wtorek, 6 września 2016

BONUS - #2

              Weszłam do domu. Zsunęłam z nóg buty. Wskoczyłam w wygodne japonki, które służyły mi za kapcie. Rzuciłam torebkę na sofę, która stała zaraz przy wejściu do salonu. Potem przeszłam do kuchni. Postawiłam na blacie zakupy. Przez moment wpatrywałam się w plastikowe siatki. Zagryzłam wargę.
               Nie byłam pewna, ile dokładnie tak stałam, tępo wpatrując się w logo supermarketu. Dopiero lekkie trzaśnięcie drzwiami i kroki, sprowadziły mnie na ziemię. Podniosłam głowę, wyrywając się z własnych myśli, kiedy w kuchni pojawił się Luke. Na jego twarzy zagościł ten pewny siebie uśmieszek, który mogłam podziwiać od czasów liceum.
- Co się stało? - zapytał, od razu mnie rozszyfrowując.
                Zmarszczył czoło, podchodząc bliżej. Oparł się o blat, łapiąc za moją dłoń. Jednym ruchem przyciągnął mnie do siebie, a ja wpadłam w jego ramiona, czując znane mi ciepło. Uwielbiałam, gdy mnie przytulał. Czułam się wtedy bezpiecznie. Jakby było to moje idealne i wyjątkowe miejsce. Przejechał dłonią po moich włosach, a następnie złapał za mój podbródek, zmuszając mnie do tego, bym w końcu na niego spojrzała. Moje oczy zatrzymały się na jego błękitnych tęczówkach.
- Mów, co się dzieje.
- Nie przedłużyli mi umowy – mruknęłam z niezadowoleniem. – Robili redukcję etatów i polecieli sami nowi, w tym ja.
- Nie przejmuj się, kochanie – powiedział, gładząc mój policzek. – Znajdziesz coś innego. Zresztą, jestem w stanie utrzymać naszą małą rodzinkę ze swojej pensji.
- Nie chcę brać od ciebie pieniędzy – rzuciłam, odsuwając się od blondyna. – To nie tak miało być i…
- Rose, przestań udawać wielce niezależną. Jesteśmy małżeństwem od półtora roku, a ja nadal nie mogę zmusić cię do normalnego myślenia.
- Normalnego?
- Co moje to i twoje, a co twoje to i moje. Tak było od zawsze.
- Wiem, ale…
- Mamy wspólne konto, do którego masz dostęp. To też twoje pieniądze.
- Ale…
- I nie będę cię z tego rozliczał. Nigdy tego nie robiłem.
- Wiem, ale…
- Świetnie – przerwał mi znowu, a na jego twarzy znów wymalował się uśmiech. – Głowa do góry. Powoli rozejrzysz się za jakąś pracą. Ci, u których się zatrudnisz będą szczęściarzami, mogąc mieć kogoś takiego w swoich szeregach.
- Może zrobię, jakiś dodatkowy kurs?
- Kolejny?
- To podnosi kwalifikacje i dobrze wygląda na rozmowach z pracodawcą – powiedziałam, również się uśmiechając.
- I widzisz – odparł, przejeżdżając palcem po moim nosie. – Nie jest źle.
- Zjemy dzisiaj razem kolację?
- Bardzo ci na tym zależy?
- Luke – jęknęłam, przekręcając oczami.
- Głupie pytanie, czubku.
- Nie przezywaj mnie!
- Bo?
- Bo to moja działka – rzuciłam, pukając go w ramię.
- Zaprosiłaś też rodziców?
- Nie, to kolacja, tylko we dwoje.
- Już mi się podoba. – Rozejrzał się po kuchni, a potem znów skupił wzrok na mnie. Uniosłam brwi, czekając na to, aż się odezwie. Hemmings jednak milczał.
- Co?
- Gdzie masz kluczyki do samochodu?
- A po co ci one?
- Od lat masz prawo jazdy, a parkujesz, jak amator. - Zacisnęłam usta, zgrzytając jednocześnie zębami. Luke uśmiechnął się z politowaniem, robiąc krok do tyłu, aby ustrzec się przed ewentualnym ciosem z mojej strony. – Zastawiłaś bramę i nie mogę wjechać.
- Po pierwsze – rzuciłam, a blondyn podskoczył, kiedy machnęłam mu ręką przed oczami. Stał za daleko, bym mogła go uderzyć w ramię, jak to miałam w zwyczaju. – Nie parkuję tak źle, jak to ci się wydaje i…
- Podyskutowałbym na ten temat. Pamiętasz ten zderzak, gdy…
- Wypad! – warknęłam, świdrując go wściekłym spojrzeniem. Luke wybuchł śmiechem. Najwidoczniej dobrze się bawił, znowu wypominając mi to felerne zdarzenie spod szpitala.
- Gdzie masz kluczyki?
- W torebce, łosiu. I spadaj, bo mam ochotę cię ukatrupić.
- Własnego męża?
- Nie mamy rozdzielności majątkowej, więc wszystko dziedziczę po tobie. W sumie… Kurcze, to niebyły taki zły pomysł. Do tego masz polisę na życie i… Luke? Może zamiast kolacji weźmiemy wspólną kąpiel?
- Byś mogła mnie utopić w wannie? Nie dzięki.
- Cholera, a myślałam, że na to nie wpadniesz.
- Kolacja to bezpieczniejsza opcja – stwierdził rozbawiony, kierując się w stronę wyjścia z kuchni.
- Wiesz… Zawsze możesz się przez przypadek udławić.
- Ożeniłem się z psychopatką – podsumował, a potem znów wybuchł śmiechem. Szybko dołączyłam do niego. Luke sprawił, że sprawa z utratą pracy, nie była tak ciężka do zniesienia.

***
                 Uśmiechał się szeroko pod nosem, słysząc jej śmiech, który dochodził z kuchni. Cieszył się, że tak szybko udało mu się poprawić jej humor. Po tylu latach bycia razem nadal kochał ten dźwięk i mógł się w niego wsłuchiwać godzinami.
                  Przeszedł do salonu, od razu namierzając granatową torbę, która należała do Rosalie. Nachylił się nad nią i rozpiął zamek. Pokręcił nosem, zaglądając do wnętrza. Dalej nie rozumiał tego, w jaki sposób kobiety mieszczą w nich tak wiele różnych rzeczy.
                  Aby mieć lepsze pole widzenia na to, co znajduje się w środku, wyciągnął czerwono-czarną kosmetyczkę. Przesunął plik papierów. Dopiero wtedy zauważył w małej kieszonce znany puchaty breloczek z psem. Po nim zorientował się, że trafił w dziesiątkę. Złapał za niego, wyciągając jednocześnie klucze. Wtedy też kupka papierów przesunęła się w bok, a on dostrzegł logo i adres jednej z miejscowych klinik. Jego dłoń z kluczami do auta zamarła w połowie drogi.
                   Sięgnął po dokumenty, włożone w przezroczystą foliową koszulkę. Poczuł, jak zatrzęsła mu się dłoń, a w ustach zrobiło się sucho. Powoli wyciągnął zapisane kartki. Szybo zorientował się, że nie są to, jakieś dokumenty, a wyniki badań. W jego oczach pojawiły się łzy, kiedy przerzucił stronę, odnajdując zdjęcie usg.
                   Przez moment miał wrażenie, że traci kontakt z rzeczywistością. Miękki breloczek wysunął się z jego dłoni. Klucze upadły na podłogę z cichym łoskotem. Zaczął szybko przeglądać odnalezione wyniki, dowiadując się wszystkiego. Jednak on w ogóle mógł się tego nie domyślić? Rosalie była w ciąży. Luke zostanie ojcem. A tego dnia od tak dawna nie mógł się doczekać. Już po ślubie chciał szybko założyć rodzinę i mieć gromadkę małych Hemmingsów, które doprowadzałyby ich oboje do szalu, a on i tak kochałby je bez względu na wszystkie ich wybryki. Chciał biegać z nimi za piłką, uczyć ich gry na gitarze, kolorować obrazki i pokazywać im świat. Chciał być rodzicem. Chciał być tatą.
- Luke, znalazłeś te kluczyki?
                    Podskoczył, słysząc głos Rose. Nadal była w kuchni, nie wiedząc, że znalazł to, co chciała przed nim ukryć. A on nie rozumiał, dlaczego robiła z tego taką tajemnicę. Czemu nie powiedziała mu wcześniej?
                   Podniósł kluczę z podłogi, nadal będąc otumanionym tą cholernie dobrą wiadomością. Zamrugał, czując, jak zaczynają piec go oczy. W jego głowie i sercu powoli zaczynały buzować pozytywne emocje, które próbował skontrolować. Jednak, jak tylko wyłonił się na korytarz, nie mógł opanować szerokiego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy.
- Masz je i… A ty co brałeś, że masz takie wielkie oczy? – zapytała ze śmiechem rudowłosa, kiedy wszedł do kuchni.
- Błagam, powiedz mi, że to nie są żarty – wydusił z siebie, wyraźnie słysząc swój drżący głos. Podniósł kartki do góry, tak by mogła je zobaczyć. – Błagam, powiedz mi, że to prawda i że będziemy mieli dziecko.
- Jak ty… Ja…
- To prawda?
- To koniec drugiego miesiąca. Ja chciałam ci…
                  Ale nie dokończyła, bo Luke odłożył papiery na blat, a potem podbiegł do niej i przytulił ją, chowając twarz w jej ramieniu. Dłonie jego żony oplotły go w pasie, a ona wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Poczuł, jak jego policzki moczą się od słonych łez. Słyszał nieco przyspieszony oddech Rose, co tylko upewniło go w tym, że i ona dała się porwać tej pozytywnej i cudownej chwili. 
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? – zapytał, ujmując jej twarz w dłonie. Musnął swoimi ustami jej usta, a potem znów spojrzał w jej brązowe tęczówki.
- To miała być niespodzianka. Nie miałeś się dowiedzieć w ten sposób.
- Tak cholernie się cieszę – wydusił, ignorując kolejne wypływające z jego oczu łzy. – Tak – ponownie ją pocałował – bardzo – i znów to zrobił – się cieszę. Chrzanić twoją pracę.
- Co?
- Teraz nie pozwolę ci myśleć o szukaniu pracy. Będziemy rodzicami, kochanie!
- Ale…
- Żadnych ale. Masz odpoczywać i dbać o siebie. Ja… Ja będę dbał o waszą dwójkę i... Jak dowiemy się, czy będzie to chłopczyk czy dziewczynka, będziemy musieli pomyśleć nad urządzeniem pokoju i kupnie tych wszystkich potrzebnych rzeczy i… Powinnaś się teraz wysypiać i niczym nie denerwować…
- Luke, nie przeginaj.
- Przeginam? – odparł, zagryzając wargę.
- Trochę. – Uśmiechnął się szeroko, a potem odskoczył od niej, kiedy Rose uderzyła go w ramię.
- Ej! Za co to?
- Bo zepsułeś wszystko – jęknęła, udając niezadowolenie. – Chciałam ci to powiedzieć na kolacji, w taki bardziej uroczysty sposób.
- To dlatego miała to być kolacja, tylko we dwoje?
- Raczej we troje – powiedziała ze śmiechem. Luke uśmiechnął się szeroko.
- We troje brzmi idealnie – odparł, a potem znów przybliżył się, by skraść jej jeszcze jeden pocałunek.

***
                Przebudził się, czując, jak Rose kręci się na swoim miejscu. Rozchylił powieki w momencie, gdy do jego uszu doszło ciche mruknięcie. Spojrzał na rudowłosą, która leżała do niego odwrócona plecami. Odgarnął odrobinę kołdrę, by móc się do niej jeszcze bardziej przesunąć.
- Co się dzieje?
- Twój syn mnie kopie.
- Jezu, jest szósta rano – odparł, unosząc się na łokciu, by móc zobaczyć zegarek. – Szósta rano w niedzielę – dodał, by po chwili paść na poduszki. – Młody jeszcze się nie urodził, a już urządza nam poranne pobudki.
- Niech da mi spać. – Luke zaśmiał się cicho. Rose odkryła się, gdy poczuła, że zrobiło jej się za gorąco.
- Może będzie piłkarzem? – powiedział, obejmując ją. Jego dłoń powędrowała do jej powiększonego i widocznego brzucha. – Tutaj?
- Tak.
- Poczułem – odparł zadowolony, muskając jej ramię ustami. – Będzie piłkarzem.
               Wtulił się w jej plecy. Zaczął wykonywać powolne, ale zdecydowane ruchy dłonią, aby rozmasować miejsce, w które trafiało dziecko. Przez chwilę leżeli w takiej pozycji, a wokół nich panowała cisza. W końcu Luke czując kolejne kopnięcie, podniósł się, by móc nachylić się nad brzuchem swojej żony. Złożył na jej skórze kolejny ciepły pocałunek. Uśmiechnął się.
– Cześć, młody, ładnie to tak budzić rodziców o takiej porze? Będziemy musieli sobie na ten temat poważnie porozmawiać. – Wrócił do delikatnego gładzenia wcześniejszego miejsca. Jego twarz nadal znajdowała się kilka centymetrów od brzucha. -  Jest niedziela, tata ma wolne i chciałby sobie pospać. I mamie też by to się przydało. – Rose zaśmiała się, co wywołało na jego twarzy jeszcze szerszy uśmiech. – Ty też powinieneś spać, by móc dalej rosnąć. Sen pomaga. Pomyślisz o tym? Mała drzemka przed oficjalnym wstaniem z łóżka, tak do jedenastej? – Poczuł, jak jego syn poruszył się po raz kolejny. – A do dziesiątej? Dziesiąta to dobra pora. Spanie do dziesiątej jest w porządku. To jak będzie, młody? – Zerknął na Rose, która zakryła dłonią usta, chichocząc cicho. – Chyba się dogadaliśmy.
- To się okaże.
                Hemmings cmoknął pod nosem, wracając na swoje poprzednie miejsce. Położył się na poduszce. Wtulił się w plecy żony, znów obejmując ją ciasno ramieniem. Rose splotła ze sobą ich palce. Ponownie między nimi pojawiła się cisza, która wypełniła całą sypialnię.
- Luke?
- Co się dzieje?
- Przestał – powiedziała z uśmiechem. – Chyba faktycznie macie umowę.
- Oczywiście, że mamy.
- Lubi też twój głos.
- Tak myślisz? – zapytał, spoglądając na nią z uśmiechem.
- Zawsze się uspokaja, gdy do niego mówisz.
- Będzie synkiem tatusia.
- Nie mam mowy – odparła Rose, a on zaczął się śmiać.

***
                 Ze stresu i zdenerwowania było mu cholernie zimno. Jednocześnie pocił się tak, jakby stał na mocnym słońcu przez kilka godzin. W ustach robiło mu się sucho i nawet przełykanie śliny było teraz trudnym zadaniem. Bał się. Bał się tego, co się dzieje.
                 Złapał za przyszykowaną torbę, a następnie wyszedł z sypialni, czując kolejną stróżkę potu, która spływa mu po plecach. Miał wrażenie, że jego organizm świruje tak samo, jak jego myśli. A on w głowie obierał różne scenariusze. Nigdy wcześniej nie znalazł się w takiej sytuacji i nie do końca potrafił się opanować przed tym, by za bardzo nie panikować.
                  Mieli właśnie szykować się do snu, kiedy Rosalie oznajmiła mu, że to właśnie ten czas. Że w końcu nadszedł ten moment, na który czekali. Zaczęła rodzić, dokładnie pięć dni przed terminem. Luke wielokrotnie wyobrażał sobie tę chwilę. Był pewny, że będzie potrafił odnaleźć spokój. Nic z tego. Stres przejmował nad nim kontrolę, a on miał wrażenie, że wszystko dzieje się stanowczo za szybko.
                  Zszedł po schodach, ignorując drżące dłonie. Zresztą, telepał się cały. Z nerwów, co chwilę skubał zębami dolną wargę, nie będąc tego do końca świadomym. Dopiero kiedy poczuł pieczenie, zdał sobie sprawę z tego, co robi.
                  Wszedł do salonu. Rose spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, a potem zaśmiała się, na widok jego białej, jak ściana twarzy. Ona w przeciwieństwie do niego była, niczym oaza spokoju. Luke był pewny, że to zasługa tego wszystkiego, co zdołała przeczytać i usłyszeć na temat rozwiązania.
- Możemy jechać – powiedział, podchodząc do niej.
- Jeszcze nie. To dopiero powoli się zaczyna. Jak pojedziemy do szpitala teraz, to wcisną mnie na łóżko, na którym będę musiała spędzić pewnie kilka godzin. – Skrzywiła się, a on przekręcił oczami. Nie sądził, że wyciągnięcie jej z domu, będzie takie trudne. – Powinieneś wyluzować.
- Wyluzować? Ja nie chce, by coś się wam stało – mruknął, kładąc torbę obok sofy. - Wyluzuję, jak znajdziesz się w szpitalu. Wyluzuję, jak ktoś, kto się na tym zna, zajmie się wami.
- Mama mówiła, że…
- Możesz chociaż raz zrobić to, o co cię proszę? – jęknął z niedowierzaniem.
- Już raz to zrobiłam. Wyszłam za ciebie – powiedziała z niewinnym uśmieszkiem, jakby rozprawiała o pogodzie. Luke warknął pod nosem. – Skarbie, uspokój się.
                 Gdy tylko to powiedziała, syknęła cicho z bólu, zaciskając zęby. Wyprostowała się, biorąc głębokie i powolne oddechy, czekając na to, aż skurcz minie. Blondyn pokręcił głową, czując, że znów zaczyna się trząść, niczym galareta. Dokładnie ją obserwował, mając nadzieję, że szybko jej przejdzie. W końcu odetchnęła z ulgą, ponownie opierając się o oparcie kanapy. Ciemne oczy spojrzały wprost na niego, a on przełknął nerwowo ślinę.
- Przeszło.
- Fantastycznie, możemy już jechać?
- Luke, ale…
- Rose – wydusił, przystępując z nogi na nogę.
- O nie, o nie, o nie…
- Co się dzieje? – zapytał, od razu czując, jak jego głos prawie grzęźnie mu w gardle.
- To chyba już. O matko… Mały bardzo się spieszy... To chyba teraz, ja…
- Rose! – Doskoczył do niej, prawie potykając się o własne stopy. Ukucnął, łapiąc ją za rękę. Dziewczyna wybuchła śmiechem, wprowadzając go w kompletne zdezorientowanie.
- Żartowałam.
- Kurwa – warknął, podnosząc się. – Miałem prawie pieprzony zawał! Dlaczego ty zawsze musisz mnie wkręcać?
- Takie mam hobby – odparła, wzruszając ramionami.
- Mam dość. Zaraz naprawdę ze świruję. Jedziemy do szpitala.
- Ale…
- Żadnych ale, Rose – prychnął, pomagając jej wstać. - Obiecuję, że zostanę tam z tobą, nawet jak to będzie trwało przez następne dwanaście godzin.
- Oby nie. Niech szybko będzie po sprawie – odpowiedziała, ale bez sprzeciwu pozwoliła się poprowadzić w stronę korytarza. Luke w drodze złapał jeszcze za torbę z przyszykowanymi wcześniej rzeczami. – Zabiję cię, jeśli młody postanowi urządzić mi porodowy dwunastogodzinny maraton.
- Dlaczego to ja mam być na liście osób do wyeliminowania?
- Bo to twoja wina, że jestem w ciąży.
- Chcesz powtórzyć biologię? – zapytał, kiedy wyszli z domu. – Do zrobienia dziecka potrzebne są dwie osoby, więc jesteś współwinna temu wszystkiemu.

                 W czasie jazdy, Luke modlił się w duchu, by bezproblemowo dotarli do celu. Starał się skupić na drodze, ale co i rusz kontrolował Rose, której najwidoczniej się pogorszyło. Widział po jej minach, cichych sykach i mruknięciach, że skurcze zdecydowanie się nasiliły. Chciał już być na miejscu. Chciał uzyskać, chociaż odrobinę spokoju. Mieć świadomość, że jego żona i dziecko są w dobrych rękach. Na szczęście oprócz czerwonych świateł, nic ich nie zatrzymało.
                 Gdy tylko Rose trafiła do szpitala, została od razu zabrana na badania. Szybko okazało się, że mały Hemmings chce, o wiele szybciej pojawić się na świecie, niż zakładali. Niemalże natychmiast przenieśli rodzącą na porodówkę. Zanim jednak to się stało, oboje zdążyli się posprzeczać o to, by i Luke uczestniczył w tym ważnym dla nich wydarzeniu. Od samego początku poród rodzinny był u nich kwestią sporną. Rudowłosa nie chciała słyszeć tego, że Luke będzie na sali razem z nią. Blondyn miał do tego inne podejście. Chciał tam być i wspierać ją w całym procesie.
- Wyjdź – odparła, gdy tylko Luke pojawił się w sali. Zaraz po tych słowach skrzywiła się i mocno zacisnęła zęby, czując kolejną falę bólu. Z jej ust wydobył się głośniejszy jęk, a potem ciche przekleństwo.
- Nie wykopiesz mnie stąd – powiedział, podchodząc do łóżka. – Nie zostawię cię.
- Ale ja chcę… Byś mnie zostawił… Kurwa w dupę jebana mać! – Luke zrobił wielkie oczy. Zerknął na chudego lekarza, który miał odebrać poród. Mężczyzna zaśmiał się, kręcąc jednocześnie głową.
- Słyszałem lepsze wiązanki – odparł doktor.
- Niech go pan stąd zabierze – kontynuowała Rose.
- Większość kobiet woli mieć obok siebie partnera i…
- Ale ja nie chcę!
- Brzmisz, jak dzieciak – posumował Luke, łapiąc za jej rękę. Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy Rose mocno ścisnęła jego dłoń, wbijając w jej wierzch paznokcie. Oddychała ciężko i płytko, próbując wytrzymać kolejny skurcz.
- Wyjdź…
- Mamy tu ostatnią fazę porodu – pociągnął lekarz. – Skupmy się na nim. Pani mąż zostaje.
- Wygrałem.
- Bo miałeś poparcie innego samca. Kurwa, jak to boli!
- Proszę skorzystać z nieczulenia wziewnego, powinno pomóc. Jest już niestety za późno na zewnątrzoponowe.
                  Luke miał wrażenie, że minuty ciągnął mu się w nieskończoność. Serce łupało w jego klatce piersiowej tak szybko i mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć na zewnątrz. Czuł kolejne krople potu, które pojawiły się na jego czole. Miał wrażenie, że z każdą chwilą jest bardziej zdenerwowany i podekscytowany jednocześnie.
                  Starał się ją wspierać, w jakiś sposób pomóc. Co chwilę gładził jej dłoń, pozwalał niemalże miażdżyć swoje palce, gdy jej ręka mocno się na nich zaciskała. Ciągle powtarzał, że doskonale sobie radzi i niedługo wszystko się skończy. Był z niej dumny, że nie panikuje, że słucha lekarza, który spokojnym głosem instruował i informował ich o wszystkim, co się dzieje. Nie miał pojęcia, ile dokładnie minęło czasu, ale w końcu usłyszał słowa, na które tak długo czekali.
- Mają państwo chłopca, gratulacje!
                  A potem w sali rozległ się głośniejszy i urywany płacz dziecka. W oczach Luke'a stanęły łzy. Zagryzł wargę, starając się nie rozkleić, ale nie do końca mu to wyszło. Jak tylko zobaczył swojego małego synka, którego na chwilę pokazała im pielęgniarka, popłakał się. Przyjemne uczucia ciepła, szczęścia i radości wypełniły go całego. Teraz miał wrażenie, że pokochał go jeszcze bardziej, niż wcześniej.
- Widziałeś go, Luke… Jest… Taki śliczny – powiedziała Rose, kiedy blondyn pocałował ją w czoło. – Taki… Taki…
- Rose? – wydusił, dostrzegając, że jego żona pobladła. Na jej policzkach również lśniły łzy, ale wzrok zrobił się mętny i nieobecny.
- Mamy problem – odezwał się doktor.
- Co się dzieje? – zapytał blondyn, czując nagły chłód i panikę. – Co się dzieje?!
- Panie Hemmings, niech pan opuści salę…
- Nie zostawię jej! – rzucił, czując, jak ręka rudowłosej rozluźnia się i wiotczeje. – Rose?!
- Proszę wyprowadzić pana Hemmingsa.
- Ale…
- Pańska żona ma krwotok, musimy szybko się nią zająć.
                 Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Niska, starsza kobieta złapała go pod ramię i praktycznie wypchnęła na korytarz. Był sam zdziwiony, że nie miał siły stawiać, jakiegokolwiek oporu. Był w szoku. Był w szoku przez to, jak całość nabrała zupełnie innego obrotu. To nie tak miało być. Nie taki scenariusz miał dać im los.
- Co się dzieje z Rose?
- To czasem się zdarza. Zajmiemy się nią. Proszę się uspokoić – odpowiedziała, a potem zniknęła w sali, niemalże zatrzaskując mu drzwi przed nosem.

                Nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Chodził z kąta w kąt, oczekując, jakiejkolwiek wiadomości na temat tego, co dzieje się z Rosalie. Został poinformowany, tylko o tym, że udało im się opanować sytuację. Nie dostał jednak żadnych szczegółów. Nic na temat tego, jak się czuje, czy jest przytomna i czy faktycznie wszystko już zaczyna być w porządku.
                Przez to wszystko zapomniał zadzwonić do ich rodziców. Kiedy tylko zorientował się, że nie powiadomił ich o tym, że są w szpitalu, wyciągnął telefon. Próbował zebrać się w sobie i powiedzieć im wszystko w miarę spokojnie, jednak i to mu się nie udało. Gdy tylko usłyszał po drugiej stronie zaspany głos ojca, rozpłakał się na nowo. Był zagubiony przez niepewność. Rozbity przez strach. Cholernie źle się czuł, stojąc samotnie na pustym i sterylnym korytarzu.
                  Dan i Sarah zjawili się w szpitalu szybciej, niż tego oczekiwał. I to oni sprawili, że Luke w końcu złapał choć garstkę spokoju i opanowania. Zaczęli odwracać jego myśli od tego, co się działo za drzwiami, choć on doskonale widział to, że oni również są przestraszeni całą sytuacją.
- Panie Hemmings?
                   Podniósł głowę, gdy stanęła przed nimi ta sama starsza pielęgniarka, która wcześniej wyciągnęła go z porodówki. Przełknął ślinę, wstając z miejsca. Odetchnął z ulgą, gdy kobieta uśmiechnęła się do niego.
- Co z moją żoną?
- Wszystko w porządku. Potrzebuje, tylko dłuższego odpoczynku. Przewieziemy ją do drugiej sali. Będzie mógł pan wtedy do niej iść.
- A co z…
- Chłopiec jest już po badaniach. Ma pan zdrowego syna. – Luke wziął głęboki oddech, rozluźniając się po jej słowach.
- Możemy go zobaczyć? – zapytała drżącym głosem Sarah.
- Chodźcie za mną. – Ruszyli na sam koniec korytarza, a potem przeszli przez duże, białe drzwi. – Zrobię dla pana wyjątek, więc jeśli pan chce, to może pan do niego wejść?
- My też?
- Tylko ojciec dziecka – powiedziała kobieta, zatrzymując się przy oszklonym pomieszczeniu, w którym stały małe, szpitalne łóżeczka noworodkowe. Kilka z nich było zajęte przez maleństwa, opatulone w kolorowe kocyki. – Przeważnie matki są w jednej sali z dziećmi. Pana syn również zostanie tam przewieziony. Wchodzimy?
                 Luke nie był w stanie się odezwać, więc tylko pokiwał głową. Poczuł, jak jego ojciec klepie go po plecach. Sarah posłała mu szeroki uśmiech. Blondyn wszedł do pomieszczenia będąc tuż za pielęgniarką. Czuł, jak drży mu dolna warga, a serce na nowo łomocze w klatce piersiowej, gdy podchodzili do łóżeczka, które stało w kącie sali. Po raz kolejny mocno zacisnął usta, a w jego oczach pojawiły się łzy, gdy spojrzał na swojego małego chłopca. Ubrano go w rzeczy, które przywieźli ze sobą do szpitala. Bladoniebieska czapeczka odrobię za mocno zsunęła mu się na maleńkie czółko, białe body było nieco za duże. Owinięty został w błękitny kocyk w małe pingwinki, który wybrał mu Luke, gdy byli razem z Rosalie na zakupach. Hemmings uśmiechnął się jeszcze bardziej na to wspomnienie.
- Chce pan go potrzymać?
- Naprawdę mogę?
                 Kobieta uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Pochyliła się nad łóżeczkiem, a potem zręcznie podniosła dziecko. Odwróciła się, podając mu synka. Gdy tylko chłopiec trafił w ramiona ojca, poruszył się. Luke wstrzymał oddech, nie mogąc oderwać wzroku od jego małego noska i wydętych usteczek. Maluch zacisnął drobne rączki w pięści, po raz kolejny kręcąc się w kocyku. Kolejne łzy pojawiły się na jego policzkach. Miał wrażenie, że jest teraz najszczęśliwszą osobą na świecie.
- Hej, synku – powiedział cicho, składając na jego czole delikatny pocałunek. – W końcu jesteś z nami.
- Panie Hemmings?
- Tak?
- Chyba pana rodzina koniecznie chce zobaczyć małego – odparła ze śmiechem kobieta, wskazując brodą szybę.
                Luke odwrócił się. Sarah podskakiwała w miejscu, próbując zobaczyć wnuka. Dan również stał z niecierpliwiony, dokładnie ich obserwując. Na jego twarzy malował się promienny i zadowolony uśmiech.
- Mogę…
- Może pan podejść do szyby – oznajmiła mu, a on od razu ruszył w stronę świeżo upieczonych dziadków.

                Oparł się o łóżko, wygładzając białą pościel. Jego palce powoli przesunęły się po zewnętrznej stronie dłoni Rose. Rudowłosa nadal pogrążona była we śnie, choć minęło już tak wiele godzin od porodu. Oderwał wzrok od jej bladej twarzy. Jego oczy skupiły się na rurkach, które wychodziły z jej ciała. Obok łóżka znajdował się stojak, na którym wisiała kroplówka i krew, którą jej cały czas podawali.
                 Nagle poczuł ruch. Od razu pochylił się nad żoną, dokładnie widząc, jak zaczyna się budzić. Zmarszczyła czoło, a potem mruknęła pod nosem. Przejechał dłonią po jej włosach. Uśmiechnął się, czekając, aż w końcu otworzy oczy.
- Luke? – odezwała się zachrypniętym głosem.
- Spokojnie, kochanie. Wszystko już jest w porządku.
                Rose westchnęła pod nosem, a potem powoli rozchyliła powieki. Zmrużyła brązowe oczy, gdy jasność, która panowała w sali ją oślepiła. Jej palce mocniej zacisnęły się na jego dłoni, a on po raz kolejny poczuł ulgę. Nie mógł się doczekać, aż w końcu się obudzi, a on będzie miał pewność, że jej stan się polepszył. Choć lekarz zapewnił go, że już nic złego się nie dzieje, to on jednak wolał zobaczyć to wszystko na własne oczy.
- Cześć, nieznajoma – powiedział, a ona zaśmiała się cicho. – Może się poznamy?
- Mam męża.
- Szkoda – odparł, wzruszając ramionami. Nachylił się nad nią jeszcze bardziej, muskając szybko jej ciepłe wargi. – Cholernie mnie wystraszyłaś.
- Przepraszam.
- Wybaczam.
- Co z małym?
- Jest idealny… Ej? Co ty wyprawiasz? – rzucił, kiedy Rose próbowała usiąść. – Powinnaś leżeć i…
- Chcę, tylko się trochę podnieść.
- Poczekaj, pomogę ci – powiedział, wstając z miejsca. – Nie wykonuj gwałtownych ruchów.
- Zmieniasz się w mojego doktora?
- Mam założyć biały fartuch?
                Rose po raz kolejny zaśmiała się, gdy puścił jej oczko. Pomógł jej usiąść, pozwalając, aby oparła się o jego ramię. Poprawił poduszki, by mogła się o nie oprzeć. Zrobiła to, zostając w pozycji pół leżącej. Luke odgarnął z jej czoła rude kosmyki włosów.
- Jak się czujesz?
- Jakby mnie walną walec drogowy, ale jest w porządku.
- Nigdy więcej nie odwalaj mi takich numerów. Cholernie się bałem.
- Przepraszam.
- Jest okej.
- Luke? Widziałeś go? Widziałeś naszego synka? – Blondyn uśmiechnął się szeroko.
- Trzymałem go i… Jest tutaj z nami.
- Naprawdę? – zapytała, przyciskając dłoń do ust.
- Powiedział, że nie może się doczekać, by zobaczyć swoją mamę. – Rose zaśmiała się, a w jej oczach błysnęło zniecierpliwienie połączone ze szczęściem. - Poczekaj chwilę.
                 Pocałował ją szybko czoło, a następnie odwrócił się. Przeszedł na drugi koniec sali, będąc po czujnym wzrokiem swojej żony. Nachylił się nad małym łóżeczkiem. Podniósł chłopca, obejmując go ramionami. Jego ruchy nadal były powolne i ostrożne. Nie chciał przez przypadek zrobić mu krzywdy. Wrócił z dzieckiem do łóżka. W oczach Rose zalśniły łzy, gdy podawał jej synka.
- Jest niesamowity – powiedziała cicho.
- Jak każdy Hemmings – odparł z zadowoleniem Luke. – Mały Aiden Hemmings. 


***
Nasza dwójka łosi została rodzicami - Aiden Hemmings witaj na świecie (a raczej w tym ff XD). Przeskoki w czasie nadal trwają i tak będzie do końca bonusu. W sumie... Nie pamiętam teraz, ile dokładnie będzie tych bonusowych części XD
Rozdział w większości pisany z perspektywy Hemmo - uznałam, że tak będzie lepiej i ciekawiej :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Tradycyjnie w tym miejscu zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy zostaje opublikowane.

Dziękuję Wam bardzo za komentarze! Uwielbiam je! :*

Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Aiden jak w teen wolf xd
    Kocham i czekam na następny ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :) Właśnie z TW wzięłam to imię XD
      Dzięki za komentarz i serduszka :D
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. O matko Aiden Hemmings. Mi też od razu skojarzyło się z Teen Wolf. Wreszcie zostali rodzicami. Choć z tymi wkrętami Rose to będą mieć ciekawie. Nie mogę się doczekać następnego bonusu. Dlaczego w bonusach nie było jeszcze chłopaków? Chciałabym przeczytać ich reakcje na małego. Bonus świetny, bo dzięki przeskokom w czasie opisuje nie za dużo i nie za mało. Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejny. Pozdrawiam i życzę weny. Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stamtąd je wzięłam XD Głównie w bonusie skupiam się na Hemmingsach, bo to oni byli tu głównymi bohaterami. Ale chłopaki też się kiedyś pojawią :D
      Cieszę się, że się podobało :)
      Pozdrawiam

      Usuń