niedziela, 12 czerwca 2016

S6 - Rozdział 23

You don't care how it hurts


               Miałam wrażenie, że przeżywam najgorszą noc w swoim życiu. Nie mogłam zasnąć, a jak tylko próbowałam się do tego zmusić, przed oczami stawało mi wszystko to, co się stało. Widziałam Blake’a i Luke’a. Mój mózg przerabiał to po kolei i powoli, niemalże mnie tym torturując. W końcu doszłam do tego momentu, w którym nie byłam nawet w stanie płakać dalej. Jakbym wykończyła swój limit.
               Nie poszłam na zajęcia. Byłam wykończona bezsennością i tym, co się ze mną działo. A ja praktycznie tonęłam w smutku i bezsilności. Szczególnie, że Luke od rana skutecznie mnie ignorował. A ja nie chciałam niczego innego, jak tylko szybko i na spokojnie wyjaśnić tę sprawę i odzyskać go na nowo. Wysłałam mu mnóstwo sms-ów. Na żadną z wiadomości nie otrzymałam odpowiedzi. Próbowałam do niego dzwonić, ale on nie odbierał. Potem zaczął odrzucać moje połączenia, co w efekcie doprowadziło do tego, że chłopak wyłączył telefon, a ja rozpłakałam się na nowo.
               Nie byłam jednak osobą, która by się łatwo poddała. Ponowiłam próbę podjęcia rozmowy z Hemmingsem. Tym razem jednak postawiłam na spotkanie twarzą w twarz. Niestety również i to skończyło się niepowodzeniem. Nikt nie otworzył mi drzwi.
               Kiedy udało mi się jakoś pozbierać po tej porażce, los szybko udowodnił mi, że to nie koniec. Mianowicie, gdy siedziałam na łóżku, wciąż rozpamiętując całą tę sytuację, zadzwoniła do mnie mama. Udałam przed nią, że nic poważnego się nie dzieje. Że wszystko jest, w jak najlepszym porządku. Nie potrafiłam jej powiedzieć wprost o tym incydencie. Nie potrafiłam przyznać się do tego, że tak wszystko się zawaliło.
               Wiedziałam, że osobą najbardziej winną w tym całym dramacie jest Blake. To on był cwanym prowokatorem, który umiejętnie pociągał za sznurki, by w końcu odkryć swoje prawdziwe zamiary. Ale winna byłam także i ja. Bo byłam zbyt naiwna. Bo nie dostrzegłam w nim tego wcześniej. Tego wszystkiego, co widzieli inni. Widział to Luke i Mason. Widział to nawet Ashton. Ja jednak miałam klapki na oczach, usilnie próbując wmówić pozostałym, że Blake i ja to tylko kumple, bo on już nic do mnie nie czuje. A ja do niego tym bardziej. O ile moje odczucia się sprawdzały, tak jego były zupełnie odwrotne. Winny był też Luke przez to, że w ogóle nie pozwolił mi wyjaśnić tego, co się stało. Że ewidentnie się odciął, żyjąc scenariuszem, który podświadomie wykreował. I to wszystko było bolesne i nieprzyjemne.

***
                Michael spojrzał na Caluma i Ashtona, którzy wpatrywali się w niego oczekująco. Oboje szybko zauważyli, że coś się dzieje. Zwrócili na to uwagę, jak tylko Luke i Rose nie pojawili się na umówionym wspólnym lunchu, który był już ich tradycją. W końcu Becky zapytała wprost, czy Hemmingsowie mają zamiar się zjawić, ale Lori szybko ją zbyła, zmieniając temat. Najwidoczniej brunetka również nie była świadoma kryzysu, który się pojawił. Mikey był pewny, że właśnie to, tylko utwierdziło pozostałych w tym, że coś jest na rzeczy. Jednak nikt z nich nie drążył tego przy ich wspólnym posiłku.
                Calum i Ashton dorwali Michaela zaraz po wyjściu ze studenckiego baru, kiedy to miał zamiar wybrać się do biblioteki. Złapali go w połowie drogi, ciągnąc w stronę drzew, niczym przyczajeni agenci chcący uniknąć świadków. On nie był tym zdziwiony. Wszyscy z nich byli ciekawscy. A ciekawość wzrastała, gdy na tapecie była ich paczka i to, co się w niej aktualnie działo. Zresztą, Michael również dążył do poznania przyczyny dramatu na linii Rosalie-Luke-Blake.
                Hood mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, chcąc go ponaglić, by w końcu Clifford zaczął gadać. Stojący obok niego Ashton, skrzyżował dłonie na klatce piersiowej. Żaden z nich nie spuszczał z niego wzroku, przez co Michael czuł się, jak na jakimś przesłuchaniu. Nie chciał być paplą, ale z drugiej strony uważał, że powinni wiedzieć o wszystkim. Może oni rzucą jakieś nowe światło na tę sprawę.
                 Między nimi przez chwilę panowała niewygodna cisza. W momencie kiedy Calum zaczął ze zniecierpliwieniem tupać nogą, Michael opowiedział im o wszystkim. Ich wyrazy twarzy zmieniały się w zależności od tego, jak daleko brnął w historii. Byli zaskoczeni, potem zszokowani i wściekli, by na końcu popatrzeć na siebie z mieszaniną współczucia i niedowierzania.
- I Luke nic nie zrobił? – wydusił z siebie Calum, robiąc przy tym wielkie oczy. – Kompletnie nic? Od tak to zostawił?
- Zawsze pierwszy startował do Blake’a by obić mu mordę i nagle odpuścił? – pociągnął Irwin, kręcąc głową.
- Nie widzieliście go – jęknął Michael, zagryzając wargę. – Wyglądał na totalnie złamanego. Myślę, że nigdy nie brał takiego scenariusza pod uwagę. Jestem pewny, że to, co zobaczył, tak go stłamsiło i zraniło, że jego reakcja była zupełnie inna, niż byśmy się tego spodziewali. Też byłem przekonany, że Hemmo by mu przywalił. Że by się na niego rzucił i doszłoby do kompletnej bijatyki. On jednak uciekł.
- Rozmawiał z nią chociaż? – zapytał cicho Ash.
- On uciekł też przed nią – odpowiedział Michael. – Jakby chciał się od tego odciąć. Prawda jest taka, że nie da się od tego wyrwać. Nie w tej sytuacji. Będzie w końcu musiał coś z tym zrobić.
- Nie wierzę – mruknął Calum, wciskając dłonie do kieszeni w spodniach. – Nie wierzę, że to wszystko naprawdę się działo. Myślisz, że Rose nie mówi do końca prawdy?
- Nie ma pojęcia – rzucił Clifford, a potem westchnął ciężko pod nosem. – Już zupełnie nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. – Zerknął na chłopaków po raz kolejny. Calum i Ash wymienili spojrzenia. I z jakieś przyczyny nie do końca mu się to podobało.

***
               Kompletnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Z jednej strony w ogóle nie chciałam opuszczać pokoju. Najchętniej pogrążyła bym się w swoim kiepskim samopoczuciu, użalając się nad sobą. Wiedziałam jednak, że to nic nie da. Z drugiej, zaś siedząc w jednym miejscu, w zamkniętym pomieszczeniu i załamując tylko ręce, nie posunęłabym się do przodu przy próbie kontaktu z chłopakiem. A musiałam z nim porozmawiać. Nie widziałam innej możliwości, która doprowadziłaby do wyjaśnienia wszystkiego. Kolejnym powodem, który zmusił mnie do wyjścia, była zwykła i naturalna dla człowieka rzecz. Głód. Ominęłam śniadanie i lunch, więc po południu mój żołądek naprawdę domagał się, czegoś do zjedzenia. Postanowiłam przejść się do pobliskiego sklepu. Liczyłam też na to, że opuszczenie terenu kampusu tchnie we mnie odrobinę spokoju. Że dzięki temu wymyślę, jakiś sposób na to, by dotrzeć do Hemmingsa.
                Wyszłam na pusty korytarz. Wokół mnie nie było nikogo. Zresztą, nie dziwiłam się temu. Dzisiaj była naprawdę znakomita pogoda, więc domyślałam się, że większość studentów spędza swój wolny czas na powietrzu.
                Dotarłam do schodów i już miałam zejść na dół, kiedy usłyszałam czyjeś kroki, które zmierzały na górę. Odruchowo podniosłam głowę. Moje serce od razu przyspieszyło. Poczułam, jak oczy zachodzą mi łzami. Zamrugałam, starając się nie rozpaść na nowo i nie rozpłakać. Wtedy byłby jeszcze gorzej. Pojedynczy chłodny dreszcz przebiegł po moich plecach, gdy błękitne tęczówki zatrzymały się na mojej osobie. Widniał w nich taki chłód i ból, że aż mnie zmroziło.
                 Luke był blady, niczym ściana. Zauważyłam pod jego oczami lekkie sińce, jakby i on zaliczył nieprzespaną noc. Był zgarbiony i pozbawiony tej pozytywnej energii i pewności siebie, jaką zawsze w sobie miał. Dobrze wiedziałam, jak bardzo to wszystko go zraniło. I jego wygląd idealnie to odzwierciedlał.
- Luke – powiedziałam cicho, kiedy blondyn odwrócił głowę. – Proszę porozmawiaj ze mną…
- Nie mam ochoty.
- Musisz…
- Nic nie muszę – warknął cicho, ponownie spoglądając na mnie. – Nic nie muszę, więc się odpieprz. Daj mi święty spokój.
- Tego chcesz? Chcesz, by to wszystko teraz właśnie tak wyglądało?
- Pretensje możesz mieć, tylko do siebie – odparł, mijając mnie. Złapałam go za ramię. Hemmings zerknął na moje palce, które lekko zacisnęły się na jego odsłoniętej skórze. Nie zdziwiło mnie to, że zaraz wyrwał się z tego uścisku.
- To nie tak…
- Jak mogłaś mi to zrobić?! – pociągnął, podnosząc nieco głos. – Ufałem ci do cholery! Byłaś… Jesteś dla mnie wszystkim, ale odpieprzyłaś mi najgorszy numer, jaki mogłaś zrobić! Wiedziałem, że ten kutas to nic dobrego, ale ty… Ty byłaś pewna swego! Byłem głupi i naiwny wierząc w to, że między wami nic nie ma! Byłem tak zaślepiony, że wierzyłem w każde twoje słowo i zapewnienia, ale ty i on… Chce mi się rzygać, jak tylko o tym pomyślę!
- Luke, poczekaj! – Nawet nie próbowałam ukryć rozpaczy w swoim głosie. Wszystko się we mnie telepało, a ja miałam wrażenie, że to co do tej pory miałam, rozpada się i to bezpowrotnie.
- Odpieprz się! Ty i on jesteście siebie warci!
               W tym momencie znowu coś we mnie pękło. W tym momencie nie wierzyłam w to, co słyszę. To, co powiedział spowodowało, że naprawdę byłam pewna, że Luke już mnie przekreślił. I to na dobre. Nawet nie pozwolił mi tego wszystkiego wyjaśnić. Praktycznie nie pozwolił mi dojść do słowa. Z góry uwierzył w to, co widział, nie przyjmując do wiadomości tego, że prawda może być zupełnie inna.
                Po moich policzkach zaczęły spływać słone łzy, gdy odprowadzałam go wzrokiem na górę. Chłopak nie odwrócił się, ani razu. Nie spojrzał, nie zatrzymał, a jeszcze bardziej przyspieszył, by jak najszybciej odejść. Poczułam się zraniona i kompletnie sama z tym całym problemem. Nie mogłam znieść tego, że tak szybko z nas zrezygnował. Że tak szybko odepchnął od siebie to uczucie, które mieliśmy. Że tak po prostu przekreślił wszystko, co mieliśmy i budowaliśmy przez tak długi czas.
                Przez chwilę stałam otępiała na pustym korytarzu. Echo jego kroków nadal dudniło mi w uszach, rozdzierając mi serce na jeszcze mniejsze kawałki. Nie byłam pewna, czy będę wstanie się po tym pozbierać. Drgnęłam dopiero wtedy, gdy usłyszałam ciche głosy. Jacyś studenci wrócili do akademika. Nie chciałam, by ktokolwiek – a tym bardziej obcy – widzieli mnie w takiej totalnej rozsypce. Zanim więc weszli na pierwsze schody, ja odwróciłam się i ruszyłam szybko w stronę swojego pokoju.
               Wpadłam do środka. Od razu rzuciłam się na łóżko, wciskając twarz w poduszkę. Siedząca obok Lori zaraz pojawiła się przy mnie. Jej ramiona owinęły się wokół mnie, gdy przycisnęła się do moich pleców. Jej dłoń powoli i delikatnie zaczęła przejeżdżać po moich włosach. Wiedziałam, że chce mnie tym uspokoić, ale byłam tak rozgoryczona i wściekła na siebie, Blake’a i Luke'a, że jej próby na niewiele się zdały.
- Rose, co się dzieje?
                Nie odpowiedziałam. Nie byłam wstanie wydusić z siebie żadnego słowa. Głos ugrzązł mi w gardle, a jedyne na co mogłam sobie pozwolić to głośniejszy szloch, którego nie udało mi się powstrzymać. To tak cholernie bolało, że nie wiedziałam, czy w najbliższym czasie będę umiała się z tego podnieść. Lori objęła mnie jeszcze mocniej, co wywołało z mojej strony jeszcze więcej łez. Mimo całego tego gówna, ona nadal była przy mnie, gotowa mnie pocieszać. Pomimo tego, co się stało i do czego to wszystko doprowadziło, ona była obok. I byłam jej za to wdzięczna. Nie byłam sama.
- Rose?
- On mnie nienawidzi.
- To nie prawda. Rozmawiałaś  z nim?
- On… On nie chce mnie widzieć.
- Może Luke potrzebuje odrobinę więcej czasu, by sobie to poukładać. Wtedy na pewno będzie bardziej skory do rozmowy. On cię nadal kocha…
- On mnie nienawidzi – powtórzyłam, czując kolejny rozdzierający mnie od środka psychiczny ból.
- Nie prawda. Oboje potrzebujecie czasu. Zobaczysz, że wszystko się ułoży. Pogadacie sobie, wyjaśnicie to i będzie okej.
- Nigdy nie będzie okej.
- Rose…
- Nie widziałaś tego, jak się na mnie patrzył! On mnie przekreślił. Przekreślił i… To będzie koniec. To już zaczyna być koniec.
- To żaden koniec...
- To jest koniec – powiedziałam, załamując się jeszcze bardziej. 
               Czułam, że go straciłam. Czułam, że nie będzie możliwości naprawy tego, co mieliśmy. Że już nie wrócimy do tamtego stanu. A tego wręcz chciwie pragnęłam. Co takiego zrobiłam, że los postanowił mnie pokarać, brutalnie odbierając mi kogoś tak bliskiego? 

***
               Michael czuł się, jak w kiepskim filmie. Luke wrócił do pokoju w jeszcze paskudniejszym humorze, niż wcześniej. Odmówił jakiejkolwiek rozmowy, zamykając się w łazience. Jedyne na co się zdobył, to poinformowanie go o tym, że na jego drodze stanęła Rosalie. Clifford był pewny, że gdyby był bohaterem jakieś hollywoodzkiej produkcji, to teraz byłby tym, na którego barki spada obowiązek dojścia do prawdy. No i jako najlepszy przyjaciel głównych postaci, powinien pomóc im się pogodzić. O ile pogodzenie się w ogóle wchodziło w tym wypadku w grę.
               Michael ponowił próbę wyciągnięcia czegoś więcej od Hemmingsa, jednak wszystkie jego próby podejścia chłopaka kończyły się fiaskiem. W końcu doprowadził do tego, że Luke kazał mu się dobitnie odczepić. Wiedział, że blondyn jest wściekły i rozżalony, dlatego nie wziął tego do siebie. Zanim jednak odszedł od łazienkowych drzwi, usłyszał z jego ust ciche przepraszam, wypowiedziane łamiącym się i wilgotnym głosem. Potem zapewnił go trzy razy z rządu, że nie jest na niego zły, że niepotrzebnie się na nim wyżywa i że potrzebuje chwili, by się pozbierać. Clifford to rozumiał. Postanowił zostawić go w spokoju, którego w tym momencie tak bardzo potrzebował.
                Jednak Michael nie byłby sobą, gdyby od tak odpuścił. Skoro Hemmings ponownie odmawiał współpracy, on mógł zadziałać na innych frontach. Jak tylko wyszedł z pokoju, w jego głowie pojawiały się przeróżne plany, które mógł zrealizować. Domyślał się tego, że Rose jest w takim, jak i nie gorszym stanie, co Luke, więc z góry uznał, że nie warto jej teraz dodatkowo dobijać. Zresztą, znał już jej wersję wydarzeń.
                Pod lupę postanowił wziąć głównego sprawcę całego tego zamieszania. Szybko pomyślał o osobie, która mogła na ten temat wiedzieć coś więcej. Nie chciał iść do głównego źródła, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Blake nic mu nie powie. Jednak Jesse to była całkiem inna historia. Kumplowali się i lubili, więc był pewny, że brunet będzie bardziej skory do odpowiedzenia na kilka jego pytań. W końcu i tak on i Lori chcieli z nim porozmawiać, a teraz nadarzyła się ku temu najlepsza okazja.
               Odwrócił się i spojrzał na drzwi pokoju z numerem siedemdziesiąt dziewięć. Wziął głębszy wdech i ruszył w ich stronę. Miał nadzieję, że w środku nie zastanie Caluma, ale z tego, co pamiętał Mulat wychodził gdzieś ze swoją dziewczyną. To dawało mu pewność, że rozmowa z Jesse’im odbędzie się w cztery oczy.
              Zatrzymał się przed drzwiami. Bez cienia zawahania, zapukał. Liczył na to, że w pokoju naprawdę ktoś jest, a on nie dobija się do pustego pomieszczenia. Nagle jednak usłyszał kroki. Po chwili drzwi otworzyły się, a na progu stanął Jesse. Chłopak szybko uśmiechnął się i odsunął, przepuszczając go. Michael wszedł do środka.
- Caluma nie ma - powiedział brunet, podciągając luźne dresowe spodnie, które niemalże wisiały na jego biodrach.
- Jesteś sam?
- Kończyłem esej i…
- To dobrze się składa. Musimy pogadać. – Jesse spojrzał na niego badawczo i pokiwał głową. – Nie chcę ci przeszkadzać, ale…
- Spoko. Mów, o co chodzi – rzucił, wchodząc w głąb pokoju.
- Chodzi o Blake’a.
- Domyślałem się tego.
- Co?
- Daj spokój. Nie jestem ślepy. Trevor też nie. Szybko odgadliśmy, że coś się dzieje. Potem podsłuchaliśmy rozmowę Lori i Becky – oczywiście całkiem przypadkowo – więc… Mam mały obraz tego, co się wydarzyło. 
             Michael zamrugał. Był pewny, że będzie musiał mu wszystko tłumaczyć od początku, ale chłopak, jak widać był doskonale poinformowany. Chyba powinien zwrócić Lori uwagę, gdzie i przy kim odbywa takie potajemne rozmowy. 
- Wierz mi, że zupełnie nie podoba mi się to, co zrobił. To, do czego w ogóle doszło. Jeśli myślałeś, że będę go bronić, bo jest moim przyjacielem, to cię rozczaruję. Z drugiej jednak strony nie będę też bronił Rose.
- Jak… Jak to? Nie jesteś po niczyjej stronie?
- A to takie dziwne? – odparł Jesse, siadając na łóżku. – Nie rozumiem ich. Ani jednego, ani drugiego. Udało mi się przez chwilę porozmawiać z Blake’em, więc oprócz wersji Rose, znam też jego punkt widzenia.
- W takim razie zamieniam się w słuch – rzucił Clifford, siadając na krześle, które stało tuż naprzeciwko bruneta. Utkwił w nim swoje zielone oczy, ciekawy tego, co może usłyszeć.
- Jakiś czas temu Blake przyznał mi się do tego, że nadal coś do niej czuje. Nie jestem jednak pewien, czy faktycznie na nowo ją pokochał czy może kierował się dawnymi wspomnieniami i przywiązaniem do niej. Naprawdę pod tym względem nie wiem, co takiego dokładnie siedziało w jego głowie.
- Powiedział ci to od tak?
- Nie był do tego taki chętny. Posprzeczaliśmy się o to, co widziałem. Bo jak na dłoni widać było, że Blake traktuje ją inaczej. Że faktycznie coś tam może do niej czuć. Jednak nie jest to wielka miłość. Raczej zauroczenie na nowo. Zresztą, nie trzeba było być geniuszem, by to dostrzec.
- A ten pocałunek?
- Podsłuchałem, jak dziewczyny mówią o tym, że to on ją do tego sprowokował i że ona tego nie chciała. Że zrobił to pewnie specjalnie.
- Wierzysz w to?
- Znam Rose i to raczej nie w jej stylu. Z drugiej jednaka strony mam słowa Blake’a. – Michael kiwnął głową, machając na niego ręką, by kontynuował. – On twierdzi, że było inaczej.
- Co kurwa?
- Powiedział, że od dawna między nim a Rose coś się dzieje. Że ona też poczuła to wszystko na nowo. Że to uczucie powoli wracało. Nie szczędzili sobie miłych gestów i słów. Blake powiedział, że ją odzyskiwał, ale na drodze nadal stał mu Luke. I że Rose tego chciała.
- Ty żartujesz! – Jesse pokręcił głową. – Kurwa!
- Powiem ci jednak jedno – pociągnął powoli. – Rose wcale się tak bardzo nie zmieniła od wyjazdu z Brisbane, dlatego tak ciężko uwierzyć mi w wersję Blake’a. Ale za to on jest moim przyjacielem, więc czemu miałby mnie okłamywać?
- Dla własnych korzyści?
- Możliwe. Jednak ja sam nie mam już pojęcia, co może być prawdą a co nie. Jeśli oczekujesz ode mnie wybrania jednej ze stron, to niestety tego nie otrzymasz. Nie wybieram żadnego z nich. Znam tylko połowiczne wersje, ale która z nich jest prawdziwa? Nie wiem… Miałem nawet zbyt mało czasu, by się nad tym porządnie zastanowić.
- Czyli myślisz, że Rose może walić standardową ściemę?
- Nie mam pojęcia. Tak jak mówiłem, raczej ona nie zrobiłaby niczego takiego. Jednak oboje wiemy, że życie jest chujowe i nieraz potrafi wszystko spierdolić i pomieszać. Może jej się odwiedziło. Może coś ją nagle tchnęło, by posunąć się do grania na dwa fronty.
- Blake też może kłamać.
- Biorę to pod uwagę. Możliwe, że sprzedał mi ściemę, kreując wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Naprawdę, Michael, nie mam pojęcia, które z nich jest tak naprawdę winne. Blake odwalał różne rzeczy. Wiem też jaki nieraz potrafi być. Zaborczy i dość podstępny. Dlatego cholernie mi trudno wybrać. Ale powiem ci coś. Mimo całej mojej sympatii do Blake’a, chciałbym, by to ona miała rację. 


***
Mikey aka detektyw, ciąg dalszy XD Mieliśmy też małą scenkę spotkania się naszych głównych bohaterów. Pojawił się także i Jesse, którego przemaglował Clifford :) 
Mam nadzieję, że rozdział mimo wszystko przypadł Wam do gustu :)

Wg coraz mniej zostaje rozdziałów do końca :( Ale na razie o tym za bardzo nie myślę. Myślę zaś o tym, czy nie zrobić faktycznie bonusu :)

Dziękuję za wszystkie komentarze - dają takiego mega kopa do pisania, że najchętniej robiłabym tylko to :) 

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Kolejna część w następną niedzielę. 

Pozdrawiam!



EDIT!
Nie wiem, czy ktoś z Was widział informację na Asku czy Twitterze, odnośnie dodawania rozdziałów. Mianowicie nie wyrobiłam się z pisaniem na czas :( Nie zawieszam żadnego ff, tylko od tej pory będą rozdziały dodawane nieregularnie, jak tylko je skończę. To tyczy się wszystkich opowiadań. 

Pozdrawiam!

7 komentarzy:

  1. Jezu, gdybym była na miejscu Rose, roztrzaskała bym Blake'a na kawałki takie że w powietrzu byłby pyłem. Bez kitu. Mimo, że od dawna czekałam na taką dramę, bo kocham takie momenty, to z drugiej chcę żeby -jak to Mason? powiedział - nadal tworzyli tą słodką do zrzygania parkę. To zdecydowanie jest moja ulubiona para w twoich FF.
    Michael w roli detektywa, brzmi i wygląda całkiem fajnie. Taki podejrzliwy na każdym kroku XD
    Wkurzona jestem też na to, że PJD się kończy. Chciałabym, żeby było to tasiemcem, nigdy się nie kończącym. Ale jak ma się skończyć, to niech skończy się dobrze. Albo i nie? hihi *tak w głębi duszy, pragne by nie było happy endu*
    Jak zawsze kampiłam na rozdział i zapewne za tydzień znowu kampić będę.
    Czekam na za tydzień! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu raczej wielkich dram faktycznie nie było - zresztą to miała być lekka komedia z romansem w tle, więc nie ma co za bardzo nie wiadomo jakich rzeczy się spodziewać (chyba mało po polsku mi wyszło, ale chyba wiadomo, o co chodzi XD). Mimo wszystko cieszę się, że Rose i Luke to Twoja ulubiona para :)
      Mi się zdaje, że PJD już jest tasiemcem XD Pierwotnie miało stanąć tylko na 3 części, a potem na 4 :)
      Dziękuję bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Szkoda mi jej i to bardzo, ona nic nie zrobiła, bo nawet tego nie chciała i teraz mimo prób naprawy błedu i tak jej się obrywa :( Luke obudź się i porozmawiaj z nią, to tak ciężko zrobić? Rose zasługuje chociaż na tyle. Hemmings powinien się obudzić,zanim nie będzie za późno. Czekam aż Mason wkroczy do akcji - oby wtedy obił tą parszywą mordę Blakea!
    podoba mi się Michael w roli detektywa :)
    Czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że jesteś kolejną osobą domagającą się interwencji Masona XD Zobaczymy, co im z tego wyjdzie ;)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń