedziałam, muskając ustami jego czoło.
               Wyszłam z namiotu. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc siedzącego Caluma i Maya’ę. Znajdowali się blisko wody i oglądali coś na telefonie, co jakiś czas wymieniając ze sobą kilka uwag. Musiałam przyznać, że są naprawdę ładną parą. Pozostali zebrali się wokół wygaszonego ogniska, dyskutując na temat odbywanego przez nas wyjazdu.
               Podeszłam do naszej prowizorycznej kuchni, którą stworzyliśmy z dziewczynami niedaleko samochodów. Wzięłam czysty kubek, nalewając do niego wody z baniaka. Dodałam do niej zawartość saszetki. Wymieszałam. Spojrzałam na mętny płyn, który się stworzył. Jak Hemmings to wypije i się nie porzyga, to będzie pół sukcesu. Z doświadczenia wiedziałam, że smakowało paskudnie. I tak też wyglądało. Ale potrafiło zdziałać cuda.
               Wróciłam do namiotu, ostrożnie przybliżając się do blondyna. Nie chciałam wylać tego, co miałam w kubku. Chłopak drgnął po raz kolejny, ponownie otwierając oczy. Pokręcił nosem, dźwigając się do pozycji siedzącej. Przejechał rękawem bluzy, po swojej twarzy, odgarniając jednocześnie z czoła wilgotne włosy.
- Trzymaj. Wypij do końca. – Luke skrzywił się, odbierając ode mnie kubek. Spojrzał na to, co znajdowało się w środku. Na widok jego miny miałam ochotę parsknąć śmiechem. – Do dna, kotku.
- Fuj…
- Mam coś do kompletu – odparłam, przesuwając się w stronę wejścia. Złapałam za czerwoną miskę, a następnie położyłam mu ją na kolanach.
- Ty sobie żartujesz.
- Lepiej do tego, niż na siebie – skwitowałam, a on uśmiechnął się lekko.
- Nie zwymiotuję.
- Mam nadzieję – powiedziałam, przeczesując mu palcami włosy. – Wypij i spróbuj się przespać.
                 Luke ponownie zajrzał do kubka. Zacisnął lekko zęby, a następnie przyłożył naczynie do ust. Przechylił je, wypijając wszystko na raz. Skrzywił się jeszcze mocniej, a potem przełknął ostatnią porcję leku. Wzdrygnął się, oddając mi pusty kubek. Obserwowałam go uważnie, ale nie wyglądał na kogoś, kto miał zaraz pozbyć się wszystkiego, co miał w żołądku.
- Ohyda – podsumował, przecierając wargi palcami.
- Oby ci po tej ohydzie przeszło. Kładź się.
                Blondyn posłusznie padł na materac. Odsunęłam od niego miskę, postanawiając jednak całkowicie jej nie usuwać z środka namiotu. Nigdy nie wiadomo, co może stać się za chwilę. Luke ponownie położył się na boku, obejmując poduszkę jednym ramieniem. Opatuliłam go śpiworami, aby było mu cieplej.
- Nie musisz ze mną siedzieć. Idź do reszty – powiedział, zakopując się pod przykryciem.
- Jakby co, wołaj, okej?
- Spoko.
- To spoko – rzuciłam, nachylając się. Po raz kolejny musnęłam ustami jego skroń, na co uśmiechnął się. – Zostawię ci butelkę wody.
- Dzięki.

                Minęło trochę czasu odkąd Luke zasnął. Męska część paczki oraz Maya złapali totalnego lenia i nikomu z nich nie chciało się ruszyć tyłka i iść na spacer. Co innego ja, Lori i Becky. Naszą trójkę, aż nosiło, by połazić po lesie. Dlatego szybko przebrałyśmy buty, wybierając te bardziej wygodniejsze i pewniejsze na taką wycieczkę. Jesse miał mieć oko na Hemmingsa i poinformować mnie o tym, gdyby podczas mojej nieobecności mu się pogorszyło.
- Nie zgubcie się – powiedział Calum, machając na nas palcem, jakby był naszym rodzicem. Przewiązałam bluzę przez pas, patrząc na niego z uśmiechem. To było urocze, jak się tak o nas troszczył. – Nie oddalajcie się za daleko, bo nie znacie terenu.
- Będziemy uważać – odparłam z pewnością w głosie.
- Jakby coś się działo, dzwońcie – odezwał się Michael.
- Znajdziemy was i ściągniemy z powrotem - dodał Ashton.
- Uważasz, że nie nadajemy się na samotne wycieczki? – zakpiła Becky.
- Nie, ale to jesteście wy, musimy brać na was poprawkę – skwitował Irwin, mierzwiąc jej włosy na głowie. Następnie odskoczył, kiedy brunetka uderzyła go w ramię. – Ej!
- Nie ruszaj ich – warknęła, uklepując sterczące na wszystkie strony kosmyki.
- Niedługo wrócimy – powiedziałam z uśmiechem.
- Uważajcie na siebie – odparł Calum, kiedy my odwróciłyśmy się, by ruszyć w stronę drugiej części lasu.

               W lesie nie było żadnej ścieżki, więc każda z nas miała na uwadze to, by nie zbaczać z obranego kursu. Ustaliłyśmy, że pójdziemy prosto, a potem zawrócimy, nie skręcając na żadne strony. Wtedy na pewno bez problemów dotrzemy z powrotem do naszego obozowiska.
               Towarzyszyła nam cisza, przerwana tylko szelestem suchych liści, które znajdowały się pod naszymi stopami. Gdzieniegdzie przez korony drzew przedostawało się słońce, tworząc piękne jasne smugi światła, które ozdabiały otoczenie. Szłam pierwsza, starając się zapamiętać te obrazy. Być może uda mi się je odtworzyć na płótnie lub papierze. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą, czegoś do rysowania.
- Mogę zadać wam pytanie? – odezwała się Becky. Zatrzymałam się, by mogły do mnie podejść, a następnie równo całą trójką ruszyłyśmy na przód.
- Już to zrobiłaś – odparła ze śmiechem, Lori. Brunetka przekręciła oczami. – Mów.
- Czy… Myślicie, że po studiach to wszystko, co jest między nami się utrzyma?
- Oczywiście - odpowiedziałam z pewnością w głosie. – Może będziemy miały pracę i własne rodziny, ale ja nie zamierzam odpuścić takiej przyjaźni.
- Rose, kocham cię – wydusiła z siebie, zarzucając mi dłoń na ramiona. Przyciągnęła mnie do siebie, a ja wpadłam w jej ramiona, niemalże zwalając ją z nóg. Spojrzała na Lori, a potem złapała ją za rękę, zgarniając do grupowego uścisku.
- Skąd ci się nagle wzięło to, że może być inaczej? – odparła blondynka, kiedy Becky nas puściła.
- Myślałam o tym rano. Głównie zastanawiałam się nad tym, czy ja i… Ash będziemy jeszcze wtedy razem.
- Sądzisz, że możecie nie dotrwać?
- Kocham go, serio, ale… Różne rzeczy mogą się zdarzyć i… Boję się, że… Naprawdę nie chcę, by mnie zostawił.
- Ej, wyluzuj i nie myśl o takich rzeczach – pociągnęłam i tym razem to ja objęłam ją ramieniem. Poklepałam ją po dłoni, uśmiechając się. – Między wami wszystko gra?
- Jak najbardziej – odpowiedziała, a na jej usta wypłynął szczery i szeroki uśmiech. Nawet mała wzmianka o Irwinie wprowadzała ją w dobry nastrój. Jak nic, Becky mocno wpadła.
- Więc nie twórz sobie czarnych scenariuszy. To nie potrzebne. Skup się na nim i na tych wszystkich cudownych wspólnych chwilach.
- Rose ma racje, to niepotrzebne – dodała Lori, kiwając głową.
- Może to ten jedyny. Kto wie? – powiedziałam, nie odrywając od niej wzroku.
                To był moment, jak moje nogi straciły grunt. Zresztą, nie tylko moje. Dziewczyny też nie patrzyły na drogę, którą szły. Przez to cała nasza trójka zaliczyła spektakularną wywrotkę, zsuwając się z góry. O ile dziewczyny zjechały na tyłkach, ja pacnęłam na klatkę piersiową, sunąc wśród liści i mokrego podłoża. Czułam, jak małe gałązki rozcinają mi skórę na kolanach i dłoniach. Syknęłam pod nosem, kiedy zatrzymałam się na dole. Jęknęłam głośniej, kiedy Becky wleciała wprost na mnie, sprzedając mi solidnego kopniaka w tył pleców.
- Kurwa – wydusiłam, przecierając wierzchem dłoni twarz, na której zgromadził się piach.
- Serio?! – warknęła Lori. – Żeby nie zobaczyć spadu! Kurwa! Ja jestem blondynką, ale wy?!
- Niby to nasza wina?! – odpowiedziała Becky, wyplątując się z moich kończyn. – Rose, rusz dupę. Oddaj mi nogę.
- Jezu… Nie wstanę.
- Co ci? Oł… Tak. Trzeba będzie cię załatać – powiedziała, zerkając na mnie.
               Usiadłam na ziemi, przyglądając się swojemu ubraniu. Byłam brudna od góry do dołu. Do tego miałam poharatane kolana i dłonie. Zyskałam idealne pamiątki z naszej wycieczki. Spojrzałam w bok. Lori oglądała swój rozwalony łokieć. Przeniosłam ciemne oczy na Becky, która pobladła.
- Nie patrz. Odwróć głowę i nie patrz – rozkazałam jej, wiedząc, jak dziewczyna reaguje na widok krwi. – Skup się na…
- Leci mi krew – wydusiła, patrząc na swoje kolano. – Moja jest w porządku, ale wasza…
- Skup się na drzewach – powiedziałam, dźwigając się na nogi. Bolało mnie całe ciało. Rozejrzałam się, podnosząc głowę. Góra była dość stroma. Zastanawiałam się, jakim cudem, żeśmy jej nie widziały.
- Myślisz, że damy radę pod nią wejść? – zapytała Lori, podchodząc do mnie. W jej włosach znajdowało się pełno liści. Mogłam się założyć, że cała nasza trójka wyglądała, jak siedem nieszczęść.
- Wątpię. Liście sprawiają, że jest cholernie ślisko. Znajdziemy obejście – odparłam, licząc na to, że faktycznie uda nam się wrócić.

***
               Jego palce mocniej zacisnęły się na gorącym kubku. Uśmiechnął się i podziękował Jesse’mu, który niczym jego niania, wziął sobie za punkt honoru zajmowanie się nim. Teraz przytaszczył mu świeżo zaparzoną herbatę, a do tego dorzucił paczkę biszkoptów, w ramach obiadu, który go ominął. Żołądek przestał go boleć, ale Luke wiedział, że teraz powinien zjeść coś łatwo strawnego, aby nie rozchorować się na nowo.
- Nie będę umierał – powiedział blondyn ze śmiechem, kiedy Jesse, usiadł obok dokładnie mu się przyglądając. – Już czuję się dobrze.
- Rose kazała mi cię pilnować. Może nie dosłownie, ale… nie może ci się pogorszyć.
- Nic mi nie jest.
               Podniósł głowę, kiedy obok nich pojawiła się reszta. Michael po raz kolejny spojrzał na swój telefon, zagryzając lekko wargę. Luke skupił się na nich, mając nadzieję, że dostali jakąś wiadomość od dziewczyn. Obudził się stosunkowo niedawno i z tego, co zdążył się dowiedzieć Rose, Lori i Becky nie wracały już od jakiś trzech godzin. Sam zaczął się z tego powodu denerwować.
- Cały czas są poza zasięgiem – poinformował go Irwin, łapiąc za puszkę z colą.
- Mówiłem, że mają nie odchodzić daleko – jęknął Calum. – A jak się zgubiły?
- Może już wracają – pociągnęła cicho Maya, siadając obok swojego chłopaka. Hood odruchowo objął ją w pasie.
- Oby – wydusił z siebie Hemmings. – One i ich wycieczki.
- Daje im jeszcze trochę czasu – powiedział Michael, nadal wpatrując się w komórkę. – Jak nie wrócą, wtedy pójdziemy ich szukać.
- Nigdy więcej nie puszczę ich samych do lasu – skwitował Ash, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Ani ja – dodał szybko Luke, upijając łyk herbaty.

***
                Nie miałam pojęcia, ile dokładnie tak maszerowałyśmy. Wolałam nie patrzeć na zegarek, by się niepotrzebnie nie dobijać. Czułam, że jestem już naprawdę głodna. I do tego potrzebowałam się porządnie umyć. Postanowiłyśmy trzymać się ściany góry, aby w końcu dotrzeć na jej szczyt. Na razie nie miałyśmy możliwości podjęcia próby wspinaczki, bo góra nadal była cholernie stroma.
               Spojrzałam na dziewczyny, a potem na swoje brudne ubranie. Cała nasza trójka wyglądała, jakby stoczyła ostrą walkę z ubłoconym leśnym potworem. Moja koszulka i spodenki nosiły ślady wilgotnej ziemi, która kryła się pod stertą liści oraz krwi. Kolana i dłonie miałam poharatane, jakby leśny potwór miał do dyspozycji ostrą tarkę, którą wykorzystał przeciwko mnie. Na szczęście nie krwawiłam już tak mocno, jak na początku. Wszystko powoli zaczynało zasychać.
                 Mój wzrok powędrował w stronę góry, która tak pięknie nas załatwiła. W dalszym ciągu nie ogarniałam tego, jak mogłyśmy jej nie zauważyć. Byłyśmy pochłonięte rozmową i przekonane o tym, że przed nami nadal jest prosta droga. Dodatkowo słońce, rosnące drzewa i sterta liści, dała mylne złudzenie bezpiecznej ścieżki. Jeden do zera dla lasu, który nas pokonał.
- No, kurwa w końcu – mruknęła Lori, przekręcając oczami. Odetchnęłam z ulgą, widząc o wiele łagodniejszy spad, pod który łatwiej będzie nam podejść.
- Nogi mnie bolą – jęknęła Becky, która szła kawałek za nami. – Chcę do namiotu.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłyśmy za dużego kółka – zaczęłam, lekko się krzywiąc.
- Weź mnie nie dobijaj – mruknęła brunetka. – Padam na twarz.
- Wchodzimy – zarządziła Lori i jako pierwsza ruszyła w stronę górki. 
               Klepnęłam Becky w plecy, aby dodać jej odrobiny entuzjazmu. Dziewczyna prychnęła tylko pod nosem, ale posłusznie poszła za przyjaciółką. Ja zamykałam tą naszą małą grupę, idąc na końcu.
- Jest droga! – krzyknęła blondynka, która już stała u szczytu. Zignorowałam bolące kolana, przyspieszając. Wyminęłam Becky i po chwili stanęłam obok Lori.
- Jest droga – powtórzyłam, odwracając się z uśmiechem. – Zaraz powinnyśmy być w obozie.
- Nigdy więcej lasu – odparła brunetka, kiedy podałam jej rękę, by wciągnąć ją na górę. Było widać, że jest zmęczona. – Jak chłopaki wymyślą kolejną wycieczkę, to niech to tym razem będzie Spa.
- To całkiem niezły pomysł – rzuciła Lori, również się uśmiechając. Od razu poprawiły nam się humory, gdy byłyśmy już pewne, że zaraz dotrzemy do celu.
- Ale obiecaj, że namówisz Asha do założenia do jacuzzi różowych stringów – dodałam, a potem parsknęłam śmiechem na widok jej zdegustowanej miny. - Luke by to zrobił – powiedziałam z pewnością w głosie.
- Żartujesz? – wydusiła Lori, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- Jakbym go upiła, to myślę, że udałoby mi się go wcisnąć w koronkowe stringi.
- Nie – odpowiedział blondynka. – Szybciej Michael po pijaku, by to zrobił.
- Albo Calum – pociągnęłam, a Becky spojrzała na nas, jak na kretynki. – Uśmiechnij się smutasie, jesteśmy prawi w domu! – dodałam, rzucając się na jej plecy, aby ją objąć. 
                Niestety zrobiłam ten ruch zbyt gwałtownie i niespodziewanie. Skutkiem tego było to, że wleciałam na nią, a następnie powaliłam na ziemię, bo Becky nie utrzymała mojego ciężaru. Padłyśmy na liście. Obie w tym samym momencie jęknęłyśmy, czując rozchodzący się po całym ciele ból. Nasze głosy zostały jednak zagłuszone głośnym wybuchem śmiechu Lori. Przyjaciółka nie wytrzymała i najnormalniej w świecie popłakała się, niemalże kucając w miejscu. Uspokoiła się w momencie, kiedy obie dźwignęłyśmy się na nogi.
- Jesteś niebezpieczna – wydusiła Becky, odsuwając się ode mnie.
- Nie sądziłam, że…
- Kurwa, to było piękne! – przerwała mi Lori, a potem znów zaczęła się śmiać. Przekręciłam oczami i machnęłam na nią ręką.
- Idźmy dalej – zarządziłam, wysuwając się na przód.
                Mimo tego, że miałyśmy drobne wypadki w czasie naszej wycieczki, to jednak w końcu udało nam się dotrzeć do obozu. Pierwsze, co zobaczyłam, to zgromadzonych przy samochodach chłopaków, którzy o czymś zawzięcie dyskutowali. Wyglądali, jakby podzielili się na małe grupki, bo Calum wskazywał im różne części lasu. Przestał mówić w momencie, kiedy jego ciemne oczy zatrzymały się na nas.
- No, nareszcie!
                Wszyscy odwrócili się, a ja na ich twarzach dostrzegłam ulgę. Najwidoczniej myśleli, że się zgubiłyśmy, co po części było prawdą. Z pewnością ustalali, gdzie powinni nas szukać. Stąd ta mała organizacja z ich strony. Na szczęście nie musieli tego robić.
- Jezu, co wam się stało? – zapytał Trevor, spoglądając na nas z niepokojem.
- Mały wypadek – rzuciłam, wzruszając ramionami.
- Gdzie wyście były?! – warknął Luke, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. – Wiecie, jak… Czy ty masz rozwalone kolano?! – Przekręcił oczami, jakby spodziewał się tego, że coś takiego może zobaczyć. – Ekstra.
- Nie pyszcz się, królewno – mruknęła Lori, mijając go.
- Powiecie, co wam się stało? – drążył temat Clifford, łapiąc ją za rękę.
- Spadłyśmy z górki – odpowiedziała, jak gdyby nigdy nic.
- Że jak?- zapytał Calum, jakby do końca nie ogarniał tego, jak mogłyśmy to zrobić. – Jak spadłyście?
- Normalnie – rzuciła zmęczona, Becky. – Nie wypieprzyłeś się nigdy z żadnej górki?
- Zdecydowanie panie mają zły humor – podsumował Jesse, uśmiechając się do nas. – Głodne?
- Tak – powiedziałyśmy równo.
- Ogarnijcie się, a ja przyszykuję wam coś do jedzenia.
- I to jest chłopak idealny – rzuciła Becky, machając na niego palcem. – A nie czepianie się.
- Kto się niby czepiał? – zapytał Ash.
- On i on – odpowiedziała, wskazując na Hemmingsa i Clifforda. Ci unieśli brwi do góry, patrząc na nią, jak na kosmitkę. – Nie ważne – mruknęła, odwracając się od nich. – Idę się przebrać.
              Odprowadziłam brunetkę wzrokiem do żółtego namiotu. Następnie spojrzałam na męską część paczki, która dalej bacznie nas obserwowała. Dostrzegłam stojącą niedaleko nich Maya’ę, która nie kryła strachu. Najwidoczniej nasz wygląd nieco ją przerażał albo nadal się o nas martwiła. Postanowiłam jednak zakończyć wszelkie rozmowy i również iść, by doprowadzić się do jakiegoś normalnego stanu. O ile to było możliwe. Dlatego okręciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę niebieskiego namiotu, który dzieliłam z Lukiem.
               Starając się nie pobrudzić śpiworów i niczego innego brudnymi i zakrwawionymi nogami i rękami, wpełzłam do środka. Kucając, dorwałam się do torby. Wyciągnęłam z niej świeże szare dresy i czarną koszulkę. Zmarszczyłam nos, widząc, że ta część garderoby nie należy do mnie. Olśniło mnie zaraz po tym, jak zobaczyłam w pełni jej wielkość, krój i nadruk na piersi. Gwizdnęłam Hemmingsowi bluzkę z Nirvaną. Wzruszyłam jednak ramionami, postanawiając ją założyć. Chwyciłam jeszcze parę czystych skarpetek.
- Rose?
- Daj mi chwilę – powiedziałam, nawet nie odwracając się w stronę blondyna, który wszedł do środka. Zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy usłyszałam puknięcie, jakby coś się o siebie obiło. Luke trzymał w dłoniach swoją samochodową apteczkę. To jej zawartość wydała taki właśnie dźwięk.
               Hemmings zmierzył mnie dokładnie wzrokiem, upewniając się, że faktycznie jestem w jednym kawałku. Mogłam się założyć, że oprócz zdartych rąk i kolan, będę mieć też przynajmniej jednego siniaka. Obstawiałam plecy, w które podczas spadania, kopnęła mnie Becky.
              Chłopak bez słowa usiadł obok mnie. Nie ruszyłam się, gdy zaczął przekopywać moją torbę. Śledziłam uważnie jego ruchy, zastanawiając się, czego tam szuka. Po chwili wyciągnął z niej paczkę nawilżających chusteczek dla dzieci. Kupiłam je, bo idealnie przydają się do mycia rąk czy twarzy w takich polowych warunkach. Podał mi je.
- Jak się czujesz? – zapytałam, otwierając opakowanie.
- Mniejsza ze mną – rzucił, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy. – Cholernie się martwiłem. Jak się obudziłem, chłopaki powiedzieli mi, że poszłyście na spacer. I ten spacer wam się mocno przedłużył. Nie możesz się na mnie wściekać o to, że najnormalniej w świecie się o ciebie bałem.
- Luke?
- Tak?
- Nie wściekam się, kotku – powiedziałam z uśmiechem, nachylając się. Cmoknęłam go przelotnie w usta. – Nie musiałeś jednak na nas wrzeszczeć.
- Wiem, przepraszam. Poniosło mnie.
- Łał… I przeprosiłeś…
- Rose – jęknął, przekręcając oczami. Zaśmiałam się.
                 Zrzuciłam z siebie brudne ubranie, pozostając tylko w bieliźnie. Luke nawet nie ukrywał tego, że w dalszym ciągu mnie obserwuje. Zresztą, nie musiał się odwracać. Nie na takim etapie, na którym byliśmy w naszym związku. Za pomocą chusteczek, dokładnie się umyłam. Najgorzej było doszorować poranione miejsca, ale i to jakoś mi się udało. Nie obeszło się oczywiście bez szczypania i pieczenia, kiedy wilgotna chusteczka natrafiła na skaleczoną skórę. Kiedy byłam odświeżona, przebrałam się w czyste rzeczy. Podwinęłam nogawki spodni, aby nie przykleiły mi się do moich nowych ozdób.
- Siadaj i się nie ruszaj.
- Co? – odparłam, ale posłusznie zrobiłam to, czego chciał.
- Trzeba to opatrzyć.
- Zmieniasz się w mojego prywatnego doktor House'a?
- Jestem przystojniejszy – dodał ze śmiechem.
- Oczywiście, kotku.
- Tak to z nami jest – pociągnął, a ja spojrzałam na niego z uwagą. – Ty dbasz o mnie, ja o ciebie.
- Dlatego jesteśmy tacy super.
- Super razem. – Przejechałam palcami po jego policzku. Uśmiechnął się, zerkając na mnie. – A teraz się nie ruszaj. Najpierw kolana.
               Przybliżył się do mnie jeszcze bardziej. Przysunął apteczkę i otworzył ją. Zaczął w niej grzebać, by w końcu wyciągnąć najpotrzebniejsze rzeczy. Nie przeszkadzałam mu, kiedy powoli i dokładnie tworzył opatrunki. Najpierw nogi, potem dłonie. Nie powiem, ale wyglądałam z tymi plastrami (na kolanach) i bandażami (na rękach), jak kretynka. Na szczęście nie musiałam z tym paradować zbyt długo. Byłam pewna, że jutro będę mogła się tego ostatecznie pozbyć.
- Gotowe.
- Dzięki.
- Następnym razem proszę, byś naprawdę na siebie uważała – powiedział ciszej, przybliżając się do mnie. Wsunął się między moje uda, dotykając palcami skóry na mojej szyi. Uśmiechnęłam się ponownie, a on szybko odpowiedział tym samym. Spojrzałam w jego błękitne tęczówki. Luke niewiele myśląc złączył nas w spokojnym i czułym pocałunku. Objęłam jego kark rękami, napierając na niego mocniej. Westchnął w moje usta, a ja poczułam przyjemną falę ciepła, która rozeszła się po  całym ciele.
- Co masz zrobić następnym razem?
- Bardziej na siebie uważać – odpowiedziałam, gładząc go po policzku. Luke uśmiechnął się.
- Grzeczna dziewczynka.

                Wieczorem urządziliśmy sobie po raz kolejny ognisko. Była to nasza ostania noc w Willow Grove. Jutro, bowiem musieliśmy wrócić do Melbourne, by znów wpaść w wir zleconych prac, esejów i wykładów, które tam na nas czekały. Szkoda, że nie można mieć wakacji przez całe życie. No… Niektórzy szczęśliwcy takie życie posiadają.
                Tej nocy znowu nie mogłam zasnąć. Tym razem jednak nie prześladowały mnie wizje z mordercą, który by nas ukatrupił za pomocą swojej siekiery. Teraz po prostu doskwierała mi najnormalniejsza bezsenność. Mój mózg włączył wyższe obroty, a ja rozmyślałam nad wszystkim. Nad tym, jak świetnie się tu bawiliśmy, jak Jesse i Trevor doskonale pasują do naszej paczki i o tym, co powiedziała nam w lesie Becky. Naprawdę miałam nadzieję na to, że jak wrócimy do Sydney, ta cała przyjaźń nadal się utrzyma i będzie trwać do końca. Nie wyobrażałam sobie tego, by mogło być inaczej. 
                Jak tylko o tym pomyślałam, zrobiło mi się cholernie smutno. Nie wierzyłam, że nasza grupa mogłaby się rozpaść, ale i tak poczułam nieprzyjemną obawę, że i taki scenariusz może się pojawić. Był on mało prawdopodobny, bo więź między nami naprawdę jest silna i mocna. Jednak dorosłe i odpowiedzialne życie, w którego w skład wchodzi praca, dom i rodzina, może pokrzyżować nam plany.
                Podniosłam się, spoglądając na blondyna. Byłam pewna, że Luke śpi. Wstałam powoli z materaca. Odruchowo opatuliłam chłopaka szczelniej śpiworem. Następnie złapałam za telefon i bluzę. Zbliżyłam się do zamka. Rozsunęłam go, starając się być cicho.
                Chłodne nocne powietrze uderzyło w moje ciało, które szybko pokryło się gęsią skórką. Odwróciłam się, by złapać za koc, który leżał zwinięty z boku namiotu. Następnie zasunęłam zamek, aby w środku nie zrobiło się zimniej. Nie chciałam, by Luke zmarzł. Wciągnęłam pospiesznie na siebie czarną bluzę. Potem owinęłam się kocem. Ruszyłam w stronę bali, które rozłożone były przy tlącym się ognisku.
                 Usiadłam, spoglądając w stronę wody. Zapatrzyłam się na ciemną taflę Blue Rock Lane. Jezioro, jak zwykle było spokojne. Wokół mnie panowała cisza, nie przerywana praktycznie niczym. Uśmiechnęłam się lekko, kiedy dostrzegłam naprawdę piękny obraz, który malował się przed moimi oczami. Czarny las, znajdujący się po drugiej stronie wody, odznaczał się delikatnie na tle ciemnego sklepiania. A ono usiane było drobnymi jasnymi gwiazdami. Było je tu o wiele lepiej widać, niż w mieście. Jakby człowiek znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości. To one rozjaśniały noc. One i księżyc w pełni, który odbijał się w tafli jeziora. Pewnie, dla niektórych ten widok nie był czymś wyjątkowym czy cudownym. Dla mnie jednak był niemalże magiczny. W mieście, czegoś takiego się nie zobaczy. W mieście wszystko zakłócają otaczające cię światła i hałas. Zastanawiałam się, czy będę w stanie odwzorować magię i piękno tego miejsca na płótnie.
- Rose?
                 Podskoczyłam, a moje dłonie mocniej zacisnęły się na materiale koca. Usłyszałam kroki. Luke usiadł obok mnie, zakładając na siebie bluzę z kapturem. Było dosyć ciemno, ale i tak widziałam zarys jego twarzy. Dodatkowo czułam jego wzrok na sobie.
- Wracaj do namiotu, Luke – powiedziałam cicho.
- Co się dzieje?
- Nic. Po prostu myślę.
- W środku nocy?
- Nie mogę spać.
- Czego się boisz? – zapytał, a ja spojrzałam na niego ponownie, będąc zaskoczona pytaniem.
- Dlaczego uważasz, że czegoś się boję?
- Znam cię za dobrze – powiedział, a ja dostrzegłam, jak lekko się uśmiechnął. Odwinęłam z siebie koc, aby zarzucić go mu na plecy. Następnie usiadłam między jego nogami, a on od razu otoczył mnie ramionami. Teraz było mi naprawdę ciepło i przyjemnie. – Rose, czego się boisz?
- Niczego, Luke – odpowiedziałam, choć nie była to do końca prawda. Miałam obawy. Bałam się perspektywy rozłąki czy straty. Ale to było w każdym człowieku. To było częścią nas. Tego nie zmienimy.
- Wiesz, że zawszę będę obok – wyszeptał, opierając brodę o moje ramię.
- Wiem. Ja też zawsze będę obok. – Uśmiechnęłam się, czując, jak całuje mnie lekko w policzek. Wtuliłam się w jego ramiona bardziej, ciesząc się tą chwilą.

                Nikomu z nas nie chciało się wracać. Mimo tego, że wyprawa do lasu nie we wszystkich momentach była szczęśliwa i bezpieczna, to jednak wszyscy doskonale się bawili. Spędziliśmy ze sobą miło czas, zacieśniając jeszcze bardziej więzi, jakimi się połączyliśmy. Głównie z Trevorem, Jesse’im i Maya’ą, którzy byli nowymi członkami naszej paczki, bo reszta miała znacznie dłuższy staż. W końcu jednak musieliśmy opuścić Willow Grove i wrócić do Melbourne. Liczyliśmy jednak na to, że jeszcze nie raz uda nam się wyjechać, gdzieś razem. I to będąc w takim samym składzie, jak teraz. 


***
Nasza paczka miała chwilę przerywy od studiów, ale czas wracać. Nie było potrzeby, aby przedłużać im ten wypoczynek :D Ta część wyszła trochę dłuższa, ale nie dzieliłam jej. Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu i że nie pozasypiałyście :) 

Jak majówka? Mam nadzieję, że odpoczywacie :)

Standardowo przypominam Wam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau

Nie będzie dzisiaj w następnym odcinku, bo najnormalniej w świecie wypstrykałam się z rozdziałowych zapasów :\

Do następnej niedzieli!
Pozdrawiam!

7 komentarzy:

  1. Nawet sobie nie wyobrażasz jak kocham to opowiadanie (jak twoje wszystkie pozostałe). Czy tylko dla mnie Luke i Rose tutaj to jakiś goal? Może trochę czasami jest między nimi za słodko, ale przecież są tacy młodzi i zakochani w sobie.
    Chciałabym ci jeszcze życzyć miłego wieczoru (?) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie to bardzo :) Mam nadzieję, że nowe historie, które kiedyś się pojawią, również przypadną Ci do gustu :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Ja również życzę miłego późnego wieczoru i dnia :D
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. A ja lubię tą ich słodycz :) oni tworzą naprawdę świetną paczke przyjaciół i mam nadzieję, że tak zostanie do końca i nikt się nie wyłamie. Jesse i Trevor do nich idealnie pasują :) Luke jaki opiekuńczy w stosunku do Rose :) ale on zawsze taki był ♡
    Czekam na ivh powrót do Melbourne, ale tam pewnie Hemmo znowu będzie się wkurzał, bo tam jest Blake :/
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, tak powrót do Melbourne to także ponowne spotkanie z Blake'em :) Ale może nie będzie tak źle? :)
      Cieszę się, że główna para Ci się nadal podoba :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Rozdział świetny jak każdy. Fajne, że udała im się wycieczka i super że wracają do Melbourne. Trochę słodzisz jeśli chodzi o związek Luke i Rose i mam nadzieję, że niedługo wprowadzisz trochę dramy :P
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał. Może niedługo coś się pojawi - przyjęłam do wiadomości, że jest za słodko :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń