środa, 3 sierpnia 2016

S6 - Rozdział 27

Cheers to the freakin' weekend


              Zmarszczyłam nos, wpatrując się we wnętrze szafy. Przejechałam palcami po kolorowych materiałach. W końcu złapałam za czarną tunikę na grubszych ramiączkach. Rozłożyłam ją. Kiwnęłam głową, odpowiadając na pytanie, które zadałam sobie samej w myślach. Będzie pasować do dżinsowych spodenek, które wybrałam wcześniej.
              Odrzuciłam bluzkę na bok, trafiając nią przypadkiem w lewą nogę blondyna. Słyszałam ciche prychnięcie, które wydostało się z usta Luke'a. Zamknęłam szafę, odwracając się w jego stronę. Hemmings uniósł brwi, nie odrywając ode mnie swoich błękitnych oczu.
- Co?
- Czemu nie możemy iść z wami? – zapytał po raz kolejny. Westchnęłam ciężko, podchodząc do łóżka, na którym siedział.
- To babska impreza. – Ponownie złapałam za tunikę. – Co myślisz o tej?
- Po co się tak stroisz?
- Nie stroję się – mruknęłam, uderzając go w ramię.
- Ej! Weź…
- Chcę jakoś wyglądać.
- Jakoś?
- Ładnie. Chcę wyglądać ładnie – powiedziałam, rozkładając tunikę na pościeli.
- Po co?
- Ty tak na serio? – odparłam, spoglądając na niego. Chłopak wzruszył ramionami. – Jezu…
- Przypominam ci, że masz mnie, więc nie musisz wyglądać ładnie dla innych facetów.
- Masz coś nie tak z głową, kotku, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić – powiedziałam ze śmiechem, całując go w czoło. Luke złapał mnie za rękę.
- Nie możemy iść z wami?
- Nie – odpowiedziałam stanowczo. – Planowałyśmy tą babską imprezę od dawna. Idziemy same. Może wy też wyjdźcie gdzieś, tylko w męskim gronie. – Luke ciężko westchnął. – A teraz spadaj – rzuciłam, pukając go w policzek. – Niedługo wpadnie tu Lori z dziewczynami. Będziemy się szykować.
- Zdecydowanie wolę się ewakuować. – Podniósł się z miejsca. Nachylił się, muskając swoimi ustami moje. – Dzwoń, jakby coś się działo. Daj też znać, jak wrócisz do akademika. Nie chcę się martwić.
- Oczywiście – odpowiedziałam, klepiąc go po plecach. Chłopak uśmiechnął się, pocałował mnie po raz ostatni, a następnie wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

***
                 Ruszył pustym korytarzem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Mimo tego, że doskonale wiedział, że nie ma nic złego w tym, że dziewczyny chcą iść na imprezę same, to jednak jakoś nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. Nadal rozpamiętywał incydent z Blake’em. Nadal miał to w pamięci i nie mógł się tego do końca pozbyć. Miał nadzieję, że ta sytuacja nie będzie go prześladować do końca życia.
                  Na całe szczęście, Blake postanowił się od nich odizolować. Trzymał się z daleka od niego, Rose i całej ich paczki. Omijał szerokim łukiem także i Masona. Najwidoczniej odciął się od nich zupełnie, co naprawdę cieszyło Hemmingsa. Miał go po dziurki w nosie i taki obrót spraw zdecydowanie mu pasował.
                 Zdążył dojść do schodów, kiedy poczuł na udzie wibrację. Po chwili do jego uszu doszedł dźwięk, oznajmiający mu przyjście wiadomości. Wyciągnął telefon z kieszeni. Odblokował go  i wszedł w skrzynkę odbiorczą. Odczytał sms-a od Michaela, który chciał, by Luke przyszedł do pokoju Caluma. Wzruszył ramionami, a następnie zaczął wchodzić na górę.
                  Przeszedł wzdłuż kolejnego holu, mijając grupki innych studentów. Zatrzymał się przed drzwiami z numerem siedemdziesiąt dziewięć. Złapał za chłodną klamkę i nie pukając, wszedł do środka. Wszystkie oczy osób zgromadzonych w środku, spojrzały wprost na niego. Luke uniósł brwi, pochodząc do łóżka. Usiadł na wolnym miejscu obok Caluma.
- Co jest?
- Dzisiaj dziewczyny mają to swoje babskie wyjście – zaczął Ashton.
- Sabat czarownic – odezwał się Hood, a potem parsknął cichym śmiechem.
- Co związku z tym? – dopytał się Hemmings, patrząc z ciekawością na każdego z nich. Był pewny, że coś wykombinowali. Miał też dziwne przeczucie, że ten wymyślony przez nich plan może nie do końca spodobać się dziewczynom. Gdyby oczywiście się o nim przez przypadek dowiedziały.
- Wiesz, że one potrafią się bawić… Dość dobrze bawić – powiedział powoli Ash.
- Czasem je ponosi.
- Nieraz, aż za bardzo – mruknął Michael, przekręcając oczami. – Do tej pory pamiętam pół przytomną Lori, która odpłynęła mi w taksówce. Wcześniej prawie obrzygała Rose.
- A co ja mam powiedzieć? – pociągnął Irwin. – Becky nawet nie pamiętała, że na imprezie integracyjnej się ze mną całowała. – Chłopak zerknął na chichoczącego Caluma. – Tak, ciesz się, że Maya na razie nie odwaliła ci żadnego numeru.
- Maya raczej się nie upija – powiedział Mulat z pewnością w głosie.
- Do czasu – rzucił Jesse, a potem wcisnął twarz w poduszkę, kiedy Hood spiorunował go wzrokiem.
- Dziewczyny mają różne oblicza. Nawet te ich grzeczniejsze wersje – odezwał się Trevor. – Luke, a Rose?
- Czasem przekracza granicę. Do tej pory pamiętam, jak zanosiłem ją do łóżka, kiedy upiła się z dziewczynami u nas w domu. Albo wieczór panieński Sarah…
- Wtedy u ciebie w domu wszystkie się mocno rozhulały – wtrącił Ash, uśmiechając się lekko pod nosem. – Nie powiem, ale to było mega zabawne.
- Było… Mimo, że wtedy jakoś za sobą nie przepadaliśmy, to jednak było to zabawne – odpowiedział Hemmings, kiwając głową. – Ale chyba nie po to się tu spotkaliśmy. – Chłopaki pokręcili głowami. – To powiecie mi w końcu, o co chodzi?
- My też wybierzemy się na imprezę – rzucił zadowolony Michael. – Na tą samą imprezę.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że dziewczyny się wkurzą? – odparł Luke, spoglądając na Clifforda z politowaniem. Nie wierzył, że jego kupel może się łudzić tym, że ich drugie połówki przyjmą ich z otwartymi ramionami.
- Tyle, że one nie będą o tym wiedzieć – skwitował Calum, uśmiechając się szeroko. – Będziemy mieć je na oku. Będziemy mieć pewność, że nie zrobią nic głupiego i że wrócą bezpiecznie do akademika. W razie czego, wyjdziemy z ukrycia i im w tym pomożemy.
- To może podchodzić pod brak zaufania – wtrącił Jesse, opierając się ramię swojego chłopaka. – Ja bym się wkurwił, gdyby Trevor mnie śledził.
- Robimy to w dobrej wierze – pociągnął Ash. – Nie chcemy, by coś się stało.
- Raczej chcesz mieć pewność, że nikt niepożądany nie będzie się kręcił wokół twojej Becky – powiedział ze śmiechem brunet. Irwin zacisnął zęby. – A nie jest tak?
- Ufam jej…
- Mniejsza z zaufaniem – rzucił zniecierpliwiony Michael. – Dziewczyny nie znają Melbourne tak dobrze, jak Sydney. To też kwestia bezpieczeństwa. Szczególnie, że będą łazić tam w środku nocy.
- Oczywiście, możecie iść z nami - dodał Calum, patrząc na Trevora i Jesse’go.
- No, nie wiem…
- Ja chętnie pójdę – powiedział szybko Green.
- Co?
- Ja pójdę. Chłopaki w sumie mają rację. Melbourne jest nadal dla nas trochę obce. A tak poza tym, to chcę zobaczyć ten moment, kiedy zostaną przez nie przyłapani – rzucił, a potem parsknął śmiechem.
- Nie przyłapią nas – odparł pewnie Calum. – Będziemy praktycznie niewidzialni.
- Jak one was złapią… Ja wolę trzymać się z dala od rozwścieczonej Rose – skwitował Jesse.
- Czyli nie idziesz z nami? – zapytał Luke.
- Widzę, że ten plan ci się spodobał – pociągnął Irwin.
- Po ostatnich wydarzeniach, wolę ją mieć na oku – mruknął Hemmings, wzruszając ramionami. – Jesse?
- A co mi tam, idę z wami.

***
                 Żadna z nas nigdy nie była w klubie Midnight, które mieściło się w samym sercu Melbourne, dlatego postawiłyśmy na to miejsce. Miałyśmy nadzieję, że będziemy się tam dobrze bawić, a opisany przez klientów w internecie klimat, będzie istniał naprawdę. Ludzie, bowiem twierdzili, że jest to naprawdę dobry klub, gdzie można się wybawić, wyszaleć, a w każdy piątek pląsać do starszych, znanych utworów.
                Jak tylko weszliśmy do lokalu, powitał nas kawałek Tiny Turner Simply the Best. Było po ósmej, a większość stolików, które mieściły się w dolnej części klubu były pozajmowane. U góry było zdecydowanie puściej. Rozejrzałam się po przyciemnionym wnętrzu. Jedynymi źródłami światła były tu niewielkie lampy. Na parkiecie lśniła kula dyskotekowa. DJ znajdował się za konsoletą, wybierając kawałki, które rozruszają klientów.
                Becky wskazała na pusty prostokątny stolik. Ustawiony był w kącie pomieszczenia. Postanowiłyśmy go zająć. Przynajmniej nie będziemy miały daleko do baru, który był na przeciwko. Usiadłam obok Lori na jednej z czerwonych kanap. Becky i Maya znalazły się po drugiej stronie stolika. Szybko uzgodniłyśmy, co każda z nas chce zamówić, a potem dwie z nas ruszyły do baru, by kupić kolorowe drinki i shoty.
- Upiję się – mruknęła Maya, patrząc na zestaw startowy, który przyniosłam z Becky. A musiałyśmy wziąć nasze zamówienie na dwie rundy, bo za jednym razem nie zabrałybyśmy się z tym wszystkim na raz. – Matko… Upiję się.
- Nie przesadzaj, będzie okej – powiedziała ze śmiechem Lori, łapiąc za kieliszek z zielonym kamikadze. Podała go jej, a blondynka niepewnie na niego zerknęła. – Smak limonki.
- Zdrowie, moje drogie panie – odparłam, podnosząc swój kieliszek.
- Za dzisiejsze wyjście! – zawołała Becky. – Za babskie wyjście bez facetów!
- Zdrowie! – dodała Lori, zerkając na Maya’ę. Dziewczyna wzięła głębszy oddech, a potem uśmiechnęła się.
- Zdrowie! – odparła i cała nasza czwórka stuknęła się kieliszkami.

***
                 Wiedzieli dokładnie, gdzie tej nocy będą bawić się dziewczyny. Musieli, tylko dostać się do klubu szybciej, niż one, aby cały ich plan nie spalił się już na wstępie. Dlatego wymyślili niewinną bajeczkę o spotkaniu, z niektórymi członkami piłkarskiego zespołu, a potem życząc dziewczynom dobrej zabawy, wyszli z akademika.
                  Teraz tkwili na piętrze lokalu, mając dobry widok na większą część parteru. Bez przeszkód widzieli stoliki pełne klientów, parkiet, na którym znajdowało się kilka tańczących grupek i kolorowy oblegany bar. Z łatwością też zlokalizowali ich drugie połówki, które siedziały w kącie klubu, popijając drinki i shoty.
- Osz, kurwa – syknął Luke, niemalże zapadając się w sofę. Michael odskoczył od barierki tak samo szybko, jak on.
- Co się dzieje? – zapytał Jesse, rozbawiony ich zachowaniem.
- Becky podniosła głowę – odparł blondyn, zniżając się jeszcze bardziej.
- Widziała was? – odezwał się Ash, odstawiając piwo.
- Nie – odpowiedział Clifford. Potem powoli przybliżył się do balustrady, przyciskając swój policzek do chłodnego metalu. – Rozmawiają dalej – poinformował ich, kiwając lekko głową. – I piją dalej.
- Maya też?
- Twoja Maya właśnie wzięła sobie dodatkową kolejkę zielonego shota – pociągnął Hemmings ze śmiechem. – I trzecią.
- Bez jaj – mruknął Calum, przybliżając się do niego. Sam chciał rzucić okiem na to, co działo się przy stoliku dziewczyn.
- Złaź mi, kurwa, z pleców! – warknął Luke, kiedy Hood niemalże wcisnął go w siedzenie.
- Nic nie widzę!
- Złaź!
- Ona naprawdę wzięła kolejny kieliszek…
- Chyba ktoś wczuł się w klimat – zażartował Trevor, łapiąc za swoją szklankę z alkoholem.
- Spokojnie, to dopiero początek. Maya się nie upija – powiedział z pewnością w głosie Calum.
- Możesz do cholery w końcu ze mnie zejść?! – warknął Luke po raz kolejny.
- Ta… Niech ci będzie – mruknął Hood, wracając na swoje miejsce.
- To co, panowie? Zdrowie? – zaproponował Jesse, podnosząc swojego drinka. – Za waszą zabawę w tajnych agentów! Oby was nie przyłapały!
- A ja mam nadzieję, że was przyłapią – powiedział Green, a potem parsknął śmiechem, kiedy cała czwórka zmrużyła na niego oczy. – Tak, wiem… Robicie to w dobrej wierze. Ale po prostu… To będzie mega zabawne, jak jednak odkryją prawdę.
- Nie dowiedzą się – rzucił Luke, prostując się. Oparł łokcie o stół i chwycił swój kufel z piwem.

***
                  Stanął na samym końcu długiego baru. Miał zamówić dla siebie, Trevora i Michaela następną kolejkę. Oprócz tego, musiał mieć na oku dziewczyny, które zaczynały coraz częściej wstawać od stolika. Choć ich wycieczki na razie ograniczały się do baru i toalety. Problem był jednak ten, że i oni musieli w końcu skorzystać z łazienki. Pierwszy ruszył Calum, któremu udało się wrócić do ich stolika, nie zdradzając swojej obecności w klubie. Teraz w toalecie tkwił Luke.
                   Zerknął w stronę bocznego korytarzyka, który prowadził do łazienek. Miał nadzieję, że Hemmings szybko załatwi swoją potrzebę, a potem bez przeszkód wróci na górę. Był to idealny moment, bo przy barze zaczęło się zbierać coraz to więcej ludzi, dzięki czemu blondyn mógł się bardziej wtopić w tłum i nadal pozostać niewidzialny.
- Co dla ciebie?
                  Natychmiast odwrócił się w stronę wysokiego, szczupłego barmana. Szybko złożył zamówienie, a następnie znów zerknął w kierunku stolika dziewczyn. Teraz jednak w ogóle go nie widział, a to za sprawą innych klientów, którzy zasłonili mu widok. Stanął na palcach i wychylił się, jednak to nie pomogło. Ludzi było zdecydowanie za dużo.
                 Odwrócił się po raz kolejny. Z korytarzyka wyłonił się Hemmings. Chłopak rozejrzał się uważnie na boki. Jesse kiwnął mu głową, dając znak, że teren jest czysty. A przynajmniej taką miał nadzieję. Po chwili jednak zrozumiał, że nie był to do końca przemyślany ruch. Mianowicie, jak tylko Luke wszedł na salę, zrobił wielkie oczy. Brunet raptownie spojrzał za siebie. Z tłumu wyłoniła się Rosalie. Rosalie idąca w stronę łazienek.
- O kurwa, kurwa, kurwa – wymamrotał pod nosem. 
                  Zauważył, jak blondyn szuka szybkiej drogi ucieczki, chowając się jednocześnie za plecami dwójki roześmianych chłopaków. Jesse wiedział, że jak dziewczyna zbliży się do korytarzyka, to i tak go zauważy. W głowie jednak pojawił mu się pewien plan, który postanowił od razu wcielić w życie.
                  Gdy Rosalie była dostatecznie blisko, Jesse odwrócił się, niemalże na nią wpadając. Złapał rudowłosą za ramiona i okręcił ich tak, że to teraz ona stała plecami do ukrywającego się Luke'a. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, widząc go tuż przed sobą. Uśmiechnął się, udając zaskoczonego.
- Rose!
- Jesse? A ty, co tu robisz? – wydusiła, unosząc brwi.
- Wybrałem się na imprezę z Trevorem – odpowiedział szybko. – Nie wiedziałem, że też wybrałyście ten klub. – Kątem oka dostrzegł, jak Hemmings szybko przemyka w stronę schodów. Jeszcze chwila i zniknie zupełnie, docierając na piętro.
- Chciałyśmy pójść, w jakieś nowe miejsce.
- My to samo. – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. – Ale bez obaw, nie będziemy was nachodzić. Wiemy, że dziś bawicie się w swoim towarzystwie.
- Jak chcecie to…
- Nie, nie. Ja i Trevor mamy to wyjście w ramach randki, wiec… Sama rozumiesz – pociągnął z śmiechem.
- Pewnie. W razie czego, mamy zajęty stolik tam w rogu – odpowiedziała, a następnie odwróciła się, wskazując palcem drugi kąt sali. – A wy gdzie siedzicie?
- Na razie nigdzie. Raczej mamy stojącą imprezę. Wypijemy, to co mamy do wypicia, a potem zobaczymy, czy zostaniemy tu na dłużej.
- Jasne. Idę, bo muszę pilnie do łazienki. Miłej zabawy.
- Wzajemnie! – odpowiedział, kiedy odwróciła się i ruszyła w stronę korytarza.
                  Jesse przekręcił oczami, wzdychając ciężko pod nosem. Zacisnął usta, bo nagle ta cała sytuacja zaczęła go bawić. Wiedział jednak, że jeśli Rose dowiedziałaby się, że kłamie i kryje chłopaków, którzy wpadli na ten swój genialny pomysł, to miałby z góry przekichane. Złapał za szklanki z alkoholem, które już od dłuższego czasu stały na ladzie i czekały na odbiór. Następnie powoli skierował się w stronę schodów.
                  Udało mu się nie wylać niczego, docierając w końcu do stolika. Postawił trzy szklanki na blacie, a potem zerknął na chłopaków, cmokając pod nosem. Luke uśmiechnął się z wdzięcznością. Jesse machnął na niego ręką, siadając obok Caluma.
- Wie, że tu jesteśmy? – zapytał od razu Clifford.
- Nie. Skłamałem, że jestem tu, tylko z Trevorem – powiedział Jesse, łapiąc za swojego pełnego drinka.
- Wielkie dzięki, stary – rzucił Hemmings, wychylając się w jego stronę, by móc poklepać go po ramieniu.
- Nie ma sprawy. Mam nadzieję, że dziewczyny nie zaczną nas szukać.
- Ja też mam taką nadzieję – odparł Calum, kiwając dodatkowo głową.
- Witam, panów.
                  Cała ich szóstka odwróciła się w stronę czterech dziewczyn, które zatrzymały się obok stolika. Na twarzy blondynki, która stała najbliżej nich, pojawił się szeroki uśmiech. Nieznajoma puściła oczko w stronę Irwina, a potem bez skrupułów usiadła przy Trevorze, który zerknął na nią z niedowierzaniem.
- Możemy się przysiąść? – zapytała jej koleżanka, spoglądając na nich oczekująco.
- Nie – odpowiedział szybko Green. Dziewczyny zrobiły zaskoczone miny. – Nie miejcie nam tego za złe. Nie mamy nic przeciwko nowym znajomościom, ale teraz odbywa się nasza potrójna randka i chcielibyśmy zostać sami.
- Randka? – wydusiła siedząca obok niego blondynka.
- Randka – powtórzył, kiwając dodatkowo głową. – Źle trafiłyście. To stolik samych gejów. – Dziewczyna rozchyliła lekko usta, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Powoli podniosła się z miejsca. – Wybaczcie.
- Jasne - odparła, zerkając na Ashtona. Chłopak uśmiechnął się do niej szeroko, zarzucając rękę na ramię Clifforda. Nieznajome odwróciły się i ruszyły w stronę schodów.
- Jak sytuacja na dole? – zapytał Green, spoglądając na Michaela i Luke'a, którzy siedzieli przy barierce.
- Rose nie wróciła jeszcze z toalety. Reszta siedzi nadal przy stole.

***
                 Dopił piwo, a następnie odstawił puste naczynie. Wyciągnął telefon, by sprawdzić godzinę. Było po trzeciej. Przeciągnął się i ziewnął, chowając urządzenie z powrotem do kieszeni. Oparł się o barierki. Jego błękitne oczy omiotły salę. Bawiących się ludzi było już zdecydowanie mniej, niż wcześniej. Szybko namierzył dziewczyny.
- Wychodzą – powiedział, odwracając się do na pozostałych.
- W końcu – mruknął Calum, który niemalże przysypiał.
- Ja bym raczej określił to mianem zataczania się do wyjścia – odparł Michael, przekręcając oczami. – Lori i Rose podtrzymują Maya’ę.
- Nie wierzę… Nadal nie wierzę w to, że się upiła – pociągnął Hood, kręcąc głową.
- Wyluzuj. Nie pierwszy i nie ostatni raz – powiedział Trevor, wzruszając ramionami. – Nie jest sama.
- Reszta wcale nie wygląda lepiej – wymamrotał pod nosem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Dobra, odczekamy chwilę, a potem zgarniemy je zaraz za klubem – rzucił Ash, zerując swoją szklankę.
- Ja wiedziałem, że to się tak skończy – rzucił Clifford. – Dlatego ten pomysł, by być tu z nimi, był świetny. Mogę się założyć, że będą miały problem z dotarciem do akademika.
- Zobaczymy – powiedział ze śmiechem Trevor. – Może im się uda.
- Chcesz je zostawić? – zapytał Luke.
- Nie. Będziemy szli za nimi. Może same sobie poradzą.
                   Zebrali swoje rzeczy. Wstali od stolika, a następnie całą grupą skierowali się w stronę schodów. Zeszli na dół, podążając za dziewczynami, które jakiś czas temu zniknęły za czarnymi drzwiami. Ruszyli w tym samym kierunku, mijając ochroniarzy, który spoglądali sennym wzrokiem na rozhulany, niewielki tłum ludzi na parkiecie. Najwidoczniej tamci imprezowicze nie mieli jeszcze dość.
                  Wyszli na zewnątrz, czując chłodniejsze powietrze. W klubie było stanowczo za gorąco. Luke powoli rozejrzał się, chcąc namierzyć ich drugie połówki. Po chwili je zauważył. Becky stała niedaleko wielkich krzaków, podrygując w miejscu, jakby w jej uszach nadal rozbrzmiewała muzyka. Nigdzie jednak nie widział pozostałej części balangowiczek.
- Gdzie one są? – zapytał cicho Calum, mając nadzieję, że reszta zaraz się znajdzie.
- Lepiej ci? – Doszedł do nich rozbawiony głos Becky. Luke zmarszczył lekko nos. – Wyglądasz, jak zombie – wymamrotała, a potem parsknęła śmiechem.
- Już… już dobrze - odpowiedziała cicho Maya.
                  Chłopaki dopiero po chwili je zobaczyli. Blondynka w towarzystwie Lori i Rose, wynurzyła się zza krzaków. Drżącą dłonią wycierała swoje usta. Hemmings domyślał się, co takiego mogło je spowolnić. Słyszał przekleństwo, wypowiedziane szeptem przez Caluma.
- Jest okej – rzucił Green, klepiąc go po plecach. – Miała mały kryzys. Mamy cały czas je na oku, więc jest w porządku.
- Wiem – wymamrotał, wzdychając.
- Wsiadają do taksówki – odezwał się Michael.
- Tego nie przewidzieliśmy – powiedział Jesse. – Ej, ale tam są dwie następne. Chodźcie.

                   Luke spojrzał z politowaniem na Rose i Lori, które próbowały dostać się do pokoju. Ash i Calum już wcześniej zainterweniowali. Bowiem po wyjściu z taksówki, nie tylko Maya miała problem z dotarciem do odpowiedniego budynku. On i Michael postanowili dać odrobinę więcej czasu dziewczynom i zobaczyć, czy uda im się bez ich pomocy dostać do celu.
- Nie mam pojęcia, jak to otworzyć – rzuciła ze śmiechem Rose, dotykając czołem drewniane drzwi. Parsknęła cicho pod nosem, a następnie odwróciła się. Zachwiała się, robiąc krok w bok. Oparła się o ścianę, a następnie zjechała po niej, by w końcu usiąść na chłodnej podłodze.
- Pokaż to – odezwała się Lori. Minęła dłuższa chwila, zanim zdołała chwycić klucz. Teraz to ona stanęła przed drzwiami. – To trzeba gdzieś włożyć…
- Taki otwór – podpowiedziała jej rudowłosa. – Cholera wie, gdzie jest. Może w Kanadzie? – Nastała chwila ciszy. – Otworzyłaś?
- Nie wiem jak – jęknęła Lori, ciągnąc za klamkę. – Po chuj to jest zamknięte!
- By… Nie spał tam nikt nieproszony?
- Otwórz się, ty dupku.
- Drzwi ci raczej nie odpowiedzą – rzuciła ze śmiechem Rose, a potem zatkała sobie usta dłonią, by nie roześmiać się na cały korytarz. – Jestem pijana. Mam… Tak mi się wszystko kręci.
- A może to my się kręcimy? – pociągnęła Lori, siadając obok niej. – Może… Może… Myślisz, że zamiast weterynarzem mogę zostać zawodowym łowcą pokemonów?
- Czekamy czy idziemy? – zapytał cicho Michael, nie spuszczając z dziewczyn wzroku. – Bo jak tak dalej pójdzie, to one zasną na tym korytarzu.
- Skoro ty będziesz biegać i łapać pokemony, to ja chcę… Chcę być… Chciałabym być trzeźwa i wejść do środka - powiedziała Rose, a potem obie zaczęły chichotać.
- Zadzwoń po Luke'a.
- Zrobiłabym to, ale… - Ruda machnęła jej telefonem przed oczami. – Nie umiem go odblokować. Matko… Jestem taka beznadziejna. – Komórka wyślizgnęła jej się z rąk, spadając na podłogę. – Kurwa.
- Jest cały?
- Nic mu nie jest… Chyba – stwierdziła Rose, podnosząc telefon z ziemi. – Chyba działa… Nie wiem. Nie jestem pewna.
- Dzwoń do Luke'a telepatycznie.
- Czemu ty nie zadzwonisz do Michaela?
- Bo on pewnie tak twardo śpi, że i tak by nie usłyszał – mruknęła, opierając głowę na dłoni. – Jest mi niedobrze.
- Chyba starczy. Chodźmy po nie – powiedział Luke, wychodząc na korytarz.
                   Michael pokręcił głową, ruszając za przyjacielem. Obaj nie dowierzali, że niewinna podróż z klubu do domu może tak dobić imprezowiczki. Najwidoczniej w taksówce mocno je wytrzęsło, co spowodowało, że przestały jeszcze bardziej ogarniać otaczający je świat.
- O! Widzę buty… Takie znajome – wydusiła Rose, kiedy Luke zatrzymał się naprzeciwko niej.
                  Przez chwilę dziewczyna wpatrywała się w jego czarne trampki. Dopiero później podniosła głowę, uderzając się lekko w ścianę. Skrzywiła się, a potem uśmiechnęła z ulgą, widząc go przed sobą.
- Małe problemy? – zapytał, kucając.
- Maleńkie, kotku - dopowiedziała ze śmiechem.
                  Wyciągnęła dłoń, chcąc przejechać palcem po jego nosie. Jednak nie udało jej się precyzyjnie w niego trafić, co skończyło się tym, że Hemmings prawie dostał nim w oko. Luke zerknął w bok. Michael właśnie podnosił Lori do pionu.
- Udana impreza? – pociągnął, a Rose zaśmiała się, przyciskając dłonie do twarzy.
                  Do jego uszu doszedł szczęk zamka, co oznaczało, że Clifford otworzył drzwi, z którymi tak się męczyły. Rudowłosa uśmiechnęła się szeroko, gestem prosząc, by się do niej przybliżył. Luke bez słowa spełnił jej prośbę. Dziewczyna zarzuciła mu dłoń na ramię. Cmoknęła go w policzek.
- Rose?
- Sam dobrze wiesz, jak było w klubie – powiedziała cicho, a potem znów zaczęła się śmiać. Hemmings odsunął się, unosząc z zaskoczeniem brwi. – No, co ty, kotku – pociągnęła, kręcąc głową. – Widziałyśmy was. Jesteście mało… dyskretni.
- Serio?
- No… Byliście tam wszyscy – dodała, wzruszając ramionami. – Ale nie jesteśmy na was złe.
- Nie?
- Nie… Chyba, że będę, jak trochę wytrzeźwieje. Pomożesz mi wstać? Tyłek mnie boli.
                  Luke westchnął pod nosem i wyprostował się. Wyciągnął ręce w jej kierunku, pomagając jej wstać. Rose uwiesiła się na jego ramieniu, wciskając się w jego ciało. Mruknęła pod nosem, czując zapach znanych perfum. Blondyn niewiele myśląc podniósł ją, a następnie zaniósł do pokoju. Jak tylko minął próg, usłyszał niezbyt przyjemne odgłosy, które dochodziły z łazienki. Najwidoczniej Lori poczuła się gorzej.
- Masz kierunek łóżko – powiedział Luke, sadzając Rose na materacu.
- Jasne, jasne… Pójdę spać.
- Pomóc ci się przebrać?
- I zmyj mi to z twarzy – jęknęła, wskazując na swoje wymalowane tuszem oko.
- Standardowo – odparł Hemmings, łapiąc za jej piżamę i paczkę chusteczek do demakijażu. – Będziesz współpracować?
- Obiecuję. Luke?
- Tak?
- Kocham cię.
- Ja ciebie też, księżniczko – powiedział z uśmiechem, siadając obok niej.

***
                  Zdążyłam otworzyć oczy, a już wiedziałam, że nie ominie mnie tak zwany syndrom dnia poprzedniego. Bolesne pulsowanie w skroni, rozprzestrzeniało mi się na niemalże całą czaszkę, a żołądek ściskał się w ciasny supeł, jak tylko pomyślałam, o czymś do jedzenia. Suchość w gardle utrudniała przełykanie śliny. Wzdrygałam się i dostawałam dreszczy na samo wspomnienie kolorowych drinków, które pochłanialiśmy na imprezie. Za dużo… Było tego stanowczo za dużo. Po obudzeniu się byłam wyznawcą klasycznego zdania – więcej nie piję.
                 Siedziałam na łóżku, owinięta szczelnie kołdrą. Wolną dłonią odgarnęłam mokre włosy, które przykleiły mi się do policzków. Przed chwilą wzięłam prysznic, po którym poczułam się odrobinę lepiej. Przynajmniej nie czułam się brudna. Dmuchnęłam lekko w kubek, nad którym unosiła się delikatna para. Luke zrobił mi gorzkiej herbaty, licząc na to, że to mi pomoże.
- Jak się czujesz? – zapytał cicho, siadając obok. Widziałam, jak zaciska usta, by nie parsknąć śmiechem na ten bałagan, jaki sobą teraz reprezentowałam.
- Cudownie – odpowiedziałam, siląc się na uśmiech. Jednak ten szybko zniknął z mojej twarzy, bo głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Zerknęłam na łóżko obok. Lori i Michael nadal spali.
- Jak było?
- Serio? – mruknęłam, kręcąc głową. Ponownie się uśmiechnęłam. – Przecież też tam byłeś. Mówiłam już, że was widziałyśmy. – Luke zrobił niewinną minę. – Wasz plan się nie udał.
- Nie jesteś… zła?
- Nie. Chociaż powinnam, bo jak widać nie macie do nas zaufania…
- Nie – przerwał szybko, obejmując mnie ramieniem. Złapał za kubek z herbatą. Upił jej mały łyk, a następnie oddał mi ją z powrotem. – Nie o to chodziło. Nie chcieliśmy, by coś wam się stało.
- Więc to kwestia bezpieczeństwa? – zapytałam z rozbawieniem. Blondyn kiwnął głową. – Okej… W ramach bezpieczeństwa postanowiliście nas śledzić?
- I jak widać, to wam się przydało, bo przy powrocie miałyście małe problemy.
- Maleńkie – powiedziałam, a Luke zaśmiał się cicho.
- Ale dobrze się bawiłaś?
- Tak… Chociaż wolę, jak wychodzimy wszyscy razem – odparłam, wciskając się w jego klatkę piersiową. – Co powiesz na to, by w następny weekend wybrać się do rodziców? Cholernie się za nimi stęskniłam.
- Mam wrażenie, że od wieków nie byłem w domu.
- Jedziemy?
- Pojedziemy. Znowu będziemy razem pod jednym dachem. 


***
To już ostatni rozdział tej części ff. Jest bardzo luźny i taki miał być - choć w sumie myślałam o tym, czy go nie pominąć i nie przejść od razu do zakończenia. Przed nami tylko epilog i osobny bonus - wtedy definitywnie pożegnamy się z tym ff :)
Możliwe też, że epilog pojawi się już jutro - choć nic nie obiecuję.


Standardowo zapraszam na Twittera i Aska - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje, co i kiedy się pojawia. 

Dziękuję za komentarze, które są motywacją do pisania!

Pozdrawiam i do następnego!

4 komentarze:

  1. Szkoda, że został już tylko epilog. Rozdział świetny jak zawsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :)
      Niestety, wszystko musi się kiedyś skończyć :(

      Usuń