poniedziałek, 20 czerwca 2016

S6 - Rozdział 24

Don't talk, let me think it over, how we gonna fix this?


               Minęły dwa dni. Dwa długie dni, które wydawały mi się być, jak wyjęte z mojego życiorysu. One nigdy nie powinny się zdarzyć. Tak, jak cały ten incydent z Blake’em. Tak, ja nasz kryzys z Lukiem. Nic takiego nie powinno mieć miejsca, a wtedy nasza dwójka nadal byłaby jednością. Niestety, teraz miałam wrażenie, że jesteśmy bliżej końca. Jakbyśmy nigdy już nie dźwignęli się na nowo i nie ruszyli do przodu.
                 Nie było tak, że wróciłam bezproblemowo do normalnego życia. Nadal byłam zawieszona w miejscu, jakby mój czas zatrzymał się na tym przeklętym korytarzu. Musiałam jednak jakoś funkcjonować. Nie zdobyłam się jednak na to, by udać się na zajęcia. Wiedziałam, że wtedy stanęłabym twarzą w twarz z Blake’em. A przed tym spotkaniem odczuwałam strach, którego nie potrafiłam pokonać. Bałam się tego, że chłopak pokomplikuje wszystko jeszcze bardziej, triumfując nad tym, do czego doprowadził. Pod tym względem byłam prawdziwym tchórzem.
                 Luke nadal unikał kontaktu ze mną. Pod tym względem mogę śmiało powiedzieć, że byłam w takim stanie, że całkowicie się poddałam. Nie próbowałam wznawiać jakichkolwiek prób, które według mnie z góry były by porażką. Hemmings był uparty, tak samo mocno, jak ja. Tyle, że ja odpuściłam, a on nadal trwał w swoim postanowieniu i własnej wyimaginowanej historii, dotyczącej tego, co tak naprawdę się stało. Niejednokrotnie próbowałam zdobyć się na to, by raz jeszcze spróbować. Jednak zanim zaczęłam działać, wszystko mijało przez pewność, że i tak nic z tego nie będzie. A wtedy jedyne, co zyskam, to jeszcze bardziej roztrzaskane serce, kolejny płacz oraz uczucie zawodu, straty i goryczy. Tkwiłam tak naprawdę pośrodku niczego, niepewna tego, co mam. Jakbym nie mogła dobrze określić miejsca, w którym powinnam się znajdować. Z nim, czy już bez niego.

               Podniosłam głowę i jęknęłam cicho, kiedy Lori uderzyła mnie poduszką po raz kolejny. Zerknęłam na nią. Spoglądała na mnie z niezadowoleniem. To utwierdziło mnie w tym, że musiałam znowu odpłynąć. A to zdarzało mi się coraz częściej.
- Mówiłaś coś?
- Serio? – mruknęła, kręcąc nosem. Skrzyżowała dłonie na klatce piersiowej, patrząc na mnie surowo, niczym matka, obserwująca swoje krnąbrne dziecko. – Powiedziałam, że masz się ruszyć, bo zaraz jest obiad.
- Nigdzie nie idę.
- Daj spokój, Rose, nie możesz się bunkrować w pokoju do końca studiów.
- Nie mam nastroju na towarzyskie spotkania przy jedzeniu.
- Luka nie będzie – powiedziała, a ja ponownie spojrzałam na nią. Blondynka pokiwała głową. – Michael napisał mi sms-a, że Luke odwala jakąś pracę na zajęcia i siedzi w bibliotece. Nie przyjdzie.
- Walisz mi ściemę czy mówisz poważnie?
- Okłamałabym cię?
- No… Nie.
- Więc właśnie. Wyjdź do nas. Reszta nie widziała cię od kilku dni. Przyda ci się inne towarzystwo, niż ja i Michael. Może odrobinę poprawi ci się przez to humor? – powiedziała z uśmiechem, siadając na łóżku obok mnie. – Oni nie będą pytać.
- Wiem…
- Więc chodź. – Klepnęła mnie w pośladek. – To wyjście z pokoju naprawdę dobrze ci zrobi.
- W sumie…
- Ekstra! Idziemy! – przerwała mi, łapiąc za moją dłoń.
               Zmusiła mnie do wstania. Następnie przyklepała moje włosy, oceniając jednocześnie cały mój wygląd. Nie było tak źle, ale nie prezentowałam się również nad wyraz super. Ale miałam to gdzieś. Lori po raz kolejny obdarzyła mnie szerokim uśmiechem, a potem pociągnęła w stronę drzwi. Musiałam za nią pójść, bo wiedziałam, że każdy mój protest będzie stłamszony przez jej opinię, że tak będzie dla mnie lepiej. Dlatego poddałam się temu i niechętnie poszłam za nią.
               Nasza droga do stołówki mijała nam w ciszy. No, może nie zupełnie, bo Lori paplała na temat profesora, który wykłada jeden z jej przedmiotów. Z tego całego monologu zdążyłam wyłapać tylko to, że mężczyzna potrafi być bardzo ostry i władczy. Studenci nie mają prawa podważać jego zdania. Niestety i tacy prowadzący się zdarzali, a my nie mogliśmy nic na to poradzić.
              Wyszliśmy z akademika. Poczułam na twarzy ciepłe promienie słońca, które nieco mnie rozbudziły i dodały odrobinę pozytywnej energii. Może Lori miała rację? Może przez to spotkanie faktycznie poczuję się lepiej i pewniej? Prawda była taka, że w jakiś sposób stęskniłam się za swoją paczką i wspólnym jedzeniu posiłków, a to była nasza tradycja. Mimo tego, że minęło tylko kilka dni, ja już miałam wrażenie, jakbym nie siedziała z nimi przy stole z jakieś kilka miesięcy.
                W czasie drogi do studenckiego baru, zaczęłam udzielać się w tej jednostronnej rozmowie, która trwała od wyjścia z pokoju. Lori nie kryła entuzjazmu tą moją nagłą zmianą postawy. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a gdy doszliśmy do lokalu, jako pierwsza pchnęła drzwi i weszła do środka. Podążyłam za nią.
                 Nie musiałam w ogóle się rozglądać w poszukiwaniu naszej paczki. Calum, Maya, Ashton, Becky i Michael siedzieli przy tym samym stoliku, co zawsze. Tym, który znajdował się w rogu.  Brakowało tu Jesse’ego i Trevora, ale obstawiałam, że i oni byli w tym czasie zajęci. Widziałam, że chłopaki studiowali znane nam menu. Nie zmieniało się ono w ogóle, tylko dania dnia pozostawały ruchome. Pierwszy zauważył nas Clifford, który szybko machnął w naszą stronę, wskazując na wolne miejsca obok siebie.
                  Jak tylko podeszłam do stolika, wszystkie rozmowy dotyczące wyborów dań na dzisiejszy obiad, urwały się. Ich oczy skierowały się na mnie, a ja jakoś nie mogłam odczytać tego, jak do mnie podchodzą. Byłam pewna, że moje pojawienie się w barze nie będzie niczym szczególnym i zjawiskowym, ale najwidoczniej się pomyliłam. Odniosłam wrażenie, że raczej nie spodziewali się tego, że przyjdę i nie do końca byli z tego faktu zadowoleni.
- Dobrze, że jesteście – powiedział Michael. – Siadajcie, bo chcemy zamawiać.
                  Rzuciłam szybkie część w stronę pozostałych. Odpowiedziała tylko Maya, bo reszta kiwnęła mi głową. Bez słowa usiadłam obok Lori, która standardowo zajęła krzesło tuż przy Michaelu. Złapałam za kartę. Otworzyłam ją. Nadal czułam na sobie ich spojrzenia i to nie zbyt mi się podobało. Zerknęłam ukradkiem na chłopaków. Wymieniali właśnie porozumiewawcze spojrzenia. Becky w ogóle przestała zwracać na mnie uwagę. Postanowiłam przełamać tą ciszę miedzy nami.
- Co u…
- Słyszałeś o tym ostatnim meczu? – przerwał mi Ash, skupiając wzrok na Cliffordzie. – Jeśli wygramy kolejny, przeskoczymy na drugie miejsce.
- Może uda nam się podciągnąć na samą górę tabeli – odparł Hood.
                Wcisnęłam się bardziej w krzesło. Wzięłam cichy głębszy oddech, starając się pohamować emocje. Skupiłam wzrok na nazwach dań, aby zająć czymś mózg, który już podsuwał mi negatywne scenariusze odnośnie zachowania moich przyjaciół. A przyczyna była tylko jedna – akcja z Blake’em. Postanowiłam jednak się na tym nie koncentrować i spróbować jeszcze raz. Dlatego, jak tylko chłopaki przestali mówić o piłce nożnej, a między nami znów nastała cisza, ponowiłam próbę nawiązania rozmowy. Ale i ona skończyła się fiaskiem, bo tym razem przerwała mi Becky, wypytując o coś Lori. Chłopaki dołączyli się do rozmowy, a ja znów zostałam z boku.
                Nie było to przyjemne. Ani trochę nie było to przyjemne uczucie, kiedy zostaje się olaną przez własnych przyjaciół. Nawet jeśli Lori i Michael próbowali wciągnąć mnie do dyskusji, od razu zostawałam od niej odcięta, jakbym w ogóle nie była tu chciana. Czułam się wyalienowana i nie na miejscu. Pierwszy raz poczułam się koszmarnie w ich towarzystwie. Pierwszy raz poczułam się, jak obca. Obca i niechciana. Jakby moje towarzystwo było tam zupełnie zbędne. Jakbym nie była już częścią grupy. Domyślałam się tego, co może być przyczyną. Oni byli pewni tego, że winę za to wszystko ponoszę ja. Stali po stronie Luke'a, a ja byłam tą, która go skrzywdziła.
- Przepraszam, ale nie jestem głodna- powiedziałam, odkładając kartę na stół.
- Ale…
- Nie, spoko. Później… Później coś zjem – wydusiłam z siebie, czując, jak łzy cisnął mi się do oczu. Naprawdę nie chciałam się przy nich rozpłakać.
- Rose? – Michael spojrzał na mnie ze współczuciem.
- Życzę wam smacznego.
- Ale…
              Odwróciłam się, zaciskając usta. Czym prędzej ruszyłam w kierunku drzwi, byle jak najszybciej wyjść. Byle być dalej od nich. Zapragnęłam na nowo znaleźć się w swoim pokoju. Chciałam, by ich niezadowolone miny zniknęły mi sprzed oczu. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy zrozumiałam, że Blake tym co zrobił, rozwala także przyjaźń z pozostałymi. Że to, co zrobił, nie tylko uderzyło we mnie i Luke'a. Uderzyło też w naszą grupę, dzieląc nas na dwa obozy. Teraz byłam tą złą. I czułam się z tym koszmarnie.

***
               Michael warknął pod nosem. Raptownie odwrócił się w stronę pozostałych. Zmrużył na nich oczy, patrząc po kolei na każdego. Zauważył, że Maya wcale nie była zachwycona tym, co się stało. Zerkała na siedzącego obok niej Caluma z nieukrywaną złością. Clifford zastanawiał się, co też przyszło im do głowy, by odwalać taką szopkę.
- Czy wy jesteście poważni? – syknęła Lori, nachylając się nad stołem.
- Co? To niby nasza wina? – odparł Ash, wskazując palcem na drzwi wyjściowe, za którymi przed chwilą zniknęła Rose.
- A nie! – mruknął Michael, przekręcając oczami. – Pogięło was? Co ona wam takiego zrobiła, że postawiliście na całkowitą pieprzoną ignorancje? Przecież Rose jest waszą przyjaciółką!
- Luke też. A jakby nie patrzeć, zdradziła go z Blake’em – wydusił Irwin.
- Jesteś idiotą – skwitował Michael, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. – I ty – zwrócił się do Becky. – Jesteś idealną przyjaciółką. Myślę, że Rose powinna ci podziękować za to, jak się zachowałaś.
- Nie popieram takich osób – odparła Becky.
- Ona nic nie zrobiła – wydusiła Lori, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Prawdopodobnie to wszystko zaplanował Blake, ale wy z góry ją przekreśliliście! Jesteście tacy sami, jak Luke!
- Tacy sami? – odparł Calum, unosząc brwi do góry.
- Tak, bo on też jest ślepy i głuchy. Nie chce normalnie porozmawiać, unosząc się dumą i pychą, bo wie lepiej. A prawda jest taka, że gówno wie – pociągnęła wściekła Lori. – Nie próbował nawet jej wysłuchać. I wy… Wy tak samo, z góry obarczyliście ją winą. Teraz pokazaliście jacy jesteście naprawdę. A myślałam, że jesteście ponad to. Powinniście wspierać jedną i drugą stronę, jeśli nie wiecie całej pieprzonej prawdy. Wstyd mi za was i żal mi Rose. Wolę nie wiedzieć, jak się przez was poczuła. – Prychnęła pod nosem, kręcąc głową. – A ja wmówiłam jej, że wasze towarzystwo jej pomoże. A ty, Becky… Aż szkoda mi słów.
- Ej, poczekaj – rzuciła brunetka, ale Lori machnęła na nią ręką. Wstała z miejsca.
- Dzięki, ale też straciłam ochotę na jedzenie w takim towarzystwie – powiedziała, a następnie ruszyła w stronę wyjścia. 
              Michael zrobił wielkie oczy, a następnie spojrzał z powrotem na zszokowanych chłopaków i Becky. Był pewny, że chyba dopiero teraz dociera do nich to, co tak naprawdę się stało. Odwrócił głowę, zdając sobie sprawę, że Maya również wstała.
- A ty gdzie idziesz?
- Zgadzam się ze wszystkim, co powiedziała Lori. – Spojrzała na pozostałą trójkę. – Zawsze zazdrościłam wam tej przyjaźni, jaką mieliście. Była, jak na dobre i na złe. Ale dzisiaj pokazaliście mi, że jest inaczej. Tak się nie robi.
- Maya – rzucił Calum, ale dziewczyna pokręciła, tylko głową.
- Ja również nie jestem głodna – odparła i poszła w kierunku wyjścia.
- Zero jeden dla nas – skwitował Michael. – Mam nadzieję, że zrozumieliście swój błąd i w porę pójdziecie przeprosić Rosalie. Nie wyciągajcie wniosków i nie obarczajcie jej winą, kiedy nie macie pewności, że macie stu procentową rację. Nikt z nas nie wie dokładnie, jak było, bo nadal mamy dwie różne wersje. Więc ogarnijcie się i bądźcie ponad to.
- Gdzie idziesz? – zapytał Hood, kiedy Michael również wstał z miejsca.
- Też straciłem apetyt – skwitował, wzruszając ramionami. Złapał za plecak, a następnie ruszył w stronę drzwi.
- Daliśmy ciała – powiedziała cicho Becky. – Jaka ze mnie idiotka.
- Nie jesteś w tym sama – mruknął Calum, pukając palcem w menu.
- Czuję się, jak ostatni chuj.
- Mam to samo – skwitował Mulat. – Spieprzyliśmy to, jako przyjaciele.

***
               Starałam się powstrzymać płynące łzy. Co chwile wycierałam je dłonią, byleby nikt nie widział stanu, w jakim się znajduję. To, co wydarzyło się w barze cholernie bolało. Miałam wrażenie, że po kolei tracę wszystko, co tylko udało mi się zdobyć. Ludzie odsuwali się ode mnie, choć tak naprawdę nie zrobiłam niczego złego.
               Ledwo widziałam, bo łzy co chwile zasłaniały napływały mi do oczu. Nie chciałam robić scen na środku chodnika. Pragnęłam znaleźć się w swoim pokoju, aby nie być na widoku obcych osób. W końcu udało mi się dotrzeć z powrotem do akademika. Wpadłam na chłodny hol. Oddychałam szybko i spazmatycznie, czując, jak wszystkie emocje powoli rozsadzają mnie od środka.
- Rose?
              Podniosłam głowę, słysząc ten znany głos. Luke stał na schodach tuż przede mną. W jego dłoniach znajdowało się kilka książek. W tym momencie kontrolowanie łez stało się jeszcze trudniejsze. Ponownie zmoczyły mi policzki.
              Odwróciłam głowę, a następnie minęłam go, wbiegając na górę. Chciałam to zrobić, jak najszybciej, byle jak najkrócej na niego patrzeć. A to wszystko cholernie bolało. Zanim znalazłam się na drugim piętrze, usłyszałam za plecami, jak Hemmings ponownie wymawia moje imię. Zignorowałam go. Tak samo, jak on ostatnio ignorował mnie. Nie miałam siły i chęci na kolejną kłótnię z blondynem.
                Jak tylko wpadłam do pokoju, od razu zamknęłam za sobą drzwi na klucz, aby nikt oprócz Lori nie mógł tu wejść. Następnie padłam na łóżko, ciasno obejmując ramionami poduszkę. Wtuliłam w nią twarz, pozwalając sobie na głośniejszy szloch. Dlaczego wszystko musi się tak walić? Co takiego zrobiłam, że los, aż tak mnie pokarał? Teraz naprawdę zapragnęłam stąd zniknąć.

***
                Przez chwilę stał w miejscu, patrząc w górę, tam gdzie zniknęła rudowłosa. Mimo tego wszystkiego, co się stało, on nadal ją kochał. Dlatego tak bardzo zaniepokoiło go to, co zobaczył. Ktoś doprowadził ją do płaczu. A on nienawidził, kiedy płakała, choć zdawał sobie sprawę, że ostatnio to on powodował u niej łzy. Chciał do niej iść. W tym momencie, chciał wiedzieć, co się stało i mieć pewność, że z Rose jest wszystko w porządku. Jednak nie mógł się ruszyć. Wiedział, że teraz byłby ostatnią osobą, którą ona chciałaby oglądać. A on też nie był pewny, czy byłby w stanie od tak zacząć normalnie z nią rozmawiać, kiedy nadal przed oczami miał sytuację z Blake’em.
               Drgnął, kiedy ktoś lekko trzasnął drzwiami wejściowymi. Powoli odwrócił się. Do środka weszła Lori. Widział, że jest wkurzona. Był pewny, że wydarzyło się coś, co ewidentnie nie powinno mieć miejsca. Kiedy blondynka na niego spojrzała, otworzył usta. Ona jednak zmierzyła go wzrokiem, machnęła na niego ręką i od tak minęła go, zostawiając go w lekkim zaskoczeniu.
- Co jest?
- Spytaj się swoich ulubionych kumpli – warknęła, a potem poszła na górę, zostawiając go samego.
               Luke w tym momencie pogubił się. Zupełnie nie rozumiał całej tej stacji. Był pewny, że Lori, chociaż odrobinę wyjaśni mu wszystko, jednak dziewczyna zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Teraz jednak już wiedział, że stało się coś złego. Coś, co odbiło się na nich wszystkich. Miał nadzieję, że cokolwiek się wydarzyło, nie zepsuje to ich przyjaźni. Może po prostu nadszedł czas na mały kryzys, ale zaraz po tym jego grupa na nowo się scali? Po chwili uznał, że myśli zbyt naiwnie. Ich paczka już nie będzie tą samą dawną paczką, jeśli on i Rose zupełnie się rozejdą. Przyjaźń w takich warunkach zupełnie nie wypali. Postanowił, że w tym wypadku nie będzie się wtrącał. Był przecież drugą stroną całego konfliktu.

***
               Uspokoiłam się w miarę szybko. Przyczyną było to, że najnormalniej w świecie nie miałam już siły, by płakać. Może po prostu przez te ostatnie dni wylałam zbyt wiele łez, by ciągnąć to dalej. Mimo wszystko nadal odczuwałam gorzki smak porażki i zawodu.
                Lori siedziała w pokoju razem ze mną. Najpierw mnie pocieszała, a potem obie milczałyśmy, pogrążając się we własnych myślach. Dopiero później zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać, choć nie dotykaliśmy tematu Luke'a i naszej paczki. Omijaliśmy to, bo żadna z nas nie czuła się z tym dobrze. Widziałam, że Lori jest na nich wściekła. Widać to było po tonie jej głosu i mimice, jak z początku zaczęłyśmy mówić o sytuacji w studenckim barze. Dlatego odcięłyśmy się od tego tematu, aby nie pogrążać się bardziej w negatywnych emocjach.
                 Obie spojrzałyśmy w stronę drzwi, kiedy rozległo się ciche pukanie. Były one zamknięte na klucz, więc Lori wstała z miejsca, by móc je otworzyć. Kiedy to zrobiła, od razu zobaczyłam Caluma, Becky i Ashtona, którzy stali na korytarzu. Chłopaki ubrani byli w swoje sportowe stronie, więc byłam pewna, że wpadli tu tuż przed treningiem, który mieli odbyć na stadionie.
- Jest Rose? – zapytała Becky.
- Jeśli macie zamiar dowalić jej jeszcze bardziej, to lepiej będzie, jak sobie pójdziecie – mruknęła Lori.
- Chcemy przeprosić – powiedział Calum.
- Jestem pod wrażeniem – rzuciła sarkastycznie, przepuszczając ich. 
               Jak tylko weszli, ich oczy skierowały się na mnie. Zacisnęłam usta, starając się uniknąć ich wzroku. Mimo tego, co powiedzieli, nadal bałam się na nich spojrzeć. Nie chciałam widzieć tego, co wcześniej malowało się na ich twarzach. 
- Dam wam chwilę - pociągnęła Lori i wyszła z pokoju.
                Przez dłuższy moment cała trójka stała w miejscu, zupełnie się nie ruszając. W końcu jednak Calum drgnął i jako pierwszy podszedł do łóżka, na którym siedziałam. Usiadł na materacu, a reszta zrobiła to samo. W jakiś sposób poczułam się osaczona. Bez możliwości ucieczki.
- Rose, przepraszamy – zaczął Mulat. – Nie wiem, co nam odbiło.
- Nigdy nie powinniśmy się tak zachować – powiedział Irwin. – Nigdy nie powinniśmy z góry obarczać cię winą.
- Luke jest naszym przyjacielem, ale i ty jesteś jedną z nas – pociągnął Hood. – Nie powinniśmy budować obozów. Nigdy nie powinniśmy zachować się tak, jak to zrobiliśmy. Przepraszamy.
- Ja zachowałam się najgorzej. Jesteś moją przyjaciółką. Ty i Lori, a ja zrobiłam coś takiego. Przepraszam. Nie wiem, co mi odwaliło. Naprawdę źle się z tym czuję. Wiem, że cię to dotknęło. Przepraszam.
- Naprawdę przepraszamy – dodał Ash.
- W porządku – odpowiedziałam cicho.
- Nie jest w porządku – odparł Calum. – Daliśmy ciała. Ale chcemy to naprawić. Już nigdy więcej nie odwalimy takiego numeru. Jesteśmy idiotami.
- Dokładnie – rzuciła Becky.
- Obiecujemy – powiedział Ash, wyciągając w moją stronę dłoń. 
                Zmarszczyłam lekko czoło, nie wiedząc, o co mu chodzi. Mimo wszystko podałam mu rękę. Jak tylko to zrobiłam, Irwin przyciągnął mnie do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Poczułam od niego przyjemne ciepło. Musiałam mocno zacisnąć zęby, by nie rozpłakać się na nowo. A przecież ostatnio wylałam zbyt wiele łez. Mimo tego nieprzyjemnego incydentu, cieszyłam się, że przyszli. Że zrozumieli to, co się stało i postanowili to naprawić. Może nasza paczka jest faktycznie silniejsza i mimo małego kryzysu, podniesie się całkowicie? Oby… Nie chciałam stracić także ich.




***
Drama trwa :) Z początku paczka się podzieliła, ale tamta trójka jakoś się w miarę szybko ogarnęła. Luke powinien wziąć z nich przykład :)

Kolejne rozdziały nadal będą pojawiać się nieregularnie i to tyczy się wszystkich ff. Będę wrzucać kolejne części, jak tylko zostaną napisane.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze!

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam też znajdziecie informacje, kiedy i jakie rozdziały zostały opublikowane

Pozdrawiam!

11 komentarzy:

  1. czyżby mieli się pogodzić? :o szkoda że niedługo koniec ale i tak to najlepsze ff forever <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może... :D Cieszę się bardzo, że tak je lubisz :)
      Dzięki za komentarz!

      Usuń
  2. Fajny rozdział, mam w głowie taki film, że Rose wyjeżdża na trochę do domu.... Ciekawe jak to się potoczy dalej <3 Już myślałam, że zapomniałaś o swoich wiernych fanach.. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by też było dobre rozwiązanie :D Ale niestety nie zdąży, bo historia powoli dobiega końca :)
      Nie, jak mogłabym zapomnieć o czytelnikach - teraz niestety rozdziały będą się pojawiać nieregularnie
      Dzięki za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ale oni czubki, jak mogli tak ją potraktować. Na szczęście obudzili się szybciej niż Luke. Oby i on w końcu zrozumiał co robi. Muszą się w końcu pogodzić :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, szybciej do tego doszli, niż Hemmo.
      Dzięki za komentarz :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Dawno mnie tu nie było, więc napiszę Ci taki dłuuugi komentarz :D po pierwsze, cieszę się, że nie robisz jak większość autorek i na końcówce nie zamykają wszystkich wątków byle jak. Plus dla Ciebie :D po drugie, chociaż dziwnie to brzmi, podoba mi się ta drama. Rose i Luke są idealną parą, ale zaczynało się robić trochę "za słodko". Takie urozmaicenie nie jest złe :D dzięki temu ta historia jest realistyczna. Blake to kutas do kwadratu, w tym popieram Luke'a a jego nieodwzajemniona miłość do Rose prawie mnie wzruszyła. Prawie xD Ash, Cal i Becky nie są wiele lepsi, miałam ochotę ich udusić. A Lori i Michael to takie typowe dobre daszki które im pomagają xD wszystko na swoim miejscu. Minęły dwa tygodnie od dodania rozdziału, rozumiem, że masz też swoje życie ale nie zapomnij o nas :D będę czekać na następny choćby do grudnia, bo warto.
    Pozdrawiam, Millard

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ale nie wyrabiam się, więc obsuwa czasowa trwa. Nie mogłabym zapomnieć :) Co to, to nie. Nie rezygnuję z pisania. Po prostu od jakiegoś czasu mam kocioł w pracy - no i mam też swoje życie prywatne :)
      Cieszę się, że mimo wszystko historia Ci się nadal podoba. Dziękuję za tak miły i przyjemny komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń