czwartek, 22 września 2016

BONUS - #3

             Potrząsnęłam butelką, przechodząc do pokoju obok. Zatrzymałam się w progu, opierając się o framugę. Uśmiechnęłam się, widząc scenkę rozgrywaną w salonie. Luke siedział na podłodze tuż przy kanapie. Miał zgięte nogi, na których oparty był nasz pięciomiesięczny synek. Na jego ramieniu znajdowała się biała pieluszka.
            Po raz kolejny usłyszałam ich śmiech, kiedy blondyn złapał za drobne rączki malucha. Przystawił je do jego twarzy, a potem rozchylił, wydając z siebie głośne bu. Chłopiec od razu zaczynał się śmiać, a jego ojciec szybko do niego dołączył.
            Po chwili podniósł go do góry. Przybliżył do siebie, zostawiając na jego czółku czuły pocałunek. Oparł go o ramię, a następnie spojrzał wprost na mnie. Uśmiechnął się.
- Długo nas podglądasz?
- Tylko chwilę – powiedziałam, podchodząc bliżej. Usiadłam obok niego na podłodze.
- Aiden, przyszła mama – odparł Hemmings, obracając chłopca. Duże dziecięce oczy spojrzały wprost na mnie.
- Hej, skarbie. – Przejechałam palcem po jego nosie, wywołując u niego kolejny śmiech.
- Mama ma jedzenie – pociągnął Luke, układając małego w odpowiedniej pozycji do karmienia. – Mleko mistrzów, abyś był duży. – Ściągnął pieluchę, przykładając ją do szyjki dziecka, aby uchronić jego koszulkę z napisem: punk rock, którą dostał od wujka Clifforda.
- Nakarmisz go?
- Jasne. 
            Zdjęłam z butelki osłonkę i podałam mu ją. Jak tylko Luke przystawił smoczek do ust Aidena, ten od razu przyssał się do niego, jakby nie jadł od tygodnia. 
- Nasz mały głodomór.
- Ma to po tacie – skwitowałam, opierając się o jego ramię. Zerknął na mnie, a potem prychnął pod nosem. Po chwili jednak cicho się zaśmiał.

***
             Po raz kolejny poprawił czarną czapkę z daszkiem, którą miał na głowie. Jego półtoraroczny syn, znów uderzył w nią ręką, a ona zsunęła mu się na oczy, zasłaniając całkowicie widok. Do jego uszu doszedł głośny śmiech małego, który najwidoczniej doskonale się bawił, robiąc ojcu na złość.
- Lucy! Lucy! Lucy, stop!
             Luke odwrócił się w stronę Caluma, który ruszył pędem za swoją roczną córką. Różowe wiaderko z łopatką i foremkami dyndały mu w dłoni. Mała panna Hood jednak miała go w głębokim poważaniu. Lekko kołysząc się na nóżkach, szła dziarsko przed siebie, zupełnie nie reagując na nawoływanie ojca. Lucy od zawsze była bardzo aktywnym dzieckiem, którego wszędzie było pełno. Szybko nauczyła się raczkować, a potem chodzić. Calum i Maya musieli mieć ją ciągle na oku, bo potrafiła znikać w ułamku sekundy.
             Odwrócił się, by spojrzeć na pozostałych dwóch tatusiów, którzy szli tuż za nim. Ashton pchał przed sobą czarny wózek z dziewięciomiesięczną Jordan. Dziewczynka bębniła dłońmi w maskotkę, którą trzymała na kolanach. Michael miał o wiele większy sprzęt jeżdżący, a w nim trzymiesięczne bliźniaki – Jareda i Jensena. Przypomniało mu się, jak jego przyjaciel popłakał się ze szczęścia, kiedy w końcu Lori udało się zajść w ciążę. A los za ich długie nadzieję, wiarę i cierpliwe oczekiwanie, dał im dwójkę pociech na raz. Luke uśmiechnął się, wiedząc, że za pięć miesięcy on sam znów powita na świecie kolejnego członka swojej rodziny. I nie mógł się tego doczekać.
               Podskoczył, kiedy Aiden ponownie uderzył go w daszek czapki. Mruknął, poprawiając ją po raz kolejny. Spojrzał na roześmianego blondynka, który opierał się o jego ramię. Duże błękitne oczy wpatrywały się w niego uważnie, sprawdzając reakcję ojca. Po chwili chłopczyk wybuchł śmiechem, klepiąc go po policzku.
- Może już starczy, co? Tata musi widzieć i… - Ale nie dokończył, bo mały znów uderzył w daszek. Czarna czapka zsunęła mu się na sam czubek nosa. – Aiden!
- Nie.
- Aiden…
- Tato!
- Pójdziemy za rękę – powiedział, stawiając go na ziemi. Chłopiec jednak zamiast chwycić jego wyciągniętą dłoń, ruszył przez siebie. Luke w ostatniej chwili złapał go za koszulkę. Blondynek parsknął śmiechem. – Nie bierz przykładu z Lucy. Masz się słuchać taty.
- Tam! – zawołał, wskazując plac zabaw, który od samego początku był ich celem.
- Daj rękę.
- Nie.
- Daj rękę.
- Nie!
- Masz charakter swojej matki – mruknął pod nosem Luke, przekręcając jednocześnie oczami. – W porządku, ale masz iść obok mnie.
- Tu jest wolne! – zawołał Calum, stojąc przy pustej ławce, która znajdowała się tuż obok piaskownicy. Trzymał pod pachą swoją rozbawioną córkę. Nóżki dziewczynki dyndały w powietrzu. Rozłożyła ręce na boki, udając, że lata.
- Denerwuję się – powiedział Michael, kiedy podeszli do dwójki Hoodów. Zerknął niepewnie na śpiących bliźniaków. – Pierwszy raz zostałem z nimi sam. Sam, rozumiecie to? Zawsze Lori była obok… Matko, jak oni znów się rozpłaczą.
- Płakali wcześniej? – zapytał Irwin, siadając na ławce. Wyciągnął z torby picie dla małej. Przysunął do jej ust butelkę z herbatką.
- Obaj na raz – jęknął Clifford, przecierając twarz rękami. – Sam myślałem, że się rozpłaczę.
- Teraz jest nas czterech, więc chyba poradzimy sobie z tą gromadą dzieci – zapewnił go Calum. – Ej! Nie szczypiemy taty! – Skrzywił się, kiedy zniecierpliwiona Lucy ścisnęła drobnymi palcami jego skórę, wbijając w nią jednocześnie paznokcie. – To bolało.
- Lori przyda się babskie wyjście – pociągnął Irwin, wyjmując córeczkę. Posadził ją na swoich kolanach. – Zresztą, Becky też nie mogła się doczekać, kiedy spotkają się w takim gronie.- Zaśmiał się cicho, kiedy Jordan raptownie złapała za jego palce.
- Wiem, że powinienem być wyluzowany, ale nie potrafię. Stresuję się.
- Uspokój się. Damy sobie radę – zapewnił go Luke, klepiąc go jednocześnie po plecach.
- Radę – powtórzył za nim Aiden, podchodząc do Michaela. – Radę.
- Dzięki młody, że ty też w nas wierzysz – powiedział Clifford, uśmiechając się do chłopca. – Przybijesz piątkę z wujkiem? – Wyciągnął w jego stronę dłoń. Mały Hemmings ochoczo puknął go swoją, a potem zaśmiał się, kiedy Michael pstryknął go delikatnie w nos.
- Jezu Chryste, Lucy – mruknął Hood, kiedy dziewczynka uderzyła go łokciem w żebra. – Ja nie wiem po kim ona to ma.
            Postawił ją na piasku. Mała zrobiła kilka kroków do przodu. Odwróciła się jednak w stronę ojca i wujków, obdarzając ich jednym z tych uroczych, niewinnych dziecięcych uśmiechów. 
- Kocham ją - powiedział rozczulony Calum.
- Ona owija sobie nas wszystkich wokół palca – podsumował Irwin, machając do małej Hood. – Od zawsze tak było.
             Zdążył to powiedzieć, a do ich uszu doszło ciche kwilenie jednego z bliźniaków. Michael od razu poderwał się z ławki, doskakując do wózka. Nerwowo przygryzł wargę, gdy zaczął nim bujać. Luke i chłopaki wymienili spojrzenia.
- O nie, o nie, o nie, tylko nie płaczcie, tylko nie płaczcie. Zlitujcie się nad waszym biednym ojcem, błagam was – wymamrotał pod nosem, kiedy obudził się drugi maluch.
- Dobra, szybkie przegrupowanie oddziału – zarządził Ash, wstając z ławki. – Ja i Calum bierzemy trójkę do piaskownicy. Wy zajmujecie się bliźniakami.
- Aiden, idziemy się bawić? – zapytał Calum, patrząc na chłopca.
- Tak!
- Daj rękę wujkowi i… - Ale mały Hemmings ruszył w kierunku Lucy, która stała kawałek dalej. Złapał z jej drobną dłoń. – Okej, może być i tak – odparł Hood, wzruszając ramionami. Przejął od Luke'a wiaderko z foremkami, a potem spojrzał na dwójkę pozostałych kumpli, którzy mieli za zadanie zająć się najmłodszymi. – Powodzenia.
- Oni zaraz się rozpłaczą – jęknął Michael. Zdążył to powiedzieć, a jego synowie, jak na komendę, zaczęli płakać.
             Mężczyzna szybko wyciągnął z wózka jednego z nich. Przytulił chłopca do swojej piersi, delikatnie go kołysząc. Hemmings nadal nie potrafił ich odróżnić, więc nie za bardzo wiedział, kogo Clifford wziął na ręce. Poszedł jednak w jego ślady, podnosząc do góry jednego z nich. Jareda albo Jensena.
- Uspakajają się, kiedy trzyma się ich w pionie – poinstruował go Michael, nadal bujając w ramionach malca. Luke złapał za pieluszkę, przekładając ją sobie przez ramię. Oparł o nią maluszka, obejmując go. Podał mu smoczka, licząc na to, że chłopiec szybko się uspokoi.
- Może są głodne?
- Jadły.
- Może mają mokro i…
- O kurwa, błagam nie. Przed wyjściem Lori zmieniała im pieluchy i…
- A ty?
- Dobra – warknął Clifford. – Może mam trzymiesięczny ojcowski staż, ale nadal nie bardzo mi to wychodzi.
- Ale mają pieluchy?
- Robisz ze mnie idiotę, Hemmings? Oczywiście, że mają. Zresztą, zanim wyszedłem sprawdziłem, czy aby na pewno są suche. – Luke prychnął pod nosem, a potem parsknął śmiechem, kiedy czarna koszulka Michaela pokryła się białą, lepką substancją. Maluchowi właśnie się ulało. – No, kurwa.
- Witaj w naszym świecie – rzucił blondyn, a potem uśmiechnął się pod nosem, kiedy zauważył, że oparty o jego ramię chłopiec zasnął z powrotem. – Chyba niedawno jadły, co?
- Niedawno – powiedział Clifford, wycierając się mokrymi chusteczkami, które przed chwilą wyciągnął z torby. – Wiedziałem, że bycie tatą będzie trudne, ale nie wiedziałem, że aż tak.
- Żałujesz?
- Nigdy w życiu. To moje dwa małe cudy – odparł, a potem spojrzał na przyjaciela. 
              Uśmiechnął się szeroko. Luke dostrzegł ten znany błysk w jego oczach, który tylko jeszcze bardziej utwierdził go w tym, że Michael mimo stresu związanym z rodzicielstwem jest cholernie szczęśliwy.

***
              Luke padł na kanapę tuż obok. Objął mnie ramieniem. Odwróciłam się, spoglądając w jego błękitne tęczówki. Przejechał palcami po moim policzku, a potem pocałował krótko, ale czule. Uśmiechnęłam się.
- Zmęczona? – zapytał, łapiąc za moją dłoń.
- Abigail przez ząbkowanie miała humory i nie mogła spać, ale na szczęście jej przeszło. A Aiden… Wiesz, co dzisiaj zrobił? Nie chciałam dać mu ciastek przed obiadem. Wyszłam na chwilę, bo zadzwoniła mama. Kiedy wróciłam, zobaczyłam go, jak wspina się po szafkach.
- Co?
- Kompletnie zdębiałam. Młody, jak gdyby nigdy nic, wysunął sobie szufladę. Stanął na nią, a potem podciągnął się do góry, by wejść na blat. Wziął ciastka i zwinnie zszedł na dół.
- Rozmawiałaś z nim, by tak nie robił?
- Tak.
- Myślisz, że poskutkowało?
- Nie. Bo niedługo po tym, wspiął się na komodę, by wziąć sobie pilota do telewizora.

***
             Uniosłam brwi, widząc Luke'a i Dana, którzy byli cali czerwoni ze śmiechu. Pochylali się nad kimś, kto znajdował się na podłodze. Dopiero po chwili dostrzegłam fioletowe buciki swojej rocznej córki. Gdy podeszłam bliżej, obaj zwrócili na mnie uwagę.
- Co wy…
- Zobacz – powiedział cicho Dan, wskazując na małą Abigail.
- Mam to nagrane – dodał zadowolony z siebie Luke. – To przesłodkie.
- Bawiłem się z nią, a ona nagle zasnęła. To był moment – pociągnął Dan, kiedy zbliżyłam się jeszcze bardziej. Dziewczynka spała na podłodze przyciśnięta do swojego ulubionego pluszowego misia. – Chwilę pogadałem z Lukiem, a ona zasnęła. To niesamowite, jak dzieci potrafią odpływać w najmniej oczekiwanym momencie.
- Abbie – rzucił Hemmings, przeczesując kręcone, blond włosy swojej córki. – Kochanie?
- Nie budź jej – odparł Dan, uderzając go w ramię. – Niech śpi.
- Zaniosę ją do łóżeczka.
- Ja ją zaniosę – powiedział Luke, podnosząc małą. Abbie od razu owinęła ramionka wokół jego szyi, przytulając się do ojca. Mruknęła pod nosem z niezadowoleniem. Jej usteczka uformowały się w podkówkę. – Śpij, skarbie.
- Tata – jęknęła cichutko. 
             Odwróciłam się, namierzając różowego smoczka, który leżał na stole. Szybko złapałam go i podeszłam do Luke'a, który zdążył wstać z podłogi. Podałam go jej, gdy przetarła piąstką oko. Wcisnęła twarz w szyję blondyna, który delikatnie zakołysał ją w ramionach.
- A gdzie Aiden? – zapytałam, kiedy Luke ruszył w stronę schodów.
- Jest z Sarah w ogrodzie.

***
             Luke wpadł do salonu z Abbie. Podniosłam wzrok znad albumu ze zdjęciami, który przeglądałam z synem. Aiden siedział na moich kolanach. Niechętnie oderwał błękitne oczy od kolorowych fotografii, które dzisiaj go tak mocno zainteresowały. Oprócz tego chętnie słuchał wspomnień za czasów studiów swoich rodziców.
- Co ty masz taką minę? – zapytałam blondyna, który zaśmiał się pod nosem.
- Zobacz, co potrafi nasza córka – powiedział, siadając obok. Abbie spojrzała na mnie z uśmiechem. – Zaczynamy?
- Tak.
- Jak robi krówka?
- Mu-mu.
- A jak robi piesek?
- Hau-hau.
- A jak robi kotek?
- Miau-miau.
- Brawo! – powiedziałam, klaszcząc w dłonie. Aiden szybko mi zawtórował, co wywołało u małej jeszcze szerszy uśmiech.
- Najlepsze zostawiłem na koniec – rzucił Luke, próbując się nie roześmiać. – Abbie, jak robi mama?
- Nu-nu-nu.
- Bardzo śmieszne! – warknęłam, uderzając go w ramię. Blondyn i dzieciaki parsknęli śmiechem.

***
             Gdy tylko minął próg, rozległ się głośny pisk dziewczynki. Zanim zdążył zareagować, drobne ramionka owinęły się wokół jego nóg. Abigail przycisnęła się do jego kolan. Spojrzał w dół, w momencie, kiedy jego córka zadarła głowę do góry. Jej ciemno brązowe oczy, były niemalże identyczne, jak u Rosalie.
- Tata!
- Cześć, kochanie, tęskniłaś? – zapytał dwulatki, która zaczęła podskakiwać w miejscu. Na jej blond włosach znajdowała się niebieska tiara.
- Tak! Jestem księżniczką!
- Oczywiście, że jesteś.
- Wujek! – Jared i Jensen rzucili się jego kierunku, aby się przywitać. Luke ukucnął, zgarniając całą trójkę w ramiona.
- Cześć, chłopaki.
- Jest nas więcej – poinformował go Jensen. – Chcieliśmy zobaczyć Alana.
- Jest mały! – zawołał Jared.
- Mój brat – powiedziała Abigail, bujając się na nóżkach.
- Ej! Ej! Powoli! Dobry Boże – usłyszał głos Becky, który dobiegał z salonu. Jak widać, byli już wszyscy ich najbliżsi. – Więcej was nie mieli?
- Moglibyśmy z nich skompletować drużynę piłkarską – odparł Luke, wchodząc z chłopcami i Abbie do salonu. 
             Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę. Przywitał się z przyjaciółmi i ich pociechami. Podszedł do Rose, która trzymała na rękach jego najmłodszego syna, który urodził się trzy tygodnie temu. Alan grzecznie spał, przyciskając policzek do białego kocyka, którym był owinięty.
- W sumie nie dużo nam brakuje, by mieć pełen skład – powiedział ze śmiechem Ash. Luke spojrzał w jego stronę. Trzymał na kolanach swoją córkę Lauren, a także drugą pociechę Hooda, Emmę.
- Będziesz mieć pełen skład, jak sobie sam je urodzisz – mruknęła Becky, patrząc z niedowierzaniem na swojego męża.
- Wujek jest w ciąży? – zapytała Lucy, podbiegając do niego.
- Tylko kobiety mogą być w ciąży, słonko – odparła Becky, zaczesując jej ciemny kosmyk włosów za ucho.
- Kijowo – skwitowała mała Hood.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. Wtedy by gadali inaczej – podsumowała pani Irwin, zerkając na męża. – Nie chłapaliby tak jadaczkami.

***
               Raptownie podskoczyłam, kiedy usłyszałam głośny huk, który doszedł z salonu. Zaraz po nim coś spadło na ziemię, roztrzaskując się na drobne kawałki. Zacisnęłam zęby, odwracając się w stronę dźwięku.
- Macie przerąbane! – Usłyszałam głos córki. Po jej słowach od razu ruszyłam w stronę salonu. Musiałam wiedzieć, co tym razem zmalowała dwójka Hemmingsów.
              Jak tylko weszłam do salonu, Aiden schował się za nogami ojca. Na ziemi, tuż przy ich stopach, znajdował się roztrzaskany wazon, który matka Luke'a wysłała nam na trzecią rocznicę ślubu. Osobiście ta ozdoba nigdy mi się nie podobała, więc nie za bardzo przejęłam się tą stratą. Spojrzałam na Abbie, która stała niedaleko nich, mierząc dwóch blondynów wzorkiem. Jedną dłoń miała opartą o biodro, chcąc wyglądać na bardziej poważną. Drugą trzymała za rękę swojego dwuletniego brata. Alan, tylko wpatrywał się w ojca, mając na ustach swój słynny dziecięcy uśmieszek.
- Ile razy mówiłam, że nie gra się piłką w domu?!
- To był wypadek - powiedział Luke niewinnym tonem.
- Wypadek, mamo – rzucił Aiden, wychylając się zza nóg ojca.
- Serio, Luke? Powinieneś użyć mózgu. Jaki ty im dajesz przykład i…
- Nic się nie stało, kochanie.
- Nie daj się, mamo – mruknęła Abbie, kręcąc szybko głową.
- Ej! I ty przeciwko mnie, mała? – odparł Luke, wskazując ją palcem. – Jesteś przecież córeczką tatusia!
- Jestem, ale robisz źle.
- Nawet twoje dziecko to wie – pociągnęłam, machając na niego palcem.
- To był pomysł taty – wtrącił Aiden.
- Co? No, weź, ty też? – jęknął Luke.
- Kara! – Z=zarządziła Abbie, zanim zdążyłam się odezwać. – Musisz iść do kąta!
- Ale… Ej! Jestem tatą, ja nie idę do kąta.
- Idziesz – poparłam jej pomysł. – Sprawiedliwość musi być.
- No, co ty, Rose…
- Idziesz. To był twój głupi pomysł.
- I tak oboje nie lubiliśmy tego wazonu. Wyświadczyłem naszej rodzinie przysługę – wymamrotał, kręcąc nosem. – Był paskudny.
- Ma racje – odparła dyplomatycznie Abbie. – Obaj powinni iść do konta, ale na krócej.
- Jesteś wredna – syknął Aiden.
- Ty też grałeś piłką, a nie wolno!
- Dobra, bo zaraz zaczniecie się kłócić, a to jest ostatnia rzecz, jakiej bym chciał – powiedział Luke, łapiąc Aidena za rękę. – Idziemy obaj do kąta, ale wnosimy o skrócenie kary.
- Wniosek przyjęty i pozytywie rozpatrzony – wyrecytowałam, kiwając głową. – Co jeszcze?
- Przepraszamy! – powiedzieli jednocześnie. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem.
- Zaraz zawołam was wszystkich na obiad. Abbie, pobawisz się jeszcze z Alanem?
- Tak. Będziemy oglądać książeczki.
- Przypilnuj też skazanych.
- Dobrze, mamo! – Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do kuchni. Zanim jednak tam weszłam, usłyszałam jeszcze słowa córki, wypowiedziane do reszty Hemmingsów. – Teraz ja tu rządzę! 


***
Bonus numer trzy za nami :D Jak widać rodzinka Hemmingsów się powiększyła - i nie tylko ich, bo i reszta doczekała się dzieci :) 
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał.
Niedługo kończymy bonus - chyba jeszcze ze dwie - trzy części zostały (przynajmniej tak mi się wydaje) XD

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia :)

Pozdrawiam i do następnego!

5 komentarzy: