poniedziałek, 4 lipca 2016

S6 - Rozdział 25

Please, please forgive me


             Odłożył książkę na bok, odwracając jednocześnie głowę. Słyszał, jak Michael głośno wzdycha. Czuł na sobie jego wzrok. Chłopak od dłuższego czasu nie odrywał od niego zielonych oczu. Od momentu, kiedy ponownie poruszył ten temat. Temat, który cholernie bolał. Temat, który był niewygodny. Temat, który sprawiał, że Hemmings zamieniał się w zwykłego emocjonalnego tchórza, bojąc się stawić czoła temu, co się wydarzyło. Temat, który mógł spowodować to, że znów rozsypie się na kawałki.
- Luke? – Nie odpowiedział. – Kurwa, zaczynasz mnie wkurwiać – syknął, poruszając się niespokojnie na krześle.
- Nie musisz ze mną rozmawiać. Wtedy nie będę cię wkurwiać – wyrzucił blondyn z pretensją, zerkając na niego. Michael wydął wargi, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Od zawsze wiedziałem, że jesteś uparty, ale nie sądziłem, że jesteś tak głupi – powiedział, wstając od biurka. Luke uniósł brwi do góry nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. – Jesteś po prostu idiotą. Ta cała sytuacja z tobą i Rose mogła się rozwiązać, gdybyś na moment schował swoje wygórowane ego i dumę w kieszeń i z nią normalnie porozmawiał.
- Znowu jej bronisz?
- Nikogo nie bronię! Ale zachowujesz się, jak rozkapryszony dzieciak!
- Ty nie wiesz…
- Tak, nie mam pojęcia, jak się w tym momencie czujesz, bo nigdy tego nie doświadczyłem. Nie wiem, jak ja bym postąpił, gdybym był na twoim miejscu. Jednak to, w jaki sposób jeszcze bardziej to wszystko utrudniasz, wcale nie sprawia, że popieram twoje zachowanie. Dla mnie to idiotyczne. Ty i Rose często się sprzeczaliście, ale zawsze umieliście dojść do porozumienia. Czemu w tym momencie nawet nie próbowałeś jej wysłuchać? Ponoć ją kochasz. Czy ona nie zasługuje, chociaż na to? – Luke już otwierał usta by mu odpowiedzieć, ale Clifford uciszył go machnięciem ręki. – Mam dość. Cholernie nie podoba mi się to, co się między wami dzieje.
- Myślałem, że jesteś moim przyjacielem…
- Kurwa, Luke! Jestem! I będę nim dalej! Zawsze możesz na mnie liczyć. – Złapał za książki, które miał zamiar oddać do biblioteki. – I jako przyjaciel mogę ci wygarnąć to wszystko prosto w oczy. Bo w tym momencie, to ty dodatkowo wszystko komplikujesz. – Spojrzał na blondyna. – Obudź się, bo w końcu naprawdę będzie za późno.
              Jak tylko to powiedział, odwrócił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi z lekkim trzaskiem. Luke przez moment wpatrywał się w miejsce, w którym przed chwilą stał. Lekko drgnął, biorąc głęboki oddech. Położył się na łóżku, odsuwając jeszcze dalej książkę, z której się uczył. Teraz wyklepywanie kolejnych definicji było niemożliwe. Nie, kiedy znów jego myśli zaczęły krążyć wokół tej jednej konkretnej osoby. Rose.
              Michael już kilka razy próbował go namówić na rozmowę z Rivers. On jednak zawsze stanowczo odmawiał, pogrążając się w kolejnej fali smutku i niedowierzania. Był pewny, że za każdym razem, jak wracał myślami do tego parszywego dnia, cząstka jego samego ulatywała, a on nie był pewny, czy kiedyś znów pozbiera to wszystko w jedną całość. Jakby te elementy jego samego znikały, a on nie miał nad tym kontroli.
               Kochał ją. Nadal cholernie mocno ją kochał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zachowuje się w sposób irracjonalny i niedorzeczny. Dlaczego nie potrafił się przełamać, by porozmawiać z nią w cztery oczy? Czego tak naprawdę się bał? Tego, co od niej usłyszy? Tego, że to mogło dziać się już od dawna? Tego, że on już się nie liczy? Dołował się tym mocniej, sprawiając, że odsuwał się i izolował od niej jeszcze bardziej. Jakby spotkanie z prawdą miało go zniszczyć do końca.

***
               Pomachałam w stronę Becky i Lori, które szły na kolejne zajęcia. Ja już na szczęście byłam po wykładach i mogłam udać się spokojnie do pokoju. Choć teraz zyskałam czas wolny, to nie do końca wiedziałam, co powinnam ze sobą zrobić. Musiałam nadrobić zaległości, jakich nabawiłam się przez swoją nieobecność na zajęciach. Jednak nie miałam na to ochoty. Nauka nie była dla mnie w tym momencie czymś, co wywoływałoby we mnie, choć maleńki entuzjazm. Jednak materiału nie było, aż tak dużo, więc jeśli zabrałabym się za to teraz, później miałabym to z głowy. Kalkulując wszystkie za i przeciw, ruszyłam w stronę parku. Musiałam przez niego przejść, aby dostać się do akademika.
               Skręciłam w bok, aby odrobinę skrócić sobie drogę. Kawałek dalej znajdowały się niewielkie grupki studentów, którzy korzystali z ładnej pogody, przesiadując na dworze. Oddaliłam się od nich jeszcze bardziej, kiedy zeszłam z deptaka, by przejść na skos po trawie. Kiedy podniosłam głowę, widziałam już mój główny cel. Budynek był niedaleko.
               Jednak nie tylko on stanął mi przed oczami. Wstrzymałam oddech, widząc blondyna, idącego w moją stronę. Poczułam na plecach nieprzyjemny dreszcz. Moje dłonie zadrżały, kiedy jego niebieskie tęczówki skupiły się na mnie. Zdecydowanie nie chciałam go spotkać. Dzisiaj nie było go na zajęciach, więc mogłam odetchnąć z ulgą. Nie sądziłam jednak, że wpadnę na niego po zakończeniu wykładów. Byłam pewna, że Blake gdzieś pojechał albo może jest chory, dzięki czemu nie będziemy się oglądać przez kilka następnych dni. Jak widać, te przypuszczenia były dość naiwne i mylne.
- Rosalie…
- Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać – warknęłam pod nosem, chcąc go minąć.
               Zanim zdążyłam się zorientować, złapał mnie za ramię. Zatrzymałam się, a następnie wyrwałam rękę z jego uścisku. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam czuć, to jego dotyk na mojej skórze. Zrobił krok w moją stronę. Odruchowo odepchnęłam go od siebie. Blake uniósł brwi do góry, udając zaskoczonego. Zaraz po tym na jego twarzy wymalował się złośliwy uśmieszek. A to wcale mi się nie podobało.
- No, co jest, Rose? – rzucił rozbawiony. Zacisnęłam usta. – Nie podobał ci się nasz gorący pocałunek na korytarzu?
- Pierdol się! Zniszczyłeś mi…
- Tego właśnie chciałem, kochanie – powiedział, nachylając się do mnie. – Dlaczego to on miał wygrać? Kocham cię, ale jeśli ty nie chcesz być ze mną, to nie będziesz także i z nim.
- Jesteś chory…
- To się nazywa dobre rozplanowanie. Twój chłoptaś nie cierpiał mnie od samego początku. Myślałem, że przejrzysz na oczy i zobaczysz, że nie jest osobą dla ciebie. Chciałem to wszystko odbudować, ale on… Ty miałaś to gdzieś. Byłaś w niego zapatrzona i nadal jesteś. A on wcale nie jest taki wspaniały, jak myślisz.
- Żadne z nas nie jest idealne, ale na tym właśnie polega miłość. By akceptować drugą osobę taką, jaka jest. By kochać ją bez względu na jej wady. Ty nigdy tego nie rozumiałeś. Ty dalej nie rozumiesz tego uczucia – odpowiedziałam, pukając go palcem wskazującym w klatkę piersiową. – Jedyne co potrafisz, to niszczyć. Tak, jak zniszczyłeś nas, tak teraz niszczysz mnie i jego! – Odsunął się, nie przestając się jadowicie uśmiechać.
- Jakby nie patrzeć, to chyba i w tym wygrałem. Luke jest typem człowieka, który widzi czubek własnego nosa. Pewnie już cię przekreślił i…
- W ogóle go, kurwa, nie znasz!
- Nie? To czemu nie jest obok ciebie? Chyba ten dupek faktycznie uwierzył, że ty i ja, to coś poważnego. Mogę się założyć, że wasze wielkie love story dobiega końca.
- Nienawidzę cię! W tym momencie tak cholernie cię nienawidzę! – warknęłam, czując, jak oczy zachodzą mi łzami. Blake cmoknął pod nosem, obserwując moją reakcję. Nie chciałam dać mu satysfakcji, więc zawzięłam się w sobie, zmieniając smutek w złość. Chęć rozpłakania się stopniowo mijała. Teraz miałam ochotę go uderzyć. Miałam ochotę się na nim wyładować za to wszystko, co zrobił.
- Powiem ci, że dobrze się stało, że ten kutas pojawił się na horyzoncie. Ty go nie widziałaś, ale ja i owszem. Nie mogłem odpuścić takiej okazji. Widziałem, jak zareagował. To było to, czego oczekiwałem. Pokonałem go, co prawda podstępem, ale to i tak zalicza się do zwycięstwa. Mojego zwycięstwa.
- Wiedziałam, że zrobiłeś to specjalnie, ty pieprzony sukinsynie!
- Tak mi ciebie szkoda, Rose. Chyba nie widzę w tej waszej wspólnej historii happy endu…

***
             Wracając z biblioteki, wszedł do parku. Z daleka zamajaczyła mu znana sylwetka. Szybko rozpoznał Rose. Przyspieszył, chcąc ją dogonić. W głowie zaświtała mu myśl, aby jeszcze raz delikatnie nawiązać rozmowę na temat Hemmingsa. Wiedział, że w tym momencie główną przeszkodą do porozumienia i wyjaśnienia sprawy jest właśnie Luke. Nadal zderzały się dwie wersje wydarzeń, a on w tej swojej tajnej misji, do pogodzenia tej pary, niedaleko się posunął.
              Był całkiem blisko, jak dziewczyna raptownie zatrzymała się. Dostrzegł to, jak cała się spięła. Dopiero po chwili zorientował się dlaczego. Tuż przed nią stanął Blake. Michael z początku chciał dołączyć do tej dwójki. Brał pod uwagę to, że być może doszłoby wtedy do ostrzejszej konfrontacji. Z drugiej jednak strony, mogło się to odbyć na spokojniejszej płaszczyźnie, a on nie dowiedziałby się niczego konkretnego. Coś jednak podpowiedziało mu, aby się nie wtrącać. Zanim którekolwiek z nich mogło go zobaczyć, uskoczył w bok, aby ukryć się za sąsiednim drzewem. Dzięki temu, nie tylko doskonale ich słyszał, ale mógł mieć ich także na oku.
               Michael z początku był zdezorientowany, kiedy cały konflikt z Blake’em się zaostrzył. To, co stało się pomiędzy nim a Rose, nie chciało do końca do niego dotrzeć. Po rozmowie z Lori, która ewidentnie stała po stronie przyjaciółki, wnioskował, że być może Luke żyje w błędnym przekonaniu odnośnie tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Im dłużej zagłębiał się w tę sprawę, tym bardziej wierzył w to, że faktycznie całość winy przechyla się w stronę jej byłego faceta. Nie miał jednak na to dość mocnych dowodów, a jedyne same spekulacje i domysły, które wyciągnął po rozmowie z Jesse’im. Mimo wszystko nie wierzył w to, że Rose mogła za plecami Hemmingsa spotykać się z blondynem. Teraz, dzięki dobremu refleksowi, uda mu się na własne oczy zobaczyć, co jest między nimi. Czy zaczną normalnie ze sobą rozmawiać? Co takiego będą mówić? Czy może dojdzie do momentu, w którym wyjaśni się wszystko? Na odpowiedzi nie musiał długo czekać.
              Zrobił wielki oczy, wsłuchując się w ich rozmowę. Chociaż według niego nie można było tego nazwać rozmową. Blake zaatakował ją słownie od samego początku, a rudowłosa odbierała jego ataki, unosząc co chwilę ton. Wszystko powoli nabierało odpowiedniego kształtu, a on w końcu zrozumiał, co się dokładnie stało. Luke i Rose stali się pionkami w jego grze. Grze, która miała na celu przekreślenie Hemmingsa, tylko po to, by odzyskać dawną miłość. Michael nie wierzył, że Blake mógł być tak głupi. Dziewczyna odrzuciła jego zaloty, a on w ramach zemsty postanowił zniszczyć to, co miała. Teraz tym bardziej stał po stronie Luke’a, który od samego początku twierdził, że Blake jest wielkim i niewygodnym wrzodem na tyłku, który nie bez przyczyny kręci się wokół niej. Clifford był pewny, że chłopak przesadza. Jednak po tym, co usłyszał, wiedział, że jego przyjaciel miał rację, robiąc z niego zagrożenie. Dopiął swego, niszcząc ich.
              W końcu nie wytrzymał. Słuchanie tego, co mówił Blake nie było przyjemne. Szczególnie nie było przyjemne dla Rose, która ze wszystkich sił starała się mu pokazać, że bardzo się myli. Górował nad nią, będąc dobrze zorientowanym w tym, co się dzieje. Michael uświadomił sobie to, że chłopak rozgryzł Hemmingsa, przewidując jego zachowanie i postępowanie. Dobrze odgadł, w jaki sposób zareaguje i jaki to wszystko będzie miało skutek. Miał wrażenie, że Blake skutecznie zaplanował całą tę akcję, usypiając czujność zamieszanej w to pary.
               Nie zastanawiał się długo nad tym, co chce zrobić. Chciał zetrzeć ten jego parszywy uśmieszek z twarzy, stając w obronie przyjaciółki. Szczególnie, że Rose przestała mieć przewagę. Nie chciał, by dziewczyna została pokonana ponownie. By znów się załamała. Nie zrobiła nic złego, a on dobijał ją jeszcze bardziej. W jego oczach Blake stał się bezmózgim sukinsynem bez sumienia.
               Wyskoczył zza drzewa. Zaraz znalazł się tuż naprzeciwko niego. Zaskoczony chłopak urwał w połowie zdania. Błękitne oczy spojrzały na Michaela, nie kryjąc zdziwienia. Nie sądził, że ktoś z paczki Rose mógł być w pobliżu. W tym momencie jego podstęp zakończył się fiaskiem, bo Clifford już wiedział. Wiedział wszystko.
               Złapał Rivers za ramię. Jednym szybkim ruchem odciągnął ją od chłopaka, który najwidoczniej dalej analizował całą tę sytuację, która właśnie się rozgrywała. Jak tylko Rose znalazła się za jego plecami, nie zawahał się nawet przez chwilę, by dosadnie pokazać mu, co o tym wszystkim sądzi. Zacisnął dłoń i zamachnął się. Poczuł, jak jego pięść spotyka się z policzkiem chłopaka.
                Uderzenie było tak silne, że Blake nie utrzymał równowagi. Zachwiał się, a potem przechylił się, by w finale paść na trawę. Usiadł, patrząc na Michaela wielkimi, jak spodki oczami. Miejsce, w które go trafił, zaczynało robić się mocno czerwone. Clifford z nieukrywaną satysfakcją wyprostował się, zerkając na niego pogardliwie. Prychnął pod nosem, mierząc jego zgarbioną sylwetkę.
- Jesteś zwykłą pojebaną szują i śmieciem – podsumował go. – Zbliż się do niej jeszcze raz, a będziesz mieć przejebane jeszcze bardziej.
               Odwrócił się. Rose patrzyła na nich z lekko rozchylonymi ustami, będąc nadal w szoku. Michael nie chciał przeciągać momentu odejścia, więc złapał ją za rękę, a następnie pociągnął w stronę akademika. Zarzucił jej dłoń na ramiona, obejmując ją. Poczuł, jak cała się trzęsie. Wiedział, że to tylko kwestia czasu, jak dziewczyna w końcu przegra z własnymi emocjami. Była bliska płaczu, choć starała się nadal grać twardą.
              Jak tylko znaleźli się na chłodnym korytarzu, od razu skierowali się w stronę schodów. Michael poprowadził ją na pierwsze piętro, a następnie ruszyli szybko w kierunku pokoju. Rose wyciągnęła klucz, ale dłonie tak jej się trzęsły, że nie była w stanie trafić nim do zamka. Clifford przejął stery, otwierając drzwi.
               Gdy tylko weszli do środka, dziewczyna odsunęła się od niego. Rzuciła torbę w kąt. Usiadła na łóżku, zakrywając twarz dłońmi. Michael przez moment bacznie ją obserwował. Kiedy tylko zobaczył, jak lekko zaczyna drżeć, zajął miejsce tuż obok niej. Objął ją ramionami, pozwalając na to, by w tuliła się w jego klatkę piersiową. Doszło do niego ciche łkanie. Zacisnął usta, mając nadzieję na to, że sam się nie rozklei. Pod tym względem był osobą, która płacze razem z tobą.
- Będzie dobrze – powiedział cicho, przejeżdżając dłonią po jej plecach. Rosalie oderwała się od niego. Jej brązowe tęczówki były zaczerwienione. Kilka słonych łez spłynęło po jej policzkach.
- Mikey… Co ja takiego zrobiłam, że spotkało mnie właśnie coś takiego? Czy byłam, aż tak chujowym człowiekiem, że los postawił na mojej drodze Blake’a po raz kolejny?
- Ej, nie jesteś zła – powiedział, podając jej chusteczki, które leżały na nocnej szafce. Wolał nie wiedzieć, ile raz po nie sięgała w ciągu ostatnich kilku dni. – To nie twoja wina. Całym problemem jest on. To wszystko przez niego. Ten dupek ma z tego, jakąś dziwną satysfakcję. Nie możesz się poddać. Nie daj się. Walcz o swoje.
- Luke mnie nienawidzi. Wszystko się zawaliło – dodała, a z jej ust wydobył się kolejny cichy szloch. Michael zacisnął wargi, czując, że i jemu zaczynają szklić się oczy. – Blake zabrał mi… Zniszczył wszystko.
- Nie. Nie możesz przekreślić wszystkiego z góry. Luke w końcu się obudzi i…
- Próbowałam, Mikey. Starałam się to naprawić, ale… Może tak właśnie miało być?
- Rose, błagam – powiedział, wycierając policzki dłonią. Miał gdzieś to, co może sobie o nim pomyśleć. Płakał razem z nią. Dla niego ten widok i jej słowa były cholernie przykre i smutne. Widział, że ona traciła nadzieję. – Nie daj mu tego poczucia, że wygrał. Nie załamuj się. Boże… Jestem tak beznadziejnym pocieszycielem. Wybacz, że musiałaś trafić na mnie.
- Jesteś najlepszy, Mikey – powiedziała cicho.
               Zrzuciła ze stóp buty, wchodząc na łóżko. Podciągnęła nogi do brody, obejmując je ramionami. Spojrzała po raz kolejny na siedzącego obok chłopaka. Michael lekko się do niej uśmiechnął. Rose wzięła głębszy oddech, by odezwać się ponownie.
- Zostawisz mnie samą?
- Nie chcę byś była sama.
- Jest w porządku – odparła, choć on wcale jej nie uwierzył. – Potrzebuję, tylko chwili samotności, by pozbierać się na nowo.
- Jesteś pewna?
- Tak.
- Wiesz, że Lori mnie zabije, jak się dowie, że zostawiłem cię w takim stanie? Zresztą… Sam nie jestem pewien, czy powinienem sobie iść.
- To nic takiego. Poradzę sobie. Po prostu… Muszę się uspokoić.
- Ale dasz znać, jak ci się nie polepszy?
- Dam znać.
- Słowo?
- Słowo.
- W porządku – powiedział, wyciągając w jej stronę rękę. Poklepał ją po głowie, na co uśmiechnęła się blado.
               Wstał z łóżka, a następnie ruszył w stronę drzwi. Zanim wyszedł, zerknął na dziewczynę po raz kolejny. Rosalie oparła czoło o ręce, chowając w nich twarz. Clifford nie był naiwny. Dobrze wiedział, że nadal będzie płakać. Chciał jej jednak dać tę chwilę, o którą prosiła. W tym czasie skontaktuje się z Lori, która w takich sprawach sprawdzała się dużo lepiej, niż on.
              Wyszedł na korytarz, przecierając oczy palcami. Spuścił głowę, idąc szybko w kierunku schodów. Wskakiwał po dwa stopnie, aby jeszcze bardziej przyspieszyć i skrócić sobie drogę. W końcu wpadł do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Gdy tylko wszedł w głąb pomieszczenia, zauważył siedzącego na łóżku Luke'a. Chłopak dalej pochylał się nad książką. W sumie Michael był pewny, że nie ruszył się z miejsca, odkąd wyszedł do biblioteki.
- Co ty masz… Co się stało? – zapytał zaniepokojony Hemmings, widząc jego lekko zaczerwienione oczy.
- To nie jest wina Rose – powiedział od razu, podchodząc do niego. Machnął na niego palcem, jakby Luke był pięcioletnim dzieckiem. – Słyszałem ich rozmowę. Ten kretyn ma pożywkę z tego, do czego doprowadził! Chełpi się tym, że mu się udało! On rozgryzł cię od samego początku! Jakby wiedział, że tak właśnie zareagujesz!
- Ale…
- Przymknij się, kurwa i słuchaj! – warknął, przekręcając oczami. Luke wyprostował się, unosząc brwi do góry. Nie spodziewał się takiej postawy Clifforda. – On to wykorzystał. Zrobił to, bo ty tam byłeś i doskonale wiedział, jak postąpisz dalej. Nie musiał robić nic więcej! Ty odwaliłeś za niego resztę roboty, obrażając się na cały świat i zachowując się, jak kretyn!
- Teraz ja jestem tym złym?!
- Nie o to mi chodzi! Po prostu rusz mózgiem i zrób coś! Siedzenie w pokoju gówno ci daje! Rose niedługo się podda, bo ile można walczyć i czekać na to, aż jaśnie pan wykaże odrobinę wolnej woli i pójdzie po rozum do głowy! Powinieneś ruszyć dupę i tam pójść!
- Ja…
- Wiesz, co – ciągnął dalej Michael, siadając na krzesło. – Ona cię potrzebuje. Po tej rozmowie z Blake’em ona cię cholernie potrzebuje. Nie mnie, nie Lori, nie kogoś innego, tylko ciebie. Byś w końcu jej uwierzył, bo to nie jej wina. Jeśli się pogodzicie, Blake nie wygra. A wierz mi, że jest cholernie zadowolony i dumny z siebie. No… Może już nie tak do końca, bo odrobinę mu pomogłem, aby ten jego złośliwy uśmiech zniknął.
- Co zrobiłeś?
- Przywitałem się z nim i pogratulowałem pomysłu – skwitował Clifford, wzruszając ramionami. – Ale mniejsza o to. Ta cała sytuacja przypomina mi podobne wydarzenie.
- No, jakie konkretnie?
- Ciebie i Harper – odpowiedział, a blondyn wytrzeszczył na niego oczy. – Z tą różnicą, że ty i Rose nie byliście wtedy oficjalnie razem. No i ona pozwoliła ci to wszystko na spokojnie wyjaśnić. Tu też doszło do tego, że wpieprzyła się między was osoba trzecia. Tu też pojawił się niechciany pocałunek, który widziało jedno z was. Tyle, że ty…
- Wiem! Jezu… Nie musisz, co chwilę po mnie jeździć!
- Ona płacze. Siedzi teraz sama w pokoju i płacze przez to, co od niego usłyszała. – Luke spuścił głowę, pocierając dłonią kark. – Jeśli to cię nie rusza, to… - Urwał i ciężko westchnął. Po raz kolejny machnął na niego ręką.

***
             Luke przez moment siedział nieruchomo, starając się to wszystko porządnie przeanalizować. Po chwili jednak uznał, że nie ma, nad czym się zastanawiać. On również przyczynił się do tej katastrofy. Gdyby od razu pozwolił jej wszystko wyjaśnić, między nimi byłoby tak, jak dawniej. Blake by nie triumfował. Ona by nie płakała. Nienawidził widoku jej łez. Chyba, że były to łzy szczęścia. Teraz był dodatkowym zapalnikiem do jej smutku. I czuł się z tym cholernie źle.
            Michael podskoczył na krześle, kiedy blondyn raptownie zerwał się z łóżka. Ubrał buty, nie kłopocząc się z tym, by je zawiązać. Wsunął tylko sznurówki do ich środka, a następnie ruszył w stronę drzwi. Gdy tylko złapał za klamkę, spojrzał w kierunku Clifforda. Chłopak zlustrował go od góry do dołu. Nie musiał nic mówić. Jego przyjaciel od razu wiedział, co chce zrobić.
- Napiszę do Lori, by po zajęciach przyszła do mnie. Nie będzie wam przeszkadzać.
- Dzięki – rzucił Luke, a zaraz po tym wyszedł z pokoju.
             Ruszył szybko wzdłuż korytarza, chcąc, jak najszybciej dostać się do pokoju dziewczyny. W ciągu tej drogi wielokrotnie karcił się w myślach za to, jak wielkim był kretynem. Jak mógł zachowywać się w taki sposób? Jak mógł zniszczyć to jeszcze bardziej? Michael miał rację. Blake był przekonany, że wygrał. Ale może nie wszystko jest jeszcze stracone?
              Z jednej strony cholernie cieszył się z tego, że jego wszystkie przypuszczenia były mylne. Wcześniej bał się tego, że Rose i Blake jednak tworzą coś więcej. Coś, co sprawi, że Luke będzie musiał odejść. Teraz jednak wszystko ukazało mu się w zupełnie innym świetle. Teraz w końcu poczuł na nowo przypływ nadziei. Jeśli tego nie zepsuje, być może ją odzyska. O ile Rosalie w ogóle będzie chciała na niego patrzeć. Nie będzie się dziwił, jak odeśle go z kwitkiem. Kto by chciał wysłuchiwać kogoś, kto tak zawalił? Kogoś, kto wykazał się kompletnym brakiem zaufania?
              Zatrzymał się przed drzwiami. Nie zapukał. Po prostu otworzył je, mając obawy wobec tego, że Rosalie mogłaby go nie wpuścić. Że nie będzie chciała go oglądać. Zaskakując ją, zyskiwał drobną przewagę.
              Wszedł do środka. Jego wzrok od razu skupił się na siedzącej na łóżku dziewczynie. Rose podniosła głowę. Ich spojrzenia w końcu się ze sobą spotkały. W tym momencie Luke poczuł mocne ukłucie w sercu. Jej oczy były załzawione i czerwone. Próbowała szybko ukryć ten fakt, że po raz kolejny płacze, przecierając pospiesznie policzki dłońmi. Ten widok bolał. Cholernie bolał, szczególnie, że to on się do niego przyczynił. To on przyłożył rękę do jej stanu. Nie powinien być przeciwko niej, a z nią. By znów czuła się silniejsza. Pozostawił ją jednak samą i ta myśl była nieprzyjemna i rozbijająca.
              Przez moment patrzył na nią, nie mogąc oderwać wzroku od jej ciemnych oczu. Oczu, które tak mocno kochał. Oczu, które teraz przepełnione były smutkiem i wewnętrznym bólem. Pragnął tego, by w jej tęczówkach znów zobaczyć, chociaż iskierkę dawnego szczęścia. Spieprzył to. Teraz dokładnie widział, jak bardzo to wszystko pokomplikował i schrzanił.
               Dziewczyna wstrzymała oddech, kiedy podszedł do łóżka. Usiadł obok niej. Zagryzła wargę, nie odzywając się. Zamiast tego, dokładnie śledziła każdy najmniejszy jego ruch, jakby się bała, że i on zacznie się na niej wyżywać. Kolejne łzy spłynęły po jej policzkach. Ponownie otarła je dłonią, nadal próbując utrzymać się w całości. Nadal walczyła z tym, by się nie rozpaść.
               Nachylił się w jej stronę. Złożył na jej czole delikatny pocałunek. Miał wrażenie, że jego serce przyspiesza, a oddech odrobinę się spłycił. Bał się tego, że go odepchnie i każe mu wyjść.Jednak nic takiego się nie stało. 
               Postanowił wykonać kolejny ruch, który ponownie zbliży ich do siebie. Objął ją mocno, przyciągając ją jednocześnie do siebie. Poczuł, jak dziewczyna zaciska palce na jego koszulce. Słyszał, jak zaszlochała w jego ramionach. W tym momencie z jego błękitnych oczu również wydobyło się kilka słonych łez. Doszedł do niego znajomy zapach jej perfum, który uświadomił mu to, jak cholernie za nią tęsknił. Za jej dotykiem i głosem. Za tym, że była obok niego bez względu na to, co się działo. A on tak cholernie ją zawiódł. Jeśli ją przez to straci, nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Tak bardzo przepraszam – powiedział szeptem, wciskając twarz w jej włosy.
               Rose drgnęła. Luke zacisnął zęby, kiedy odsunęła się. Przyjemne i znane ciepło zniknęło. Spojrzała w jego załzawione oczy. Milczała dalej, a on tak bardzo pragnął ją usłyszeć. Był egoistą chcąc tego, by zapewniła, że go nie zostawi, choć to on odsunął się od niej.
- Przepraszam – powtórzył, dotykając jej twarzy. – Byłem takim idiotą. Zachowałem się, jak skończony dupek. Miałem tak głupie myśli, w które potem zacząłem wierzyć. A one nie były prawdą.
- Dlaczego nie chciałeś ze mną porozmawiać? Naprawdę sądziłeś, że mogłam zrobić ci takie świństwo? Że świadomie, bym cię skrzywdziła?
- Przepraszam – wydusił z siebie, przysuwając się do niej jeszcze bardziej. Oparł swoje czoło o jej, a kolejne łzy opuściły jego jasne oczy. – Wiem, że teraz moje przepraszam jest gówno warte. Zawiodłem cię. Zawaliłem to po całości. Nie wiem, co mi odbiło. Nie wiem, dlaczego potrzebowałem stu procentowego dowodu na to, że ty i on… że… Powinienem był uwierzyć. Powinienem pozwolić ci mówić. Nie reagować w taki sposób. Popełniłem tak cholernie dużo błędów. Ignorowałem cię, łamałem jeszcze bardziej. Byłem pewny, że w taki sposób się obronię. Nie chciałem rozmawiać, bo byłem totalnym tchórzem. Bałem się tego, że mnie zostawisz. Zostawisz dla niego. Uczepiłem się, więc tego niepewnego stanu i zawieszenia, w którym tkwiliśmy. Ale jeszcze byliśmy razem. Byłem przekonany o tym, że to tylko kwestia czasu, jak wy… Próbowałem się do tego, jakoś przygotować. Moje myśli były tak irracjonalnie głupie, a ja dopiero teraz to zrozumiałem. Nie chciałem cię stracić, a robiłem wszystko, by tak właśnie było. Jestem skończonym idiotą i kretynem. – Spojrzał w jej ciemne tęczówki. Opuszki jego palców musnęły wilgotną skórę na jej policzkach. – Zrozumiem, jeśli będziesz chciała ode mnie odejść. Po tym, co zrobiłem, wykazując totalny brak zaufania, nawet nie będę się dziwił. Jednak, jeśli jest jakaś szansa na naprawę tego wszystkiego, to chcę się jej podjąć. Jeśli jest mała nadzieja na to, że mnie nie przekreśliłaś, to chcę o to walczyć. Chcę dalej o nas walczyć. Kocham cię, Rose.
- To tak bolało, Luke.
               Złapała jego dłoń. Odciągnęła ją od swojej twarzy. Luke przygryzł wargę, czując jej dotyk, który powodował pojawienie się kolejnej przyjemnej ciepłej fali w jego organizmie. Obawiał się tego, że straci wszystko. Nawet to. Był współwinny temu, co się stało. Tego, do czego doprowadził Blake. Dlaczego nie zrozumiał swoich błędów wcześniej?
- Wiem… Doskonale to wiem. W tym momencie naprawdę nie mogę zrozumieć swojego postępowania. Teraz wydaje mi się tak bardzo bezsensowne. Sam cię od siebie odsuwałem, a teraz przychodzę, by błagać cię o to, byś mnie nie zostawiała. Jestem jednym pieprzonym paradoksem i… Nie umiem sobie z tym poradzić. Potrzebuję cię. Potrzebuję cię, jak cholernego tlenu. Dawałaś mi całą siebie. Dawałaś mi szczęście. Z tobą byłem naprawdę szczęśliwy, mimo tego, że czasem się sprzeczaliśmy. A gdy przyszedł prawdziwy kryzys, ja zachowałem się, jak kompletny dupek bez wyobraźni, wierząc w to, co nie było prawdą. Rose… Jeśli nadal coś do mnie czujesz, to proszę cię… Zostań ze mną, a ja obiecuję, że już nigdy więcej cię nie zawiodę.
- Nie obiecuj mi nic, czego nie będziesz mógł spełnić.
               Po jej słowach, odsunął się. Odwrócił głowę, zagryzając wargę po raz kolejny. Łzy ponownie zmoczyły jego policzki. Po tym, co powiedziała, czuł, że przegrał. Zawalił to po całości i jedyne pretensje mógł mieć, tylko i wyłącznie do siebie. Tu już nie chodziło o Blake’a. Tu chodziło nich. Nabrał powietrza w płuca, a jego oddech stał się przerywany. Nie walczył z tym. Wiedział, że to słyszała.
               Spiął wszystkie mięśnie, kiedy Rose położyła dłoń na jego ramieniu. Usłyszał cichy szelest pościeli, gdy przysunęła się bliżej niego. Zacisnął oczy, walcząc z tym, by się kompletnie nie załamać. Wiedział, że to koniec. Ona chce to zakończyć, a on zupełnie nie miał pojęcia, jak może ją zatrzymać. Jego ramiona zadrżały, kiedy negatywne emocje zaczęły wypełniać go od środka.
- Luke?
- Przepraszam – powtórzył, choć teraz zdawał sobie sprawę z tego, jak żałośnie to brzmi. Przetarł dłonią twarz. Wziął kolejny głębszy oddech, zdobywając się na to, by znów na nią spojrzeć. Rose była tuż obok.
- Nie chcę pustych obietnic. Chcę, byś mi to pokazał. To, co się działo, było złe. Twoje zachowanie wcale nie wprawiało mnie w zadowolenie. To bolało podwójnie, bo pragnęłam tego, byś był po mojej stronie. Ale ty…
- Spieprzyłem to. I do tego potrzebowałem tak wiele czasu, aby w końcu zrozumieć swój błąd.
- Ale zrozumiałeś go. Nigdy bym cię nie zdradziła. Nie jestem osobą, która robi skoki w bok. Liczysz się, tylko ty. Zawsze tak było.
- Wiem… Powtarzałaś mi to nie raz, a ja byłe zbyt głupi, by to naprawdę zrozumieć. By w to naprawdę uwierzyć. Nie wiem, co mi odbiło. Czuję się, jak kompletny palant.
- Luke?
- Tak?
- Jesteś palantem.
- Nawet nie zaprzeczę.
              Zerknął na nią po raz kolejny, nie kryjąc obawy. Kiedy nastąpi ten moment, w którym powie mu, że to koniec? Poczuł w gardle nieprzyjemną gulę, która uniemożliwiła mu zadanie tego jednego konkretnego pytania. Rose w dalszym ciągu patrzała na niego w milczeniu, jakby oczekując, jakiegoś kroku z jego strony. Luke niewiele myśląc nachylił się w jej stronę, łącząc ich usta. Skoro mieli się rozstać, chciał, chociaż ostatni raz poczuć ich smak. Smak, który kochał. Smak, który będzie pamiętać do końca. Odpowiedziała na to jego zbliżenie, przywierając do niego mocniej, co odrobinę go zaskoczyło. Miał wrażenie, że jeśli zaraz nie złapie gruntu pod nogami, to rozpadnie się całkowicie.
- Rose? – wyszeptał, wprost w jej wargi. – Proszę… Nie zostawiaj mnie…
- A ty nie zostawiaj mnie – odpowiedziała cicho. Rozchylił powieki, spoglądając na nią.
- Naprawdę nie zostawisz mnie po tym, co odwaliłem?
- Kochać, to także wybaczać. Kochać, to także naprawiać i walczyć. Jesteśmy, tylko ludźmi. Popełniamy błędy. Ważne, by wyciągać z nich odpowiednie wnioski. Dostaliśmy nauczkę. Ty i ja. Nie chcę cię stracić. Skrzywdziliśmy się nawzajem…
- Nie zrobiłaś nic złego…
- Byłam ślepa na to, co robi Blake. – Luke pokręcił głową. – Nie zaprzeczaj, tak właśnie było. Gdyby dotarło to do mnie wcześniej może… Może do niczego by nie doszło. Czasu jednak nie cofniemy.
- Wiem… Czyli… Co z nami?
- Nie zostawię cię. A ty mnie?
- Nie zostawię cię – odpowiedział, uśmiechając się lekko. Rose odpowiedziała tym samym, by po chwili znów połączyć ich w spokojnym pocałunku.


***
Można śmiało powiedzieć, że Luke i Rose w końcu się dogadali :) Z pewnością domyślaliście się, że właśnie tak będzie :) Mikey aka detektyw spełnił swoją wielką rolę - może powinien zmienić pomysł na przyszłość i skończyć z prawem, a otworzyć własne biuro śledcze? :D

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Niestety obsuwa czasowa trwa dalej. Nie wiem, kiedy ja naprawdę ogarnę. Na razie nic na to nie wskazuje :(

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Dają kopa do pisania :) Dziękuję!

Zapraszam na Aska i Twittera  - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje, co i kiedy się pojawia :)

Nie przedłużam 

Pozdrawiam!


15 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak bardzo płakałam jak Luke przeprasza Rose i jeszcze się uśmiechałam do siebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział wzbudził emocje :)
      Dzięki bardzo za komentarz!

      Usuń
  3. Tak bardzo płakałam jak Luke przeprasza Rose i jeszcze się uśmiechałam do siebie

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem tak.... Luke i Blake mają niedojebanie mózgowe. Ich imiona powinny trafić jako synonimy do IDIOTY!! Rose kochanie jak mogłaś się z takim idiotą związać?? Przecież, aby on ruszył mózgiem (wielkości ziarenka piasku) to trzeba odwalić 100% roboty! Ech.. ale dobrze, że się pogodziliście. Kocham tą parę i wogule ♥♥ Mike dobrze, że mu przywaliłeś. Kocham cię za to!
    A ja zmykam, mam do przeczytania Krzyżaków przez wakacje, a nie rozumiem tego :"(
    Rozdział cudowny i czekam na następny :)
    pozdrawiam ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaaha aż chechłam na głos XD Już po raz kolejny spotykam się z tym stwierdzeniem - a minęło niewiele czasu od publikacji tego rozdziału - że Luke i Blake to synonimy do idioty XD Rozwalacie mnie XD
      Krzyżacy... Nigdy nie przeczytałam tego do końca XD Powodzenia i wytrwałości przy lekturze życzę :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. przy przeprosinach Lucka się popłakałam dobrze,ze Rose mu wybaczyła :)supcio rozdzialik <3 czekam na następny pozdrawiam i życzę dużo weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało i że rozdział Cię wzruszył :)
      Dziękuję bardzo za komentarz!
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Yeeeey! Tak długo na to czekałam, w końcu się pogodzili :D
    Faktycznie Luke zachował się jak kretyn, jakby mu w ogóle nie zależało, bo w przeciwnym razie wysłuchałby co Rose ma do powiedzenia. Jednak każdy popełnia błędy i trzeba się do nich przyznać i starać naprawić :D
    Czekam na kolejny i skoro zbliżamy się do końca, to mam nadzieję, że skończy się to happy endem, ale ciii nie mówi nam nic :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, przyznał się do błędu, który w końcu zrozumiał :)
      Niestety, koniec coraz bliżej. Oczywiście, że nic nie zdradzę :D
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Wow! Wielki szacun dla ciebie :) dzisiaj wreszcie wszystko nadrobiłam I jestem pod ogromnym wrażeniem! Świetnie piszesz i historia jest bardzo ciekawa! Czasami zrobisz jakieś literówki ,ale prawie trudno je wyłapać ;) Życzę powodzenia I czekam z niecierpliwością na dalszą część! :) Dagmara K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za tak miłe i pozytywne słowa :) Cieszę się, że Ci się podoba :)
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń