niedziela, 29 maja 2016

S6 - Rozdział 21

This ain't movie that I wanna see. A tragic story, starring you and me


             Przebudziłam się, a potem lekko zmarszczyłam czoło, słysząc tuż przy uchu ciche chrapanie blondyna. Nieraz mu się to zdarzało. Podskoczyłam, kiedy Luke mruknął głośno pod nosem. Wytrzeszczyłam oczy ze strachu. Tego się nie spodziewałam, więc nic dziwnego, że zareagowałam właśnie w taki sposób. 
              Wyplątałam się spod jego ramienia, by móc zerknąć na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Zamrugałam, unosząc się na łokciu. Spojrzałam w stronę okna. Deszcz bębnił w szybę, wystukując tylko sobie znaną melodię. W momencie kiedy chciałam usiąść, Hemmings przekręcił się, niemalże przygniatając mnie do materaca. W sumie chyba jego ciało myślało, że jestem elementem pościeli, bo chłopak rozpłaszczył się, jakby całe łóżko należało do niego.
- Ej – syknęłam, czując, że robi mi się duszno. – Luke?
- Nie.
- Co nie?
- Nie będziesz kupowała.
- Kotku?
- Żadnych pierdolonych kaczek. Nienawidzę biedronek - wyszeptał cicho, wsuwając nos pod kołdrę. Uniosłam jedną brew, patrząc w jego na wpół ukrytą twarz.
- Luke – ponowiłam próbę dobudzenia chłopaka, bo naprawdę bałam się tego, że w końcu zabraknie mi tlenu. I cierpliwości, a wtedy dostanie po głowie.
- No, co? – jęknął, przeciągając wyrazy.
- Chcę wstać.
- Czy ja ci bronię? Jezu…
- Trzymasz mnie…
- Żołędzie.
- Co?
- Masa kasztanów.
- Ty nie jesteś normalny – powiedziałam sama do siebie, bo blondyn w dalszym ciągu spał. I pewnie we śnie zbierał Bóg wie co. Nawet nie próbowałam wnikać, co tam się tworzy w tym jego mózgu.
              Musiałam jednak podnieść się z miejsca, bo teraz oprócz tego, że ledwo oddychałam, to jeszcze musiałam iść skorzystać z toalety. Kiedy Luke wymamrotał pod nosem kolejną serię słów, których tym razem w ogóle nie zrozumiałam, wpadłam na genialny plan, który z pewnością go ruszy.
- O mój Boże, All Time Low przyjechali na nasz kampus! – krzyknęłam na tyle głośno, na ile pozwalała mi mniejsza ilość tlenu.
               To była chwila, jak Hemmings poderwał się z miejsca, ciężko dysząc. Rozejrzał się zdezorientowany po pokoju, chyba do końca jeszcze nie wiedząc, gdzie się dokładnie znajduje. W końcu kiedy jego przyspieszony przez strach – i cudną pobudkę – oddech zaczął się normować, odwrócił się w moją stronę. Zmrużył swoje błękitne oczy, patrząc na mnie z wyrzutem.
- Dzień dobry, kotku! Mamy cholernie brzydki dzień i żadnego All Time Low nie ma, ale masz coś lepszego! Masz cudną dziewczynę tuż przed swoim słodkim nosem! – powiedziałam rozbawiona, a następnie pstryknęłam go w ucho i ryknęłam śmiechem, którego już nie potrafiłam powstrzymać.
               Podczas mojej salwy radochy z tego, że mój plan wypalił, a także miny, jaką miał, zdążyłam tylko wyłapać z jego strony komentarz, że powinnam się leczyć na głowę. Bywa. Ale dzięki temu mogłam wstać z łóżka i w końcu udać się do łazienki za potrzebą. Od razu zgarnęłam czyste rzeczy, by zaliczyć jednocześnie prysznic.
               
               Wyszłam z łazienki. Luke dalej tkwił w łóżku, jednak już nie spał. Trzymał przed sobą telefon, pukając palcami w jego ekran. Po chwili odłożył go na szafkę i wstał. Przeciągnął się, a następnie spojrzał na mnie, uśmiechając się.
- Co?
- Zapomniałaś, o czymś.
- Niby, o czym?
               Zamiast odpowiedzi, coś białego poszybowało w moją stronę. Materiał zatrzymał mi się na głowie, przysłaniając widok. Warknęłam pod nosem, ściągając z siebie koszulkę, którą wczoraj zrobił. No, tak… Kompletnie zapomniałam o naszym zakładzie. Luke zaśmiał się cicho, gdy spojrzałam na niego z niezbyt tęgą miną.
- Przebieraj się, księżniczko. Umowa to umowa – pociągnął zadowolony. Przekręciłam oczami, co rozśmieszyło go jeszcze bardziej. Jednak zakład to zakład, więc musiałam to zrobić.
               Wsunęłam koszulkę między nogi. Złapałam za granatową bluzkę, którą aktualnie miałam na sobie. Pozbyłam się jej, odrzucając ją w stronę chłopaka. Moja garderoba pacnęła w jego odsłoniętą klatkę piersiową. Złapał ją, a następnie przewiesił przez ramę łóżka. Założyłam obciachową koszulkę przegranej z dwoma napisami: cholernie kręcą mnie gitarzyści (z przodu) i zaklepana przez gitarzystę (z tyłu). Blondyn zmierzył mnie wzrokiem, uśmiechając się szeroko.
- Idealnie – powiedział, unosząc kciuk do góry. Nie skomentowałam tego w żaden sposób.

               Zanim każde z nas zabrało się za wykonanie ćwiczeń zleconych nam przez wykładowców, przez ponad pół godziny wisieliśmy z rodzicami na telefonie, rozmawiając o wszystkim, co wydarzyło się u nas i u nich. Gdy tylko moja mama usłyszała o naszym zakładzie, koniecznie chciała dostać zdjęcie koszulki, którą musiałam nosić przez cały dzień. Oczywiście zanim o nie poprosiła, najpierw zaśmiewała się, ledwo łapiąc powietrze. Czy ona nie powinna mi współczuć i być po mojej stronie?
              Zamknęłam notatnik. Spojrzałam na siedzącego przy biurku blondyna. Chłopak prowadził różne wyliczenia i wykresy, rozwiązując kolejne zadanie ze statystyki. Ja na szczęście całość swojego studenckiego zdania domowego miałam za sobą, więc mogłam odsapnąć.
              Wstałam z łóżka, na którym się wylegiwałam przy tej ciężkiej dla umysłu pracy. Przeciągnęłam się, odkładając duży zeszyt na bok. Postanowiłam skorzystać z okazji, że już nie pada i udać się w końcu do biblioteki, by wypożyczyć książkę, potrzebną mi na jeden z wykładów. Przy okazji mogłam wstąpić do studenckiego baru i kupić nam, jakiś obiad.
- Luke?
- Tak? – Podniósł głowę znad zapisanych kartek.
- Niedługo wrócę. Pójdę po książkę i skoczę od razu po jedzenie.
- W porządku.
              Nachyliłam się, by szybko musnąć ustami jego usta. Chłopak uśmiechnął się, a następnie znów skupił wzrok na kolorowych wykresach. Złapałam za portfel. Nie chciałam go brać całego, więc wyciągnęłam z niego dwie karty – płatniczą i biblioteczną. Wsunęłam je do kieszeni dżinsów. Ruszyłam w stronę drzwi. Ubrałam sportowe białe buty. Przynajmniej kolorystycznie pasowały mi do mojej boskiej koszulki.
- Nie biorę telefonu.
- Okej…

              Wyszłam z budynku biblioteki, trzymając pod pachą tomisko z wiedzy z zakresu psychologii. Interesował mnie z niego dokładnie rozdział trzeci, który mieliśmy przeczytać. Byłam jednak pewna, że nasz profesor będzie częściej do tej lektury wracał, bo kolejny raz moja grupa została do tej książki odesłana. Nie zdziwiłabym się, gdybym w końcu przeczytała ją od deski do deski, a potem na egzaminie dokładnie opowiadała, co w niej mówił autor. Ale czemu się dziwiłam, w końcu to nie liceum.
             Wepchnęłam kartę od biblioteki do kieszeni. Podniosłam głowę, patrząc na szare niebo. Nadal było zachmurzone, choć nie było zimno. Raczej duszno, jakby znów miało padać. Miałam nadzieję, że zdążę wrócić do pokoju i uniknę deszczu.
- Rosalie!
             Uśmiechnęłam się lekko do Blake’a, który zatrzymał się na chodniku kawałek przede mną. Chłopak dokładnie mi się przyjrzał, a jego niebieskie oczy na dłużej skupiły się na mojej koszulce. Widziałam, jak czyta napis, delikatnie poruszając wargami. Zmarszczył nos, rozglądając się. Po chwili znów spojrzał na mnie. Podeszłam do niego.
- Dawno się nie widzieliśmy.
- Przed weekendem na wykładach – przypomniałam mu ze śmiechem.
- Racja, ale to dla mnie i tak dawno. Widzę, że bierzesz się za czytanie.
- Musiałam w końcu po nią iść.
- Zawsze robiłaś wszystko szybciej…
- Nie, nie raz mam manię odkładnia, niektórych rzeczy na ostatnią chwilę.
- Fakt.
- Niektóre rzeczy się nie zmieniają – dodałam ze śmiechem, a Blake szybko mi zawtórował.
- Ty się nie zmieniłaś.
- Co? – wydusiłam z zaskoczeniem. Blondyn wzruszył ramionami, by po raz kolejny obdarzyć mnie uśmiechem.
- Nadal jesteś taka, jak kiedyś. Cholernie żałuję, że cię straciłem.
- Mieliśmy do tego nie wracać i…
- Wiem, wiem. Jesteśmy kumplami z roku, tylko tyle…
- Właśnie i…
- Tylko nic nie poradzę na to, że w końcu zrozumiałem, jak wielką masę błędów popełniłem, doprowadzając do tego wszystkiego. Dojście do tego zajęło mi dużo czasu, ale… Już nic nie da się cofnąć.
- Właśnie, więc nie ma, co rozpamiętywać.
- Szkoda, bo naprawdę chciałbym cofnąć czas.
- Co cię naszło, Blake? – mruknęłam, robiąc krok do tyłu. Nagle w mojej głowie pojawiła się paniczna chęć zwiększenia między nami odległości.
- Myślałem dużo na ten temat. – zaczął, a ja nie do końca wiedziałam, czy naprawdę chcę tego słuchać. Bałam się tego, co mogę od niego usłyszeć. I gdzieś podświadomie wiedziałam, że to mi się nie spodoba. Że ani jedno jego słowo nie będzie, czymś dobrym. Dla niego pewnie to będzie wyglądać całkiem inaczej. – Bo ja… - zawahał się, a ja wstrzymałam oddech. – Tak pomyślałem, że może moglibyśmy gdzieś razem wyjść?
- Co?
- We dwoje i…
- Chyba zapomniałeś o tym, że jestem zajęta. Nie będę umawiać się z tobą za plecami Luke'a. Zresztą, nie tylko z tobą, ale z nikim innym. Jestem z nim szczęśliwa, więc dlaczego mam to niszczyć?
- On nie jest dla ciebie.
- I kto to mówi – prychnęłam pod nosem, nie mogąc uwierzyć, do jakiego tematu doprowadził. Czemu on musiał wszystko tak komplikować?
- Wiem, że schrzaniłem, ale… Kurwa, Rose! Ja cię dalej kocham. Pokochałem cię na nowo. Gdybyś dała nam szansę…
- To nie ma sensu. Ta cała rozmowa nie ma sensu. Podjudzasz mnie do tego, bym go świadomie skrzywdziła?! Kogo ty ze mnie robisz, Blake? Nie chcę nikogo oprócz niego!
- Dlaczego na mnie krzyczysz?
- Bo mnie do tego prowokujesz!
- Rose?
- Blake, teraz uważam, że nie powinniśmy się więcej widywać poza zajęciami. Żadnego wspólnego uczenia się, ani przypadkowych wyjść na kawę w czasie okienek. Zero rozmów i zaczepek. Nie będziemy też na wykładach obok siebie siedzieć…
- No, co ty…
- Mówię poważnie. Jeśli ty masz taki stosunek do mnie, to tak będzie lepiej. Odseparujesz się i poczekasz, aż ci to wszystko przejdzie.
- Nie przejdzie…
- Przestań, proszę – odparłam, kręcąc głową. – Nie zajmiesz jego miejsca. Nigdy. Nawet gdybym z nim nie była, to niestety, ale nie chciałabym do ciebie wrócić. Wiesz czemu? Z obawą, że znów zaczniesz mnie tak traktować, jak przedmiot, jak dodatek do swojej osoby, bez żadnego szacunku.
- Nie, no… Rosalie…
- Skończyłam. Tyle mam ci do powiedzenia. Chciałabym byś uszanował i zaakceptował moją decyzję.
- Ale Rose…
              Jednak ja już go nie słuchałam. Odwróciłam się i ruszyłam pędem w stronę akademika, zostawiając chłopaka za plecami. Czułam, jak trzęsą mi się ręce. W tym momencie miałam ochotę się rozpłakać. Luke miał rację. Blake nadal był we mnie zakochany, ale ja byłam ślepa, zupełnie tego nie dostrzegając. Owszem, ostatnio zauważyłam, że zmienił do mnie podejście. Był zdecydowanie milszy, sympatyczniejszy, nad wyraz pomocny i miałam wrażenie, że jest w stanie zjawić się na każde moje zawołanie. Tyle, że ja nie brałam pod uwagę tego, co Hemmings od dawna próbował mi uświadomić. Że robił to wszystko, bo nadal czuł do mnie to, co kiedyś.
               Wpadłam na chłodny korytarz. Przyciskałam książkę do siebie tak mocno, że niemalże wbijała mi się w brzuch, który był cholernie ściśnięty od tych wszystkich emocji. Bałam się tego, że gdy Luke dowie się prawdy, to wybuchnie kompletnie. Bałam się, że to ponownie zepsuje relację między nami. Hemmings nie może wiedzieć. On nie może dowiedzieć się o tej krótkiej rozmowie, która miała miejsce pod biblioteką.
              Weszłam do pokoju, choć najchętniej zostałabym na korytarzu, aby mieć stu procentową pewność, że się opanowałam. Jednak obawiałam się tego, że Blake może za mną iść i pociągnie tą bezsensowną rozmowę tutaj. Tak blisko Luke'a. Teraz chciałam go unikać. Unikać za wszelką cenę. Będziemy się spotykać na wykładach, ale na przerwach muszę się kręcić wokół innych osób, aby nie zostawać z nim sam na sam. Teraz blondyn zaczął mnie w pewien sposób przerażać, choć wiedziałam, że to może zbyt irracjonalne odczucia z mojej strony.
- Nie byłaś w barze?
             Zerknęłam na Luke'a, który w czasie mojej nieobecności zmienił miejsce. Zamiast przy biurku, siedział na łóżku z notatkami na kolanach. Zacisnęłam zęby, siląc się na to, by się nie rozpłakać. W tym momencie byłam jednym wielkim kłębowiskiem nerwów i stresu, a to wszystko przez byłego chłopaka.
- Rose? – Spojrzał na mnie z niepokojem, który od razu wymalował się na jego twarzy. – Co się stało, księżniczko?
- Nic takiego – wydusiłam z siebie, podchodząc do biurka. Odłożyłam książkę na blat.
- Czyżby?
- Naprawdę jest w porządku. Pomyślałam, że może po prostu zamówimy pizzę?
- Pizza brzmi spoko.
- To spoko.
- Spoko. Rose?
- Tak?
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
- Bo naprawdę nic się nie dzieje – powtórzyłam, podchodząc do niego. Ściągnęłam buty i wdrapałam się na materac, od razu padać w jego rozłożone ramiona. Chłopak pocałował mnie w czoło, gładząc dłonią moje odsłonięte ramię.
- Mów.
- Pokłóciłam się z Blake’em – powiedziałam powoli. Nie zamierzałam mówić mu prawdy, ale skoro mnie rozszyfrował, to mogłam mu sprzedać małe kłamstwo, aby go niepotrzebnie nie denerwować.
- Ekstra. Czy ten kutas się teraz od ciebie odczepi?
- Tak.
- Chyba naprawdę musiałaś się z nim mocno pożreć, skoro nie poprawiłaś mnie, co do słowa kutas - skwitował Hemmings, po raz kolejny muskając ustami moją skroń.
- Nie chcę o nim gadać.
- O co wam poszło?
- O błahostkę z zajęć. Starły się dwa poglądy i tyle. Naprawdę…
- Nie będziemy o nim rozmawiać – powiedział Luke, a po jego tonie wywnioskowałam, że musiał się uśmiechnąć. 
              No, tak… Dla niego to była idealna wiadomość. Dziewczyna kłócąca się z byłym, to coś, czego pewnie chciał od dawna. Z pewnością nie będzie nas zachęcał do zgody. Jakby nie patrząc ta sytuacja była mu na rękę. I po tym, czego się dowiedziałam, wcale mu się nie dziwiłam. Też odetchnęłabym z ulgą, gdyby strony się odwróciły i to działoby się u niego. Szczególnie, że rozgryzł Blake’a szybciej ode mnie.
- Przeszkadzam ci?
- Nie. Oczywiście, że nie. Skończyłem zadanie, teraz tylko sprawdzam, czy wszystkie wykresy są okej. Chcesz ze mną tak posiedzieć?
- Tak – odparłam cicho, bardziej wciskając się w jego ciało. Luke objął mnie mocniej, a ja przez moment wsłuchiwałam się w równy rytm bicia jego serca, które uspakajało.
- Aż tak cię to dotknęło? Nie przejmuj się tym dupkiem, Rose. On nie jest wart twoich nerwów.
- Wiem.
- No i masz mnie i tą wypasioną koszulkę, którą ci zrobiłem – dodał ze śmiechem, pukając mnie palcem w czubek nosa.
- Cieszę się, że cię mam.
- Będę zawsze obok.
- Mam taką nadzieję…
- Ej, ty bądź tego pewna, a nie mniej nadzieję. Więcej wiary w nasz związek, kobieto!
               Mimo całego beznadziejnego samopoczucia, uśmiechnęłam się lekko. Poderwałam głowę do góry, by spojrzeć na Hemmingsa. Puścił mi oczko, co wywołało teraz z mojej strony cichy śmiech. Zrobiło mi się odrobinę cieplej. Poczułam się pewniej. Teraz wiedziałam, że postąpiłam słusznie, odsuwając się od Blake’a. On był historią. Liczył się, tylko Luke.

***
               Stał bez ruchu, obserwując to, jak odchodzi. Jak zostawia go po raz kolejny. Nie mógł uwierzyć, że wybrała Hemmingsa. Był pewny, że kiedy powie jej wszystko, ona w końcu zrozumie, że jest z nieodpowiednim człowiekiem. Że da mu szansę na nowo i znów stworzą coś wspaniałego. Coś, czego mu brakowało, odkąd go zostawiła i wyjechała. Czuł zawód, smutek i gorycz przez to, jak postąpiła. Na co postawiła. Zrozumiał teraz, jak wielkim był głupkiem, ślepo wierząc w to, że uda mu się od tak ją odzyskać. Pod tym względem czuł żal, że był tak naiwny. A te wszystkie emocje, tylko bardziej nakręcały go do działania.
- To jeszcze nie koniec – pomyślał.


***
Można śmiało powiedzieć, że Rose dzięki Blake'owi się obudziła. Jak wyraźnie widać chłopak nie jest zadowolony, że są tylko znajomymi. No, cóż Blake... Takie życie :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Uwielbiam je - ale to już wiecie :)

Standardowo i do nudzenia przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau :)

Pozdrawiam i do następnej niedzieli!
Miłego i spokojnego dnia Wam życzę!


4 komentarze:

  1. Swietny odcinek zreszta jak zawsze. Usmialam sie z Luka i to co mowil o zoledziach, kasztanach.
    Ciesze sie ze Rose wreszcie zrozumiala co do Blakea.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :)
      Dzięki bardzo za komentarz :*
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. W końcu kopnęła tego Blake'a w dupę! Haha :D

    OdpowiedzUsuń